czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre???

IP: 213.186.93.* 17.03.03, 20:11
mam taki problem
obawiam sie ze pokazujac chlopakowi jak mi zalezy on sie szybko nudzi i juz
mu tak nie zalezy
pytanie kieruje głownie do facetów
czy jak dziewczyna okazuje wam ze jej zalezy , czy wtedy juz jej tak nie
zdobywacie i juz wam tak nie zalezy ? nie lepiej udawac niedostepna i dawac
sie dalej zdobywac ?

usłyszałam taka opinie od kogos < pewnego chłopaka > i nie wiem czy ma racje
prosze was o rade
pa
    • Gość: Psychol og [...] IP: 199.71.64.* 17.03.03, 20:19
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: speedymika Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.lubin.dialog.net.pl 17.03.03, 20:25
      Mi tez kiedys mowiono cos takiego - ze jak juz raz pokaze ze mi zalezy to
      przepadlam - wredny facet na 100% zacznie mnie olewac i przestanie sie starac
      (niby po co jak wie ze ja za nim na koniec swiata).
      Moze to i nawet logiczne ale:
      po pierwsze: mocno wierze ze ten moj JEDYNY nie bedzie taki (a jak moj facet
      sie takim okaze to znaczy ze to nie jest TEN - niezly test swoja droga;))
      po drugie: nie wyobrazam sobie jak moglabym z premedytacja utrzymywac stan
      niepewnosci - to mi sie z gierkami jakimis kojarzy a tego BARDZO nie lubie.
      jak to niby: nie mowic ze kocham, ze pokazywac uczucia... nie, to nie dla mnie.
    • Gość: psych ol [...] IP: 199.71.64.* 17.03.03, 20:38
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • speedymika Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 17.03.03, 20:54
        masz cos jeszcze ciekawego do powiedzenia czy to juz wszystko na co cie stac?
    • Gość: yellow Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.siedlce.cvx.ppp.tpnet.pl 17.03.03, 22:11
      Tez mnie to nurtuje. Nowy zwiazek, zalezy mi bardzo ale caly czas te
      watpliwosci - ile mozna pokazac, na ile sie ujawnic, odslonic? Bo przeciez to
      niby facet ma zdobywac, wiec pewnie nie powinnam "skladac broni" tak na
      wstepie... I nie chodzi tu wcale o seks, tylko o okazanie pewnych uczuc,
      pokazanie tej calej fali czulosci jaka czuje gdy mnie przytula, gdy na mnie
      patrzy. Ale wydaje mi sie ze milosc zaklada to ryzyko - trudno, moze dostane po
      nosie, ale nie bede udawac ze mi wszystko jedno kiedy jest zupelnie odwrotnie.
      Moze na poczatku znajomosci takie wzajemne trzymanie sie w niepewnosci jest
      czyms normalnym, ale przeciez w koncu trzeba sie odslonic. Poza tym taki
      udawany tumiwisizm jakos traci mi manipulacja, troche to wszystko takie
      wyrachowane, nie uwazacie?
    • Gość: Psychol og [...] IP: 199.71.64.* 17.03.03, 22:29
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: tedda Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.siedlce.cvx.ppp.tpnet.pl 18.03.03, 09:39
      Taki fajny watek a ginie smiercia naturalna. Czy zaden normalny facet nie ma
      nic do powiedzenia na ten temat?
      • Gość: stary chłop Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: 213.231.15.* 18.03.03, 09:50
        mówicie o tak indywidualnych i delikatnych sprawach, że nikt nie napisze wam
        jaka jest fix reguła w tym temacie. Ale a propos wątpliwości czy mam odsłonić
        swoje uczucia czy poczekać nie wiadomo na co to pytam się: Kto sie ciagle prosi
        i domaga okazywania uczuć przez facetów?? no kto? Kobiety. A tu sie okazuje ze
        one same powstrzymuja się od tego.
    • theseus Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 18.03.03, 10:23
      Widzę że masz wiele wątpliwości co do swoich uczuć. Powiedz mi czy można kogoś
      kochać i jednocześnie go lekceważyć. To jest nie możliwe, osobę którą kochamy
      zawsze będziemy adorować i mówić jej o naszym uczuciu. Miłość to również gra
      słów choć nie wszystkie są w stanie wyrazić nasze uczucia. Jezyk polski jest
      wyrażnie biedny pod tym wzgledem. pozdr.
      • Gość: tedda Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.siedlce.cvx.ppp.tpnet.pl 18.03.03, 10:34
        Z tym mowieniem o uczuciu to roznie bywa, bo nie wszyscy to potrafia.Moje
        szczescie (od niedawna zreszta) na przyklad na kazde moje "tesknie za toba"
        czy "mysle o tobie" (jest teraz w podrozy sluzbowej) odpowiada "ja tez". On tez
        co, co cholery?! Moze sie czepiam, ale chociaz raz chcialabym to uslyszec
        pierwsza od niego, i pelnym zdaniem, bo tak to cholera wie czy naprawde tak
        mysli czy mnie zbywa!
      • matrek Masz racje 21.03.03, 11:49
        Mam wątpliwości, czy to jest w ogóle miłość, jesli gram, udaje, itd.
    • Gość: itha Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: 213.186.93.* 18.03.03, 20:19
      chodziło mi o pokazanie jak mi zalezy ale w poczatkowym stadium zwiazku
      kiedy za dobrze sie nie znamy i wiele o sobie nie wiemy

      niech odpowiedza faceci : bedac na poczatku zwiazku, dziewczyna widac ze sie
      mocno angazuje i to wyraznie okazuje jak ja wtedy traktujecie ? nie
      przeszkadza wam to? czy w tym momencie nie olewacie jej?

      powiedzcie mi prosze co o tym sadzicie i szczerze -jest to dla mnie bardzo
      wazne ;)
      papa
      • Gość: Psychol og [...] IP: 205.189.191.* 18.03.03, 20:53
        Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 18.03.03, 21:20
        Jesli dziewczyna okazuje ze jej "zalezy", a mi zalezy rowniez - to jej gest biore za dobra monete i nie wiem z jakiego powodu mialbym ja "olewac"?
        Jesli mi nie zalezy - to niezaleznie od tego co ona zrobi czy powie, raczej nie sprawi, ze nagle mi sie odmieni.


        > chodziło mi o pokazanie jak mi zalezy ale w poczatkowym stadium zwiazku
        > kiedy za dobrze sie nie znamy i wiele o sobie nie wiemy
        >

        Ale co to znaczy, ze Tobie "zalezy"?
        Czy blizsze jest to stwierdzeniu: "fajnie sie zapowiada, chetnie bym poglebila ta znajomosc", czy raczej "chcialabym byc twoja dziewczyna, zona i miec z toba dzieci"?

        Nie wiem, ale jesli ktos by mi po kilku chwilach znajomosci powiedzial, ze mu na mnie zalezy czy ze mnie kocha albo jeszcze gorzej, ze chcialby ze mna spedzic reszte zycia - czulbym sie bardzo nieswojo.
        Dlaczego?
        Bo takie deklaracje w poczatkowej fazie znajomosci sa moim zdaniem na wyrost.
        Sugeruja, ze osoba ktora je wypowiada tak na prawde wyolbrzymia swoje uczucia i nadaje im wieksza range niz na to zasluguja.

        Ale wszystko zalezy od kontekstu, sytuacji - wszak mamy przeciez "milosc od pierwszego wejrzenia" :")))))


        > niech odpowiedza faceci : bedac na poczatku zwiazku, dziewczyna widac ze sie
        > mocno angazuje i to wyraznie okazuje jak ja wtedy traktujecie ? nie
        > przeszkadza wam to? czy w tym momencie nie olewacie jej?
        >

        Znowu pytanie: co to znaczy "na poczatku zwiazku"?
        Wracam do tego co napisalem powyzej. Jesli dziewczyna po bardzo krotkiej znajomosci daje do zrozumienia, ze jej niesamowicie zalezy, to bede uciekal gdzie pieprz rosnie. Bo mam zbyt duze wrazenie, ze taka osoba dziala w mysl zasady "no nareszcie znalazl sie ktos kto moglby mnie pokochac", ew. "kogo ja moglabym pokochac" (oczywiscie bardzo upraszczam), niz powodowana rzeczywistym zaciekawieniem i zainteresowaniem druga osoba jako taka.
        Osobiscie uwazam, ze zwiazek powinien sie rozwijac w miare plynnie i spontanicznie - dylemat typu "czy powiedziec ze mi zalezy" nie powinien miec miejsca. Bo mozna wyczuc czy druga strona ma ochote na poglebianie znajomosci - i wtedy rowniez bardziej sie angazowac. Albo dac sobie spokoj jeszcze zanim pojawi sie zaangazowanie, jesli widac ze nic z tego nie bedzie.

        Szczerze powiedziawszy, u mnie sprawy co i kiedy mowic/robic jakos zwykle wyplywaly w miare same, bez rozmyslan "czy mowic, ze mi zalezy".

        Moze sprecyzuj jak wyglada ow "poczatek zwiazku" i co to znaczy, ze Ci "zalezy"?
        • Gość: Psychol og [...] IP: 205.189.191.* 18.03.03, 21:28
          Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
        • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 21.03.03, 13:24
          kwieto napisał:

          > Wracam do tego co napisalem powyzej. Jesli dziewczyna po bardzo krotkiej
          znajom
          > osci daje do zrozumienia, ze jej niesamowicie zalezy, to bede uciekal gdzie
          pie
          > prz rosnie. Bo mam zbyt duze wrazenie, ze taka osoba dziala w mysl zasady "no
          n
          > areszcie znalazl sie ktos kto moglby mnie pokochac", ew. "kogo ja moglabym
          poko
          > chac" (oczywiscie bardzo upraszczam), niz powodowana rzeczywistym
          zaciekawienie
          > m i zainteresowaniem druga osoba jako taka.


          Czyli, jesli dziewczyna szuka milosci (i Ciebie wyroznila, chcac w Tobie
          ulokowac uczucie), to "niech spada", a jesli chce isc z Toba dla ciekawosci czy
          moze dla zabawy, to ja akceptujesz.
          Taki typ myslenia jest wlasciwy rowniez pewnym kobietom. Uganiaja sie za
          mezczyznami majacymi opinie podrywaczy (z ktorymi staly zwiazek jest malo
          prawdopodobny), a lekcewaza mezczyzn, ktorzy byliby w stanie zainteresowac sie
          nimi powaznie.

          > Osobiscie uwazam, ze zwiazek powinien sie rozwijac w miare plynnie i
          spontanicznie - dylemat typu "czy powiedziec ze mi zalezy" nie powinien miec
          miejsca.

          Ale ma miejsce, bo osoba o powazniejszym nastawieniu do zycia i zwiazkow jest
          zmuszona grac role lekkoducha, zeby nie zostac "splawiona". To paradoks, moim
          zdaniem, to raczej lekkoduchy powinny udawac zaangazowanie...

          • alfika Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 21.03.03, 13:47
            Nie sądzę, byś był zachwycony, gdyby po 3ch dniach znajomości dziewczyna
            oznajmiła, że chce zostać matką Twoich dzieci. Albo zaczęła planować waszą
            wspólną przyszłość.

            Udawanie zaangażowania albo niezaangażowania nie ma sensu - jeśli nie pokazuje
            się swojej prawdziwej twarzy, nie mówi o przekonaniach, nie okazuje uczuć, to
            odgrywa się inną osobę, niż się jest. A to się nazywa oszustwo.

            A co, jeśli na udawaniu okażemy się kimś, kim nie jesteśmy, a potem nagle się
            stwierdzi, że jedno czuje się oszukane, a drugie się dusi?
            Po co?

            Tylko w imię źle pojętego honoru - "nie okażę zaangażowania" lub lęku - "nie
            zdradzę się z uczuciami, bo się wystawię na pośmiewisko czy zranienie"?
            • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 23.03.03, 16:24
              alfika napisała:

              > Nie sądzę, byś był zachwycony, gdyby po 3ch dniach znajomości dziewczyna
              > oznajmiła, że chce zostać matką Twoich dzieci. Albo zaczęła planować waszą
              > wspólną przyszłość.

              To zalezy od tego, jak ja traktuje te znajomosc. Jezeli jako kolezenska, to
              oczywiscie wyjasniam sprawe i... jest to prawdopodobnie koniec znajomosci.
              Jesli jako mesko- damska, to bylbym wstrzasniety nieoczekiwanie pozytywnym
              rezultatem moich 3-dniowych zabiegow. Byc moze wydawaloby mi sie to podejrzane
              i sprawdzilbym w toku dalszego trwania tej znajomosci, czy ona kazdemu facetowi
              nie mowi tego samego po 3 dniach.


              >
              > Udawanie zaangażowania albo niezaangażowania nie ma sensu - jeśli nie
              pokazuje
              > się swojej prawdziwej twarzy, nie mówi o przekonaniach, nie okazuje uczuć, to
              > odgrywa się inną osobę, niż się jest. A to się nazywa oszustwo.


              W pelni sie zgadzam. Ja nie udaje i potem slysze od pieknej blondynki (i to nie
              po 3 dniach ale, powiedzmy, miesiacach), ze "odstraszam kobiety, bo zbyt serio
              podchodze do tych spraw". Slyszac to, oslupialem, bo wydawalo mi sie, ze
              wysylam pozytywny komunikat, zapewniajac o moim zaangazowaniu. I jak tu
              zrozumiec kobiety? :-)

              • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 23.03.03, 17:32
                Gość portalu: Przemek napisał(a):

                > To zalezy od tego, jak ja traktuje te znajomosc. Jezeli jako kolezenska, to
                > oczywiscie wyjasniam sprawe i... jest to prawdopodobnie koniec znajomosci.
                > Jesli jako mesko- damska, to bylbym wstrzasniety nieoczekiwanie pozytywnym
                > rezultatem moich 3-dniowych zabiegow. Byc moze wydawaloby mi sie to podejrzane
                > i sprawdzilbym w toku dalszego trwania tej znajomosci, czy ona kazdemu facetowi
                >
                > nie mowi tego samego po 3 dniach.
                >

                No wlasnie...
                Albo czy nie masz byc dla niej "lekiem na cale zlo" - to tez niezbyt dobry uklad. zapostuje Ci nizej dialog, ktory pono (przynajmniej jesli chodzi o strone kobieca - mysli mezczyzny mozemy sie tylko domyslac) zdarzyl sie naprawde. Jest on bardzo pouczajacy :"))


                >
                > >
                > > Udawanie zaangażowania albo niezaangażowania nie ma sensu - jeśli nie
                > pokazuje
                > > się swojej prawdziwej twarzy, nie mówi o przekonaniach, nie okazuje uczuć,
                > to
                > > odgrywa się inną osobę, niż się jest. A to się nazywa oszustwo.
                >
                >
                > W pelni sie zgadzam. Ja nie udaje i potem slysze od pieknej blondynki (i to nie
                >
                > po 3 dniach ale, powiedzmy, miesiacach), ze "odstraszam kobiety, bo zbyt serio
                > podchodze do tych spraw". Slyszac to, oslupialem, bo wydawalo mi sie, ze
                > wysylam pozytywny komunikat, zapewniajac o moim zaangazowaniu. I jak tu
                > zrozumiec kobiety? :-)
                >

                Jak odpisalem w drugim poscie - sa ludzie ktorzy do zwiazku podchodza "zbyt powaznie" - a to odstrasza, nawet nie masz pojecia jak. Bo moze sie okazac ze ona jest na etapie "fajny facet, moze go poderwac" - a Ty juz sie zastanawiasz kiedy wezmiecie slub.
                • kwieto Obiecany dialog damsko-meski :") 23.03.03, 17:35
                  Ona (mysli: Hmm. NIezly facet)
                  - Okropna dzis pogoda

                  On (mysli: Hmm. Calkiem, calkiem)
                  - Tak, przemoklem do suchej nitki

                  Ona (mysli: Tak, bardzo fajny. MOze to bedzie wlasnie TO?)
                  - Naprawde? Biedaczek. Prosze zdjac plaszcz

                  On (mysli: mila i zyczliwa)
                  - Dziekuje

                  Ona (mysli: Przystojny. Czyzby to byl ON?)
                  - Powiesze na kaloryferze

                  On (mysli: Cos mi mowi, ze mam szanse)
                  - Dzieki. Dlugo tu pani pracuje?

                  Ona (mysli: Tatus bedzie zachwycony. Ciekawa jestem, czy zgodzilby sie na slub koscielny)
                  - Okolo trzech lat

                  On (mysli: Tak jest. Leci na mnie)
                  - Jak pani ma na imie? Ja jestem Tomasz

                  Ona (mysli: Tomasz. Mozemy tak nazwac naszego pierworodnego)
                  - Ania. Naszemu pierworodnemu damy na imie Tomasz, dobrze?

                  On (mysli: Co?!)
                  - Co?!
                • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 24.03.03, 15:16
                  kwieto napisał:

                  > Albo czy nie masz byc dla niej "lekiem na cale zlo" - to tez niezbyt dobry
                  uklad.

                  Cytat ze znanej piosenki budzi u mnie raczej pozytywne skojarzenia. Chyba
                  najblizsza osoba powinna byc wlasnie takim lekiem... Co w tym zlego?

                  > >
                  >
                  > Jak odpisalem w drugim poscie - sa ludzie ktorzy do zwiazku podchodza "zbyt
                  pow
                  > aznie" - a to odstrasza, nawet nie masz pojecia jak.

                  Niepowazny stosunek typu "zabawmy sie a potem co bedzie, to bedzie" odstrasza
                  niekiedy bardziej... Jesli ktos sfere uczuc traktuje serio, to lekkomyslnie
                  przeprowadzane eksperymenty moga zranic. Np. okazuje sie ze trwaly zwiazek jest
                  w ogole niemozliwy, bo partner w ogole nie planuje stabilizacji zyciowej albo
                  ma zobowiazania rodzinne, o ktorych jakos zapomnial powiedziec.

                  P.S. Ten dialog nie mogl miec miejsca :-) Nieporozumienia zdarzaja sie, ale nie
                  az na taka skale.
                  • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 24.03.03, 19:57
                    Gość portalu: Przemek napisał(a):

                    > Cytat ze znanej piosenki budzi u mnie raczej pozytywne skojarzenia. Chyba
                    > najblizsza osoba powinna byc wlasnie takim lekiem... Co w tym zlego?
                    >

                    W piosence jest akurat, natomiast poza nia...
                    Lek trzeba znalezc w sobie, potem mozna ruszac na podboj swiata i szukanie drugiej polowki.
                    Oczywiscie to utopijne zalozenie, ale IMO im blizej tej utopii jestesmy, tym szczesliwsi w zyciu jestesmy.


                    > Niepowazny stosunek typu "zabawmy sie a potem co bedzie, to bedzie" odstrasza
                    > niekiedy bardziej...


                    Dlaczego operujesz skrajnosciami? Jako przeciwwage dla tego co ja nazywam "zbyt powaznym" podejsciem stawiasz podejscie totalnie niepowazne.
                    Ale mozna przeciez chciec zeby cos wyszlo z danego ukladu, ale zarazem nie uzalezniac sie od tego. Przyjac postawe - daze do tego by poderwac/zwiazac sie z osoba ktora sobie upatrzylem/am, ale jesli nic z tego nie wyjdzie, nie bede sie przejmowac.

                    Takie "zlapanie dystansu" do siebie i do zwiazkow jako takich jest moim zdaniem bardzo pomocne. Bo nie dazysz do zwiazku z wdziekiem i lekkoscia czolgu tratujacego zasieki, ale flirt przypomina taniec, ktory przede wszystkim sprawia radosc obojgu.

                    To pewna roznica - np. flirtowac z kims po to, by zalozyc rodzine, a flirtowac dla przyjemnosci flirtowania :")))



                    Jesli ktos sfere uczuc traktuje serio, to lekkomyslnie
                    > przeprowadzane eksperymenty moga zranic. Np. okazuje sie ze trwaly zwiazek jest
                    >
                    > w ogole niemozliwy, bo partner w ogole nie planuje stabilizacji zyciowej albo
                    > ma zobowiazania rodzinne, o ktorych jakos zapomnial powiedziec.
                    >


                    Jak wyzej - swiat nie dziala na zasadzie przeciwienstw: czarne<>biale. Jest jeszcze mnostwo szarosci - oraz miliony innych kolorow.



