carmeena
06.05.06, 21:55
Noszę się z zamiarem napisania tego wątku już długo,ale teraz już nie
wytrzymuję ;).
Znamy się jeszcze z liceum. Dla wielu byliśmy 'szemraną' parą klasową-on
pomagał mi w moim "słabym" przedmiocie, ja w innym, poznawaliśmy się przy tym
coraz lepiej i często dużo rozmawialiśmy. Byliśmy też razem na studniowce.
Nasza relacja stawała się coraz bliższa, oboje czuliśmy, że to coś więcej niż
przyjaźń (jeśli można tak to nazwać), ale żadne z nas nie nazywało spraw po
imieniu. Było ok jak było.
Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że nie mogę okłamywać siebie już dłużej i
napisałam kiedyś w przypływie emocji ;) smska z czymś w rodzaju wyznania. Nic
nie odpisał. Nigdy do tego nie powróciliśmy, ani ja, ani on. Ale nasza relacja
stawała się coraz bardziej zażyła, choc oboje wiedzieliśmy, że coś "wisi" w
powietrzu.
Potem była matura itd i długie pomaturalne wakacje. Sądziłam , ze nic mnie już
nie zaskoczy.
Do czasu, gdy dosłownie z dnia na dzień dowiedziałam się od niego, że
zamierza wyjechać na studia do innego miasta, choć mógł zostać tutaj.
Tłumaczył się, że chce zmienić coś w życiu, oderwać się nieco od rodziców.
Było mi b.ciężko. Próbowałam udawać, że jest inaczej, uśmiechac się w
domu,choć rodzice przewidywali, że coś się dzieje. Stwierdziłam, że nie widzę
dalej przyszłości tej relacji. W dodatku on mimochodem wspomniał, że spotkał
jakaś dziewczynę w pociągu w drodze, co dodatkowo mnie ukłuło. Prawie całe
wakacje gdzieś podświadomie to wszystko we mnie tkwiło. Mimo to przez cały ten
czas utrzymywaliśmy mniejszy lub częstszy kontakt, choć to nie ułatwiało mi
sprawy.
Przyszedł październik - dla mnie i dla niego nowe otoczenie, ludzie. I co
dziwnego zaczęłam dostawać od niego niewymuszane wiadomości, maila co tam u
niego na studiach, jak się wdraża 'w system' itd. Zdziwiła mnie ta jego
otwartosć.
Po pewnym czasie zaproponował mi spotkanie gdy przyjeżdżał do naszego miasta.
Godzilam się, dobrze nam sie rozmawiało. Jednak nigdy nie mówił czy ma tam
kogoś, na małe skierowanie rozmowy na ten temat reagował wycofywaniem się itp.
Potem były kolejne spotkania, wiadomości od niego, w których pisał mi co u
niego, o jakis problemach itd.. Ja też mogłam mu się zwierzyć i napisać, gdy
było mi źle lub o jakichś moich sukcesach. I tak trwa to do teraz.
Z jednej strony naprawdę cieszę sie, że mamy dobry kontakt, że możemy być dla
siebie podporą i 'konfesjonałem'. Z drugiej strony jest to dla mnie nieco
niewygodne, bo chyba nie umiem sobie ułożyć bez niego życia. Czuję się nieco
uzależniona. Wiem, że gdy odmówię spotkania, czegoś będzie mi brakować i boję
się, że coś się popsuje.
Z innej strony chciałabym zaangażować się w coś zupełnie nowego, zachowując
'przyjcielskie' kontakty z nim, ale podświadomie nie daję nikomu innemu
szansy, choć naprawdę bym chciała. Boję się, że gdy w końcu kogoś poznam, będę
myślała, co to będzie gdy ON się o tym dowie - czy nadal będzie tak samo, bo
nie wiem jak on zapatruje się na nasze kontakty, czy są dla niego tylko
"przyjacielskie" bo sądząc po częstotliwości naszych spotkań ostatnio... Choć
może to dlatego, że jestem jednym z nielicznych jego "łączników", osób, z
ktorymi może zobaczyc się gdy tu wraca? podobnie on jest dla mnie jedną z
nielicznych osób, przed którym serio się otwieram .Ja też wiem, że gdy on
znajdzie sobei kogoś, to gdzieś też mnie to ukłuje, choć wydaje mi się, ze z
mojej strony nie mogę mówić już o uczuciu-zabiłam to w sobie, bo chyba nie
bylibyśmy razem szczęśliwi z "paru względów" ( do tego niesprzyjająca odległosc).
Czuję się trochę w kropce. Mogą pojawić się głosy, że to trochę jak pies
ogrodnika... Ale naprawdę chciałabym znaleźć jakieś zgrabne wyjście z tej
sytuacji. Wiem, że nie chcę zrywać tej znajomości, bo długo pracowaliśmy, aby
było tak jak teraz. Ale z drugiej strony męczy mnie to, że nie umiem tego
jakoś 'odgrodzić' i dać sobie szansę na nowe uczucie, bo boję się, że gdy
ewentualny nowy związek się nie uda, moja strata będzie w pewnym sensie podwójna.
Proszę o jakieś zewnętrzne spojrzenie i jakieś wskazówki.