julka1985
11.04.07, 11:43
witajcie,
po raz kolejny zwracam się do was z prośbą o radę- kiedyś, może niektórzy
pamiętają- otrzymałam wiele cennych w wątku "toksyczna mama". powoli uczę się,
jak żyć, by nie wchodzić jej zanadto w drogę, a jednocześnie nie dać się temu
wszystkiemu.i pocieszam się, że juz niedługo.
ale w związku z tym, że już niedługo- pojawia się kolejny problem.
nawet nie wiem od czego te historie zacząć, bo mogłabym pisać naprawdę sporo,
ale najogólniej rzecz ujmując chodzi o relacje między moimi rodzicami.
czasem jak się im przyglądam jest mi ich autentycznie szkoda- pochodzą z
raczej niezamożnych rodzin, przeprowadzili się z malusieńkiej mieściny do
stolicy, na wszystko sami uczciwie zapracowali, ale właśnie ta praca
pochłonęła im dosłownie wszystko!!wykształcenie średnie, potem od razu praca,
brak jakichkolwiek zainteresowań, niewielu znajomych.
po pracy- telewizor, gazeta. rzadko rozmawiają, żyją obok siebie, teatr, kino
baaaaaaaaaaaaardzo sporadycznie, wyjazdy też.
kiedyś tego nie dostrzegałam, ale teraz tak naprawdę nie wiem co ich łączy.
i widzę, że ich życie jest smutne.
ponadto mama- przepraszam, jeśli niektórzy poczują się urażeni takim
sformułowaniem- na starość robi się dosyć męcząca i zrzędliwa. potrafi
naprawdę skutecznie wyprowadzić swoim zachowaniem człowieka z równowagi.
i tu broniłabym taty, który żyje pod jakąs okropną psychiczną presją.
ale kiedy w jakichś codziennych sprawach biorę stronę taty mama oczywiście
uznaje że jej nie doceniam, że jestem niewdzięczna, że przecież ona dla mnie
tyle zrobiła, a ja...? i wtedy czuję się winna, choc wiem,ze mam rację.
oni są zupełnie rożni, im dłużej się im przyglądam- widzę jak okropnie się nie
dobrali.
ostatnio nawet ojciec powiedział mi (nie był co prawda całkiem trzeźwy, a taki
stan sprawia wyznaniom), że nie chce się dłużej męczyć. i że czeka aż sie
usamodzielnię.
od tej pory nie mogę przestac o tym myśleć. z jednej strony nie wyobrażam
sobie, że mogliby nie być razem- w końcu to moi rodzice, z drugiej wiem, że
tata by "odżył".
jest swietną, ale bardzo zgaszoną w tej relacji osobą.
mamy jakoś nie mogę sobie wyobrazić.
i tak się zastanawiam, czy można to jeszcze jakoś ratować?pomóc?
przepraszam, ze ten post jest taki chaotyczny, ale to ogromnie trudno streścić
w kilku słowach, należałoby przywołać jakieś konkretne sytuacje.
ale może będę uzupełniaś systematycznie, tyle na początek.
z góry dziękuję za rady.
pozdrawiam
j.