marinata78
10.12.06, 23:20
od niejakiego czasu jestem mezatka i zapewne standardowo pojawil sie problem
albo moze zagadnienie stosunkow z rodzina meza;)
probuje sobie jakos to poukladac w glowie - jako domorosly psycholog i licze
ze rzucicie nowe swiatlo na moje przemyslenia. przemyslenia maja jak
najbardziej praktyczny cel:) tak ustawic sobie stosunki naszej nowej komorki
spolecznej z rodzinami obiema w sposob optymalny - serdecznie, z szacunkiem,
ale nie pozwalajac na zbytnia ingerencja.
Ale do rzeczy. Pochodzimy z roznych rodzin - u moi rodzice byli zawsze
autonomiczni, dosc demokratyczni, u nas sie duzo rozmawialo, malo rzeczy
przyjmowalo za pewnik, teraz kiedy dzieci dorosly uklad jest prawie partnerski
- czasem ktores z rodzicow zapedzi sie z dawaniem rad, ale generalnie maja
swoje zycie,ktore ich zajmuje. jednoczesnie jestesmy blisko - sa to ludzie na
ktorych moge zawsze moge liczyc. kiedy sie spotykamy rozmawaimy o wszystkim.
rodzice rozumieja ze wyszlam z domu, doroslam i tak mnie traktuja.
oczywiscie jak wszedzie dostrzegam tez pewne minusy ukladu rodzinnego z
ktorego wyszlam - tata, ktory zawsze mial problem z okazywaniem uczuc, czy
stosunek do pieniedzy - jakby nie istnialy, w zwiazku z czym sama musialam sie
uczyc jak o nich myslec.
Rodzina meza jest bardzo tradycyjna, wloska;) - glowa jest dziadek, ktory
najchetniej decydowalby o wszystkim - od finansow poszczegolnych czlonkow po
rozmnazanie:) jesli chodzi o rodzicow to stosunki miedzy a dziecmi sa z jednej
strony serdeczne, z drugiej dosc oficjalne. u marcina w domu nigdy nie mowilo
sie o tym co sie czuje, o czym sie marzy. dzieci nigdy nie byly i nie sa
partnerami do rozmowy, zawsze sa dziecmi ktore sie kocha, o ktore sie martwi,
ale ktore, wedlug rodziny, nie dadza sobie rady, rodzice zawsze wiedza co
dzieci powinny myslec i robic. dzieci bronily sie przed ingerencja w swoje
zycie, nie postawieniem granic, ale potakiwaniem i robieniem swojego.
oczywiscie nie odsadzam ich od czci i wiary - pozytywy sprawily ze moj maz
jest kochanym, cieplym czlowiekiem, okazujacym uczucia, dbajacym o mnie.
jednoczesnie niestety ma problemy z poczuciem wlasnej wartosci, jako ze
rodzice zawsze udawadniali mu ze nie da rady, nie potrafi a ponadto nie
pozwalali sprobowac i podjac jakichs wyzwan i decydowac.
my oboje jestesmy gdzies pomiedzy tymi modelami - okazujemy sobie duzo uczica,
czego mi brakowalo, pozwalamy na branie odpowiedzialnosci i sukcesow czego
brakowalo mezowi.
pytanie sie rodzi - jak ustalic stosunki z oboma rodzinami - moi rodzice sa
latwiejsi o tyle ze uwazaja ze mamy swoje zycie, oni swoje i swietnie. marcina
rodzice - najlepiej zebysmy mieszkali w jednym miecie, jak to sie nie udalo to
rozmawiali z nimi codziennie, odwiedzali co tydzien, o wszystko pytali itd.
co raz to sa spiecia glownie o to ze chcemy podejmowac sami decyzje dotyczace
naszego zycia, pracy, dzieci, mieszkania, czy przebiegu slubu. wedlug tesciow
odkad wyszedl z domu,moj maz sie zmienil - juz nie jest ukladny, przytakujacy,
tylko ma wlasne zdanie. ciagle slyszymy co wypada, co powinnismy, jak mamy
zyc. co powiedziec, do kogo sie usmiechnac itd itp.
szanuje ich i chce im to okazywac, wychowali wspanialego czlowieka ktory jest
moim mezem, ale jak na razie z doswiadczen wynika, ze okazywanie im szacunku
traktuja oni jako przyzwolenie na ingerencje, jedynie sluszne dobre rady itp.
mam juz metlik w glowie - jak sobei dawac z tym rade? jakies pomysly?