                    > P.S. Ten dialog nie mogl miec miejsca :-) Nieporozumienia zdarzaja sie, ale nie
                    >
                    > az na taka skale.


                    Jednakowoz, autorka ksiazki (Cathy Hopkins, "Polowanie na mezczyzn", Wydawnictwo ARBOR, Warszawa 1992, strona 20) zarecza, ze cos takiego wydarzylo sie naprawde.
                    • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 25.03.03, 20:42
                      Moze ta wymiana zdan nie ma sensu, bo roznica pogladow wynika z roznych cech
                      psychicznych. Proponuje podpisanie protokolu rozbieznosci, bo nikt nikogo nie
                      przekona.

                      kwieto napisał:

                      >
                      > W piosence jest akurat, natomiast poza nia...
                      > Lek trzeba znalezc w sobie, potem mozna ruszac na podboj swiata i szukanie
                      drug
                      > iej polowki.
                      > Oczywiscie to utopijne zalozenie, ale IMO im blizej tej utopii jestesmy, tym
                      sz
                      > czesliwsi w zyciu jestesmy.
                      >

                      Wlasnie - utopijne, a dla mnie wewnetrznie sprzeczne. Wynikaloby z niego, ze
                      wlasciwie to wszystkie nasze potrzeby jestesmy w stanie zaspokoic sami, a druga
                      osoba moze byc, a moze jej rownie dobrze nie byc.

                      >
                      > Dlaczego operujesz skrajnosciami? Jako przeciwwage dla tego co ja
                      nazywam "zbyt
                      > powaznym" podejsciem stawiasz podejscie totalnie niepowazne.

                      Moze to wynika z faktu, ze w zyciu ucierpialem w wyniku czyjegos niepowaznego
                      podejscia, a nie nazbyt powaznego...


                      > Ale mozna przeciez chciec zeby cos wyszlo z danego ukladu, ale zarazem nie
                      uzal
                      > ezniac sie od tego. Przyjac postawe - daze do tego by poderwac/zwiazac sie z
                      os
                      > oba ktora sobie upatrzylem/am, ale jesli nic z tego nie wyjdzie, nie bede sie
                      p
                      > rzejmowac.

                      Tak, ale mozna to wyrazic krotko w nastepujacych slowach - proponujesz tworzyc
                      zwiazki bez milosci, na probe. Mojej psychice odpowiada odwrotna kolejnosc -
                      najpierw jakies zaangazowanie uczuciowe, potem proba zwiazania sie z ta osoba.
                      W sytuacji, gdy zaangazowanie uczuciowe zaistnialo, nie ma juz miejsca na
                      postawe "nie bede sie przejmowac". Po prostu zal jest, ze nic z tego nie
                      wyszlo :-(

                      >
                      > To pewna roznica - np. flirtowac z kims po to, by zalozyc rodzine, a
                      flirtowac
                      > dla przyjemnosci flirtowania :")))
                      >

                      Zalezy co uwazasz za flirt...jesli sprawy zajda daleko, to bardzo latwo tu o
                      nieporozumienie takie, jak w tym cytowanym dialogu z ksiazki C.Hopkins. Z tym,
                      ze konsekwencje beda powazniejsze, gdy jedna ze stron traktowala to serio, a
                      druga chciala sie zabawic (i oczywiscie "zapomniala" powiedziec, ze chodzi
                      tylko o zabawe, bo jakby nie zapomniala, to do niczego by nie doszlo :-))


                      • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 25.03.03, 21:14
                        Gość portalu: Przemek napisał(a):

                        > Wlasnie - utopijne, a dla mnie wewnetrznie sprzeczne. Wynikaloby z niego, ze
                        > wlasciwie to wszystkie nasze potrzeby jestesmy w stanie zaspokoic sami, a druga
                        >
                        > osoba moze byc, a moze jej rownie dobrze nie byc.
                        >

                        Dokladnie tak!
                        Fajnie jak taka osoba jest, nie przecze.
                        Ale czy swiat sie zawali, jesli takiej osoby nie bedzie?
                        Czy naprawde musze byc nieszczesliwy z powodu braku osoby (wyimaginowanej zreszta, bo musze sobie wpierw WYOBRAZIC w jakis sposob osobe, ktora chcialbym u swojego boku widziec).
                        Zatem, stwierdzenie ze rownie dobrze mozna zyc bez mrzonek, wydaje mi sie calkiem sensowne :")


                        > Moze to wynika z faktu, ze w zyciu ucierpialem w wyniku czyjegos niepowaznego
                        > podejscia, a nie nazbyt powaznego...
                        >

                        Hmmm...
                        W zwiazkach trudno ucierpiec, jesli sobie tego sami nie zyczymy w jakims sensie.
                        Moze warto przyjrzec sie sobie?



                        > Tak, ale mozna to wyrazic krotko w nastepujacych slowach - proponujesz tworzyc
                        > zwiazki bez milosci, na probe. Mojej psychice odpowiada odwrotna kolejnosc -
                        > najpierw jakies zaangazowanie uczuciowe, potem proba zwiazania sie z ta osoba.

                        Dlaczego bez milosci?
                        Watpie zeby zaangazowanie uczuciowe o ktorym mowisz, bylo rzeczywista miloscia. Predzej jest to cos, co nazywamy stanem "zakochania sie" - motyle w brzuchu i inne takie.
                        Milosc prawdziwa pojawia sie duzo, duzo pozniej.

                        Problem jest w tym, by umiec odroznic zakochanie od milosci.
                        I nie traktowac zakochania z przesadnym pietyzmem.
                        Po prostu - wszystko, a zwlaszcza milosc, wymaga pewnej "lekkosci". Lekkosci, ktorej Tobie prawdopodobnie brakuje - i stad Twoje wnioski o koniecznosci ukrywania sie ze swoim zaangazowaniem.


                        > W sytuacji, gdy zaangazowanie uczuciowe zaistnialo, nie ma juz miejsca na
                        > postawe "nie bede sie przejmowac". Po prostu zal jest, ze nic z tego nie
                        > wyszlo :-(
                        >

                        No dobrze. i czy naprawde ten zal jest az tak straszny?
                        W zwiazku ktory rozpadl sie po dziesieciu latach tez jest zal. Tylko ze ten zal moze byc budujacy, moze byc tez niszczacy.
                        Przewaznie jest niszczacy, niestety.


                        > Zalezy co uwazasz za flirt...jesli sprawy zajda daleko, to bardzo latwo tu o
                        > nieporozumienie takie, jak w tym cytowanym dialogu z ksiazki C.Hopkins. Z tym,
                        > ze konsekwencje beda powazniejsze, gdy jedna ze stron traktowala to serio, a
                        > druga chciala sie zabawic (i oczywiscie "zapomniala" powiedziec, ze chodzi
                        > tylko o zabawe, bo jakby nie zapomniala, to do niczego by nie doszlo :-))
                        >
                        >
                        No ale co to znaczy "traktowac serio"?
                        Mowimy przeciez o pierwszych spotkaniach!
                        • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 26.03.03, 14:12
                          kwieto napisał:


                          > Dokladnie tak!
                          > Fajnie jak taka osoba jest, nie przecze.
                          > Ale czy swiat sie zawali, jesli takiej osoby nie bedzie?

                          Teraz ty operujesz skrajnosciami :-)
                          Swiat sie nie zawali, ale przyjemnie tez nie bedzie :-(

                          > Zatem, stwierdzenie ze rownie dobrze mozna zyc bez mrzonek, wydaje mi sie
                          calki
                          > em sensowne :")

                          Jest sensowne, zyc bez marzen da sie, ale czy pozbycie sie wszelkich marzen
                          gwarantuje wysoka jakosc zycia?

                          > W zwiazkach trudno ucierpiec, jesli sobie tego sami nie zyczymy w jakims
                          sensie

                          To jest twierdzenie "doktrynerskie", zaklada, ze nasze odczuwanie w 100% zalezy
                          od naszego nastawienia, a w 0% od okolicznosci. Przyklad (oczywiscie skrajny :-
                          )) - umarla ci matka, albo rzucila cie zona, ale tylko od ciebie zalezy, czy
                          bedziesz dzis plakal, czy sie cieszyl. Czyta sie takie rzeczy w poradnikach
                          napisanych przez amerykanskich psychologow, ale ja sie z tym nie zgadzam.

                          > .
                          > Moze warto przyjrzec sie sobie?

                          To zawsze warto - wlasciwie po to wdaje sie w dyskusje, zeby wyciagnac jakies
                          wnioski odnosnie mojej osoby.

                          > Problem jest w tym, by umiec odroznic zakochanie od milosci.
                          > I nie traktowac zakochania z przesadnym pietyzmem.

                          Trzeba zdefiniowac, czym jest milosc w przeciwienstwie do zakochania, ja sie
                          nie podejmuje.
                          Jesli komus to zakochanie przytrafia sie rzadko, to nic dziwnego ze wiaze z tym
                          jakies nadzieje, nie traktuje instrumentalnie osoby, w ktorej jest zakochany.
                          Takiej osobie trudno jest okreslic, czy przezywa milosc czy jeszcze nie.

                          > Po prostu - wszystko, a zwlaszcza milosc, wymaga pewnej "lekkosci". Lekkosci,
                          k
                          > torej Tobie prawdopodobnie brakuje

                          Tej "Nieznosnej lekkosci bytu"? :-)) Ostatnio TV wielokrotnie powtarzala ten
                          film wg Kundery. Bohatera cechuje wlasnie taka lekkosc bytu, ktora jest
                          nieznosna dla otoczenia, a zwlaszcza zakochanej w nim osoby (swietna Julette
                          Binoche). Rozbawily mnie jego slowa "Jest milosc i jest seks. Seks to rozrywka,
                          jak pilka nozna". Wlasnie taka postawa jest mi calkowicie obca.

                          > >
                          > No ale co to znaczy "traktowac serio"?
                          > Mowimy przeciez o pierwszych spotkaniach!

                          Tu sie zgadzam - zapomnialem ze chodzilo o pierwsze chwile...
                          • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 26.03.03, 21:41
                            Gość portalu: Przemek napisał(a):


                            > Swiat sie nie zawali, ale przyjemnie tez nie bedzie :-(
                            >

                            Dlaczego??




                            > > Zatem, stwierdzenie ze rownie dobrze mozna zyc bez mrzonek, wydaje mi sie
                            > calki
                            > > em sensowne :")
                            >
                            > Jest sensowne, zyc bez marzen da sie, ale czy pozbycie sie wszelkich marzen
                            > gwarantuje wysoka jakosc zycia?
                            >

                            Nie, ale czy posiadanie marzen ja gwarantuje?
                            Natomiast wiazanie poczucia "wysokiej jakosci zycia" ze spelnieniem wyobrazen gwarantue, ze owa "wysoka jakosc zycia" nigdy nie nastapi


                            > > W zwiazkach trudno ucierpiec, jesli sobie tego sami nie zyczymy w jakims
                            > sensie
                            >
                            > To jest twierdzenie "doktrynerskie", zaklada, ze nasze odczuwanie w 100% zalezy
                            > od naszego nastawienia, a w 0% od okolicznosci. Przyklad (oczywiscie skrajny :-
                            > )) - umarla ci matka, albo rzucila cie zona, ale tylko od ciebie zalezy, czy
                            > bedziesz dzis plakal, czy sie cieszyl. Czyta sie takie rzeczy w poradnikach
                            > napisanych przez amerykanskich psychologow, ale ja sie z tym nie zgadzam.

                            Rozroznijmy pare spraw.
                            Nie mowimy o smierci matki, tylko o zwiazku z jakas osoba, "ranach" przez ta osobe zadawanych. Co do smierci matki to powiem tylko tyle, ze jesli masz zrozumienie dla zycia jako takiego, to wiesz, ze smierc jest czyms naturalnym - i rozumiesz, ze predzej czy pozniej musialo to nastapic. Pojawia sie smutek, pewien zal, ale nie rozpacz. I wiesz, ze ow zal niedlugo przeminie, bo taka jest kolej rzeczy.

                            Co do rzucenia przez zone - coz, jest to na pewno przykra sytuacja. Ale moim zdaniem, jesli potrafisz sie do zwiazku zdystansowac, potrafisz zapewnic sobie poczucie szczescia "na wlasna reke", to raczej nie spowoduje to katastrofy.
                            Wierz mi, mozna zywic gorace uczucia do kogos, a jednoczesnie nie uzalezniac swojego zycia od obecnosci tej osoby. Mysle, ze w ten sposob wrecz latwiej kochac - bo takie podejscie wymaga wzajemnego szacunku dla wolnosci i autonomicznosci drugiej osoby - wymaga tez wiekszej wzajemnej akceptacji.


                            > > .
                            > > Moze warto przyjrzec sie sobie?
                            >
                            > To zawsze warto - wlasciwie po to wdaje sie w dyskusje, zeby wyciagnac jakies
                            > wnioski odnosnie mojej osoby.
                            >

                            :"))


                            > > Problem jest w tym, by umiec odroznic zakochanie od milosci.
                            > > I nie traktowac zakochania z przesadnym pietyzmem.
                            >
                            > Trzeba zdefiniowac, czym jest milosc w przeciwienstwie do zakochania, ja sie
                            > nie podejmuje.
                            > Jesli komus to zakochanie przytrafia sie rzadko, to nic dziwnego ze wiaze z tym
                            >
                            > jakies nadzieje, nie traktuje instrumentalnie osoby, w ktorej jest zakochany.

                            Uwaga w dzienniczku - nic nie usprawiedliwia instrumentalnego traktowania drugiego czlowieka. Sek w tym, ze niejednokrotnie owo "instrumentalne traktowanie" jest zwyczajnie niezamierzone - po prostu osoba taka nie potrafi inaczej, albo usiluje w ten sposob zamaskowac swoje kompleksy, leki... w obu przypadkach zasluguje raczej na wspolczucie.


                            > Takiej osobie trudno jest okreslic, czy przezywa milosc czy jeszcze nie.
                            >
                            > > Po prostu - wszystko, a zwlaszcza milosc, wymaga pewnej "lekkosci". Lekkos
                            > ci,
                            > k
                            > > torej Tobie prawdopodobnie brakuje
                            >
                            > Tej "Nieznosnej lekkosci bytu"? :-)) Ostatnio TV wielokrotnie powtarzala ten
                            > film wg Kundery. Bohatera cechuje wlasnie taka lekkosc bytu, ktora jest
                            > nieznosna dla otoczenia, a zwlaszcza zakochanej w nim osoby (swietna Julette
                            > Binoche). Rozbawily mnie jego slowa "Jest milosc i jest seks. Seks to rozrywka,
                            >
                            > jak pilka nozna". Wlasnie taka postawa jest mi calkowicie obca.
                            >

                            Nie widzialem "nieznosnej lekkosci bytu", ale mam wrazenie ze nie rozumiesz o co mi chodzi :(((

                            Lekkosc nie oznacza braku odpowiedzialnosci i wrazliwosci.
                            lekkosc oznacza, ze sie z tymi cechami nie afiszujesz - i nie chodzi o ukrywanie ich.

                            > > >
                            > > No ale co to znaczy "traktowac serio"?
                            > > Mowimy przeciez o pierwszych spotkaniach!
                            >
                            > Tu sie zgadzam - zapomnialem ze chodzilo o pierwsze chwile...


                            :")
                            • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 27.03.03, 20:25
                              Ty tak troche piszesz w stylu amerykanskich poradnikow. Np. na moje:

                              > > Swiat sie nie zawali, ale przyjemnie tez nie bedzie :-(
                              > >
                              odpowiadzasz:
                              >
                              > Dlaczego??
                              >

                              Jesli Ci sie cos nie uda, np nie zdasz egzaminu, dostaniesz "kosza" itd, to jak
                              ma byc Ci przyjemnie? Nie zamieniajmy czarnego na biale, to mi pachnie
                              jakims "praniem mozgu". Zachowajmy jakis zwiazek miedzy wydarzeniem a reakcja
                              na to wydarzenie. Ty proponujesz rozerwanie tego zwiazku - to sztuczne, nawet
                              jakies nienormalne.

                              > Natomiast wiazanie poczucia "wysokiej jakosci zycia" ze spelnieniem wyobrazen
                              > gwarantue, ze owa "wysoka jakosc zycia" nigdy nie nastapi

                              Zauwaz ze nie mowimy tu o nierealizowalnych wyobrazeniach typu "zostane
                              milionerem, dostane Nobla" itp. Mowilismy o tym w kontekscie stworzenia udanego
                              zwiazku z kobieta, ktora nam sie podoba. Czy to nierealizowalne mrzonki? Czasem
                              ludziom sie to udaje :-) Im wieksze porozumienie i wzajemne zblizenie w
                              zwiazku, tym wyzsza jakosc zycia. Wracajac do tematu dyskusji, uznalem za
                              paradoks to, ze ujawnienie zamiarow poglebienia znajomosci jest niekiedy
                              przyjmowane negatywnie (odrzucana jest wyzsza jakosc zycia), zas wieksze szanse
                              przebicia ma nieujawnianie takich zamiarow (czyli poprzestanie na
                              bylejakosci).


                              > Wierz mi, mozna zywic gorace uczucia do kogos, a jednoczesnie nie uzalezniac
                              sw
                              > ojego zycia od obecnosci tej osoby. Mysle, ze w ten sposob wrecz latwiej
                              kochac
                              > - bo takie podejscie wymaga wzajemnego szacunku dla wolnosci i
                              autonomicznosci
                              > drugiej osoby - wymaga tez wiekszej wzajemnej akceptacji.

                              Troche to dla mnie zabrzmialo tajemniczo, zwlaszcza ten szacunek dla wolnosci.
                              Kazdy zwiazek polega na obopolnym ograniczeniu tej wolnosci (rzecz w tym, aby
                              zachowac tu rownowage - nie zadac wiecej, niz sie jest w stanie samemu
                              zaoferowac). Calkowita wolnosc, np. polegajaca na umowie, ze kazdy moze odejsc
                              bez slowa kiedy chce - to rozklad zwiazku. Taki zwiazek nie daje oparcia, zyje
                              sie w poczuciu tymczasowosci i ciaglym leku... gdzie tu miejsce na szczescie?
                              Zreszta - jesli komus taki uklad odpowiada, to jego sprawa. Nie moze to jednak
                              byc lansowane jako jedyny model zwiazku. Ja bym sie w takim ukladzie czul
                              fatalnie.

                              >
                              > Nie widzialem "nieznosnej lekkosci bytu", ale mam wrazenie ze nie rozumiesz o
                              > co mi chodzi :(((

                              Nie umialem oderwac sie od tego skojarzenia z filmem.
                              Jesli "lekkosc" nie oznacza lekkomyslnosci, to niech bedzie.
                              Zastanawiam sie jednak, czy Twoj ulubieniec, bohater filmu "La vita e bella",
                              bylby rownie zadowolony z zycia, gdyby jego "principessa" dala mu "kosza".
                              Pewnie by sie wyglupial, ale bylby to wisielczy humor (na ten ostatni to i mnie
                              czasem jest stac).


                              • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 28.03.03, 13:25
                                ) Ty tak troche piszesz w stylu amerykanskich poradnikow. Np. na moje:
                                )

                                Eeetam :")

                                ) ) ) Swiat sie nie zawali, ale przyjemnie tez nie bedzie :-(
                                ) ) )
                                ) odpowiadzasz:
                                ) )
                                ) ) Dlaczego??
                                ) )
                                )
                                ) Jesli Ci sie cos nie uda, np nie zdasz egzaminu, dostaniesz
                                ) "kosza" itd, to
                                ) jak
                                ) ma byc Ci przyjemnie? Nie zamieniajmy czarnego na biale, to mi pachnie
                                ) jakims "praniem mozgu". Zachowajmy jakis zwiazek miedzy wydarzeniem a
                                ) reakcja
                                ) na to wydarzenie. Ty proponujesz rozerwanie tego zwiazku - to
                                ) sztuczne,
                                ) nawet
                                ) jakies nienormalne.
                                )

                                Moment. doprecyzujmy w takim razie znaczenie slowa "przykro". Jesli nie zdaze
                                na tramwaj i przez to sie gdzies spoznie, tez mi bedzie w jakims
                                sensie "przykro". Ale uwazam, ze takie "przykro" to troche zbyt slaba
                                przeslanka by mowic od razu "swiat sie nie zawali, ale przyjemnie tez nie
                                bedzie".
                                W koncu dostanie kosza, to tylko jeden epizod w zyciu, do tego nie dotyczacy go
                                calego, a tylko jednego z wycinkow. Nie rozumiem po prostu, dlaczego jeden
                                detal ma rzutowac na reszte zycia az tak mocno.

