smutna.ona
03.04.06, 12:48
Każdy problem jest inny i choć starałam się, nie odnalazłam odpowiedzi na
moje pytanie. Dlatego piszę.
Chodzi mi o zaangażowanie w związku. Sytuację, gdy dwoje ludzi stoi na różnym
pułapie uczuciowym. Gdy kobieta stara się akceptować fakt (i to chyba się
udaje), że partner nie kocha, czasami kiedyś sama się wahała czy kocha czy po
prostu mu to mówiła i czasami sama nie wie. Z obu stron ogromne przywiązanie,
wspólność myśli, ciał, dobra zabawa podczas spotkań, tematy do rozmów.
Asymetria w związku – to sformułowanie, które ostatnio częściej bywa przez
Niego wypowiedziane. Asymetrię ma stanowić to, że On nie kocha, a ja podobno
tak. Brak zbieżności, co do planów na przyszłość (sądzę jednak, że
ja „pogodziłam” się z myślą, że rodziny raczej nie stworzymy). Taki rodzaj
carpe diem trwający od przeszło dwóch lat.
Czas, który daliśmy Nam/mi na wyrównanie relacji to dwa miesiące. To było dwa
tygodnie temu, więc zostało jeszcze półtora. I tu pojawia się kolejny
problem, bo mimo, że to bardzo uczciwy człowiek, mężczyzna, który nigdy mnie
nie okłamał, boję się, że tym razem skłamie. Boję się skupić na próbie od-
angażowania, próbie doprowadzenia do symetrii, gdyż wydaje mi się, że to
stanowiłoby podstawę, argument z Jego strony do rozstania. Boję się, że
miałoby to stanowić przyzwyczajenie mnie do myśli, że bez Niego też się jakoś
da. Albo, że po tych dwóch miesiącach, gdy mi się uda, powie, że skoro
osiągnęliśmy już ten pułap, to że może pora się rozstać. Ten lęk paraliżuje
mnie i zamiast skupić się na próbie, ja staram się nacieszyć Nim jeszcze
bardziej, każdą chwilą. On widzi wtedy, że to wszystko się bardziej pogłębia
i jest jeszcze bardziej zniechęcony. Mówi, że nie może patrzeć, jak mnie rani
i nie chce brać za to odpowiedzialności. Mówi, że im dłużej to trwa tym
mniejsze szansę na mój „zdrowy” związek w przyszłości z innymi. Ale przecie
ja też mam prawo decydować, o sobie w pewnej części o Nas. O tym, że chcę
być, że znam możliwe konsekwencje, że godzę się na nie. Jeszcze przed
poznaniem Go zdecydowałam, że to ostatni poważny związek, że jeśli nie
wyjdzie, to nigdy więcej czegoś bardziej wzniosłego. Zaakceptowałam tamtą
myśl. Nie mam ochoty walczyć o coś, co zawsze kończy się tak samo. Wiem, że
wielu z Was napisze, że sercem nie kieruje rozum, że takie postanowienia są
bezsensu, ale to zależy od człowieka. Od jego siły przekonania.
Jakiś czas temu słyszałam wywiad, o uczuciach, miłości. O tym, że „miłość”
wygasa pod wpływem zaniku dawnej ilości hormonów, że człowiek przestaje
gwałtownie reagować itd. I wtedy długo myślałam czy warto walczyć o jakiegoś
obcego czy nawet tego swojego, z którym teraz jestem mężczyznę, o to by
kochał. I doszłam do wniosku, że nie. Nie warto poświęcać świetnego związku,
tylko dla kilkudziesięciu „kocham cię” wypowiedzianych w chwili uniesienia.
Ja to już wtedy zrozumiałam, jeszcze w lutym. To była w moim mniemaniu
pierwsza próba kierowania swoimi emocjami i sądzę, że mi to wychodziło.
Prośba z która się zwracam do Was to, jak przestać się lękać o to, co będzie,
przestać próbować się nacieszyć Nim na zapas i skupić na faktycznej próbie
wyrównania uczuć w związku. Uważam, ze warto „ratować” ten związek, a póki co
jedynym sposobem, jaki widzimy, jest próba wyrównania.