zapytam1
16.10.06, 19:35
na.
Moja historia to mleko rozlane, ale chcę ja tu przedstawić. Właśnie na tym
forum, bo zagląda tu dużo osób.
Niestety, nie mogę bardziej streścić.
Ja i on to dwoje po przejściach. Od niego odeszła żona po udowodnionych jej
zdradach.
Zamieszkała osobno.
U mnie śmierć związku po długiej seperacji.
Związaliśmy się po rozpadzie związków, ale bez rozwodów.
Zamieszkałam u niego. Nadal kochamy się, na świat przyszło wspolne dziecko.
Partner dba o nas, czujemy jego miłość.
A zgrzyty dotyczyły sytuacji związanej z tym, ze jego zona nie wymeldowała
się z mieszkania.
Jeszcze przed jej wyprowadzeniem ustanowili rozdzielnośc majątkową- osobne
mieszkania, osobne auta.
Na poczatku łagodnie jęczałam, ze przychodzi korespondencja, która wprowadza
zamieszanie, bo trzeba ją przyjąć, a poźniej oddać tej pani.
Moj partner cały czas powtarzał, ze rozmawiał, ze ona sama się wymelduje.
Mijał czas, postawiłam ultimatum ( tak po roku)- jesli chce, bym zameldowała
się z dzieckiem, niech wymelduje pierwszą panią, nie będzie tu meldunkowego
haremu.
Robiłam awantury w stylu- moj meldunek za jej wymeldowanie.
A on spokojnie odpowiadał, ze musi to na spokonjnie załatwić, bo inaczej
popsują się jego relacje z dzieckiem. Nie rozumiałam tego, bo dziecko mieszka
z nami i z nią, wymieniamy się tak po pół tygodnia.
Twierdził, ze jak on będzie wywierał presję na eks z tym wymeldowaniem, to
dziecko będzie pomiędzy młotem a kowadłem.
Mówiłam,ze jest mi przykro, ze stawia interesy eks wyżej niż moj.On doskonale
wie, że ja źle się czuję w tym mieszkaniu. Czuję się tak tymczasowo, bo w
kazdej chwili ona może sobie tu wejsc. To co, ze tak na zdrowy rozsądek, to
powinnam wierzyć w kulture tej kobiety, niby po co miałaby tu przychodzić.
Czułam sie źle i już. Wiedziałam, ze pani w pracy pobiera pieniążki za to, ze
do pracy "dojeżdża" z tego adresu, więc w jej interesie jest mieć ten stary
adres długo.
Było mi przykro, bo już nie chodziło o sam fakt jej zameldowania, ale to, ze
moje "ultimatum" przelatywało koło uszu.
Po czasie ok 30 miesięcy ( dwa i pół roku) partner oznajmił mi, ze pani
wymeldowała się.
I jest dumny, ze on tego na siłę nie zrobił. Że dzięki temu ma świetne
relacje z dzieckiem, bo ono nie było pomiedzy młotem a kowadłem, ze jego mama
nie była sfrustrowana i była miła dla dziecka gdy dziecko przebywa u niej.
A gdzie ja jestem w tym wszystkim? Gdzie jego drugie dziecko Czy ja jestem aż
taka małostkowa i egoistka?
Czy moje pretensje są bezpodstawne? Czy nie miałam racji, ze próbowałam
nakłonić partnera, by ją wymeldował, albo kategorycznie zarządał, by
wymeldowała się?
Pani wymeldowała się, a we mnie pozostał żal. I cholerna niepewnosć. Jest mi
przykro; gdy mi tak bardzo zależało i było to dla mnie bardzo ważne, partner
nie przyznał mi racji.