yasemin
07.09.07, 13:13
Dręczy mnie tamto wszystko do dzisiaj. W dzieciństwie zawsze ilekroć
znalazłam się w jakieś grupie rówieśniczej, inne dzieci od samego
początku dokuczały mi, nazywały "głupia", "nienormalna", śmiały się
ze mnie, nie miałam pojęcia, dlaczego. Dochodziłam do wniosku, że
widocznie musi być coś ze mną nie tak, wię starałam się pracować nad
sobą we wszystkih dziedzinach życia, żeby nie być "głupią". Ale mimo
to nie było efektów. "Co oni we mnie takiego widzą?"- zastanawiałam
się i nie mogłam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Z czasem jednak
jakoś ukształtowałam się, tego dokuczania było mniej, a w klasie
znalazłam parę takich koleżanek, które mnie akceptowały i chętnie ze
mną rozmawiały, choć nauczona smutnym doświadczeniem zawsze w
kontaktach z nimi starannie ważyłam każde słowo, każde działanie,
bojąc się, żeby nie popełnić jakiegoś głupstwa i ich nie stracić i
znów nie pozostać na lodzie. Na przełomie podstawówki i liceum,
kiedy zaczęłam czytać książki psychologiczne, doszłam do wniosku, że
tamto wszystko spowodowane było moim brakiem inteligencji
emocjonalnej i zaczęłam traktować na serio teorie i stosować porady
zawarte w tych książkach, co jednak spowodowało we mnie kryzys, coś
w rodzaju nerwicy albo depresji albo jedno i drugie. W nowej szkole
na początku miałam wrażenie,że koleżanki raczej mnie lubią, co mnie
z jednej strony cieszyło, a z drugiej skłaniało do postawienia sobie
pytania: czy to czasem nie jest tak, że tylko małe dzieci szczerze
okazują innym sympatię lub antypatię, a nieco starsi młodzi ludzie
mogą wprawdzie kogoś nie lubić albo dostrzegać w kimś wady, ale nie
powiedzą tego człowiekowi wprost, tylko za plecami obgadają? Czułam
straszną niepewność, jak ja jestem naprawdę odbierana. Aż
potwierdziły się moje obawy, gdy jedna koleżanka powiedziała mi, że
inni się ze mnie śmieją.
Potem, na przełomie liceum i studiów nauczyłam się akeptować siebie,
byłam bardziej sobą- i czułam się znacznie lepiej wśród ludzi.
Przekonałam się, że jeśli ktoś lubi siebie, to czuje się również
lubiany przez innych. Ale- i tutaj się zaczynam znów zastanawiać-
czy rzeczywiście tak JEST, czy człowiek tylko tak CZUJE, a więc
ZDAJE MU SIĘ? Czy, kiedy ja akceptuję siebie, inni faktycznie czują
do mnie sympatię? Czy tamto wszystko, co sprawiało, że inne dzieci
mnie nie lubiły, może zosta we mnie całkowicie uleczone? Czy
antypatia ze strony innych może powrócić, nawet jeśli nie będzie
jawnie okazywana?
Chiałabym byc lubiana, mieć dużo dobrych przyjaciół, chciałabym żeby
ludzie traktowali mnie na serio, a nie jak wariatkę ani śmiecia,
mieć pewność, że jestem w grupie chciana i ważna, żeby ludzie
dostrzegali moje zalety i sukcesy... ale czy to jest jeszcze
osiągalne, gdy już mam lat 24? Co o tym wszystkim myślicie? Proszę o
szczerość.