dialysis
12.03.07, 21:00
Moze od poczatku. Poznalismy sie jeszcze na studiach, ona byla starsza o te
kilka latek, pomijajac ze zawsze wolalem /najczesciej mialem starsze
partnerki, zaimponowala mi. Byla inna, postrzelona, szalona - inna niz ja i
inna niz wszystkie moje dotychczasowe partnerki. Znajomosc od poczatku
opierala sie na zasadzie "przeciwienstwa sie przyciagaja" - i to w pelniutkim
tego slowa znaczeniu. Poczatek zwiazku chyba tradycyjny, fascynacja, milosc,
wzloty i upadki, ale zadnych wiekszych dolkow. Zamieszkalismy razem, ona
zaszla w ciaze, slub - nie ze wzgledu na dziecko, bylismy juz ze soba 4 lata,
jakos tak doszlismy do wniosku ze slub nam nie zaszkodzi:). Ale to juz byl
inny etap naszego wspolnego zycia. Fascynacja minela, pozostala milosc(?),
akceptacja, szacunek - pojawily sie problemy dnia codziennego, zeby nie uzyc
slowa monotonia. Zaczalem szukac urozmaicen, nowych wrazen i je szybko
znalazlem. Powoli, powolutku zaczelismy sie od siebie oddalac. Bylismy nadal
razem, szanowalismy sie a moze tylko tolerowalismy. Zaczely sie u mnie male
skoki w bok, potem coraz wieksze. W czasie tych skokow, mowiac szczerze, duzo
sie nie zastanawialem. Ot, typowo szczeniackie myslenie - a moze lepiej
powiedziec, jego brak... Po okolo 6 latach bycia ze soba zwiazek zaczal sie
psuc. Ja olewalem zone, na domiar zlego poznalem kogos nowego. Ona wykazala
sie, z dzisiejszej perspektywy patrzac, wieksza dojzaloscia. Zaczela walczyc o
zwiazek. U mnie wytworzyla sie dziwna reakcja. Im bardziej ona walczyla tym
bardziej ja ja olewalem. I przepraszam za powtarzanie sie - olewalem ja w
pelnym tego slowa znaczeniu. Doszedlem do dziwnego i dzisiaj kompletnie dla
mnie niezrozumialego stwierdzenia, ze co by sie nie stalo ona mnie kocha i
zawsze bedziemy razem - po co razem? Wtedy nie wiedzialem - dlatego, ze sie
przyzwyczailem do niej? Dlatego ze wygodnie jest miec kogos do kogo zawsze
mozna wrocic po jakiejs wiekszej askapadzie? Minely kolejne dwa lata, ja w tym
czasie obiecywalem ze sie zmienie, ale chyba sam nawet nie wierzylem w to co
mowie. Pierwszy cios przyszedl okolo roku temu. Ona dowiedziala sie o moim
skoku i sie zemscila - chyba nie musze dodawac w jaki sposob:) Przyznam ze
zabolalo. Dlugie rozmowy, proby ratowania resztek malzenstwa, wybaczenie itd.
Dzisiaj sam juz nie wiem czy bylo w ogole co ratowac. Zaczalem sie troche
starac, okazywac jej zainteresowanie, ale tym razem to ona zaczela sie
oddalac. No i drugi cios - oznajmila mi ze sie zakochala w kims innym. Ze za
dlugo o mnie walczyla i za duzo energii na to poswiecila i ze to koniec. Ze
ona potrzebuje teraz kogos kto bedzie dla niej oparciem, i zwolni ja ze tej
funkcji ktora ona musiala pelnic. Po ponad 8 latach rozwod. Dla mnie cios
niesamowity - najpierw proba pogodzenia sie z ta mysla, pozniej
nieprzemyslane, troche po omacku i na slepo proby ratowania malzenstwa. Po
dwoch miesiacach emocjonalnej chustawki straszny dol. Nie interesuja mnie
kompletnie inne kobiety, a naprawde nie mam z tym problemow. Poznaje ich sporo
ale kazda, doslownie kazda porownuje do zony i kazda na starcie jest
kompletnie spalona. Dopiero po tym uswiadomilem sobie jak bardzo ja kocham.