                                Sprecyzuj moze, co rozumiesz pod pojeciami "przykro" i "swiat sie nie zawali,
                                ale przyjemnie tez nie bedzie", bo moze Cie po prostu opacznie rozumiem?



                                ) ) Natomiast wiazanie poczucia "wysokiej jakosci zycia" ze
                                ) spelnieniem wyobrazen
                                ) ) gwarantue, ze owa "wysoka jakosc zycia" nigdy nie nastapi
                                )
                                ) Zauwaz ze nie mowimy tu o nierealizowalnych wyobrazeniach
                                ) typu "zostane
                                ) milionerem, dostane Nobla" itp. Mowilismy o tym w kontekscie
                                ) stworzenia
                                ) udanego
                                ) zwiazku z kobieta, ktora nam sie podoba. Czy to
                                ) nierealizowalne mrzonki?

                                W pewnym sensie tak, niestety :((
                                Pragnienie stworzenia zwiazku z kobieta ktora sie nam podoba samo w sobie jest
                                jak najbardziej naturalne.
                                Natomiast jesli pojawia sie sytuacja w ktorej, jesli stworze ow zwiazek, to
                                bede szczesliwy (bede czul owa "wysoka jakosc zycia"), a jezeli mi sie to nie
                                uda, to bede nieszczesliwy i odczuwal "niska jakosc zycia" (jako przeciwienstwo
                                tej "wysokiej") - to moim zdaniem, nie jest to zbyt "zdrowy" sposob rozumowania.
                                Oznaczaloby to, ze zycie czlowieka jest nieustanna hustawka emocjonalna,
                                nieustannym przeplataniem sie "gorek" (zwiazek), i "dolkow" (brak zwiazku).
                                Jakos mi to nie odpowiada Co wiecej, uwazam, ze w kontekscie o ktorym
                                rozmawiamy (powaznego traktowania zwiazku), jesli dana osoba podlega takim
                                hustawkom, absolutnie nie jest w stanie, zadnego zwiazku traktowac "powaznie" w
                                pelnym znaczeniu tego slowa. Zwyczajnie nie jest do tego zdolna
                                A owa niezdolnosc jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo dana osoba
                                swoja emocjonalna "gorke" uzaleznia od spelnionego wyobrazenia - w tym
                                przypadku zwiazku z kobieta ktora sie nam podoba.



                                ) Czasem
                                ) ludziom sie to udaje :-) Im wieksze porozumienie i wzajemne
                                ) zblizenie w
                                ) zwiazku, tym wyzsza jakosc zycia.

                                Tak, ale zareczam Ci, ze owi ludzie, ktorym sie to udaje, nie usiluja swojego
                                szczescia uwiazywac do obecnosci drugiej osoby.
                                I dlatego wlasnie potrafia wytworzyc wieksze porozumienie i zblizenie - bo nie
                                przeszkadza im STRACH, ze jesli cos zrobia "nie tak" to ukochana/y odejdzie, a
                                wtedy spotka ich nieuchronny, emocjonalny "dolek".
                                Wyzszej jakosci zycia nie da sie budowac na leku, strachu, A im bardziej swoje
                                osobiste szczescie przywiazujesz do "czynnikow zewnetrznych" - osob, sukcesow,
                                dobr materialnych - tym w wiekszym strachu zyjesz. Strachu (czesto
                                nieswiadomego), ze nie poradzisz sobie, gdy cos sie rypnie.


                                ) Wracajac do tematu
                                ) dyskusji, uznalem za
                                ) paradoks to, ze ujawnienie zamiarow poglebienia znajomosci
                                ) jest niekiedy
                                ) przyjmowane negatywnie (odrzucana jest wyzsza jakosc zycia),
                                ) zas wieksze
                                ) szanse
                                ) przebicia ma nieujawnianie takich zamiarow (czyli poprzestanie na
                                ) bylejakosci).
                                )

                                No wiec wlasnie, jesli zanalizujesz to co napisalem, to nie jest
                                odrzucana "wyzsza jakosc zycia" ale wrecz przeciwnie - odrzucani sa Ci o
                                ktorych wiadomo, ze nijak owej "wyzszej jakosci" nie sa w stanie zapewnic -
                                wlasnie przez to, ze im "za bardzo" zalezy, ze nie potrafia zlapac do siebie i
                                do zwiazku wlasciwego dystansu, ze w gruncie rzeczy kieruja sie wlasnym
                                interesem (bo zwiazek to dla nich synonim WLASNEGO szczescia, druga osoba jest
                                tu w pewnym sensie tylko narzedziem do osiagniecia wlasnej przyjemnosci - choc
                                rowumowanie to jest bardzo subtelne), ze pozniej bedza kierowac sie strachem o
                                ktorym napisalem powyzej...

                                I nie wierze, ze jesli "poglebianie znajomosci" wyplywa naturalnie z obu stron,
                                to jest przez ktoras z nich odbierane negatywnie. Mi sie cos takiego jeszcze
                                nie zdarzylo. Za to nagminnie dostawalem kosza, gdy prezentowalem postawe, o
                                ktorej Ty piszesz.


                                )
                                ) ) Wierz mi, mozna zywic gorace uczucia do kogos, a
                                ) jednoczesnie nie uzalezniac
                                ) sw
                                ) ) ojego zycia od obecnosci tej osoby. Mysle, ze w ten sposob
                                ) wrecz latwiej
                                ) kochac
                                ) ) - bo takie podejscie wymaga wzajemnego szacunku dla wolnosci i
                                ) autonomicznosci
                                ) ) drugiej osoby - wymaga tez wiekszej wzajemnej akceptacji.
                                )
                                ) Troche to dla mnie zabrzmialo tajemniczo, zwlaszcza ten szacunek dla
                                ) wolnosci.
                                ) Kazdy zwiazek polega na obopolnym ograniczeniu tej wolnosci
                                ) (rzecz w tym,
                                ) aby
                                ) zachowac tu rownowage - nie zadac wiecej, niz sie jest w stanie samemu
                                ) zaoferowac). Calkowita wolnosc, np. polegajaca na umowie, ze
                                ) kazdy moze
                                ) odejsc
                                ) bez slowa kiedy chce - to rozklad zwiazku. Taki zwiazek nie
                                ) daje oparcia,
                                ) zyje
                                ) sie w poczuciu tymczasowosci i ciaglym leku... gdzie tu miejsce na
                                ) szczescie?
                                ) Zreszta - jesli komus taki uklad odpowiada, to jego sprawa.
                                ) Nie moze to
                                ) jednak
                                ) byc lansowane jako jedyny model zwiazku. Ja bym sie w takim
                                ) ukladzie czul
                                ) fatalnie.
                                )

                                I wlasnie na tym polega Twoj problem :")))

                                Po pierwsze - nie rozumiem, dlaczego zwiazek ma polegac na ograniczaniu
                                wolnosci?
                                Przeciez tak samo jak wtedy gdy jestem sam, moge robic co chce, kiedy chce i
                                jak chce...
                                Ze pewnych rzeczy nie robie, np. nie podrywam "panienek"? Ale to wynika z mojej
                                decyzji - skoro zdecydowalem sie zyc z dana osoba, to znaczy, ze inne mnie nie
                                interesuja, nie rozumiem, po coz wlasciwie mialbym je podrywac?
                                Nie mylmy wolnosci z samowola. Wolnosc to rowniez umiejetnosc ponoszenia
                                konsekwencji wlasnych wyborow.
                                Jesli zdecydowalem sie zyc z kims to musze poniesc konsekwencje tej decyzji,
                                jesli zdecyduje sie rozstac, rowniez bede musial poniesc konsekwencje takiej
                                decyzji.

                                Po drugie - nie rozumiem, dlaczego calkowita wolnosc ma byc rownoznaczna z
                                rozkladem zwiazku?
                                Oboje "samostanowimy" o sobie, oboje ponosimy konsekwencje wlasnych wyborow -
                                dlaczego ma to oznaczac rozklad?
                                Rozumujac w ten sposob, demokracja jest juz rozkladem totalnym, a totalitaryzm
                                blogoslawienstwem.

                                Po trzecie - dla mnie zwiazek to przebywanie z osoba, ktora kocham.
                                Nie rozumiem, dlaczego zwiazek ma dawac oparcie?
                                Radosc, owszem, przyjemnosc, tez, ale oparcie? Owszem, rozumiem, kazdy ma
                                czasem dola, chcialby zeby go ktos przytulil itd. Ale zeby owo "oparcie"
                                stawalo sie jedna z naczelnych cech zwiazku, jedna z jego podstaw? Moim
                                zdaniem, to jest "wiszenie na drugiej osobie" - po prostu przegiecie.

                                Po czwarte - nie rozumiem, dlaczego wolnosc w zwiazku utozsamiasz z lekiem i
                                poczuciem tymczasowosci.
                                A jak w ogole wyobrazasz sobie zwiazek bez wolnosci? Jako zestaw obowiazkow? -
                                wspolczuje...

                                NIGDY nie masz gwarancji, czy ukochana osoba nie odejdzie i nie masz ZADNEGO
                                sposobu, by sie przed tym zabezpieczyc. Jedyne co mozesz zrobic, to wkalkulowac
                                owo ryzyko w zwiazek, i nauczyc sie je akceptowac. Jesli dziewczyna bedzie
                                chciala odejsc to odejdzie, nie bedziesz w stanie jej powstrzymac. A
                                ograniczajac jej wolnosc tylko przyspieszasz decyzje o rozstaniu.
                                Jedna z naczelnych zasad zycia jest jego przemijalnosc ("nic nie jest tak stale
                                jak niestalosc"), i dotyczy ona rowniez zwiazkow. Jak juz pisalem wczes
                                • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 28.03.03, 15:35
                                  Dzieki za uwagi - przeczytalem z zainteresowaniem.
                                  Jest problem techniczny - post doszedl do mnie "obciety" - konczy sie na

                                  > jak niestalosc"), i dotyczy ona rowniez zwiazkow. Jak juz pisalem wczes

                                  To samo z drugim postem - zapewne serwer "obcina" dlugie teksty - bedzie trzeba
                                  sie streszczac :-)

                                  Co do meritum, to odpowiem w przyszlym tygodniu (jade na weekend zajac sie
                                  zyciem "realnym", a zycie "wirtualne" zawieszam na kolku). Trudnosc w
                                  porozumieniu polega na tym, ze Ty opracowales "sztywne" definicje, co to
                                  znaczy "chce", a co "zalezy mi", co to "zainteresowanie", "zakochanie", a co
                                  to "milosc". Te pojecia sa plynne - to nie matematyka. (Wczoraj widzialem w TV
                                  film z Yves Montandem i Marilyn Monroe "Let's make love". Zawsze myslalem ze
                                  jest to film o milosci, lecz w swietle Twoich definicji - jest to film o
                                  poczatkach zainteresowania na tle erotycznym :-))
                                  Poza tym, lubisz sofizmaty. Ciagle chcesz wykazac (i jestes w tym niezly :-) ze
                                  szczera chec stworzenia udanego zwiazku swiadczy... o niemoznosci stworzenia
                                  onego (i to z winy osoby, ktora taka chec wyraza).
                                • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 01.04.03, 11:08
                                  P: ) Ty tak troche piszesz w stylu amerykanskich poradnikow.
                                  K: Eeetam :")
                                  P: A moze Ty w ogole nadajesz z Ameryki? W takim wypadku dajmy sobie
                                  spokoj z dyskusja i poprzestanmy na poszanowaniu
                                  wlasnej odrebnosci.
                                  Sadzac z badan statystycznych Amerykanie prowadza,
                                  w sferze seksualnej,
                                  zupelnie inny tryb zycia i ich poglady musza byc zupelnie inne.
                                  Np. Amerykanin ma w swoim zyciu kilkanascie partnerek
                                  - Europejczyk 3 (Hindus i Chinczyk srednio 1,3).
                                  Nic dziwnego ze Amerykanin musial
                                  wypracowac jakies mechanizmy umozliwiajace tak czeste zmiany i
                                  neutralizujace traumatyczne przezycia zwiazane ze zdrada,
                                  rozstaniami (moze temu sluzy ta "lekkosc").
                                  Co do mnie, to latwiej mnie bedzie
                                  przekonac do pojscia na Bagdad niz do amerykanskich pogladow na
                                  "te sprawy".

                                  K: Sprecyzuj moze, co rozumiesz pod pojeciami "przykro" i "swiat sie nie
                                  zawali, ale przyjemnie tez nie bedzie", bo moze Cie po prostu opacznie
                                  rozumiem?
                                  P: Dajmy sobie spokoj z wyjasnianiem pojec. "Swiat sie nie zawali"
                                  a wiec nikt sie nie zabije, nie wpadnie w jakas depresje, ale nie bedzie
                                  "rznal glupa" i udawal, ze sie cieszy, kiedy nie ma z czego.

                                  K: Natomiast jesli pojawia sie sytuacja w ktorej, jesli stworze ow
                                  zwiazek, to bede szczesliwy (bede czul owa "wysoka jakosc zycia")...
                                  P: O ile mnie pamiec nie myli, to chodzilo mi o to,
                                  ze im scislejszy zwiazek, tym wyzsza jakosc zycia.
                                  Zwiazek "z ograniczona odpowiedzialnoscia",
                                  w ktorym partnerzy nie wymagaja wiele od siebie,
                                  to w moim odczuciu, niska jakosc zycia.

                                  K: Jakos mi to nie odpowiada Co wiecej, uwazam, ze w kontekscie o
                                  ktorym rozmawiamy (powaznego traktowania zwiazku),
                                  jesli dana osoba podlega takim hustawkom, absolutnie nie jest w
                                  stanie, zadnego zwiazku traktowac "powaznie" w pelnym znaczeniu
                                  tego slowa. Zwyczajnie nie jest do tego zdolna
                                  P: Nie rozumiem, nie widze tu wynikania wniosku z przeslanek. Jesli
                                  partnerzy podchodza do zwiazku powaznie, to nie bedzie "hustawek".
                                  Cos mi sie tu kojarzy z pokrecona logika "Paragrafu 22" Hellera :-)

                                  K: Tak, ale zareczam Ci, ze owi ludzie, ktorym sie to udaje, nie
                                  usiluja swojego szczescia uwiazywac do obecnosci drugiej osoby.
                                  P: Zareczac to mozesz za siebie, a nie za innych ludzi.
                                  Powiedz zonie po slubie, ze jak z Toba bedzie, to dobrze,
                                  a jak odejdzie z kochankiem, to sie tym nie przejmiesz. Zobaczymy,
                                  czy bedzie zachwycona taka deklaracja :-)

                                  K: A im bardziej swoje osobiste szczescie przywiazujesz
                                  do "czynnikow zewnetrznych" - osob, sukcesow,
                                  dobr materialnych - tym w wiekszym strachu zyjesz.
                                  P Tu masz racje! Wniosek narzuca sie nastepujacy -
                                  trzeba zostac pustelnikiem :-)

                                  K No wiec wlasnie, jesli zanalizujesz to co napisalem, to nie jest
                                  odrzucana "wyzsza jakosc zycia" ale wrecz przeciwnie - odrzucani sa
                                  Ci o ktorych wiadomo, ze nijak owej "wyzszej jakosci"
                                  nie sa w stanie zapewnic -
                                  P Zanalizowalem i znalazlem luke w wywodzie (w miejscu, gdzie
                                  wspomnialem o "par. 22"), w zwiazku z czym powyzsza teze odrzucam.

                                  K wlasnie przez to, ze im "za bardzo" zalezy, ze nie potrafia zlapac
                                  do siebie i do zwiazku wlasciwego dystansu, ze w gruncie rzeczy
                                  kieruja sie wlasnym interesem (bo zwiazek to dla nich synonim
                                  WLASNEGO szczescia, druga osoba jest tu w pewnym sensie tylko
                                  narzedziem do osiagniecia wlasnej przyjemnosci
                                  P To bardzo przewrotna teza, nie zgadzam sie z nia. Wmawiasz egoizm i
                                  instrumentalne traktowanie partnera osobie, ktora,
                                  sygnalizujac swoje zaangazowanie, chce dac wiecej niz wziac,
                                  jest gotowa do poswiecen dla dobra partnera,
                                  chce ukochana osobe otoczyc opieka.

                                  K Po pierwsze - nie rozumiem, dlaczego zwiazek ma polegac na
                                  ograniczaniu wolnosci? Przeciez tak samo jak wtedy gdy jestem sam,
                                  moge robic co chce, kiedy chce i jak chce...
                                  P Zapomniales dorzucic, ze granica wolnosci jest krzywda wyrzadzona
                                  drugiemu czlowiekowi. Na tym opiera sie liberalizm.
                                  Zapominajac o tym ograniczeniu stajemy sie totalitarystami.

                                  K Po drugie - nie rozumiem, dlaczego calkowita wolnosc ma byc
                                  rownoznaczna z rozkladem zwiazku?
                                  P Nieporozumienie polega na tym, ze przez "calkowita wolnosc"
                                  rozumialem brak ograniczenia, o ktorym wspomnalem powyzej.
                                  Wykorzystanie wolnosci dla
                                  skrzywdzenia partnera (np zdrada) to rozklad zwiazku.

                                  K Po trzecie - dla mnie zwiazek to przebywanie z osoba,
                                  ktora kocham. Nie rozumiem, dlaczego zwiazek ma dawac oparcie?
                                  P W Ameryce coraz czesciej powielany jest schemat: utrata pracy
                                  -> odejscie zony. "Oparcie" polega na byciu razem "na dobre i na zle".

                                  K Po czwarte - nie rozumiem, dlaczego wolnosc w zwiazku
                                  utozsamiasz z lekiem i poczuciem tymczasowosci.
                                  P Nie wolnosc, tyko zwiazek "z ograniczona odpowiedzialnoscia",
                                  np funkcjonujacy do czasu gdy jest praca, do czasu,
                                  gdy sie nie napatoczy jakas chetna panienka, itd.

                                  K NIGDY nie masz gwarancji, czy ukochana osoba nie odejdzie i
                                  nie masz ZADNEGO sposobu, by sie przed tym zabezpieczyc.
                                  P Tak, ale w sytuacji, gdy sam jestem w stanie zagwarantowac
                                  wiernosc, mam prawo jej oczekiwac od partnerki.
                                  Nie chce brac tego, czego sam nie jestem w stanie dac. To uczciwy uklad.

                                  K Jedna z naczelnych zasad zycia jest jego przemijalnosc ("nic nie
                                  jest tak stale jak niestalosc"), i dotyczy ona rowniez zwiazkow.
                                  P Zycie jest takie, jakim go tworzymy. Mowiles, zdaje sie,
                                  o wolnosci? A wiec to od Ciebie zalezy, czy w przypadku
                                  pojawienia sie trudnosci bedziesz dzialal w kierunku naprawienia
                                  zwiazku, czy wszystko rozwalisz. Jesli to samo podejscie przejawi Twoja
                                  partnerka, zwiazek bedzie trwaly. Jesli nie przejawi, to coz... zostanie
                                  Ci czyste sumienie i swiadomosc, ze
                                  sie starales i rozpadlo sie nie z Twojej winy.

                                  P.S. Odeszlismy tak daleko od tematu, ze trzeba chyba zmienic naglowek.
                                  • kwieto Jaki naglowek? 02.04.03, 08:46
                                    Gość portalu: Przemek napisał(a):

                                    ) P: A moze Ty w ogole nadajesz z Ameryki? W takim wypadku dajmy sobie
                                    ) spokoj z dyskusja i poprzestanmy na poszanowaniu
                                    ) wlasnej odrebnosci.
                                    )

                                    [ciach]

                                    Po pierwsze, jest takie powiedzenie "klamstwa, wierutne klamstwa, statystyka". Statystyka moze pomoc, ale wyciaganie wnioskow na temat CALEJ populacji, tylko dlatego ze jej WIEKSZOSC robi cos tak czy siak, jest zbyt duzym uogolnieniem. Slowem, argument "jesli jestes z USA to nie mamy o czym rozmawiac", jest pozbawiony podstaw merytorycznych.

