carmeena
07.12.06, 13:26
Ech, ile razy się w kimś zakocham, albo nawet głupio zauroczę, nawet po
jakiejś fazie "nadziei" zawsze albo przeważnie jestem świadkiem jak inna
dziewczyna niweczy moje marzenia, czasem nawet bardzo głęboko ukryte :/. Nie
jestem cwaniarą nie umiem tak bez pardonu zakręcić sobie faceta wokół palca,
tak, żeby skończyło się to pomyślnie, czyli jakąś bliższą relacją.
Po części nie mam na to wpływu - nie mam z nim np. zajęć, nie chodzę na
imprezy na których one jest (i jest wtedy pewnie rozchwytywany). Nie mam
kompleksów, uważam się za wartościową osobę, ale jak ognia unikam facetów hmm
uważanych przez ogół populacji damskiej za serio przystojnych, i takich, wokół
których kręci się stadko samic, wpatrzonych w swego przewodnika stada ;) jak w
obrazek ;), bo nie chce być kolejną naiwną. Nie bawi mnie to. Nie należę też
do takich, które zakładają sidła i mają długoterminową strategię zdobywania,
bo to chyba nie o to w sumie chodzi. Tzn mam grono kolegów, w których
towarzystwie czuję się luźno, ale gdy jakiś facet podoba mi się czuję się
wtedy spięta i chyba to widać, mam wymalowane to na twarzy, że lekko "mi zależy".
Czy jest jakaś szansa by wyść z tego zaklętego kręgu i budować jakieś
konstruktywne relacje i nie koniecznie obserwując jak po raz kolejny ciekawy
mężczyzna zakochuje się w innej na moch oczach?