jovizna
12.05.06, 23:31
od jakiegos czasu zaczelam poważnie zastanawiac sie nad soba... mimo ze
teoretycznie "mam jeszcze czas" potrzebuje chyba oparcia w kims przeciwnej
plci
a z tym roznie bywalo - raz komicznie, raz tragicznie
o niczym innym nie marze jak o stworzeniu trwalego zwiazku, z kims podobnym
do mnie, zwiazku, w ktorym bedzie zaufanie, spokoj... milosc? do tej pory
mialam chyba ogromnego pecha. martwi mnie to. z jednej strony bylo zabawnie -
pierwszy chlopak, poznany przez internet, zwiazek ktory nie mial racji
bylu... z drugim skonczylam w taki sposob ze az mi teraz wstyd powod?
zupelnie do siebie nie pasowalismy... az przyszla trzecia, wielka milosc.
idealnie dobrani, po dwoch dniach blizszej znajomosci mialam
wrazenie "starego dobrego malzenstwa" z racji rozumienia sie nawzajemczy tez
odbioru... jednak pewne zewnatrzne sprawy okazaly sie wazniejsze ode mnie...
i tutaj moj ksiaze zawiodl. a ja zostalam sama, blisko stacji kolejowej i
pierwszy raz uruchomilo mi sie myslenie (abstrakcyjne?) w kierunku torow
kolejowych. od tamtej pory czasem zdarzali sie jacys mezczyzni, ale to nie
byly zwiazki, bo nikt ni to za grosz nie dorownal podlemu (z perspektywy
czasu) krolewiczowi karierowiczowi. nastepny wielki przelom - pierwszy moj
powazny zwiazek - z ZUPELNIE nieodpowiednim czlowiekiem. a dlaczego? bo z
powaznymi zaburzeniami emocjonalnymi. wpadlam w ten zwiazek z otwartymi
ramionami (po poprzednim rozczarowaniu, gotowa na wszystko i zdeterminowana.
i tak to moj kolejny ksiaze z nerwica narcystyczna wykonczyl mnie szybko i
skutecznie. po trzech miesiacach postanowilam sie ratowac, mimo ze
ow "imputowal" mi milosc do siebie i motal, krecil, manipiulowal. a ja
chcialam tylko miec do kogo sie przytulic... fakt, imponowal intelektem, czy
tez wiedza ogolna bardziej, potrafil udawac, nawet podobnego do mnie... ale
niewiele poza tym. teraz pytanie: dlaczego ja mam takiego ogromnego pecha ???
wiem ze to wszystko bez ladu i skladu ale i ja tak sie czuje na chwile
obecna. zaczelam bac sie mezczyzn, a jednoczesnie czuje ze potrzeba mi
wreszcie czegos NORMALNEGO. moge poczekac, tylko jak juz sie doczekam, skad
pewnosc, ze znow nie przyplace depresja? ze znow nie zostane porzucona? czy
jestem slepa i nie widze czym moga skonczyc sie znajomosci z mezczyznami?
mam cos w rodz. syndromu ofiary. a nie chcę! czuje ze mam sile, ale pod
skora. ojca tez mi brakuje, mimo ze mam, to jednak...
nie chce byc dluzej w rozsypce :(