                                    Po drugie - mieszkam w Polsce, teraz w stolicy, do momentu wyjazdu na studia raczej na prowincji.


                                    ) Co do mnie, to latwiej mnie bedzie
                                    ) przekonac do pojscia na Bagdad niz do amerykanskich pogladow na
                                    ) "te sprawy".


                                    Mnie tez :")))



                                    ) P: Dajmy sobie spokoj z wyjasnianiem pojec. "Swiat sie nie zawali"
                                    ) a wiec nikt sie nie zabije, nie wpadnie w jakas depresje, ale nie bedzie
                                    ) "rznal glupa" i udawal, ze sie cieszy, kiedy nie ma z czego.
                                    )

                                    Az taki wplyw na zycie ma dostanie kosza?
                                    Czyli jesli Ci sie np. rozleje mleko, to tez podejdziesz do tego, ze "nie bedziesz udawal ze sie cieszysz, kiedy nie ma z czego"?



                                    ) P: O ile mnie pamiec nie myli, to chodzilo mi o to,
                                    ) ze im scislejszy zwiazek, tym wyzsza jakosc zycia.
                                    ) Zwiazek "z ograniczona odpowiedzialnoscia",
                                    ) w ktorym partnerzy nie wymagaja wiele od siebie,
                                    ) to w moim odczuciu, niska jakosc zycia.

                                    Wydaje mi sie, ze w przypadku zwiazku opartego na wolnosci obojga, partnerzy de facto wymagaja od siebie o wiele wiecej niz wtedy, gdy tej wolnosci nie ma - wymagaja tolerancji, akceptacji, wiekszego zrozumienia czyichs potrzeb (np. chce isc do kina - ale sam), wiekszego zaufania do siebie na wzajem...

                                    Jesli nazywasz to "nie wymaganiem wiele od siebie".... hmmm...
                                    To co w takim razie oznacza owo "wymaganie od siebie"?



                                    )) P: Nie rozumiem, nie widze tu wynikania wniosku z przeslanek. Jesli
                                    ) partnerzy podchodza do zwiazku powaznie, to nie bedzie "hustawek".
                                    ) Cos mi sie tu kojarzy z pokrecona logika "Paragrafu 22" Hellera :-)
                                    )

                                    Beda, beda... Bo np. wystarczy, ze dziewczyna powie "chce isc na piwo z kolezankami", a osoba "hustawkowa" natychmiast zanotuje to jako "juz Cie nie kocham" i zacznie wpadac w dolek...
                                    Ergo - jesli jedno zbyt mocno "przywiaze sie" do tego drugiego, na wszelkie (jak najbardziej naturalne) proby zyskania przez to drugie jakiejs niezaleznosci (np. owo samotne wyjscie do pubu) bedzie reagowalo dzika panika lub agresja.
                                    I nie mow mi, ze "jesli sie kochaja, to beda do tego pubu chodzic razem". Jest mnostwo sytuacji, w ktorych nie jest to konieczne, a czasem wrecz krepujace. Poza tym, wieczne chodzenie z "cerberem" tez mija sie z celem


                                    ) K: Tak, ale zareczam Ci, ze owi ludzie, ktorym sie to udaje, nie
                                    ) usiluja swojego szczescia uwiazywac do obecnosci drugiej osoby.
                                    ) P: Zareczac to mozesz za siebie, a nie za innych ludzi.
                                    ) Powiedz zonie po slubie, ze jak z Toba bedzie, to dobrze,
                                    ) a jak odejdzie z kochankiem, to sie tym nie przejmiesz. Zobaczymy,
                                    ) czy bedzie zachwycona taka deklaracja :-)
                                    )

                                    Powiedzmy tak - zareczam Ci na wlasnym przykladzie, obserwacje innych potwierdzaja ta teze. Co do deklaracji do zony - a co wlasciwie mam innego powiedziec? Jesli zakocha sie w kims innym, pewnie bede probowal ja zatrzymac, ale jesli uzna, ze jednak woli tamtego?
                                    Mam sobie z tego powodu zyly podcinac, czy co?



                                    ) K: A im bardziej swoje osobiste szczescie przywiazujesz
                                    ) do "czynnikow zewnetrznych" - osob, sukcesow,
                                    ) dobr materialnych - tym w wiekszym strachu zyjesz.
                                    ) P Tu masz racje! Wniosek narzuca sie nastepujacy -
                                    ) trzeba zostac pustelnikiem :-)
                                    )

                                    Oj, tam, zaraz pustelnikiem :")
                                    Nie popadajmy w skrajnosci. Pustelnik przegina w druga strone, bo opiera sie na NEGACJI "czynnikow zewnetrznych". Ja mysle o wspolistnieniu, ale bez specjalnego przejmowania sie.
                                    To jest strasznie subtelne, bo z jednej strony, jak sie kogos np. kocha, to sie nim w jakis sposob przejmuje, to naturalne. Ale z drugiej strony, nie mozna zmusic kogos, by byl z nami wiecznie.
                                    Ergo - mozna byc szczesliwym zyjac samodzielnie, a mimo to, byc zdolnym do troski i przejmowania sie osoba ktora sie kocha.

                                    Tyle ze ta troska przychodzi z zupelnie innej plaszczyzny - bez myslenia w podtekscie "ze jak sie bede troszczyl to ona bedzie mnie kochac i sprawi, ze bede szczesliwy".
                                    Nie ma podtekstu brania. Troszczysz sie, wylacznie dlatego, ze tego chcesz. Nie zadasz (nawet nieswiadomie) nic w zamian.



                                    ) P Zanalizowalem i znalazlem luke w wywodzie (w miejscu, gdzie
                                    ) wspomnialem o "par. 22"), w zwiazku z czym powyzsza teze odrzucam.
                                    )

                                    Wyciagnales bledne w nioski z przeslanki, juz to wytlumaczylem powyzej. Chyba ze wytlumaczysz mi, dlaczego wieksza akceptacja, tolerancja, wyzsze zaufanie - sa cechami ktore swiadcza o "nizszej jakosci zycia" :")



                                    ) P To bardzo przewrotna teza, nie zgadzam sie z nia. Wmawiasz egoizm i
                                    ) instrumentalne traktowanie partnera osobie, ktora,
                                    ) sygnalizujac swoje zaangazowanie, chce dac wiecej niz wziac,
                                    ) jest gotowa do poswiecen dla dobra partnera,
                                    ) chce ukochana osobe otoczyc opieka.
                                    )

                                    Widzisz, mozna czynic dobro z pobudek czysto egoistycznych. wlasnie przyklad osoby ktorej "za bardzo zalezy" jes idealny.
                                    A najsmutniejsze, ze taka osoba z tego kompletnie nie zdaje sobie sprawy.
                                    Tu dziala swego rodzaju sprzezenie zwrotne - myslenie typu "jak ja bede sie bardzo staral, to zasluze sobie na milosc" - Poswiecenie dla partnera nie jest bezinteresowne - napisales "chce dac wiecejniz wziac". A czy gdyby ktos tak myslacy zalozyl z gory, ze byc moze osoba ktorej "daje", nigdy sie za to nie odwdzieczy - czy wtedy by dawal?
                                    A czy dawanie w nadziei na rewanz jest dawaniem, a w kazdym razie dawaniem z milosci?



                                    ) K Po pierwsze - nie rozumiem, dlaczego zwiazek ma polegac na
                                    ) ograniczaniu wolnosci? Przeciez tak samo jak wtedy gdy jestem sam,
                                    ) moge robic co chce, kiedy chce i jak chce...
                                    ) P Zapomniales dorzucic, ze granica wolnosci jest krzywda wyrzadzona
                                    ) drugiemu czlowiekowi. Na tym opiera sie liberalizm.
                                    ) Zapominajac o tym ograniczeniu stajemy sie totalitarystami.
                                    )

                                    Dobrze, a co wtedy, gdy w imie nie krzywdzenia jednej osoby krzywdzimy druga?
                                    Jesli mielibysmy postepowac tak, by nikogo nigdy nie skrzywdzic, to musielibysmy nigdy nie wychodzic z lozka (umrzec nie wolno, bo mozemy w ten sposob skrzywdzic rodzicow, z kolei wstac tez nie, bo mozemy skrzywdzic kogos innego). A i pewnie tacy, ktorych bedzie krzywdzilo nasze lezenie w lozku rowniez sie znajda....

                                    ale nie odpowiedziales - czemu zwiazek ma polegac na ograniczaniu wolnosci?


                                    ) K Po drugie - nie rozumiem, dlaczego calkowita wolnosc ma byc
                                    ) rownoznaczna z rozkladem zwiazku?
                                    ) P Nieporozumienie polega na tym, ze przez "calkowita wolnosc"
                                    ) rozumialem brak ograniczenia, o ktorym wspomnalem powyzej.
                                    ) Wykorzystanie wolnosci dla
                                    ) skrzywdzenia partnera (np zdrada) to rozklad zwiazku.
                                    )

                                    Juz wczesniej zaznaczylem - nie myl wolnosci z samowola :")
                                    A wolnosc musi isc w parze z wrazliwoscia.



                                    ) K Po trzecie - dla mnie zwiazek to przebywanie z osoba,
                                    ) ktora kocham. Nie rozumiem, dlaczego zwiazek ma dawac oparcie?
                                    ) P W Ameryce coraz czesciej powielany jest schemat: utrata pracy
                                    ) -) odejscie zony. "Oparcie" polega na byciu razem "na dobre i na zle".
                                    )

                                    Ale jesli w zlym sobie rowniez potrafie poradzic, to gdzie owo oparcie?
                                    Po co? Ja sobie poradze po stracie pracy. A jesli zona sobie nie radzi po utracie mojej pracy (i odchodzi), to juz raczej jej problem, nie moj.



                                    ) K Po czwarte - nie rozumiem, dlaczego wolnosc w zwiazku
                                    ) utozsamiasz z lekiem i poczuciem tymczasowosci.
                                    ) P Nie wolnosc
                                    • Gość: Przemek Re: Jaki naglowek? IP: *.tele.pw.edu.pl 02.04.03, 13:38
                                      Mamy dalej ten sam problem techniczny - teksty sa obcinane, musimy sie
                                      streszczac!

                                      kwieto napisał:

                                      > argument "jesli jestes z USA to nie mamy o czym rozmawiac", jest pozbawi
                                      > ony podstaw merytorycznych.

                                      Zgadzam sie, jednak otoczenie, wychowanie, jakos wplywa na postawy.
                                      A propos Amerykanow, to ostatni Newsweek doniosl, ze 70% korzysta z uslug
                                      prostytutek, podczas gdy Polakow tylko 13% :-)

                                      > Az taki wplyw na zycie ma dostanie kosza?
                                      > Czyli jesli Ci sie np. rozleje mleko, to tez podejdziesz do tego, ze "nie
                                      bedziesz udawal ze sie cieszysz, kiedy nie ma z czego"?
                                      >
                                      "Kosz" jest jakims dowodem odrzucenia, niedocenienia, itd. To nie jest
                                      przyjemne doswiadczenie. Wez podobny przyklad: masz wysokie kwalifikacje,
                                      starasz sie, ale nie dostajesz awansu, tylko ktos inny, mniej zaangazowany.
                                      Cieszysz sie w tej sytuacji?

                                      >
                                      > Wydaje mi sie, ze w przypadku zwiazku opartego na wolnosci obojga, partnerzy
                                      de
                                      > facto wymagaja od siebie o wiele wiecej niz wtedy, gdy tej wolnosci nie ma -
                                      w
                                      > ymagaja tolerancji, akceptacji, wiekszego zrozumienia czyichs potrzeb (np.
                                      chce
                                      > isc do kina - ale sam), wiekszego zaufania do siebie na wzajem...

                                      Troche sie nie rozumiemy - wieksze zaufanie to wyzsza jakosc zycia, oczywiscie.
                                      Mamy to przekonanie, ze partner nas nie zdradzi, nie porzuci gdy stracimy
                                      zdrowie, prace... a jednoczesnie jestesmy w stanie zagwarantowac to samo z
                                      naszej strony - o to mi wlasnie chodzi!
                                      >
                                      > Beda, beda... Bo np. wystarczy, ze dziewczyna powie "chce isc na piwo z
                                      kolezan
                                      > kami", a osoba "hustawkowa" natychmiast zanotuje to jako "juz Cie nie kocham"
                                      i
                                      > zacznie wpadac w dolek...

                                      Ty mowisz o chorobliwej zazdrosci - nie zamierzam jej tu bronic.

                                      Co do deklaracji do zony - a co wlasciwie mam innego powiedziec? J
                                      > esli zakocha sie w kims innym, pewnie bede probowal ja zatrzymac, ale jesli
                                      uzna, ze jednak woli tamtego?
                                      > Mam sobie z tego powodu zyly podcinac, czy co?

                                      Tak jej powiedziales w kosciele i proboszcz nie pogonil Cie z kropidlem? :-)
                                      Formula brzmi inaczej... Na marginesie, ja bym te formule zmienil na "zrobie
                                      wszystko co w mojej mocy, zeby nasz zwiazek byl trwaly". Ta zmieniona formula w
                                      takim samym stopniu zabezpiecza trwalosc zwiazku, jak obecna, a jednoczesnie
                                      unika sie nakladania jakichs zobowiazan na porzuconego partnera.
                                      Poza tym, zasada, ze kazdy moze sie wycofac ze zwiazku, tlumaczac to glupio
                                      zakochaniem, jest dla mnie nie do przyjecia. Jesli chcemy przyjac taka zasade,
                                      to unikajmy slubu i uzgodnijmy z partnerka funkcjonowanie takiego ukladu
                                      (wlasnie taki zwiazek oznacza dla mnie niska jakosc zycia!).

                                      > Ale z drugiej strony, nie mozna zm
                                      > usic kogos, by byl z nami wiecznie.

                                      Nie chodzi o zmuszanie, ale o dobrowolnie przyjete ograniczenie, dajace
                                      bezpieczenstwo obu stronom. To ograniczenie nie musi byc dokuczliwe, wrecz
                                      przeciwnie, sklania do szukania jasnych punktow w zwiazku i cementuje jego
                                      trwalosc. Zalozenie z gory, ze zwiazek ma prawo sie rozpasc, to cos w rodzaju
                                      samospelniajacej sie przepowiedni.

                                      > Nie ma podtekstu brania. Troszczysz sie, wylacznie dlatego, ze tego chcesz.
                                      Nie
                                      > zadasz (nawet nieswiadomie) nic w zamian.
                                      >

                                      Juz pisalem, ze kochajac, mam prawo oczekiwac milosci. Bedac wiernym -
                                      wiernosci, itd. Nie wymagaj ode mnie, zebym odwozil zone na randke z
                                      kochankiem, bo pada deszcz i zal mi jej, ze sie zaziebi :-)

                                      dlaczego wieksza akceptacja, tolerancja, wyzsze zaufanie - s
                                      > a cechami ktore swiadcza o "nizszej jakosci zycia" :")
                                      >
                                      O zaufaniu juz pisalem. Akceptacja i tolerancja - tak, ale nie np. dla zdrady.
                                      A czy gdyby ktos tak myslac
                                      > y zalozyl z gory, ze byc moze osoba ktorej "daje", nigdy sie za to nie
                                      odwdziec
                                      > zy - czy wtedy by dawal?
                                      > A czy dawanie w nadziei na rewanz jest dawaniem, a w kazdym razie dawaniem z
                                      mi
                                      > losci?

                                      Co Ty, chcesz ze mnie zrobic Matke Terese? To piekna postawa, ale nie da sie
                                      rozszerzyc na zwiazki mesko-damskie...

                                      > Dobrze, a co wtedy, gdy w imie nie krzywdzenia jednej osoby krzywdzimy druga?

                                      Czlowiek myslacy nie powinien dopuszczac do takiej sytuacji. Myslisz np o
                                      skrzywdzeniu zony lub kochanki? Do takich sytuacji nie dojdzie, gdy sie nie
                                      postaramy o kochanke.
                                      Oczywiscie sa takie problemy etyczne, b. trudne do rozwiazania, np rozdzielanie
                                      blizniat sjamskich.

                                      > Jesli mielibysmy postepowac tak, by nikogo nigdy nie skrzywdzic, to
                                      musielibysmy nigdy nie wychodzic z lozka

                                      Trzeba sie jednak starac ograniczac te krzywde wyrzadzana innym.

                                      > Juz wczesniej zaznaczylem - nie myl wolnosci z samowola :")

                                      Znowu te definicje...

                                      > A wolnosc musi isc w parze z wrazliwoscia.
                                      >
                                      Zgadzam sie
                                      • kwieto Re: Jaki naglowek? 03.04.03, 23:12
                                        Gość portalu: Przemek napisał(a):

