amidala
09.12.02, 16:54
Albo raczej kiedy się odciąć dla własnego zdrowia psychicznego? I jak się
pozbyć potem poczucia winy? Od paru lat się do mnie nie odzywa, wszytko pod
pretekstem nie aprobowania mojego mężczyzny. On stawał na głowie, żeby się
przypodobać, nic z tego: jest draniem (rozwiódł się - to oznacza, że
zostawił żonę, bydlak jeden), manipulantem, nastawia mnie przeciwko niej.
Wszystko to oczywista bzdura, ale nie jestem w stanie nawet o tym
porozmawiać. Każda próba kończy się wrzaskiem i jadowitymi uwagami o moim
rozumie, a raczej jego braku. Kim ja jestem, żeby się jej sprzeciwiać? Co ja
wiem o życiu? Jak ja śmiem wyrażać opinię o jej małżeństwie, które się
skończyło tym, że ojciec odszedł - pewnie dlatego pała taką nienawiścią do
mojego wybranka. Sytuacja jest tak chora, że mój brat, który się ostatnio
wyprowadził z domu (idąc wreszcie w moje ślady) jest wyzywany przy każdej
okazji spięcia: jest nieczułym chamem, taki sam jak siostrzyczka! A ta to
się dopiero wdała w tatusia, ostatniego łajdaka i największego drania na
powierzchni ziemi. KOszmar. Mój brat nie reaguje, czeka aż jej przejdzie,
wywrzeszczy się, żeby potem udawać, że wszystko w porządku. Nigdy nikogo nie
przeprosiła, nawet jeżeli chodziłoby o najmniejszy drobiazg, parę razy
widziałam jak słowo przepraszam cisnęło się samo na usta, ale raczej by się
udławiła niż je powiedziała. Raczej wybuchała agresją. Nigdy nie zapomina
najmniejszej krzywdy lub nawet urazy, która była jej wyrządzona, lub
wyimaginowana przez nią. Jedyną metodą proszenia o cokolwiek jest szantaż -
zarówno finansowy jak i emocjonalny - na mnie ta metoda nie działa, przynosi
wręcz odwrotne skutki.
Piszę chaotycznie, ale jeszcze mną trzęsie. Wczoraj były imieniny mojego
brata, spotkałyśmy się po pół roku nie widzenia, ani nie rozmawiania.
Usłyszałam od niej, że ona nie ma siły ani ochoty robić w tym roku świąt, ja
mam się tym zająć - w domyśle, zaprosić ją i brata do naszego domu. Szczerze
zdumiona powiedziałam, że wyjeżdżamy w tym roku na całe święta. Decyzję
podjęliśmy parę miesięcy temu, po tym jak było jasne, że nie jesteśmy mile
widziani. Albo raczej: albo ja sama, albo w ogóle. Nie wyobrażam sobie świąt
bez mojego mężczyzny, i to jeszcze w atmosferze wyrzutu i pretensji o każde
słowo i każdy czyn (jak co roku na wigilię - życzenia wyglądają tak: "Obyś
ty wreszcie zmądrzała, może wreszcie dorośniesz, zrozumiesz co w życiu
najważniejsze... itd...")Zrobiła ostentacyjną awanturę, pokazując reszcie
rodziny jaki ze mnie potwór, bez duszy, bez uczuć, bez krzty przyzwoitości.
Nie dopuściła mnie do słowa, jad jaki z niej wyciekł mógłby przeżreć podłogę
na wylot. Mój brat usłyszał, że pewnie od dawna to sobie planowaliśmy, i czy
się teraz cieszymy? Może ją od razu wykończymy, będziemy mieli z głowy.
Zawinęła się i wyszła ostentacyjnie trzaskając drzwiami. Reszta imprezy
wyszła szybciutko za nią. Zostaliśmy sami z bratem i moim ukochanym.
Popatrzyliśmy na siebie i wybuchnęliśmy wszyscy nerwowym śmiechem. Takim
raczej przez łzy.
Co to ma znaczyć? Rozumiem, że jest nieszczęśliwa, ale inaczej nie umie
prosić o cokolwiek? Nie umie przyznać się o pomyłki w ocenie człowieka, z
którym mieszkam od dwóch lat i jesteśmy szczęśliwi mimo jej kampanii
nienawiści. Obraża wszystkich naokoło, jest agresywna, chwilami nawet
chamska. Jej przyjaciółki odsuwają się od niej, twierdząc, że nie zniosą
takiego traktowania. Czy ja jej w ogóle mogę pomóc? Nie mam w sobie już ani
odrobiny cierpliwości ani ochoty na próbowanie. Zabiła we mnie wszelkie
ciepłe uczucia wobec niej. Została tylko irytacja i zniecierpliwenie. Boję
sią, że ona się osuwa w jakąś chorobę psychiczną. Na samo wspomnienie pomocy
ze strony terapeuty wybucha histerycznymi wręcz bluzgami, typu: "To wy się
wszyscy powinniście leczyć! Jak śmiecie mnie pouczać!!" Co zrobić?