sm2006
08.10.06, 14:22
witam
pisze tutaj bo na kobiecie jakos nikt nie zainteresowal sie na tyle zeby
napisac co mysli o tym.a ja potrzebuje rozmowy, moze ja cos zle mysle,
rozumuje....
jestem 9 mcy po slubie, mielismy ciezki rok (2 poronienia), do tego moj maz
wyjechal za granice (wojsko). ja tego wyjazdu nie chcialam, boje sie takich
rozstan, szczegolnie ostatnio mi ciezko, w zwiazku z tym co napisalam na
poczatku. jednak pojechal i podczas wyjazdu wszystko sie sp....ylo. na skutek
roznych sytuacji wyszly na wierch rzeczy ktore od poczatku byly nie tak
miedzy nami. (rzecz tyczy sie tak podstawowej kwestii jak prawdomownosc i
szczerosc)
to byly takie sytuacje ze:
wie ze cos mi sie nie spodoba i to bardzo - wiec to ukrywa i mowi mi po
fakcie, lub tez przedstawia mi polprawde, tak zeby wygladalo inaczej niz
wyglada i w ten sposob osiagal moja akceptacje a potem sciemnial ze niby on
czsgos tam nie wiedzial i dlatego koncowy efekt jest inny niz na poczatku
przedstawial (co jak sie w koncu przyznal bylo tak naprawde zaplanowane i
wyliczone ze sie nie polapie)
czulam ze cos nie gra i o tym mowilam to sie wielce oburzal ze taka nieufna
jestem i mu nie wierze.
teraz z bolem w koncu przyznal ze jednak mialam racje, ze faktycznie intuicja
mnie nie mylila, ze to bylo takie oszukiwanie aby postawic na swoim.
dla mnie to nieuczciwosc, brak szczerosci, do tego jest brak checi dzielenia
sie JEGO sprawami (glupiej babie nic do nich).
ja o tym wiedzialm i nieraz probowalam z nim rozmawiac, i na spokojnie i po
jakichs awanturach... grochem o sciane, nic nie docieralo. on teraz podobno
zrozumial i chce sie zmienic i naprawic wszystko.
a ja juz nie mam sily. juz mam dosyc, naprawde. moze ja go nie kocham?
podobno jak sie kocha to sie wybacza, a tutaj w sumie strasznej tragedii nie
ma - ale mnie to boli, ze tyle czasu byl nieszczery, ze patrzyl mi w oczy i
mowil nieprawde, nie umiem zapomniec o tym, dla mnie to podstawa w zwiazku -
szczerosc.
nawet zareczyny wykorzystal aby przepchnac jedna taka sprawe....
teraz go nie ma, i zaczelo mi byc dobrze bez niego. nie chce zeby wracal,
patrzyl mi w oczy i znowu klamal i obiecywal nie wiadomo co, jak przez w
sumie 2 lata mieszkania razem.
moze ze mna cos nie tak? powinnam chyba walczyc do skutku razem z nim "o
lepsze jutro" szczegolnie ze juz jestesmy malzenstwem...
tylko tej checi i sily brak....
meczy mnie to wszystko bardzo. ciagle sie staralam zeby bylo ok, zawsze mi
sie zdawalo ze w zwiazku naturalne jest ze dzielimy sie z ukochana osoba
swoimi
problemami, sprawami, pytamy o jej opinie.. u nas bylo tak jednostronnie.
wiem ze to czesciowo przez to ze jego matka to taka osoba ze przed nia
faktycznie trzeba wszystko ukrywac bo jak sie dowie to sie wtraci a jka sie
wtraci to spi....li na 100%.
wiedzialam o tym i staralam sie zeby zrozumial ze ja jego matka nie jestem.
takie podejscie - nic nie mowic a jak mowic to nie prawde tylko jakies takie
dookola i reagowac na wszystko zloscia wtedy sie odczepi.
mam wrazenie ze on chcial miec stabilizacje, zone, rodzine - ale na zasadzie
ze
ja sie dostosuje do niego a on nic z siebie w zamian. i chcial to osiagnac
przez nieuczciwosc, manipulujac mna aby bylo jak on chce.
nie wiem czy moge teraz wierzyc ze cos sie zmieni, ze bedzie inaczej, lepiej,
piekne slowa owszem ale juz ich bylo duzo.
to jest taki moment - ze cos peklo we mnie. moze dla kogos to pierdoly?
moze ja sie czepiam o cos co jest normalne i to ja jestem dziwna?o czym to
swaidczy? to jego zachowanie? moze to jest tak ze ani ja jego naprawde nie
kocham ani on mnie?