                                        > Mamy dalej ten sam problem techniczny - teksty sa obcinane, musimy sie
                                        > streszczac!
                                        >
                                        > kwieto napisał:
                                        >
                                        > > argument "jesli jestes z USA to nie mamy o czym rozmawiac", jest pozbawi
                                        > > ony podstaw merytorycznych.
                                        >
                                        > Zgadzam sie, jednak otoczenie, wychowanie, jakos wplywa na postawy.
                                        > A propos Amerykanow, to ostatni Newsweek doniosl, ze 70% korzysta z uslug
                                        > prostytutek, podczas gdy Polakow tylko 13% :-)
                                        >
                                        > > Az taki wplyw na zycie ma dostanie kosza?
                                        > > Czyli jesli Ci sie np. rozleje mleko, to tez podejdziesz do tego, ze "nie
                                        > bedziesz udawal ze sie cieszysz, kiedy nie ma z czego"?
                                        > >
                                        > "Kosz" jest jakims dowodem odrzucenia, niedocenienia, itd. To nie jest
                                        > przyjemne doswiadczenie. Wez podobny przyklad: masz wysokie kwalifikacje,
                                        > starasz sie, ale nie dostajesz awansu, tylko ktos inny, mniej zaangazowany.
                                        > Cieszysz sie w tej sytuacji?
                                        >
                                        > >
                                        > > Wydaje mi sie, ze w przypadku zwiazku opartego na wolnosci obojga, partner
                                        > zy
                                        > de
                                        > > facto wymagaja od siebie o wiele wiecej niz wtedy, gdy tej wolnosci nie m
                                        > a -
                                        > w
                                        > > ymagaja tolerancji, akceptacji, wiekszego zrozumienia czyichs potrzeb (np.
                                        >
                                        > chce
                                        > > isc do kina - ale sam), wiekszego zaufania do siebie na wzajem...
                                        >
                                        > Troche sie nie rozumiemy - wieksze zaufanie to wyzsza jakosc zycia, oczywiscie.
                                        >
                                        > Mamy to przekonanie, ze partner nas nie zdradzi, nie porzuci gdy stracimy
                                        > zdrowie, prace... a jednoczesnie jestesmy w stanie zagwarantowac to samo z
                                        > naszej strony - o to mi wlasnie chodzi!
                                        > >
                                        > > Beda, beda... Bo np. wystarczy, ze dziewczyna powie "chce isc na piwo z
                                        > kolezan
                                        > > kami", a osoba "hustawkowa" natychmiast zanotuje to jako "juz Cie nie koch
                                        > am"
                                        > i
                                        > > zacznie wpadac w dolek...
                                        >
                                        > Ty mowisz o chorobliwej zazdrosci - nie zamierzam jej tu bronic.
                                        >
                                        > Co do deklaracji do zony - a co wlasciwie mam innego powiedziec? J
                                        > > esli zakocha sie w kims innym, pewnie bede probowal ja zatrzymac, ale jesl
                                        > i
                                        > uzna, ze jednak woli tamtego?
                                        > > Mam sobie z tego powodu zyly podcinac, czy co?
                                        >
                                        > Tak jej powiedziales w kosciele i proboszcz nie pogonil Cie z kropidlem? :-)
                                        > Formula brzmi inaczej... Na marginesie, ja bym te formule zmienil na "zrobie
                                        > wszystko co w mojej mocy, zeby nasz zwiazek byl trwaly". Ta zmieniona formula w
                                        >
                                        > takim samym stopniu zabezpiecza trwalosc zwiazku, jak obecna, a jednoczesnie
                                        > unika sie nakladania jakichs zobowiazan na porzuconego partnera.
                                        > Poza tym, zasada, ze kazdy moze sie wycofac ze zwiazku, tlumaczac to glupio
                                        > zakochaniem, jest dla mnie nie do przyjecia. Jesli chcemy przyjac taka zasade,
                                        > to unikajmy slubu i uzgodnijmy z partnerka funkcjonowanie takiego ukladu
                                        > (wlasnie taki zwiazek oznacza dla mnie niska jakosc zycia!).
                                        >
                                        > > Ale z drugiej strony, nie mozna zm
                                        > > usic kogos, by byl z nami wiecznie.
                                        >
                                        > Nie chodzi o zmuszanie, ale o dobrowolnie przyjete ograniczenie, dajace
                                        > bezpieczenstwo obu stronom. To ograniczenie nie musi byc dokuczliwe, wrecz
                                        > przeciwnie, sklania do szukania jasnych punktow w zwiazku i cementuje jego
                                        > trwalosc. Zalozenie z gory, ze zwiazek ma prawo sie rozpasc, to cos w rodzaju
                                        > samospelniajacej sie przepowiedni.
                                        >
                                        > > Nie ma podtekstu brania. Troszczysz sie, wylacznie dlatego, ze tego chcesz
                                        > .
                                        > Nie
                                        > > zadasz (nawet nieswiadomie) nic w zamian.
                                        > >
                                        >
                                        > Juz pisalem, ze kochajac, mam prawo oczekiwac milosci. Bedac wiernym -
                                        > wiernosci, itd. Nie wymagaj ode mnie, zebym odwozil zone na randke z
                                        > kochankiem, bo pada deszcz i zal mi jej, ze sie zaziebi :-)
                                        >
                                        > dlaczego wieksza akceptacja, tolerancja, wyzsze zaufanie - s
                                        > > a cechami ktore swiadcza o "nizszej jakosci zycia" :")
                                        > >
                                        > O zaufaniu juz pisalem. Akceptacja i tolerancja - tak, ale nie np. dla zdrady.
                                        > A czy gdyby ktos tak myslac
                                        > > y zalozyl z gory, ze byc moze osoba ktorej "daje", nigdy sie za to nie
                                        > odwdziec
                                        > > zy - czy wtedy by dawal?
                                        > > A czy dawanie w nadziei na rewanz jest dawaniem, a w kazdym razie dawaniem
                                        > z
                                        > mi
                                        > > losci?
                                        >
                                        > Co Ty, chcesz ze mnie zrobic Matke Terese? To piekna postawa, ale nie da sie
                                        > rozszerzyc na zwiazki mesko-damskie...
                                        >
                                        > > Dobrze, a co wtedy, gdy w imie nie krzywdzenia jednej osoby krzywdzimy dru
                                        > ga?
                                        >
                                        > Czlowiek myslacy nie powinien dopuszczac do takiej sytuacji. Myslisz np o
                                        > skrzywdzeniu zony lub kochanki? Do takich sytuacji nie dojdzie, gdy sie nie
                                        > postaramy o kochanke.
                                        > Oczywiscie sa takie problemy etyczne, b. trudne do rozwiazania, np rozdzielanie
                                        >
                                        > blizniat sjamskich.
                                        >
                                        > > Jesli mielibysmy postepowac tak, by nikogo nigdy nie skrzywdzic, to
                                        > musielibysmy nigdy nie wychodzic z lozka
                                        >
                                        > Trzeba sie jednak starac ograniczac te krzywde wyrzadzana innym.
                                        >
                                        > > Juz wczesniej zaznaczylem - nie myl wolnosci z samowola :")
                                        >
                                        > Znowu te definicje...
                                        >
                                        > > A wolnosc musi isc w parze z wrazliwoscia.
                                        > >
                                        > Zgadzam sie
                                        • Gość: Przemek Re: Jaki naglowek? IP: *.tele.pw.edu.pl 04.04.03, 12:31
                                          Skopiowales moj ostatni list i odeslales bez komentarza. Czy to problem
                                          techniczny czy cienka aluzja, ze nic nowego juz nie mamy do dodania i czas
                                          przestac "bic piane"? :-)
                                          • Gość: Belle do Przemka - taka mała prywata;) IP: *.phils.uj.edu.pl 04.04.03, 13:37
                                            Z uwagą przeczytałam Twoją dyskusję z Kwieto i wiesz co........Popieram Cię na
                                            całej linii!!!! A stanowisko pt. "jestem taki cool nawet gdy dostanę kosza"
                                            (sorry za kolokwializm), bo "żyję dla siebie i świat mi się nie zawali, gdy
                                            zostanę odrzucony" pachnie mi egoizmem, chłodem emocjonalnym i bezdusznym
                                            racjonalizmem. Tak, tak ja właśnie należę do "niezrównoważonych", szybko
                                            angażujących się "neurotyczek" i nie widzę powodu, dla którego miałabym grać z
                                            kimś, kto mi się podoba w grę pt. "wcale mi na tobie nie zależy". Fantastyczne,
                                            że są także tacy faceci;)
                                            pozdrowienia
                                            • Gość: Przemek Re: do Przemka - taka mała prywata;) IP: *.tele.pw.edu.pl 04.04.03, 14:16
                                              Gość portalu: Belle napisał(a):

                                              > Z uwagą przeczytałam Twoją dyskusję z Kwieto i wiesz co........Popieram Cię
                                              na
                                              > całej linii!!!!

                                              Nie spodziewalem sie, ze ktos to przeczyta, jestem mile zaskoczony :-)
                                              No i dziekuje za poparcie.

                                              A stanowisko pt. "jestem taki cool nawet gdy dostanę kosza"
                                              > (sorry za kolokwializm), bo "żyję dla siebie i świat mi się nie zawali, gdy
                                              > zostanę odrzucony" pachnie mi egoizmem, chłodem emocjonalnym i bezdusznym
                                              > racjonalizmem.

                                              W wypowiedziach psychologow i poradnikach takie podejscie jest jednak
                                              lansowane. Twierdzi sie, ze osoba wygladajaca na szczesliwa i zadowolona z
                                              zycia jest postrzegana jako atrakcyjna. W zwiazku z tym wiele osob udaje
                                              bardziej zadowolonych niz sa w istocie. Dla mnie deklaracja "Jestem zadowolona
                                              z zycia, rozrywana, mam powodzenie, robie kariere" jest raczej zniechecajaca,
                                              bo pojawia sie refleksja "skoro ona jest tak zadowolona, to nikogo nie
                                              potrzebuje - dlaczego mam jej zawracac glowe?".


                                              Tak, tak ja właśnie należę do "niezrównoważonych", szybko
                                              > angażujących się "neurotyczek"...

                                              Ja raczej okreslilbym siebie jako "trudno odangazowujacego sie" :-)

                                          • kwieto naglowek bez 04.04.03, 21:22
                                            Cale moje odpisywanie poszlo na marne :(((
                                            odpisze jutro, jesli pozwolisz
                                        • kwieto Odpowiedz, tym razem cala? 06.04.03, 15:32
                                          > > Zgadzam sie, jednak otoczenie, wychowanie, jakos wplywa na postawy.
                                          > > A propos Amerykanow, to ostatni Newsweek doniosl, ze 70% korzysta z uslug
                                          > > prostytutek, podczas gdy Polakow tylko 13% :-)

                                          Statystyka to cenne narzedzie, ale tu musisz wziac pod uwage zaklamanie spoleczenstwa z jednej strony, a takze metody badan z drugiej...


                                          > > "Kosz" jest jakims dowodem odrzucenia, niedocenienia, itd. To nie jest
                                          > > przyjemne doswiadczenie.

                                          [...]
                                          Niedocenienia? Znaczy jesli nie "leci na mnie" kazda dziewczyna ktora mi sie podoba, to znaczy, ze mnie nie docenia?
                                          Innymi slowy - o mojej wartosci ma swiadczyc to, ze szaleje za mna kazda dziewczyna ktora mi sie podoba? Cos mi tu nie gra...
                                          Co do przykladu z praca - widac konkurent bardziej spodobal sie pracodawcy, normalka. Ja idealem nie jestem i kazdemu pasowac nie musze - poszukam sobie kogos, z kim mam wiecej zbieznych celow :")


                                          > > Troche sie nie rozumiemy - wieksze zaufanie to wyzsza jakosc zycia, oczywi
                                          > scie.

                                          Ale czy wieksze zaufanie nie przeklada sie na wieksza wolnosc?


                                          > > Mamy to przekonanie, ze partner nas nie zdradzi, nie porzuci gdy stracimy
                                          > > zdrowie, prace... a jednoczesnie jestesmy w stanie zagwarantowac to samo z
                                          > > naszej strony - o to mi wlasnie chodzi!

                                          Jestes przekonany, ze jestes w stanie zagwarantowac, ze nie zdradzisz, nie porzucisz? Nigdy i w zadnym wypadku?
                                          Jesli tak - jestes albo swietym, albo idealista (bez glebszej znajomosci zycia). Prawdopodobniejsze to drugie :((

                                          > > Ty mowisz o chorobliwej zazdrosci - nie zamierzam jej tu bronic.

                                          Ale ograniczanie wolnosci (bo chyba to postulujesz piszac, ze wolnosc to rozklad zwiazku) jest scisle zwiazane z zazdroscia :(
                                          I nie ma chorobliwej badz nie chorobliwej zazdrosci. Jest tylko mniej lub bardziej uciazliwa.

                                          > > Tak jej powiedziales w kosciele i proboszcz nie pogonil Cie z kropidlem? : -)

                                          [ciach]
                                          Proboszcz mnie nie interesuje. wazne ze druga polowa ma podejscie.
                                          Co do formuly... Zbyt duzo razy widzialem jak ta formula ma sie do rzeczywistosci, czasem widac ze juz w momencie wypowiadania jej dana osoba wie, ze ja zlamie.
                                          Zreszta formula nie bierze pod uwage tylu zdarzen tak ludzkich...

                                          > Poza tym, zasada, ze kazdy moze sie wycofac ze zwiazku, tlumaczac to glupio

                                          [ciach]
                                          Juz mowilem, ze wolnosc wystepuje z odpowiedzialnoscia za swoje czyny, inaczej nie mozemy mowic o wolnosci jako takiej.
                                          Natomiast nie mam zamiaru tkwic w chorym zwiazku, tylko dlatego, ze kiedys powiedzialem slowo "kocham". Dla mnie z kolei to oznacza "niska jakosc zycia" - rozumiem blad, ale nie rozumiem uporczywego tkwienia w nim - szczegolnie ze rani to DWIE osoby.

                                          > > Nie chodzi o zmuszanie, ale o dobrowolnie przyjete ograniczenie, dajace
                                          > > bezpieczenstwo obu stronom.

                                          Jak sobie wyobrazasz takie bezpieczenstwo? Na czym ono polega?

                                          > To ograniczenie nie musi byc dokuczliwe, wrecz
                                          > > przeciwnie, sklania do szukania jasnych punktow w zwiazku i cementuje jego
                                          > > trwalosc.

                                          W jaki niby sposob cementuje trwalosc? Bo wpadlem i nawet jesli okaze sie to tragiczna pomylka, musze do konca zycia w tym tkwic?
                                          Nie rozumiem dlaczego ograniczenie wolnosci ma sklaniac do szukani jasnych punktow w zwiazku - to troche tak, jakbys skazanemu na dozywocie mowil, zeby dostrzegl jasne strony zycia w celi.

                                          Zalozenie z gory, ze zwiazek ma prawo sie rozpasc, to cos w rodz
                                          > aju
                                          > > samospelniajacej sie przepowiedni.
                                          >

                                          Nikt nie zaklada ze sie tak stanie, jedynie bierze pod uwage taka mozliwosc.

                                          > > Juz pisalem, ze kochajac, mam prawo oczekiwac milosci. Bedac wiernym -
                                          > > wiernosci, itd.

                                          Jestes pewien? Mozesz cieszyc sie, jesli ta milosc do Ciebie wroci.
                                          Ale oczekiwac nie mozesz nigdy.
                                          Co np. z niechciana miloscia? Jesli przyjdzie do Ciebie dziewczyna, ktora totalnie Ci nie odpowiada i powie, ze Cie kocha, to tez bedziesz stal na stanowisku, ze ma ona prawo oczekiwac Twojej milosci?
                                          Czy raczej bedziesz staral sie wybic jej milosc do Ciebie z glowy?

                                          > Nie wymagaj ode mnie, zebym odwozil zone na randke z
                                          > kochankiem, bo pada deszcz i zal mi jej, ze sie zaziebi :-)
                                          >

                                          Nie rozumiesz, czy celowo demagogizujesz? Nie wiem o co Ci chodzi.
                                          wolnosc nie jest rownoznaczna ze streczycielstwem, nie prawdaz?

                                          > > O zaufaniu juz pisalem. Akceptacja i tolerancja - tak, ale nie np. dla zdrady.

                                          A kto mowi o akceptacji zdrady?
                                          Dlaczego dla Ciebie swoboda jest rownoznaczna ze zdrada?
                                          Dlaczego zakladasz, ze wolnosc MUSI przelozyc sie na zdrade?
                                          Skad taki pomysl?


                                          > > Co Ty, chcesz ze mnie zrobic Matke Terese? To piekna postawa, ale nie da s
                                          > ie
                                          > > rozszerzyc na zwiazki mesko-damskie...

                                          Nie wiem jak Ty, ale ja umawiajac sie z kims, czy okazujac mu uczucie, robie to, bo po prostu lubie, chce owo uczucie wyrazic. I nie ma nic wspolnego z Matko-Teresowaniem. Natomiast obdarzanie kogos uczuciem w nadziei ze on sie odwdzieczy tym samym, jest dla mnie hmmm.... mocno dwuznaczne.
                                          Nie o to chodzi, by uczucie bylo bez wzajemnosci - po prostu owej wzajemnosci nie masz prawa oczekiwac - to fajnie jesli wzajemnosc jest, ale zmusic kogos czy wymagac (oczekiwac) odwzajemniania uczuc nie masz zwyczajnie prawa.

                                          > > Czlowiek myslacy nie powinien dopuszczac do takiej sytuacji. Myslisz np o
                                          > > skrzywdzeniu zony lub kochanki? Do takich sytuacji nie dojdzie, gdy sie ni
                                          > e
                                          > > postaramy o kochanke.

                                          Czemu wszystko od razu odnosisz do kochanek??
                                          A co w sytuacji gdy po kilku miesiacach czy latach okazuje sie, ze tak naprawde jestescie sobie totalnie obcy?
                                          I Ty zaczynasz to zauwazac, a ona jeszcze nie? I zostajac skrzywdzisz siebie, a odchodzac skrzywdzisz ja?
                                          I nie mow, ze do takich sytuacji napewno nie dojdzie. Tego nie jestes w stanie przewidzec.

                                          > > > Juz wczesniej zaznaczylem - nie myl wolnosci z samowola :")
                                          > >
                                          > > Znowu te definicje...

                                          Bardo istotne definicje. Bo jesli ja mowie o wolnosci, a Ty od razu zaczynasz o podwozeniu zony do kochanka, to znaczy, ze mamy inne definicje wolnosci. Powiedzialbym, ze istotnie inne.
                                          • Gość: Przemek Re: Odpowiedz, tym razem cala? IP: *.tele.pw.edu.pl 07.04.03, 16:28
                                            Rozmawiajac z Toba dochodze do wniosku, ze sa ludzie, ktorzy nie moga sie ze
                                            soba dogadac. Moze przyczyna sa skrajnie rozne doswiadczenia zyciowe, a moze
                                            inny system pojec... W takich sytuacjach sklaniam sie ku tolerancji wobec
                                            pogladow innych ludzi. Nie toleruje jedynie pogladow, z ktorych wynika
                                            krzywdzenie drugiego czlowieka, a taki przypadek w naszej dyskusji, zdaje sie,
                                            nie ma miejsca.

                                            > Niedocenienia? Znaczy jesli nie "leci na mnie" kazda dziewczyna ktora mi sie
                                            podoba, to znaczy, ze mnie nie docenia?

                                            Docenia, ze sie nadajesz na kolege, znajomego etc ale nie docenia Ciebie jako
                                            mezczyzny. Nasze nieporozumienie moze wynikac z tego, ze inaczej rozumiemy
                                            pojecie "kazda dziewczyna, ktora sie podoba". Ja mam na mysli sytuacje, ktore
                                            zdarzaja sie kilka razy w zyciu - widze w kims potencjalna partnerke, nie ma
                                            przeszkod formalnych (jest wolna), staram sie dluzszy czas... i nic, poza
                                            znajomoscia typu kolezenskiego, z tego nie wychodzi. Ty masz zapewne na mysli
                                            kazde obejrzenie sie za kobieta...

                                            > Innymi slowy - o mojej wartosci ma swiadczyc to, ze szaleje za mna kazda
                                            dziewczyna ktora mi sie podoba? Cos mi tu nie gra...

                                            Mi cos nie gra w Twoim rozumowaniu. "Niedocenienie" nie swiadczy o samej
                                            wartosci (w tym przypadku mezczyzny jako ewentualnego partnera) lecz o
                                            nieumiejetnosci dostrzezenia tej wartosci (w tym wypadku przez kobiete).

                                            > Ja idealem nie jestem i kazdemu pasowac nie musze - poszukam sobie kogos
                                            > , z kim mam wiecej zbieznych celow :")
                                            >
                                            Nawet na tej liscie czytalem o sytuacjach, gdy mezczyzna "podrywal" swoja
                                            wybranke przez kilka lat - z koncowym sukcesem. A gdyby tego sukcesu nie
                                            osiagnal, czy ma sie cieszyc, niczym nie przejmowac i z zapalem szukac
                                            nastepnej? Przyjmij do wiadomosci, ze nie kazdy jest tak skonstruowany, jak Ty.
                                            Wiele osob nie bedzie sie cieszyc i niepredko bedzie w stanie zakochac sie w
                                            nastepnej kobiecie.

                                            > Ale czy wieksze zaufanie nie przeklada sie na wieksza wolnosc?

                                            Tak, jesli ta wolnosc nie zostanie wykorzystana przeciwko osobie obdarzajacej
                                            zaufaniem.

                                            > Jesli tak - jestes albo swietym, albo idealista (bez glebszej znajomosci
                                            zycia)

                                            Jestem "programowo" naiwny, mozesz mnie nazwac idealista. To sa, moim zdaniem,
                                            zalety.

                                            > Co do formuly... Zbyt duzo razy widzialem jak ta formula ma sie do
                                            rzeczywistosci, czasem widac ze juz w momencie wypowiadania jej dana osoba wie,
                                            ze ja zlamie.

                                            To po co ja wypowiada? Krzywdzi tym druga osobe (chyba ze sie umowia - "zrobmy
                                            teatr dla starych ciotek, niech maja good time", ale to bylaby z kolei kpina z
                                            Kosciola)

                                            > Zreszta formula nie bierze pod uwage tylu zdarzen tak ludzkich...

                                            Zgadzam sie, formuly trzeba ograniczac.

                                            > Juz mowilem, ze wolnosc wystepuje z odpowiedzialnoscia za swoje czyny,
                                            inaczej nie mozemy mowic o wolnosci jako takiej.

                                            Podpisuje sie obiema rekami.

                                            > Natomiast nie mam zamiaru tkwic w chorym zwiazku, tylko dlatego, ze kiedys
                                            powiedzialem slowo "kocham".

                                            Chorego sie leczy a nie porzuca na goscincu... Wazne jest nastawienie
                                            na "reperowanie" zwiazku, a nie na rozwalanie go. Zgadzam sie z tym, ze sa
                                            zwiazki nienaprawialne - gdy jeden z partnerow nie chce zwalczyc nalogu, juz
                                            zlamal uklad (np wdal sie w romans i nie chce go zakonczyc), itd....

