Gość: anastazja
IP: *.acn.waw.pl
07.05.03, 14:14
Jestem tzw. banalnie kobietą "po przejściach".Z moim obecnym mężczyzną
związałam się w pewnym sensie z litości.Jest to typ,który przez kilka lat
chodził za mną jak cień.Zgodziłam się na ten związek z rozsądku.On jest
naprawdę wspaniały.Daje z siebie wszystko.Zawsze mogę na niego liczyć.Nie
jest kobieciarzem.Można nawet rzec,że idealny do obrzydzenia.Aczkolwiek mnie
to nie brzydzi.Czuję się kochana,akceptowana,szanowana.Jest mi z nim naprawdę
dobrze.Owszem bywają te gorsze dni,ale to chyba jest tak jak w każdym
związku.Nie ma par,które się nie kłócą,nie spierają.Myślę,że w kocham na swój
sposób.A na pewno bardzo szanuję.Ale do czego zmierzam?Otóż powoli dociera do
mnie,że brak mi chyba czegoś.Nasz związek nie powstał(przynajmniej w moim
przypadku)na bazie zadurzenia,emocji,namiętności itp.No i stało się.Poznałam
faceta.To było to coś od pierwszego wejrzenia.Wielka chemia!!Oszalałam
totalnie.Problem w tym,że on jest żonaty i ma dziecko.Jesteśmy kochankami od
kilku miesięcy.Absolutnie nie żądam od niego jakichkolwiek deklaracji,rozwodu
i innych takich dupereli.Jest mi tak dobrze jak jest.Chociaż nie zawsze
dobrze.Jestem rozdarta pomiędzy nimi dwoma.Gdyby tak dało się ich połączyć w
jednego faceta.Wciąż obiecuję sobie,że skończę z tym "podwójnym życiem" ale
nie mogę.Czy ktoś był może kiedyś w takim kretyńskim położeniu?Co robić?