hedoneee
13.02.07, 18:33
No normalnie się staczam. Też to macie? Jak mam ochotę na sernika z
brzoskwiniami to po niego idę, jak na pepsi idę, jak na najlepsze fajki -
kupuję. Nie przeszkadza mi to, że mam masę długów. Tak samo z resztą. Wokół
mega syf - wali mnie to, wolę na kompie posiedzieć. Nie przeszkadza mi, że
synek właśnie wylewa na siebie sok. A co tam - przynajmniej się czymś zajął.
Normalnie to przybiera patologiczne rozmiary. Nie chce mi się chodzić do
pracy, chodzę ale się spóźniam. Nie chce mi się chodzić z synkiem na spacery,
chodzę ale rzadko byle odbębnić. Nie chce mi się iść ze sobą do lekarza, nie
chcę mi się malować, ubierać w miarę. O wychodzeniu gdziekolwiek to w ogóle
nie ma mowy. No normalnie porażka,jedyne co mi się chce to palić fajki
(powinnam rzucić bo kasa), siedzieć na necie, oglądać TV i jeść.Koniec. A
długi rosną, mieszkanie coraz bardziej zapuszczone, synek znudzony, i mija
dzień za dniem. Co myślicie - szczerze.Codzień kończę dzień z postanowieniem,
żeod jutra to wszystko się zmieni. Robie rozpiski, snuję przyszłość itp. Na
następny dzień znów to samo. Przerasta mnie to. Niewiem czy mam zbyt duże
wymagania co do siebie i na wstępie odpadam (rzucenie palenia, studia,
ascetyczny tryb życia by spłacić długi itditd) czy może to jakaś depresja
albo co. Pomóżcie!
Takiego oto posta wysmarowałam do Was w maju zeszłego roku. A dziś? Mogłabym napisać w kubek w kubek to samo. Nic się nie zmieniło. Nic. I zdałam sobie sprawę, że ładnych parę lat mojego życia tak wygląda. To już się chyba nie zmieni, mimo że teoretycznie chciałabym. Dalej snuję plany i postanawiam po to by na następny dzień to olać, a raczej odłożyć na następny dzień. Moje życie to myśli o tym co wczoraj i jutro. Nie ma dzisiaj. Może problem tkwi gdzieś głębiej? Czasem mam wrażenie, że gdybym zmieniła jeden element mojego życia to byłoby ok. Ale równie często myślę, ze to tylko wymówka dla mojego lenistwa. Czy nie udany związek, nie lubiana praca, którą jednak strach zmienić, brak kasy, samotność mogą siać aż takie spustoszenie? Na tyle lat? Jak z tego się wyrwać? Da się? Mam wrażenie, że potrzebuję radykalnych zmian; choć nie ufam sobie bo może to znów destrukcja tylko. Macie jakieś pomysły?