j992
15.12.06, 12:18
Jesteśmy małżeństwem z prawie 10-letnim stażem. W sumie wszystko układałoby
się dość dobrze gdyby nie pewien problem - żona (jak zresztą cała jej
rodzina) ma "obsesję" na punkcie erotyki, chociaż moze bardziej właściwym
byłoby słowo "antyobsesja". Dla niej jest to chyba najwieksze zło jakie
istnieje na swiecie, nie chodzi tu jednak o stosunki w małzeństwie bo tu
problemu z jej strony nie ma ale o wszystko to co dzieje sie dookoła nas. Jak
to wyglada w praktyce: np. tak ze po godzinie 23 mam absolutny szlaban na
samodzielne ogladanie telewizji (no bo mógłbym zobaczyć jakąś rozebraną
panienkę). Wyobraźcie sobie taką sytucję: żona usypia przed 23 naszą
córeczkę, nagle wybija 23 i nieważne że dziecko jeszcze nie spi, płacze i
woła - małzonka MUSI byc w pokoju ze mną. Wiadomo ze to co
telewizja "puszcza" w porze największej oglądalności to chłam i bardziej
wartosciowe programy lecą późnym wieczorem, czasem chciałbym obejrzeć coś co
mnie interesuje ale niekoniecznie ją - niestety nie da się, najczęściej
słyszę że jutro bedzie niewyspana, zmeczona chociaż wiem jaki jest prawdziwy
powód. Nie mogę chociaż mamy oddzielny pokój z telewizorem i oddzielną
sypialnię. Próby "łagodne" nie skutkują, bardziej stanowcze kończyły się
wyrywaniem kabla antenowego, wyłączaniem telewizora, zabieraniem pilota itp.
Inna sprawa to to że nie usnie kiedy nie ma mnie koło niej - nie mogę nawet
czytać ksiązki w drugim pokoju (ludzie - to męczy).
Chociaż jest nam (a właściwie zonie) coraz bardziej potrzebny internet w domu
nie mamy go - dlaczego ? Wiadomo. Dvd - nie. No bo przecież mógłbym właczyć
jakiś film wtedy kiedy nie ma jej w domu. Trudno, dziecko musi ogladac bajki
na komputerze. Doszło nawet do tego ze kiedy po powrocie widzi że właczałem
komputer robi aluzje.
Co robie w pracy - wiadomo ogladam pornole w internecie.
Kurcze, jestem normalnym facetem, nie mam chyba żadnych odchyleń, pornosów
nie lubię, ale nie ukrywam nie mam nic przeciwko łagodnej, niewulgarnej
erotyce - ale ona widzi TO WSZEDZIE. To najwieksze zło świata, nie
przeszkadza jej to że w telewizji co minutę leje się krew i pada trup, nie
widzi biedy, głodu tylko to.
Kolejny problem - ulica. Juz nie wiem co mam robić z oczami kiedy przechodzi
obok jakaś atrakcyjna dziewczyna. Nie jestem jakimś obleśnikiem śliniącym się
na widok kazdej laski ale co bym nie zrobił albo słyszę jej komentarz albo
widzę przynajmniej ironiczny usmieszek.
A ile musiałem się nawalczyć o to żeby zaakceptowała to że zamykam sie w
łazience albo chcę sam wyjść gdzieś z domu. W sumie przez 10 lat małzeństwa
spedziliśmy moze ze 2 dni bez siebie. Wydaje mi się że czasami jednak zdrowo
byłoby nieco odpocząć od siebie.
Czuję się coraz bardziej osaczony i kontrolowany, nie mam własnego życia,
coraz bardziej mi te kajdany dokuczają. Przez to wszystko mam coraz mniejszą
ochotę na seks z nią, coraz mniej sie kochamy. Rozwód nie wczodzi w grę,
dziecka nie zostawię. Co mam robić, jak jej to wytłumaczyc. Mam już chyba
nerwicę. Rozmawiałem o tym z panią psycholog, efekt był taki że zona pobiegła
do niej nastęopnego dnia aby "przedstawić" jej swoją wersję wydarzeń i
skontrolowac co ja jej powiedziałem.
Przepraszam za moze chaotyczny opis (i napewno niepełny) ale trochę się
spieszę.