                                            > Jak sobie wyobrazasz takie bezpieczenstwo? Na czym ono polega?
                                            >
                                            Jesli ufasz drugiej osobie, ze nie zlamie ukladu (milosc wiernosc etc) i sam
                                            jestes przekonany ze go nie zlamiesz, a jesli pojawia sie trudnosci, to
                                            bedziecie naprawiac, a nie rozwalac... to wlasnie jest dla mnie bezpieczenstwo.
                                            Skrajne niebezpieczenstwo to np. przekonac sie pewnego pieknego dnia, ze sie
                                            zostalo zdradzonym.

                                            > Nie rozumiem dlaczego ograniczenie wolnosci ma sklaniac do szukani jasnych
                                            punktow w zwiazku - to troche tak, jakbys skazanemu na dozywocie mowil, zeby
                                            dostrzegl jasne strony zycia w celi.

                                            Ja z kolei nie rozumiem, dlaczego zwiazek ma byc wiezieniem? Byl zawarty z
                                            milosci, nikt nie zlamal ukladu, partnerzy chca rozmawiac o pojawiajacych sie
                                            trudnosciach... ja tu nie widze wiezienia. Wiezienie tworzy sie wtedy, gdy ktos
                                            zlamie uklad, a druga osoba miota sie miedzy przeciwnosciami (np czy zostac z
                                            dziecmi i mezem-pijakiem, czy odejsc).

                                            > Co np. z niechciana miloscia? Jesli przyjdzie do Ciebie dziewczyna, ktora
                                            totalnie Ci nie odpowiada i powie, ze Cie kocha, to tez bedziesz stal na
                                            stanowisku, ze ma ona prawo oczekiwac Twojej milosci?

                                            Oczekiwac ma prawo, ja mam prawo odmowic (bo nic nie jestem jej winien), a ona
                                            z kolei ma prawo byc "zadolowana" (bo nie dostrzeglem jej zalet i nie stac mnie
                                            bylo na uczucie).

                                            > Nie rozumiesz, czy celowo demagogizujesz? Nie wiem o co Ci chodzi.

                                            W jakiejs dyskusji wspomnialem o facecie, ktory odwiozl zone do fryzjera i
                                            kupil jej kosmetyki, co ona wykorzystala, zeby ladniej wygladac na randce z
                                            kochankiem. To nie demagogia, to samo zycie :-) (i kto tu komu zarzucil, ze nie
                                            zna zycia :-))

                                            > Nie o to chodzi, by uczucie bylo bez wzajemnosci - po prostu owej wzajemnosci
                                            nie masz prawa oczekiwac - to fajnie jesli wzajemnosc jest, ale zmusic kogos
                                            czy wymagac (oczekiwac) odwzajemniania uczuc nie masz zwyczajnie prawa.

                                            Zgoda, ale mam za to prawo nie czuc sie szczesliwym, jesli po dlugich
                                            staraniach z wzajemnosci - nici.

                                            > A co w sytuacji gdy po kilku miesiacach czy latach okazuje sie, ze tak
                                            naprawde jestescie sobie totalnie obcy?
                                            > I Ty zaczynasz to zauwazac, a ona jeszcze nie?

                                            To zaczynam rozmawiac, zastanawiamy sie wspolnie, co sie stalo, jak zwiazek
                                            naprawic....
          • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 21.03.03, 21:31
            Gość portalu: Przemek napisał(a):


            > moze dla zabawy, to ja akceptujesz.
            > Taki typ myslenia jest wlasciwy rowniez pewnym kobietom. Uganiaja sie za
            > mezczyznami majacymi opinie podrywaczy (z ktorymi staly zwiazek jest malo
            > prawdopodobny), a lekcewaza mezczyzn, ktorzy byliby w stanie zainteresowac sie
            > nimi powaznie.
            >

            Co kto lubi :")

            Natomiast chcialbym sie odniesc do tego:

            > Czyli, jesli dziewczyna szuka milosci (i Ciebie wyroznila, chcac w Tobie
            > ulokowac uczucie), to "niech spada", a jesli chce isc z Toba dla ciekawosci czy
            >

            chyba nie przeczytales dokladnie mojego postu. Widzisz, jezeli ktos mi po chwilowej znajomosci (bo na ile mozna sie poznac przez kilka-kilkanascie spotkan?) mowi, ze chcialby we mnie ulokowac uczucie, to moja trzezwo myslaca psychika kaze mi przypuszczac, ze ona zakochala sie nie tyle we mnie, co w wyobrazeniu o mnie - ze posluguje sie w mniejszym stopniu wyobrazeniami o mnie i o uczuciu, tudziez pragnieniem bliskosci, niz rzeczywista miloscia. A pragnienie bliskosci to niestety zbyt malo, by stworzyc zwiazek, ktory ma trwac dluzej niz kilka miesiecy.

            Nie ufam uczuciom ktore plomieniem wybuchaja po kilku dniach znajomosci. Bo takie uczucie bardziej zwiazane jest wlasnie z potrzeba bliskosci (ktora owszem jest fajna, ale nie wystarczajaca do powstania milosci), euforia czy stanem "zakochania" (ktory znowu, moim zdaniem z rzeczywista miloscia ma niewiele wspolnego)
            Dlatego tez unikam osob "poszukujacych milosci", bo takie osoby najczesciej sa w jakis sposob "zafiksowane" i wszystko co je spotyka odbieraja przez ta wlasnie perspektywe, a wszystkich przedstawicieli odmiennej plci - jako potencjalnych kandydatow na ukochanego/ukochana. A takie patrzenie po pierwsze bardzo ogranicza, a poza tym sugeruje, ze osoba taka nie jest w stanie funkcjonowac samodzielnie, autonomicznie. A moim zdaniem, autonomia dwoch kochajacych sie osob (z czego wynika np. wzajemny szacunek i jeszcze pare spraw) jest podstawa, na ktorej mozna zbudowac trwaly zwiazek.

            Dlatego wole osoby ktore angazuja sie mniej hurraoptymistycznie, za to bardziej spontanicznie i "na luzie".



            > Ale ma miejsce, bo osoba o powazniejszym nastawieniu do zycia i zwiazkow jest
            > zmuszona grac role lekkoducha, zeby nie zostac "splawiona". To paradoks, moim
            > zdaniem, to raczej lekkoduchy powinny udawac zaangazowanie...
            >

            Co to znaczy "powazniejszym nastawieniu do zycia"?
            Bo jest pewna roznica pomiedzy np. "smutasem", ktory cierpietniczo przechodzi przez swiat, szukajac drugiej polowki z ktora moglby wzajemnie utulic swoje zale, a czlowiekiem odpowiedzialnym, zaradnym i potrafiacym zapewnic "byt" i uczucie zarowno sobie jak i rodzinie - ale zarazem majacym do siebie pewien dystans, pozwalajacy mu na lekkie traktowanie siebie i zycia.

            Polecam film La Vitta Bella - przepiekna historia wlasnie o takim "lekkoduchu", ktory jednoczesnie ma "powazniejsze nastawienie do zycia", w jak najlepszym tego slowa znaczeniu
            :")
            • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 23.03.03, 16:43
              kwieto napisał:

              >
              > chyba nie przeczytales dokladnie mojego postu.

              Przeczytac - przeczytalem, tylko zinterpretowalem troche przekornie :-)

              >
              > Nie ufam uczuciom ktore plomieniem wybuchaja po kilku dniach znajomosci. Bo
              tak
              > ie uczucie bardziej zwiazane jest wlasnie z potrzeba bliskosci (ktora owszem
              je
              > st fajna, ale nie wystarczajaca do powstania milosci), euforia czy
              stanem "zako
              > chania" (ktory znowu, moim zdaniem z rzeczywista miloscia ma niewiele
              wspolnego

              Moim zdaniem, duze znaczenie ma to pierwsze wrazenie. Albo Cie ta osoba
              interesuje i chcesz poglebic z nia znajomosc, albo nie. Jakos nie przemawia do
              mnie sytuacja, ze wieloletniej znajomej robisz w pewnej chwili "upgrade" na
              milosc Twojego zycia. Ta poczatkowa euforia musi wystapic w jakiejs mierze.
              Oczywiscie zgadzam sie, ze nie wystarczy ona do stworzenia zwiazku.

              > Dlatego tez unikam osob "poszukujacych milosci", bo takie osoby najczesciej
              sa
              > w jakis sposob "zafiksowane"...

              Cos w tym jest, ale, z drugiej strony, osoby nie szukajace bliskosci, uwazajace
              ten aspekt zycia za malo wazny, tez nie sa dobrymi kandydatami na partnera w
              trwalym zwiazku.

              > Co to znaczy "powazniejszym nastawieniu do zycia"?

              Mialem tu na mysli dazenie do trwalego zwiazku, a nie zakladanie z gory, ze
              znajomosc ma potrwac jedna noc...

              > Polecam film La Vitta Bella - przepiekna historia wlasnie o
              takim "lekkoduchu",
              > ktory jednoczesnie ma "powazniejsze nastawienie do zycia", w jak najlepszym
              te
              > go slowa znaczeniu

              To ten film Belliniego (?) o Holocauscie na wesolo? Alez bohater jest tu
              wlasnie przykladem zakochania sie od pierwszego wejrzenia (w
              swojej "principessie") i dazenia do trwalego zwiazku od pierwszej chwili. A
              posiadanie, lub nie, poczucia humoru, to zupelnie inne zagadnienie, nie
              zwiazane z tematem tej dyskusji.
              • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 23.03.03, 17:28
                Gość portalu: Przemek napisał(a):

                > Moim zdaniem, duze znaczenie ma to pierwsze wrazenie. Albo Cie ta osoba
                > interesuje i chcesz poglebic z nia znajomosc, albo nie. Jakos nie przemawia do
                > mnie sytuacja, ze wieloletniej znajomej robisz w pewnej chwili "upgrade" na
                > milosc Twojego zycia. Ta poczatkowa euforia musi wystapic w jakiejs mierze.
                > Oczywiscie zgadzam sie, ze nie wystarczy ona do stworzenia zwiazku.
                >

                Tak, tylko czy ta poczatkowa euforia jest rownoznaczna z "zalezy mi"? Moim zdaniem raczej nie. Dla mnie poczatkowe zainteresowanie oznacza raczej cos w rodzaju "lubie Cie i nie mam nic przeciwko temu, bysmy poglebili nasza znajomosc".
                Natomiast haslo "zalezy mi" kojarzy mi sie raczej z sytuacja, w ktorej od tego na czym mi zalezy w jakis sposob warunkuje siebie - w oparciu o rzecz na ktorej mi zalezy buduje swoja ewentualna przyszlosc, uzalezniam ja od tego na czym mi zalezy.
                W skrajnym przypadku oznacza, ze jesli mi nie wyjdzie, to wpadne w dolek i czarna rozpacz.



                > > Dlatego tez unikam osob "poszukujacych milosci", bo takie osoby najczescie
                > j
                > sa
                > > w jakis sposob "zafiksowane"...
                >
                > Cos w tym jest, ale, z drugiej strony, osoby nie szukajace bliskosci, uwazajace
                >
                > ten aspekt zycia za malo wazny, tez nie sa dobrymi kandydatami na partnera w
                > trwalym zwiazku.
                >

                Kiedys uslyszalem w pewnej audycji radiowej tekst, ktory bardzo dobrze oddaje to o czym mowic. Dyskusja byla na temat wspolczesnych samotnych, szukajacych, ale bez skutku.
                Prowadzacy, zwrocil sie do jednej z telefonujacych sluchaczek z tekstem - "niech pani sie rozglada. Nie szuka, ale sie rozglada".

                Wlasnie to rozroznienie jest wg mnie BARDZO istotne.


                > > Co to znaczy "powazniejszym nastawieniu do zycia"?
                >
                > Mialem tu na mysli dazenie do trwalego zwiazku, a nie zakladanie z gory, ze
                > znajomosc ma potrwac jedna noc...
                >

                Tak, ale czy naprawde musze juz na starcie zastanawiac sie czy znajomosc potrwa jedna noc, tydziec, czy piec lat?
                Poznaje dziewczyne, podoba mi sie, ja podobam sie jej - zaczynamy zyc ze soba i na biezaco sprawdzamy, czy mamy szanse na dluzszy zwiazek.

                Tego czy z kims przezyjesz tydzien, miesiac, czy trzydziesci lat nie mozesz byc pewny po chwili znajomosci, czy nawet po kilku spotkaniach. Mysle ze problemem jest rozroznienie traktowania "powaznego" od "zbyt powaznego". Moze sie okazac, ze ultra serio traktowana znajomosc po miesiacu sie rozpada, a znajomosc ktora zaczynala sie od luzackiego "zobaczymy jak bedzie" przetrwa do diamentowych godow.
                Szczerze powiedziawszy, mysle ze wlasnie ten drugi przypadek ma na owe diamentowe gody wieksze szanse :")


                > To ten film Belliniego (?)

                Bennigniego :"))

                > o Holocauscie na wesolo? Alez bohater jest tu
                > wlasnie przykladem zakochania sie od pierwszego wejrzenia (w
                > swojej "principessie") i dazenia do trwalego zwiazku od pierwszej chwili. A
                > posiadanie, lub nie, poczucia humoru, to zupelnie inne zagadnienie, nie
                > zwiazane z tematem tej dyskusji.

                Owszem, ale zwroc uwage, ze on nie mowil jej "jak bardzo mu na niej zalezy" ale cale swoje uczucie traktowal z duza lekkoscia i przymruzeniem oka :")
                I wlasnie to bylo w tym uczuciu najfajniejsze.

                Natomiast "zalezy mi" jest jak dla mnie zbyt ciezkim kalibrem, zeby wyciagac go juz na samym poczatku zwiazku.
                • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 24.03.03, 15:41
                  kwieto napisał:

                  > Tak, tylko czy ta poczatkowa euforia jest rownoznaczna z "zalezy mi"? Moim
                  zdan
                  > iem raczej nie. Dla mnie poczatkowe zainteresowanie oznacza raczej cos w
                  rodzaj
                  > u "lubie Cie i nie mam nic przeciwko temu, bysmy poglebili nasza znajomosc".

                  Powiedzmy ze dla mnie tez to oznacza, ale zaraz pojawia sie pytanie, jak daleko
                  te znajomosc poglebiac i po co?

                  "niec
                  > h pani sie rozglada. Nie szuka, ale sie rozglada".
                  >
                  > Wlasnie to rozroznienie jest wg mnie BARDZO istotne.
                  >

                  Cos w tym jest, zgadzam sie, ze nastawienie na szukanie partnera, np "musze
                  natychmiast i za wszelka cene znalezc meza" jest niewlasciwe i na taka osobe
                  trzeba patrzec z podejrzliwoscia.

                  >
                  > Tak, ale czy naprawde musze juz na starcie zastanawiac sie czy znajomosc
                  potrwa
                  > jedna noc, tydziec, czy piec lat?
                  > Poznaje dziewczyne, podoba mi sie, ja podobam sie jej - zaczynamy zyc ze soba
                  i
                  > na biezaco sprawdzamy, czy mamy szanse na dluzszy zwiazek.

                  Czasem od razu jest jasne, ze nie ma szans na trwaly zwiazek. Np. nie bede sie
                  zalecal do kobiety o znacznie wyzszym statusie materialnym, chocby mi sie
                  podobala, bo wiem, ze w takim ukladzie bede sie czul zle. Tak samo nie zaczepie
                  kobiety z wyksztalceniem niepelnym podstawowym, bo jednak o czyms trzeba
                  porozmawiac po... :-)
                  >
                  >
                  > > To ten film Belliniego (?)
                  >
                  > Bennigniego :"))

                  Tak, tak, dzieki za sprostowanie.

                  >
                  > Natomiast "zalezy mi" jest jak dla mnie zbyt ciezkim kalibrem, zeby wyciagac
                  go
                  > juz na samym poczatku zwiazku.

                  Czyli wracamy do punktu wyjscia: jesli komus rzeczywiscie zalezy, to "morda w
                  kubel" i autocenzura, bo jak sie wyda, to ma sie "przechlapane" :-)

                  • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 24.03.03, 20:31
                    Gość portalu: Przemek napisał(a):

                    > kwieto napisał:
                    >
                    > Powiedzmy ze dla mnie tez to oznacza, ale zaraz pojawia sie
                    > pytanie, jak daleko te znajomosc poglebiac i po co?
                    >

                    A czy musisz to wiedziec juz na starcie?
                    Nie masz szans aby "racjonalnie" podjac taka decyzje. To kim jest dana osoba naprawde, moze wyjsc po tygodniu, miesiacu, roku....

                    Nawiazujesz znajomosc, rozwijasz ja, jesli rozwija sie pieknie to starasz sie ja rozwinac jeszcze bardziej. Jesli sie nie chce rozwijac, szukasz znajomosci bardziej obiecujacej. Nie widze tu miejsca na haslo "zalezy mi", szczerze powiedziawszy.
                    "Zalezy mi" oznacza, ze cos z tej znajomosci chce miec dla siebie - a to zabija, przede wszystkim milosc.


                    > "niec
                    > > h pani sie rozglada. Nie szuka, ale sie rozglada".
                    > >
                    > > Wlasnie to rozroznienie jest wg mnie BARDZO istotne.
                    > >
                    >
                    > Cos w tym jest, zgadzam sie, ze nastawienie na szukanie partnera, np "musze
                    > natychmiast i za wszelka cene znalezc meza" jest niewlasciwe i na taka osobe
                    > trzeba patrzec z podejrzliwoscia.
                    >

                    Tak samo traktuje "zalezy mi" na poczatku zwiazku - w sytuacji, gdy oboje jeszcze sie na dobre nie poznali, jeszcze staraja sie siebie wzajemnie wyczuc, wysondowac.



                    > Czasem od razu jest jasne, ze nie ma szans na trwaly zwiazek. Np. nie bede sie
                    > zalecal do kobiety o znacznie wyzszym statusie materialnym, chocby mi sie
                    > podobala, bo wiem, ze w takim ukladzie bede sie czul zle. Tak samo nie zaczepie
                    >
                    > kobiety z wyksztalceniem niepelnym podstawowym, bo jednak o czyms trzeba
                    > porozmawiac po... :-)
                    > >


                    Zgoda. Ale czy jesli trafisz na dziewczyne, ktora wstepnie odpowiada temu co szukasz (a przynajmniej tak wynika z pierwszego wrazenia), od razu zaczynasz sie angazowac i zaczyna Ci zalezec?



                    > Czyli wracamy do punktu wyjscia: jesli komus rzeczywiscie zalezy, to "morda w
                    > kubel" i autocenzura, bo jak sie wyda, to ma sie "przechlapane" :-)
                    >


                    Nie. Mowiac brutalnie - osobe ktorej "rzeczywiscie zalezy" na osobie ktora dopiero co poznala, wyslalbym w trybie ultrapilnym na terapie do psychologa :"))))

                    Jesli zaczynasz znajomosc i juz od samego poczatku, bez glebszego poznania tej drugiej osoby, niesamowicie Ci na tej znajomosci zalezy, to moim zdaniem jest mocna sugestia, ze masz ze soba problem.

                    I zapewne dlatego dziewczyny (mezczyzni rowniez) uciekaja od takiej osoby. Bo kto chce wiazac sie z kims, kto z duzym prawdopodobienstwem ma ze soba problemy?
                    • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 25.03.03, 21:00
                      kwieto napisał:

                      > Nawiazujesz znajomosc, rozwijasz ja, jesli rozwija sie pieknie to starasz sie
                      j
                      > a rozwinac jeszcze bardziej. Jesli sie nie chce rozwijac, szukasz znajomosci
                      ba
                      > rdziej obiecujacej. Nie widze tu miejsca na haslo "zalezy mi", szczerze
                      powiedz
                      > iawszy.
                      > "Zalezy mi" oznacza, ze cos z tej znajomosci chce miec dla siebie - a to
                      zabija
                      > , przede wszystkim milosc.

                      Nie umiem sie z Toba dogadac - dla mnie bez "zalezy mi" nie ma milosci.
                      >>"Zalezy mi" zabija milosc << - to dla mnie klasyczny sofizmat. Dodatkowo
                      sugerujesz, ze "zalezy mi" oznacza... egoizm ("miec cos dla siebie"). Jesli
                      ktos chce kochac, to trudno to nazwac egoizmem. Z egoizmem mamy do czynienia
                      wtedy, gdy ktos wiecej chce otrzymac, niz dac.


