Gość: Gabi
IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl
25.02.03, 10:42
Drodzy internauci, może doradzicie mi jak uzdrowić siebie, swoją duszę, po
nieudanej przyjaźni? Przyjaźni damsko-damskiej. Mam niespełna 22 lata.
Pierwsze ślady mojej przyjaźni z Alą, to chyba rok 1990. Poznałyśmy się przez
naszych ojców, którzy razem pracowali. Spotykałyśmy się na wigilii w pracy,
potem był wspólny kurs niemieckiego, jakieś imieniny kogoś tam. Traktowałam
tą przyjaźń, jako przeznaczenie, ponieważ był między nami tylko jeden dzień
różnicy, a w dodatku ona miała nawet nosić takie samo imię, jak ja. Lata
płynęły, a przyjaźń trwała. Pisałyśmy listy, spotykałyśmy się. Dzwoniłyśmy.
Raz ja do niej, za moment ona oddzwaniała. I tak godzinami rozmawiałyśmy o
tym, co było dla nas ważne. Góry. Jeździłyśmy razem. Nasz Karpacz. Tam
odżywałyśmy. Wymyślałyśmy przeróżne historie, prowadziłyśmy długie, nocne
rozmowy. Chyba byłyśmy dla siebie, jak siostry. Było świetnie. Wybrałyśmy
inne licea. Nie starałyśmy się namawiać siebie nawzajem do nauki w tej samej
szkole średniej. Nie było między nami zazdrości, rywalizacji. Była prosta,
szczera i jak wtedy myślałam- prawdziwa przyjaźń, która miała przetrwać
wszystko. Czymkolwiek WSZYSTKO jest w dzisiejszych czasach. Nie potrafię
określić momentu, w którym zauważyłam, że coś się psuje. Analizując
przeszłość, początek rozłamu chyba odnajduję w jej oblanej maturze, a mojej
wprost przeciwnie- jednej z najlepiej zdanych w szkole. Co było potem? Ona
spędzała wakacje, podczas których było coraz mniej czasu dla mnie, dla
przyszłej studentki. Przez pierwszy rok moich studiów jeszcze nasza przyjaźń
istniała. Czasami się spotykałyśmy. Wspierałam ja, gdy zbliżał się maj i jej
matura. Pożyczałam notatki i siedziałam pod salą w kuratorium, gdzie przyszło
jej się ponownie zmierzyć z egzaminem dojrzałości. Tak bardzo się
cieszyłyśmy, gdy zdała. Myślałam, że pójdzie na studia, ale zrezygnowała. W
czerwcu zmagałam się ze swoją pierwszą letnią sesją. Nie było jej przy mnie.
Nawet nie wiedziała, jak bolał jej brak zainteresowania i wsparcia. Potem
były kolejne wakacje i coraz rzadszy kontakt. I wrzesień. Pamiętam spotkanie.
Oglądałam jakieś jej zdjęcia. I czułam jak bardzo się oddaliłyśmy. Słuchałam
z jaką pasją opowiada o chłopaku, który wkradł się do jej życia. Pamiętam, że
wtedy, we wrześniu dałam jej zaległy prezent i życzenia imieninowe
(czerwcowe). W zamian nie dostałam nawet kartki. Wtedy, czułam, że to nie
jest już ta sama Ala, że wiele między nami różnic się pojawiło. Były potem
jakieś sporadyczne maile, ale umarły śmiercią naturalną. Telefon zamilkł, w
sercu zrobiła się dziura. I tak skończyła się przyjaźń, z dziewczyną, która
miała być matką chrzestną mojego dziecka. I płynęły miesiące. Gdzieś, kiedyś
ją widziałam z daleka. Jak takie jakieś szare wspomnienie przemknęła. Bolesne
wspomnienie. Rok temu, w maju podjęłam jedyną próbę ratowania (?) tej
przyjaźni, wysyłając jej na urodziny życzenia. Dzień wcześniej ja wkraczałam
w dwudziesty pierwszy rok mojego życia. Tak bardzo pragnęłam, by się
odezwała. Nie doczekałam się nigdy telefonu. Skończyłam drugi rok studiów i
znalazłam się na zakręcie. Nie dogadywałam się z rodziną. Postanowiłam
wyjechać i zapomnieć o wielu rzeczach. Musiałam odpocząć i uporządkować swoje
życie. Wyjechałam, także dlatego, by zapomnieć o niej, ale też dlatego, by
uporać się z pewnym uczuciem albo raczej z jego pozostałością. Moja
miesięczna nieobecność pomogła mi się odnaleźć, trochę zrozumieć siebie ale
nie zapomniałam o największej porażce mojego życia. Owej nieudanej przyjaźni.
A podobno prawdziwa przyjaźń zaczyna się wtedy, gdy porażkę przyjaciela
odczuwa się, jak własną. A jej porażki zawsze były moimi. Jej oblana matura
sprawiła, że nie umiałam radować się swoją. Więc gdzie popełniłam błąd?
Najgorsze jest to, że nie potrafię zapomnieć. I wyzbyć się z siebie tej
cholernej nadziei, która raz po raz pojawia się nagle i karze mi wierzyć, że
wszystko da się nadrobić...