Zaczalem pracowac nad soba, zmienic siebie, swoj charakter. Ona stwierdzila
krotko i dosadnie ze nie da sie zmienc charakteru w kilka dni. Ma racje ale
boli mnie ze nie daje mi jeszcze jednej szansy. A wiem ze gdyby ja dala to i
nawet gory bym przeniosl. Reasumujac:
- zapisalismy sie do poradni malzenskiej, najpierw ona stwierdzila ze to bez
sensu, ale ze wzgledu na dziecko no i ze w koncu nie bylismy ze soba tak
krotko, mozna sprobowac. Jak to okreslila sama: moze zdazy sie cud
- mnie juz nie kocha, zeby bylo smieszniej, typ w ktorym sie zakochala tez jej
nie kocha a nawet chyba o tym nie wie i ja olewa
- staram sie jak moge, ale ona jest zimna jak sopel lodu. Niedlugo sie
wyprowadzi (twierdzi ze chce znowu mieszkac sama - w sprawie dziecka nie
klocimy sie, uzgodnilismy ze nie bedziemy mu mowic o sobie zadnych zlych
rzeczy, w koncu oboje jestesmy kulturalnymi osobami).
- Dochodzi do sytuacji ktorych kompletnie jej nie rozumiem. Lubi jak ja do snu
masuje, lubi zasypiac w moich ramionach. Kiedy rano jej sie pytam czy czula
sie dobrze zasypiajac odpowiada zebym nie robil sobie nadziei, ona tak moze
nawet z dobrym przyjacielem. Dodam ze nie sypiamy ze soba - ona nie chce
(uwaza mnie za atrakcyjnego, ale inne wzgledy jej na to nie pozwalja) a mi
nawet do glowy nie przychodzi zeby ja do czegos zmuszac.
- moje relacje z dzieckiem sa bardzo dobre, opiekuje sie nim, rozumiemy sie
bardzo dobrze, dlatego ona by chciala zebysmy pozostali przyjaciolmi. Ja wiem
ze tego nie potrafie:-/
- uwaza ze potrzebuje dystansu zeby zobaczyc czego naprawde chce, ja jej daje
pelna swobode, nawet jak wyjezdza gdzies zycze zeby dobrze sie bawila ( chyba
nie musze dodawac co przezywam jak jej nie ma, ale nie naciskam, nie dzwonie
nie dopytuje sie bo wiem ze tego sobie nie zyczy)
- nie jest to z jej strony gra, to wiem na pewno - znam ja dosc dobrze i mimo
ze roznimy sie bardzo to wiem ze jest twarda kobieta i do celu dochodzi
konsekwentnie, krok po kroczku
- na moje pytania czy pozostaly jeszcze chociaz jakies resztki uczuc do mnie
odpowiada ze uwaza mnie za sypmpatycznego...
- uwaza ze teoretycznie mozemy popracowac nad naszym malzenstwem ( poradnia
etc), ale przeciez juz nie jestesmy razem wiec ma prawo spotykac sie z innymi
facetami. Przyznam ze moj maly mozg nie potrafi doszukac sie w tym logiki:-/
Moze troche chaosu wdarlo sie w moje bazgroly, ale generalizujac problem wina
lezy w zasadzie calkowicie po mojej stronie. Jakie sa wasze refleksje? Ma to
jeszcze jakis szans? Tylko prosze powstrzymajcie od dawania zlotych rad z
ktorymi nie wiadomo co zrobic albo oceniania mnie. Wiem ze zachowalem sie jak
gowniarz i niedojzaly emocjonalnie szczeniak. Moje wnioski sa takie:
- chce isc do poradni ze mna zeby "madrzy" ludzie wyjasnili mi ze to nie ma
sensu i nie ma co na sile scalac czegos co do siebie nie pasuje
- chce mi dac czas ktory wyleczy moj bol i cala historia rozejdzie sie po
kosciach (sama twierdzi ze jest smutna kiedy widzi ze ja cierpie)
Pozdrawiam