                      >
                      > Zgoda. Ale czy jesli trafisz na dziewczyne, ktora wstepnie odpowiada temu co
                      sz
                      > ukasz (a przynajmniej tak wynika z pierwszego wrazenia), od razu zaczynasz
                      sie
                      > angazowac i zaczyna Ci zalezec?

                      Po prostu interesuje sie wlasnie ta kobieta a nie innymi - orientuje sie, ze
                      nie da sie jej "wymienic" na inna, ze jak nic z tego nie wyjdzie, to bedzie mi
                      przykro... czyli zaczyna mi jakos zalezec.

                      >
                      > Nie. Mowiac brutalnie - osobe ktorej "rzeczywiscie zalezy" na osobie ktora
                      dopi
                      > ero co poznala, wyslalbym w trybie ultrapilnym na terapie do psychologa :"))))
                      >

                      Nie umiem sie ustosunkowac, bez zdefiniowania jaki okres czasu
                      obejmuje "dopiero co". Poza tym... z Twojej wypowiedzi wynika, ze kazda
                      milosc "od pierwszego wejrzenia" kwalifikuje sie do leczenia psychiatrycznego :-
                      )

                      Jeszcze raz proponuje - podpiszmy protokol rozbieznosci.
                      • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 25.03.03, 21:21
                        Gość portalu: Przemek napisał(a):

                        > Nie umiem sie z Toba dogadac - dla mnie bez "zalezy mi" nie ma milosci.
                        > >>"Zalezy mi" zabija milosc << - to dla mnie klasyczny sofizmat. Do
                        > datkowo
                        > sugerujesz, ze "zalezy mi" oznacza... egoizm ("miec cos dla siebie"). Jesli
                        > ktos chce kochac, to trudno to nazwac egoizmem. Z egoizmem mamy do czynienia
                        > wtedy, gdy ktos wiecej chce otrzymac, niz dac.
                        >

                        Odpowiedz mi zatem na proste pytanie: na czym dokladnie Ci "zalezy"?


                        > Po prostu interesuje sie wlasnie ta kobieta a nie innymi - orientuje sie, ze
                        > nie da sie jej "wymienic" na inna, ze jak nic z tego nie wyjdzie, to bedzie mi
                        > przykro... czyli zaczyna mi jakos zalezec.

                        Mozesz przyblizyc mi Twoje rozumienie slowa "przykro"?



                        > Nie umiem sie ustosunkowac, bez zdefiniowania jaki okres czasu
                        > obejmuje "dopiero co". Poza tym... z Twojej wypowiedzi wynika, ze kazda
                        > milosc "od pierwszego wejrzenia" kwalifikuje sie do leczenia psychiatrycznego :


                        Uhm....
                        rozroznijmy tylko "milosc" od pierwszego wejrzenia od "zakochania" sie od pierwszego wejrzenia.
                        Dla mnie milosc i zakochanie to nie sa rownorzedne uczucia. Zakochanie bardziej nazwalbym zreszta emocja niz uczuciem.

                        I ciezko mi mowic o "zalezy mi" w przypadku emocji.


                        >
                        > Jeszcze raz proponuje - podpiszmy protokol rozbieznosci.

                        Nie musimy sie ze soba zgadzac, nie musimy tez ciagnac dyskusji - to tylko nasz wybor :")
                        • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 26.03.03, 14:37
                          kwieto napisał:

                          > Gość portalu: Przemek napisał(a):
                          >
                          >
                          > 1. Odpowiedz mi zatem na proste pytanie: na czym dokladnie Ci "zalezy"?
                          > 2. Mozesz przyblizyc mi Twoje rozumienie slowa "przykro"?
                          >

                          W pierwszej chwili po skonstatowaniu, ze "ona" mi sie podoba fizycznie, jest
                          mila, nieglupia, jestem nia zachwycony (nazwijmy to zakochaniem) - zalezy mi na
                          tym, zeby ja blizej poznac ( i zeby ona dala sie blizej poznac). Jesli
                          przekonam sie ze jest to wartosciowa osoba i nie widac przeszkod do poglebienia
                          tej znajomosci (np nie "przypomni sobie" ze ma meza i dzieci :-)), to bedzie mi
                          zalezec na tym, zeby obdarzyla mnie uczuciem, w takim stopniu, jak ja ją. A
                          wiec bede ja zapraszal, kupowal kwiaty, etc etc... Jesli ona, po pewnym
                          czasie, powie, ze jestem "fajnym kolega", ale na nic wiecej nie moge liczyc, to
                          bedzie mi "przykro". Tzn bede zawiedziony (w tym wypadku nie obrazony, bo
                          przeciez niczego mi nie obiecywala), ze nic z tego nie wyszlo.

                          Czy to nie jest normalna reakcja?

                          Kazdy jest troche inny i inaczej to odbiera. Jedni potrafia
                          szybko "przetransferowac" uczucie na inna osobe, inni nie potrafia. Czy to
                          uposledzenie?

                          • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 26.03.03, 22:06
                            Gość portalu: Przemek napisał(a):

                            > kwieto napisał:
                            >
                            > > Gość portalu: Przemek napisał(a):
                            > >
                            > >
                            > > 1. Odpowiedz mi zatem na proste pytanie: na czym dokladnie Ci "zalezy"?
                            > > 2. Mozesz przyblizyc mi Twoje rozumienie slowa "przykro"?
                            > >
                            >
                            > W pierwszej chwili po skonstatowaniu, ze "ona" mi sie podoba fizycznie, jest
                            > mila, nieglupia, jestem nia zachwycony (nazwijmy to zakochaniem) - zalezy mi na
                            >
                            > tym, zeby ja blizej poznac ( i zeby ona dala sie blizej poznac).


                            A nie uwazasz, ze slowo "zalezy" w tym przypadku jest zdecydowanie zbyt mocne?
                            Owszem "chce blizej poznac", pasuje. :")

                            Pytanie - co sie stanie, jesli okaze sie, ze ona nie jest zainteresowana? jaka bedzie reakcja?


                            Jesli
                            > przekonam sie ze jest to wartosciowa osoba i nie widac przeszkod do poglebienia
                            >
                            > tej znajomosci (np nie "przypomni sobie" ze ma meza i dzieci :-)), to bedzie mi
                            >
                            > zalezec na tym, zeby obdarzyla mnie uczuciem, w takim stopniu, jak ja ją.


                            czekaj, czy to oznacza, ze juz w tym momencie obdarzyles jak jakims uczuciem?
                            Poza tym, znowu pytanie, jak sie bedziesz czul jesli ona nie bedzie zainteresowana i czy slowo "zalezy" nie jest tutaj zbyt mocne?


                            A
                            > wiec bede ja zapraszal, kupowal kwiaty, etc etc... Jesli ona, po pewnym
                            > czasie, powie, ze jestem "fajnym kolega", ale na nic wiecej nie moge liczyc, to
                            >
                            > bedzie mi "przykro". Tzn bede zawiedziony (w tym wypadku nie obrazony, bo
                            > przeciez niczego mi nie obiecywala), ze nic z tego nie wyszlo.
                            >
                            > Czy to nie jest normalna reakcja?
                            >

                            Jest, o ile Twoje dzialania beda zogniskowane na tym, zeby za pomoca kwiatow, zapraszania itd., zaskarbic jej uczucie - jesli bedzie to wyrazny "cel" Twoich dzialan.

                            Natomiast ja bym proponowal umawianie sie dla samej przyjemnosci obcowania z owaa niewiasta, oraz pozbycie sie podtekstu "licze ze w efekcie do czegos (milosci, zwiazku, etc.) dojdzie".
                            Jesli umawiasz sie z dziewczyna dlatego, ze przyswieca Ci dalekosiezny cel - stworzenie z nia pary, to takie zachowanie widac, i nader czesto jest odbierane jako po prostu namolne. Bo zwyczajnie widac, ze traktujesz te kwiaty, randki, komplementy, jako swego rodzaju "inwestycje" - wypatrujesz oznak zainteresowania, wsluchujesz sie w kazde slowo, ktore mogloby oznaczac, ze jej serce bije szybciej na Twoj widok... Moze to i romantyczne, ale nie dla osoby, ktora to widzi, i czuje sie skrepowana tym, ze tak bardzo lakniesz oznak zainteresowania.

                            Mysle, ze troche cierpliwosci byloby tu bardzo pomocne - moim zdaniem, lepiej jest chodzic na randki dla przyjemnosci randkowania. Wtedy zamiast wypatrywac oznak zainteresowania, po prostu cieszysz sie obcowaniem z druga osoba (i nie jest Ci przykro, jesli znajomosc sie nie rozwinie - w koncu przyjemnie spedziles czas), a cala sprawa nabiera wlasnie lekkosci o ktorej mowie.

                            po prostu - cieszysz sie ta znajomoscia, jaka sie wytworzyla, a jednoczesnie nie masz nic przeciwko rozwinieciu i poglebieniu jej. Ale nie przesz do tego "za wszelka cene" (troche zle slowo, chodzi mi o systuacje gdy ktos stara sie az za bardzo), potrafisz sie nia cieszyc nawet jesli nie wyjdzie poza zwykla znajomosc.


                            > Kazdy jest troche inny i inaczej to odbiera. Jedni potrafia
                            > szybko "przetransferowac" uczucie na inna osobe, inni nie potrafia. Czy to
                            > uposledzenie?
                            >

                            Tu nie chodzi o "transferowanie uczucia na inna osobe", wierz mi.
                            Po pierwsze w sytuacji o ktorej napisales powyzej, trudno mowic o jakimkolwiek uczuciu. Zainteresowaniu - tak, pobudzeniu - tak, ale od razu uczuciu? nie sadze.

                            Poza tym, cala sprawa polega raczej na "oczyszczaniu" relacji z innymi osobami (zarowno przyjacielskich jak i milosnych).
                            • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 27.03.03, 21:03
                              kwieto napisał:

                              Ten watek trudno mi rozwijac, bo zapewne podkladamy rozne znaczenia pod
                              pojecia "zalezy mi", "obdarzac kogos uczuciem", itd.

                              >
                              > A nie uwazasz, ze slowo "zalezy" w tym przypadku jest zdecydowanie zbyt mocne?
                              > Owszem "chce blizej poznac", pasuje. :")

                              W moim odczuciu to na jedno wychodzi (jesli "chce" to jakos mi "zalezy)

                              >
                              > Pytanie - co sie stanie, jesli okaze sie, ze ona nie jest zainteresowana?
                              jaka
                              > bedzie reakcja?

                              Jesli to rzeczywiscie pierwsze chwile znajomosci, to jedynie chwilowy
                              dyskomfort ("tak malo kobiet mi sie podoba, a jak juz sie jakas znalazla, to
                              oczywiscie ma mnie gdzies" :-)), moze chwilowe obnizenie samooceny ("gdyby na
                              moim miejscu znalazl sie, dajmy na to, di Caprio, to reakcja na pewno bylaby
                              inna"), po chwili moze uruchomilbym jakies mechanizmy obronne ("co z tego, ze
                              ladna, pewnie glupia jest":-)).

                              >
                              >
                              > czekaj, czy to oznacza, ze juz w tym momencie obdarzyles jak jakims uczuciem?
                              > Poza tym, znowu pytanie, jak sie bedziesz czul jesli ona nie bedzie
                              zainteresow
                              > ana i czy slowo "zalezy" nie jest tutaj zbyt mocne?
                              >

                              Dyskusja rozbija sie o definicje. Fascynacja seksualna + konstatacja ze mamy do
                              czynienia z wartosciowa osoba + zauwazenie dodatnich cech (humor, inteligencja,
                              optymizm) to juz duzy krok w strone uczucia. Slowo "zalezy" juz tu pasuje,
                              przynajmniej w moim rozumieniu znaczenia tego pojecia.

                              Reakcja? Moze podobna jak wyzej, lecz bardziej dlugotrwala. Mechanizmy obronne
                              (ze niby gluia) nie dadza sie uruchomic, bo juz wiadomo, ze nieglupia. Dochodzi
                              refleksja - "no tak, masz przechlapane, nastepna okazja za pare lat, jak dobrze
                              pojdzie". Moglby jeszcze pojawic sie efekt "blokady" - chec sprobowania
                              szczescia jeszcze raz u tej samej osoby i zwiazany z tym brak zainteresowania
                              innymi kobietami. Tej "blokady" bym nie lekcewazyl - moze trwac bardzo dlugo.

                              >
                              > Jesli umawiasz sie z dziewczyna dlatego, ze przyswieca Ci dalekosiezny cel -
                              st
                              > worzenie z nia pary, to takie zachowanie widac, i nader czesto jest odbierane
                              j
                              > ako po prostu namolne. Bo zwyczajnie widac, ze traktujesz te kwiaty, randki,
                              ko
                              > mplementy, jako swego rodzaju "inwestycje" - wypatrujesz oznak
                              zainteresowania,
                              > wsluchujesz sie w kazde slowo, ktore mogloby oznaczac, ze jej serce bije
                              szybc
                              > iej na Twoj widok... Moze to i romantyczne, ale nie dla osoby, ktora to
                              widzi,
                              > i czuje sie skrepowana tym, ze tak bardzo lakniesz oznak zainteresowania.

                              Piszesz prawde, ale ja jej nie rozumiem... Tzn tak jest odbierane, ale ja nie
                              rozumiem tej reakcji. Gdyby ktos tak przy mnie "skakal", to po jakims czasie
                              przyszloby mi do glowy, ze byc moze, jest to jedyna okazja na przezycie
                              glebokiego uczucia. Zmienilby sie moj punkt widzenia na te osobe i jest bardzo
                              prawdopodobne, ze bym ja obdarzyl uczuciem.

                              >
                              > Tu nie chodzi o "transferowanie uczucia na inna osobe", wierz mi.
                              > Po pierwsze w sytuacji o ktorej napisales powyzej, trudno mowic o
                              jakimkolwiek
                              > uczuciu. Zainteresowaniu - tak

                              Nie klocmy sie o definicje - niech bedzie transfer zainteresowania (ale jest to
                              zainteresowanie majace zwiazek ze sfera uczuc, a nie czystego intelektu :-)



                              • kwieto Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 28.03.03, 13:26
                                ) ) A nie uwazasz, ze slowo "zalezy" w tym przypadku jest
                                ) zdecydowanie zbyt mocne?
                                ) ) Owszem "chce blizej poznac", pasuje. :")
                                )
                                ) W moim odczuciu to na jedno wychodzi (jesli "chce" to jakos
                                ) mi "zalezy)
                                )

                                No nie zupelnie.
                                Moge powiedziec, ze np. "chce pojsc do kina". Natomiast stwierdzenie "zalezy mi
                                na tym zeby pojsc do kina" nadaje temu zdaniu zupelnie inna wage.
                                "chce pojsc do kina" oznacza, ze mam ochote na jakis seans, i jesli nic mi nie
                                przeszkodzi, chcetnie sie na niego wybiore.
                                "zalezy mi zeby pojsc do kina" oznacza, ze wyjscie do kina traktuje
                                priorytetowo, ze bede co najmniej niepocieszony.
                                To jest dosc subtelna roznica, ale w przypadku tak delikatnej materii jak
                                zwiazki milosne, moze sie okazac dosc decydujaca.
                                Pare postow wczesniej pisalem o "wdzieku walca drogowego" (czy czyms takim). No
                                i wlasnie owo "zalezy", jesli pojawia sie zbyt wczesnie, moim zdaniem
                                pozostawia po sobie takie wlasnie wrazenie. a trudno cos wychodowac na ziemi
                                ktora wyrownal walec :(


                                ) )
                                ) ) Pytanie - co sie stanie, jesli okaze sie, ze ona nie jest
                                ) zainteresowana?
                                ) jaka
                                ) ) bedzie reakcja?
                                )
                                ) Jesli to rzeczywiscie pierwsze chwile znajomosci, to jedynie chwilowy
                                ) dyskomfort ("tak malo kobiet mi sie podoba, a jak juz sie
                                ) jakas znalazla, to
                                ) oczywiscie ma mnie gdzies" :-)),

                                dlaczego "oczywiscie"?



                                moze chwilowe obnizenie
                                ) samooceny ("gdyby
                                ) na
                                ) moim miejscu znalazl sie, dajmy na to, di Caprio, to reakcja
                                ) na pewno bylaby
                                ) inna"),


                                Skad jestes tego taki pewien?


                                po chwili moze uruchomilbym jakies mechanizmy obronne
                                ) ("co z tego,
                                ) ze
                                ) ladna, pewnie glupia jest":-)).
                                )

                                Bosz... a nie wystarczy powiedziec "widac jej nie odpowiadam" i juz?
                                Musisz sie zdrowo napracowac, zanim dojdziesz do jakiej takiej rownowagi :((



                                ) ) czekaj, czy to oznacza, ze juz w tym momencie obdarzyles
                                ) jak jakims uczuciem?
                                ) ) Poza tym, znowu pytanie, jak sie bedziesz czul jesli ona nie bedzie
                                ) zainteresow
                                ) ) ana i czy slowo "zalezy" nie jest tutaj zbyt mocne?
                                ) )
                                )
                                ) Dyskusja rozbija sie o definicje. Fascynacja seksualna +
                                ) konstatacja ze mamy
                                ) do
                                ) czynienia z wartosciowa osoba + zauwazenie dodatnich cech (humor,
                                ) inteligencja,
                                ) optymizm) to juz duzy krok w strone uczucia.


                                Flirtu, tak. Ale jeszcze nie uczucia.
                                Uczucie moze sie pojawic pozniej, gdy flirt przeksztalci sie romans, a dopiero
                                z romansu powstanie wlasnie uczucie.
                                A do tego jeszcze daleka droga.


                                ) Slowo "zalezy"
                                ) juz tu pasuje,
                                ) przynajmniej w moim rozumieniu znaczenia tego pojecia.
                                )

                                Ja bym jednak bardziej operowal w kategorii ochoty. Ty chcesz od razu
                                przeskoczyc co najmniej dwa etapy rozwoju znajomosci.
                                Czy zdarzylo Ci sie, ze jakas dziewczyna powiedziala Ci, ze jestes "za szybki"?



                                ) Reakcja? Moze podobna jak wyzej, lecz bardziej dlugotrwala. Mechanizmy
                                ) obronne
                                ) (ze niby gluia) nie dadza sie uruchomic, bo juz wiadomo, ze nieglupia.
                                ) Dochodzi
                                ) refleksja - "no tak, masz przechlapane, nastepna okazja za
                                ) pare lat, jak
                                ) dobrze
                                ) pojdzie".

                                To gdzie Ty mieszkasz, na pustyni???
                                "zapraszasz dziewczyne na kawe" z czestotliwoscia raz na pare lat?

                                Przeciez tyle jest dziewczyn ktore mozna spotkac gdziekolwiek - na wykladach, w
                                pracy, na ulicy chociazby...
                                Takie pytanie - czy przypadkiem nie "zakochujesz sie" jeszcze zanim sie w ogole
                                odezwiesz sie do danej dziewczyny?
                                I rozpoczynasz flirt dopiero wtedy, gdy dziewczyna zostanie wstepnie
                                zaapropobana jako kandydatka na zwiazek "do konca zycia"?
                                Jesli tak - to wracam do tego co pisalem przed chwila - usilujesz rozpoczynac
                                zwiazek "od konca" - probujesz od razu wejsc w bardzo zaawansowane stadium
                                znajomosci.

