billy_elliot
31.08.07, 02:06
To już trzeci miesiąc, kiedy nie potrafię przestać analizować,
myśleć. Trafiłem tu przez przypadek, licząc pewnie na zrozumienie,
być może radę...
Mam 21 lat i nie potrafię ruszyć z miejsca.
Zawsze byłem spokojnym, nieco nieśmiałym dzieckiem. Nie powiem, nie
raz miałem ochotę wdrapać się na drzewo, zajrzeć w zakazane miejsca,
przeżyć przygodę, jednak nadopiekuńcza mama panicznie się o mnie
bała, a ja, żeby nie sprawiać Jej przykrości, nie buntowałem się.
Starsza o dwa lata siostra była 'pomocnikiem' mamy, zawsze
sprawowała nade mną pieczę, pilnowała mnie podczas zabaw z innymi
dziećmi. Ojciec nigdy nie potrafił być męskim wzorcem...
W wieku około piętnastu lat (czyli niezwykle późno) dotarło do mnie,
że coś jest nie tak i zacząłem rozbijać szklany klosz. Zapaliłem
papierosa, napiem się piwa, poczułem smak wolności. Ale nie
przeginałem. Nigdy się nie buntowałem. Wiedziałem, że rodzice nie
zrozumieliby, że nie chcę życ tak jak Oni - w przepełnionym marazmem
i biernością świecie. Za bardzo Ich kochałem, żeby sprawić Im
przykrość.
Z wiekiem sytuacja się rozwijała, ale tylko w mojej głowie. Wewnątrz
zacząłem więcej rozumieć, zyskiwać świadomość samego siebie. Ale nie
przekładało się to na życie. Trudno było mi przerwać rytm, narzucony
niegdyś przez Dom. Byłem dobrym synem, bratem, wzorowym uczniem.
Moim jedynym prawdziwym osiągnięciem było zbliżenie się do kilku
osób, które są do dziś moimi przyjaciółmi, bardzo oddanymi i stale
obecnymi.
Dziś studiuję. Jestem w miarę samodzielny, odważnie podejmuję
decyzje, wdaję się w szczere dyskusje z rodzicami - wiedzą, że
jestem zupełnie inny od Nich i zdają sobie sprawę z tego, że nie
zmienię się dla Nich, muszą mnie zaakceptować. Mam przyjaciół, wielu
znajomych, czerpię radość z małych przyjemności. Jestem wolny.
Ale coś jest nie tak. Cierpię na syndrom Piotrusia Pana. Nie
potrafię dorosnąć, obrać konkretnej życiowej drogi, zerwac z
przeszłością. Bo to właśnie przeszłość jest moim problemem. Brak
męskiego wzorca daje o sobie znać. Nigdy nie byłem na stałe z
dziewczyną. Owszem, pojawiały się takie, z którymi chciałem
spróbować, lecz za późno zdawałem sobie z tego sprawę. Jestem sam,
jestem prawiczkiem. Wszyscy przyjaciele tworzą związki, są już po
tym pierwszym razie i w zasadzie są zdziwieni, że tak otwarty
człowiek jak ja nie potrafi pójść naprzód. Ale naprawdę nie
potrafię. Wciąż rozpamiętuję przeszłość. Oglądam ukradkiem
amerykańskie seriale dla młodzieży, które karmią mnie obrazami
młodych ludzi, którzy buntują sie, szaleją, przeżywają kolorowo swą
młodość. Ja moją zmarnowałem. Obudziłem się nieco za późno. Kiedy
byłem gotowy na szaleństwa, młodzieńcze głupoty miałem już 18 lat i
wszyscy znajomi patrzyli na mnie dziwnie - oni myśleli już o
studiach, mieli plany na przyszłość, stabilizowali się. Więc
odpuściłem, nie przeżyłem w żaden sposób swego okresu dojrzewania.
Dziś nie mogę się z tym pogodzić, analizuję przeszłość, chcę cofnąć
czas, czuję, że jeśli się nie wyszaleję, jeśli nie przeżyję
pierwszej miłości, nie zrobię tego wszystkiego, co typowe dla
nastolatka - nie pójdę naprzód. Z drugiej strony wiem, ze teraz już
za późno na tego typu postępowanie - jestem już na tyle dorosły, że
gdy daję wyraz mojemu niespełnionemu szaleństwu, spotykam się z
niezrozumieniem społeczeństwa - przecież w tym wieku powinienem być
choć trochę poukładany...
Dlatego często uciekam w świat fantazji. Ostatnio przebywam w nim
cześciej niż w normalnym świecie. Granica między fikcją a
rzeczywistością niebezpiecznie się zatraca... Często koloryzuję swój
życiorys, wmawiam sobie, że pewne sprawy potoczyły się inaczej...
Ostatnio jestem całkiem rozbity. Analizuję przeszłość i kiedy już mi
się wydaje, ze jestem w stanie sie ze wszystkim pogodzić, przychodzi
jedno feralne wspomnienie i burzy mój świat jak domek z kart. Czuję
się nikim. Nigdy nie miałem pasji, takiej, która wypełniała by mnie
od środka, dlatego popadłem w marazm. Przestałem lubić swoje zalety,
znienawidziłem swoje ciało - zawsze miałem kompleksy z powodu
niedoskonałości, ale nie przeszkadzały mi tak bardzo w
funkcjonowaniu, teraz z niechęcią patrzę w lustro.
Jestem przybity, apatyczny. Nie widzę dla siebie żadnej przyszłości.
Utknąłem. Nie potrafię poradzić sobie z moją przeszłością,
próbowałem tak wiele razy i nic. Nie mam myśli samobójczych, bo za
bardzo kocham życie i gdzieś tam w podświadomości wiem, że jestem
fajnym kolesiem. Ale nie potrafię też żyć...
Wiem, że powinienem udać się do psychologa. Ale nie zrobie tego.
Dlaczego? Zawsze byłem nadwrażliwy i uważałem się za wyjątkową
jednostkę (jak głupio by to nie zabrzmiało...). Idąc do psychologa
miałbym świadomość, że jestem jednym z wielu. A chciałbym chyba,
żeby po wysłuchaniu mojej historii pan psycholog stwierdził - Ojej,
jesteś niesamowitym przypadkiem, dla Ciebie rzucę wszystko, co do
tej pory zabierało mi czas... (Nic nie poradzę, jestem po..y...)
Dlatego piszę tu. Po raz pierwszy otwieram się tak przed obcymi i po
raz pierwszy liczę na sensowne odpowiedzi, bo sam nie daję już
rady...