szukajaca_rozwiazania
27.08.06, 16:27
Niedługo kończę 36 lat. Przeżyłam w swoim życiu trzy poważne związki i
wszystkie kończyły się fiaskiem. Pierwszy trwał 7 lat i zakończył się
małżeństwem, też 7-letnim. Mąż zdradzał mnie właściwie od początku
małżeństwa. Pierwszą zdradę wybaczyłam, byłam młoda, z maleńkim dzieckiem a
on błagał, przepraszał i zapewniał, że nigdy więcej, że bardzo mu na nas
zależy. Uwierzyłam, bo chyba chciałam uwierzyć. W domu się starał, pomagał,
ale zawsze szukał obok siebie drugiej kobiety. I zazwyczaj ją miał. Mogłam
przymykać na to oko, bo jego romanse tak właściwie nigdy nie zagrażały
naszemu związkowi, nigdy nie chciał odchodzić, dbał o rodzinę i tak szczerze
powiedziawszy nie o wszystkich wiedziałam (na wyznania zebrało mu się
dopiero, kiedy podjęłam decyzje o rozstaniu a on uznał, że wyjawiając mi cała
prawdę ponownie zyska moje zaufanie). Ale nie potrafiłam tak żyć, gubiłam
gdzieś po drodze siebie, powoli traciłam do siebie szacunek. Minęło parę
miesięcy i poznałam kolejnego mężczyznę. Rozwiedziony, żona go nie rozumiała,
zostawiła, opuściła a on taki biedny. Potrzebuje tylko zrozumienia, ciepła i
właściwej kobiety. Nie był szybki, nie rozpuszczał mnie randkami, może na
początku traktował jak przyjaciółkę, i z wzajemnością. Chyba trochę
pocieszaliśmy się nawzajem po nieudanych małżeństwach. Zbliżyliśmy się do
siebie i postanowiliśmy spróbować razem. Parę pierwszych miesięcy było
radosnych, znowu każde z nas miało poczucie, że jest na świecie ktoś, kto o
nas myśli, tęskni, do kogo można się przytulić i spędzić razem czas. Trwało
to osiem miesięcy. Powoli czułam jak się ode mnie oddala, nie wykazywał chęci
wyjazdu na wspólne wakacje, aż okazało się, że odezwała się do niego jego
była przyjaciółka, którą kiedyś bardzo kochał i chyba zaczął widzieć szansę
na wspólną z nią przyszłość (po roku przysłał mi list przepraszając, że wtedy
tak postąpił i zapewniając, że bardzo tego żałuje). Znowu minęło kilka
miesięcy i związałam się z mężczyzną. Dzisiaj zastanawiam się, dlaczego
akurat z nim. Wtedy życie postawiło na mojej drodze dwóch mężczyzn. Obydwaj
po rozwodzie. Jeden pogodzony ze swoim losem, twardo stąpający po ziemi, miał
jasno wytyczone cele na przyszłość. Nie ukrywał, że zależy mu na mnie, ale
jego zainteresowanie moją osobą było racjonalne. A drugi romantyk, mający żal
do losu, że tak go potraktował. Marzący o wielkim, szalonym uczuciu, jego
miłość porażała. Nadskakiwał mi, spełniał wszystkie życzenia zanim zdążyłam o
nich pomyśleć. Trwało to rok, zanim pozwoliłam mu z nami zamieszkać (mam 9-
letniego synka). Codzienne życie i obowiązki zaczęły go przerastać. Kiedy
dotarło do niego, że pomimo całej energii, którą włożył w dawanie nie jest
jedynym odbiorcą mojej miłości, uwagi i uwielbienia, że oprócz niego kochałam
jeszcze swoje dziecko, poświęcam mu czas, dbam o nie i sprawiam mu różne
przyjemności, zaczął czuć rozgoryczenie. Ta zazdrość o małego chłopca była
dla mnie czymś chorym. Wtedy uświadomiłam sobie, że on sam jest
niedopieszczonym małym chłopcem a nie dorosłym mężczyzną. A skoro nie
dostawał ode mnie całego mojego wolnego czasu i nie stał się jednym obiektem
mojego uwielbienia czuł się nieszczęśliwy. Przestał interesować go dom,
codzienne życie, zaczął uciekać w świat komputera, fotografii i zaspakajania
tylko swoich potrzeb.
Podjęłam decyzję o rozstaniu. Ale cały czas zadaje sobie jedno pytanie.
Dlaczego na partnerów życiowych wybieram sobie tak niedojrzałych mężczyzn?
Czy takich do siebie przyciągam? Uważana jestem za osobę odpowiedzialną,
bardzo racjonalną a nie potrafię zbudować związku z normalnym, dojrzałym
mężczyzną. Jak mam ustrzec się przed takimi decyzjami na przyszłość? A może
takich mężczyzn już nie ma?