                                Zachowujesz sie jak owa dziewczyna z cytowanej opowiastki - jestes na starcie
                                ale myslami juz myslisz o wnukach...
                                Nic tak nie odstrasza, jak takie podejscie :(



                                ) Moglby jeszcze pojawic sie efekt "blokady" - chec
                                ) sprobowania
                                ) szczescia jeszcze raz u tej samej osoby i zwiazany z tym brak
                                ) zainteresowania
                                ) innymi kobietami. Tej "blokady" bym nie lekcewazyl - moze trwac bardzo
                                ) dlugo.
                                )


                                Jeja, jesli na etapie "podrywu" pojawia sie u Ciebie az taki wachlarz reakcji
                                obronnych to naprawde, szczerze wspolczuje :(((
                                I zachecam do gruntownego zrewidowania swoich pogladow na zycie uczuciowe.
                                Mowiac wprost, mysle, ze sam jestes przyczyna swoich problemow, a to co
                                nazywasz "powaznym podejsciem do zwiazku" w rzeczywistosci nijak sie do
                                powaznego podejscia nie ma - jest raczej usprawiedliwieniem wlasnej
                                niemoznosci :((((

                                Naprawde! to troche jak syndrom "czlowieka wrazliwego" - czyli takiego ktoremu
                                wydaje sie, ze nie jest przystosowany do zycia we wspolczesnym swiecie (bo jest
                                zbyt wrazliwy), i ze jego wrazliwosc jest niemal codziennie "gwalcona" przez
                                spoleczenstwo. A tak naprawde w 99% przypadkow chodzi nie tyle o wrazliwosc,
                                ale przewrazliwienie - zbytnie skoncentrowanie sie na samym sobie, branie
                                blahych rzeczy bardzo do siebie, i tak dalej.

                                Wedlug mnie - jesli rzeczywiscie banalne dostanie kosza wywoluje u Ciebie az
                                tak skomplikowane reakcje - masz podobny problem :(
                                Ale nad tym mozna pracowac, na szczescie :")

                                I mowie to bez zlosliwosci - sam mialem kiedys problemy wlasnie tego sortu...



                                ) )
                                ) ) Jesli umawiasz sie z dziewczyna dlatego, ze przyswieca Ci
                                ) dalekosiezny cel -
                                ) st
                                ) ) worzenie z nia pary, to takie zachowanie widac, i nader
                                ) czesto jest odbierane
                                ) j
                                ) ) ako po prostu namolne. Bo zwyczajnie widac, ze traktujesz
                                ) te kwiaty, randki,
                                ) ko
                                ) ) mplementy, jako swego rodzaju "inwestycje" - wypatrujesz oznak
                                ) zainteresowania,
                                ) ) wsluchujesz sie w kazde slowo, ktore mogloby oznaczac, ze
                                ) jej serce bije
                                ) szybc
                                ) ) iej na Twoj widok... Moze to i romantyczne, ale nie dla
                                ) osoby, ktora to
                                ) widzi,
                                ) ) i czuje sie skrepowana tym, ze tak bardzo lakniesz oznak
                                ) zainteresowania.
                                )
                                ) Piszesz prawde, ale ja jej nie rozumiem... Tzn tak jest
                                ) odbierane, ale ja
                                ) nie
                                ) rozumiem tej reakcji. Gdyby ktos tak przy mnie "skakal", to
                                ) po jakims czasie
                                ) przyszloby mi do glowy, ze byc moze, jest to jedyna okazja na
                                ) przezycie
                                ) glebokiego uczucia. Zmienilby sie moj punkt widzenia na te
                                ) osobe i jest
                                ) bardzo
                                ) prawdopodobne, ze bym ja obdarzyl uczuciem.
                                )

                                Ale niby dlaczego? To troche tak, jak namolny akwizytor. Czy to, ze ktos
                                codziennie przychodzi do mnie i zachwala sprzedawane przez siebie szczoteczki
                                do zebow oznacza, ze ktoregos dnia stwierdze, ze te szczoteczki sa rewelacyjne?
                                Predzej, zniecierpliwiony zaczne wyrzucac go za drzwi.

                                Stwierdzenie "jedyna okazja na przezycie glebokiego uczucia" jest strasznie
                                ciezkie i pompatyczne - przeciez caly czas mowimy o podrywaniu, jak myslisz,
                                ile razy przecietna dziewczyna (mezczyzna zreszta tez) w ciagu swego zycia jest
                                podrywana? Mysle ze wystarczajaco czesto, by miec w czym wybierac :")
                                Wlasnie na tym to wszystko polega - na poczatku zwiazku oczekuje
                                zainteresowania, radosci, lekkosci... I fajnie jesli to wszystko przerodzi sie
                                w zaangazowanie, ale jesli nic takiego sie nie stanie - to tez w sumie nic
                                takiego sie nie stalo. A jesli ktos pokazuje mi zainteresowanie przesadne, w
                                pewnym sensie "chodzi za mna" - to staje sie to dla mnie meczace.
                                Flirt to sztuka przyciagania i odpychania, przyblizania sie do siebie, ale przy
                                jednym zachowaniu dobrego smaku i akceptowanego przez obie strony dystansu -
                                jesli zbyt usilnie usilujesz ta granice przekroczyc, zostajesz automatycznie
                                odrzucony, z etykietka "namolny"
                                "Skaczac" pokazujesz jak bardzo jestes osoba samotna, jak wielkie masz
                                kompleksy - a kto chce sie wiazac z samotna osoba z kompleksami? :(((
                                Oczywiscie troche tutaj dramatyzuje - ale mysle, ze bez dobrego osadzenia sie w
                                samym sobie, bez zlapania dystansu, bez proby odnalezienia radosci w kazdej
                                chwili - "tu i teraz", ciezko Ci bedzie zwiazac sie z kims na stale :(

                                Kiedys wpadlem n
                                • Gość: Przemek Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.tele.pw.edu.pl 31.03.03, 20:50
                                  Niepotrzebnie ta wymiana mysli rozbila sie na 2 rownolegle watki. Proponuje
                                  zamknac ten wlasnie, bo zeszlismy tu kopmpletnie z tematu. Jesli mamy jeszcze
                                  cos do powiedzenia, to zrobmy to w watku umieszczonym powyzej.

                                  Z reguly dyskutuje o problemach, a nie o sobie. Tu natomiast "dalem sie
                                  podejsc" odpowiadajac na pytania "co bym zrobil gdyby". W odpowiedzi uslyszalem
                                  ze "mam problemy". Nie chcialem rozmawiac o moich problemach, chodzilo mi o
                                  dyskusje na temat, ktory ciagle jeszcze widnieje w tytule.
                                  Reasumujac pragne stwierdzic, ze Ziemia jest duza i znajdzie sie dla niej
                                  miejsce zarowno dla tych, ktorzy zwiazki miedzyludzkie traktuja lekko, jak i
                                  dla tych, ktorzy traktuja je powaznie. Pod jednym warynkiem - ze zadna z tych
                                  postaw nie prowadzi do wyrzadzania krzywdy innym ludziom. Interwencje maja sens
                                  jedynie w takim przypadku - w obronie pokrzywdzonego. Jesli nasze postawy nie
                                  prowadza do niczyjej krzywdy - tolerujmy je! Wiecej tolerancji zamiast uwag,
                                  kto ma tutaj "problemy".
                                  Wieksza wrazliwosc i ostroznosc w stosunkach z innymi zmniejsza
                                  prawdopodobienstwo wyrzadzenia komus przykrosci. Owa "lekkosc" jest troche
                                  bardziej ryzykowna postawa (jeszcze raz nawiazuje do Kundery: "lightness of
                                  being" latwo staje sie "unbearable"), ale jesli nikt przez nia nie cierpi, to
                                  czemu nie...
                                  Powstrzymajmy sie jednak od narzucania takiej postawy jako jedynie slusznej,
                                  nie zmuszajmy do niej nikogo.



                                  kwieto napisał:

                                  ) ) ) A nie uwazasz, ze slowo "zalezy" w tym przypadku jest
                                  ) ) zdecydowanie zbyt mocne?
                                  ) ) ) Owszem "chce blizej poznac", pasuje. :")
                                  ) )
                                  ) ) W moim odczuciu to na jedno wychodzi (jesli "chce" to jakos
                                  ) ) mi "zalezy)
                                  ) )
                                  )
                                  ) No nie zupelnie.
                                  ) Moge powiedziec, ze np. "chce pojsc do kina". Natomiast stwierdzenie "zalezy
                                  mi
                                  )
                                  ) na tym zeby pojsc do kina" nadaje temu zdaniu zupelnie inna wage.
                                  ) "chce pojsc do kina" oznacza, ze mam ochote na jakis seans, i jesli nic mi
                                  nie
                                  ) przeszkodzi, chcetnie sie na niego wybiore.
                                  ) "zalezy mi zeby pojsc do kina" oznacza, ze wyjscie do kina traktuje
                                  ) priorytetowo, ze bede co najmniej niepocieszony.
                                  ) To jest dosc subtelna roznica, ale w przypadku tak delikatnej materii jak
                                  ) zwiazki milosne, moze sie okazac dosc decydujaca.
                                  ) Pare postow wczesniej pisalem o "wdzieku walca drogowego" (czy czyms takim).
                                  No
                                  )
                                  ) i wlasnie owo "zalezy", jesli pojawia sie zbyt wczesnie, moim zdaniem
                                  ) pozostawia po sobie takie wlasnie wrazenie. a trudno cos wychodowac na ziemi
                                  ) ktora wyrownal walec :(
                                  )
                                  )
                                  ) ) )
                                  ) ) ) Pytanie - co sie stanie, jesli okaze sie, ze ona nie jest
                                  ) ) zainteresowana?
                                  ) ) jaka
                                  ) ) ) bedzie reakcja?
                                  ) )
                                  ) ) Jesli to rzeczywiscie pierwsze chwile znajomosci, to jedynie chwilowy
                                  ) ) dyskomfort ("tak malo kobiet mi sie podoba, a jak juz sie
                                  ) ) jakas znalazla, to
                                  ) ) oczywiscie ma mnie gdzies" :-)),
                                  )
                                  ) dlaczego "oczywiscie"?
                                  )
                                  )
                                  )
                                  ) moze chwilowe obnizenie
                                  ) ) samooceny ("gdyby
                                  ) ) na
                                  ) ) moim miejscu znalazl sie, dajmy na to, di Caprio, to reakcja
                                  ) ) na pewno bylaby
                                  ) ) inna"),
                                  )
                                  )
                                  ) Skad jestes tego taki pewien?
                                  )
                                  )
                                  ) po chwili moze uruchomilbym jakies mechanizmy obronne
                                  ) ) ("co z tego,
                                  ) ) ze
                                  ) ) ladna, pewnie glupia jest":-)).
                                  ) )
                                  )
                                  ) Bosz... a nie wystarczy powiedziec "widac jej nie odpowiadam" i juz?
                                  ) Musisz sie zdrowo napracowac, zanim dojdziesz do jakiej takiej rownowagi :((
                                  )
                                  )
                                  )
                                  ) ) ) czekaj, czy to oznacza, ze juz w tym momencie obdarzyles
                                  ) ) jak jakims uczuciem?
                                  ) ) ) Poza tym, znowu pytanie, jak sie bedziesz czul jesli ona nie bedzie
                                  ) ) zainteresow
                                  ) ) ) ana i czy slowo "zalezy" nie jest tutaj zbyt mocne?
                                  ) ) )
                                  ) )
                                  ) ) Dyskusja rozbija sie o definicje. Fascynacja seksualna +
                                  ) ) konstatacja ze mamy
                                  ) ) do
                                  ) ) czynienia z wartosciowa osoba + zauwazenie dodatnich cech (humor,
                                  ) ) inteligencja,
                                  ) ) optymizm) to juz duzy krok w strone uczucia.
                                  )
                                  )
                                  ) Flirtu, tak. Ale jeszcze nie uczucia.
                                  ) Uczucie moze sie pojawic pozniej, gdy flirt przeksztalci sie romans, a
                                  dopiero
                                  )
                                  ) z romansu powstanie wlasnie uczucie.
                                  ) A do tego jeszcze daleka droga.
                                  )
                                  )
                                  ) ) Slowo "zalezy"
                                  ) ) juz tu pasuje,
                                  ) ) przynajmniej w moim rozumieniu znaczenia tego pojecia.
                                  ) )
                                  )
                                  ) Ja bym jednak bardziej operowal w kategorii ochoty. Ty chcesz od razu
                                  ) przeskoczyc co najmniej dwa etapy rozwoju znajomosci.
                                  ) Czy zdarzylo Ci sie, ze jakas dziewczyna powiedziala Ci, ze jestes "za
                                  szybki"?
                                  )
                                  )
                                  )
                                  ) ) Reakcja? Moze podobna jak wyzej, lecz bardziej dlugotrwala. Mechanizmy
                                  ) ) obronne
                                  ) ) (ze niby gluia) nie dadza sie uruchomic, bo juz wiadomo, ze nieglupia.
                                  ) ) Dochodzi
                                  ) ) refleksja - "no tak, masz przechlapane, nastepna okazja za
                                  ) ) pare lat, jak
                                  ) ) dobrze
                                  ) ) pojdzie".
                                  )
                                  ) To gdzie Ty mieszkasz, na pustyni???
                                  ) "zapraszasz dziewczyne na kawe" z czestotliwoscia raz na pare lat?
                                  )
                                  ) Przeciez tyle jest dziewczyn ktore mozna spotkac gdziekolwiek - na wykladach,
                                  w
                                  )
                                  ) pracy, na ulicy chociazby...
                                  ) Takie pytanie - czy przypadkiem nie "zakochujesz sie" jeszcze zanim sie w
                                  ogole
                                  )
                                  ) odezwiesz sie do danej dziewczyny?
                                  ) I rozpoczynasz flirt dopiero wtedy, gdy dziewczyna zostanie wstepnie
                                  ) zaapropobana jako kandydatka na zwiazek "do konca zycia"?
                                  ) Jesli tak - to wracam do tego co pisalem przed chwila - usilujesz rozpoczynac
                                  ) zwiazek "od konca" - probujesz od razu wejsc w bardzo zaawansowane stadium
                                  ) znajomosci.
                                  )
                                  ) Zachowujesz sie jak owa dziewczyna z cytowanej opowiastki - jestes na starcie
                                  ) ale myslami juz myslisz o wnukach...
                                  ) Nic tak nie odstrasza, jak takie podejscie :(
                                  )
                                  )
                                  )
                                  ) ) Moglby jeszcze pojawic sie efekt "blokady" - chec
                                  ) ) sprobowania
                                  ) ) szczescia jeszcze raz u tej samej osoby i zwiazany z tym brak
                                  ) ) zainteresowania
                                  ) ) innymi kobietami. Tej "blokady" bym nie lekcewazyl - moze trwac bardzo
                                  ) ) dlugo.
                                  ) )
                                  )
                                  )
                                  ) Jeja, jesli na etapie "podrywu" pojawia sie u Ciebie az taki wachlarz reakcji
                                  ) obronnych to naprawde, szczerze wspolczuje :(((
                                  ) I zachecam do gruntownego zrewidowania swoich pogladow na zycie uczuciowe.
                                  ) Mowiac wprost, mysle, ze sam jestes przyczyna swoich problemow, a to co
                                  ) nazywasz "powaznym podejsciem do zwiazku" w rzeczywistosci nijak sie do
                                  ) powaznego podejscia nie ma - jest raczej usprawiedliwieniem wlasnej
                                  ) niemoznosci :((((
                                  )
                                  ) Naprawde! to troche jak syndrom "czlowieka wrazliwego" - czyli takiego
                                  ktoremu
                                  ) wydaje sie, ze nie jest przystosowany do zycia we wspolczesnym swiecie (bo
                                  jest
                                  )
                                  ) zbyt wrazliwy), i ze jego wrazliwosc jest niemal codziennie "gwalcona" przez
                                  ) spoleczenstwo. A tak naprawde w 99% przypadkow chodzi nie tyle o wrazliwosc,
                                  ) ale przewrazliwienie - zbytnie skoncentrowanie sie na samym sobie, branie
                                  ) blahych rzeczy bardzo do siebie, i tak dalej.
                                  )
                                  ) Wedlug mnie - jesli rzeczywiscie banalne dostanie kosza wywoluje u Ciebie az
                                  ) tak skomplikowane reakcje - masz podobny problem :(
                                  ) Ale nad tym mozna pracowac, na szczescie :")
                                  )
                                  ) I mowie to bez zlosliwosci - sam mialem kiedys problemy wlasnie tego sortu...
                                  )
                                  )
                                  )
                                  ) ) )
                                  ) ) ) Jesli umawiasz sie z dziewczyna dlatego, ze przyswieca Ci
                                  ) ) dalekosiezny cel -
                                  ) ) st
                                  ) ) ) worzenie z nia pary, to takie zachowanie widac, i nader
                                  ) ) czesto jest odbierane
                                  ) ) j
                                  ) ) ) ako po prostu namolne. Bo zwyczajnie widac, ze traktujesz
                                  ) ) te kwiaty, randki,
                                  ) ) ko
                                  ) ) ) mplementy, jako swego rodzaju "inwestycje" - wypatrujesz oznak
                                  ) ) zainteresowania,
                                  ) ) ) wsluchujesz sie w kazde slowo, ktore mogloby oznaczac, ze
                                  ) ) jej serce bije
                                  ) ) szybc
                                  ) ) ) iej na Twoj widok... Moze to i romantyczne, ale nie dla
                                  ) ) osoby, ktora to
                                  ) ) widzi,
                                  ) ) ) i czuje sie skrepowana tym, ze tak bardzo lakniesz oznak
                                  ) ) zainteresowania.
                                  ) )
                                  ) ) Piszesz prawde, ale ja jej nie rozumiem... Tzn tak jest
                                  ) ) odbierane, ale ja
                                  ) ) nie
                                  ) ) rozumiem tej reakcji. Gdyby ktos tak przy mnie "skakal", to
                                  ) ) po jakims cza
    • alfika Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 21.03.03, 13:51
      A jeśli już udasz niezaangażowanie i tylko dlatego on z Tobą będzie - bo to go
      zachęci do zdobywania, to co zyskasz?
      • Gość: ToeToe Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.ihug.net 03.04.03, 08:50
        A zwykly flirt, niedomowienia, prowokacje, tajemniczosc ?? Meska natura lubi
        taki bal maskowy;))
    • Gość: ToeToe Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? IP: *.ihug.net 03.04.03, 08:53
      Cwicz na nim sztuke uwodzenia..
      • natallie Re: czy pokazanie ze mi zalezy jest dobre??? 05.04.03, 00:17
        ja osobiscie po pewnym "wybuchu" czyli rozmowie z placzem i rozejsciem sie na
        dwie strony wreszcei poszlam po rozum do glowy. nie wiem jak to sie stalo i
        dlaczego teraz... ;-) i tu tez podziekowania dla kwieto, ktorego slowa kiedys
        tam w jakims poscie dodaly mi sily na zabranie sie za siebie.
        efekt:
        - ja osobiscie pokazuje, ze mi zalezy ale jednoczesnie, ze nie jestem
        uzalezniona,
        - i ze nie chce kogos uzalezniac,
        - ze powoli powoli sie poznajemy nawzajem (i okazalo sie o dziwo ze idzie to
        wszsytko do pzrodu, fakt ze wolno ale za to w dobrym kierunku chyba)
        Wiec chyba zaczyna mi sie udawac nie isc niczym "walec drogowy" :-D
        Pzrestalam byc bardzo zlosliwa bo bylam, miec pretensje ciagle o cos, gryze sie
        w jezyk i nic nie mowie zamiast od razu palnac cos i potem zalowac.
        Pzry tym jestem mila dla niego nie dlatego zeby cos osiagnac,absoltunie -
        jestem zbyt impulsywna osoba zeby udawac cokolwiek. Po prostu te cieple uczucia
        wobec niego, ktore nagle zaczely silniej kielkowac ujawniam ale nie nachalnie,
        w zartach, ze smiechem.
        Z jego ust nie slysze tych roznych slow, ktorych kobiety zazwyczaj oczekuja.
        Ale powiedzcie mi panowie - czy u was nie ujawnia sie to raczej w czynach,
        gestach? Kiedy przyszlam do niego niedawno cieszylam sie bardzo z pewnego
        wydarzenia, ciekawa bylam jego reakcji. I co? On nie mowi mi np ze sie cieszy z
        moejgo sukceu jakiegos tam, ale widze ze oczy mu sie smieja, widze jak biegnie
        z herbatka i robi mi obiad....
        Pewnie, ze kazdy jest inny ale ja moge powiedziec jedno - okazuj, nie udawaj
        ale najpierw musisz zrozumiec co ty czujesz tak naprawde. I nie na sile. No
        wlasnie sek w tym zeby wyczuc co, jak , kiedy i ile. Ja tez nie wiem co mi z
        tego wyjdzie ale...pzrynajmniej jestem dobrej mysli i jakos lepiej mi z sama
        soba. Powodzenia.
Pełna wersja