lalkajakzadna
29.10.06, 15:18
Zacznę od tego, ze jestem dorosłą kobietą po studiach (2kierunki, drugi
okupiony wielkim wysiłkiem zarówno finansowym jak czasowym, skończonym
podyplomowo).
Wychowałam się w rodzinie,w której nie można było liczyć na ojca. Jako
dziecko bałam się o przyszłość naszej rodziny, tata -wykształcony człowiek -
nie dawał pieniędzy na dom (chyba, że akurat miał). Nie miałam w zasadzie
przyjaciół. Gdy skończyłam 18lat poszłam do pracy, skończyłam malo chodliwy
kierunek po to tylko, by móc pójść na studia podyplomowe, gdyz kierunek sam w
sobie nie dawal zadnych umiejętności.
W chwili gdy kończyłam owe studia runęło wszystko w moim zyciu:
stracilampracę, równoległa działalność, w ktorej zrobiono mnie w konia, bo
sama się podłożyłam (teraz to przyznaję z perspektywy czasu). Kolejne
kontakty z mężczyznami byly coraz gorszymi porażkami - trafialam jedynie na
popaprńców, którzy starali się wykorzystać ile się da i znikali.
Do czego zmierzam: moja mama odkąd pamiętam uczyła mnie pesymizmu i
kontrolowała ile wlezie. Ostatnio ułyszałam od niej :"skończysz na dworcu
centralnym żebrząc no pieniądze a chleb", " gdyby nie ja to nic by z Ciebie
nie było" itp. (ponieważ nie udało mi się zostac na uczelni, mimo próby
pisania doktoratu z wolnej stopy - nawiasem mówiąc załamałam się
wtedy,ponieważ uslyszalam "ty się do tego nie nadawalaś".
Generalnie brak akceptacji dla moich niepowodzeń i brak tolerancji dla
popelniania przeze mnie błędów zaowocował 2-krotnym zalamaniem, do ktorego
przyczynily się tez moje klopoty finansowe.
Pytanie brzmi: jak rozmawiać z matką, aby ze mnie zeszła? Podcina mi skrzydła
tylko dlatego, ze daje mi talerz zupy, gdy szukam pracy. Czasami nie mam siły
grać przed otoczeniem, zbyt często mam smutną na twarz. Boję się, ze nie
uśmiechając się wyglądam na kogoś kto ma coś do ukrycia.
W rodzeństwie nie mam oparcia - odkąd mają partnerów praktycznie nie mamy
kontaktu.