o.m.e.g.a
12.03.07, 10:04
Historia pewnie jakich wiele. Pozornie szczęśliwe dzieciństwo. Pozornie, bo
byłam molestowana przez osobę z najbliższego otoczenia. Bunt jako nastolatka,
izolacja od rówieśników, niska samoocena, stany depresyjne. Wreszcie terapia i
względny spokój. Ułożenie życia. Pogodzenie z tym co się stało. Może nawet
wybaczenie. Pozostał problem z którym mimo upływu lat nie mogę sobie poradzić.
Relacje z matką. Nie jestem w stanie jej zaakceptować. Każda jej prośba jest
przeze mnie odbierana jako próba narzucania mi co mam robić. Wtrącania się w
moje życie. Wszelkie przejawy troski jako niepotrzebne „niańczenie”. Każda
uwaga jako krytyka. Dziewięć z dziesięciu wypowiadanych przez nią zdań
wywołują we mnie gniew. Mam wrażenie, że to właśnie ją najbardziej obwiniam za
to co się stało. Dziwne, bo nawet nie jestem pewna czy ona wie.
Staram się zmienić nasze relacje, ale nie potrafię. Próby załatwiania sprawy
na gorąco doprowadzają najczęściej do kłótni. Próby tłumienia emocji i „bycia
miłym” tylko opóźniają mój wybuch. Nawet jeśli na spokojnie staram się
wytłumaczyć matce co czuje to niczego nie zmienia. Usunięcie się i unikanie
kontaktu to zupełnie nie to o co chodzi.
Chcę poprawić nasze relacje i wiem, że ona też chce. Nie mam pojęcia jak to
zrobić. Co zmienić. Czego spróbować. Wszelkie rady i sugestie mile widziane.