agnies_87
07.11.07, 19:06
Moje problemy z nauką zaczęły się w 3 klasie LO. Zaszłam w ciążę, potem pod presją mojego chłopaka usunęłam dziecko, przeżyłam straszny koszmar i została mi trauma do tej pory. Nie o tym jednak chciałam mówić.
W tamtym czasie nie mogłam sobie z tym poradzić, nie chciało mi się żyć, uczyć, spotykać z innymi, rozmawiać. Zaczęłam wagarować. Najpierw jedna lekcja w tygodniu, później dwie, a potem 1-2 razy w tygodniu nie było mnie cały dzień na lekcjach. Matury jednak zdałam w miarę dobrze, bez większych wysiłków.
Po maturze dostałam się na dzienne studia. Kierunek bardzo ciężki, nie odpowiadał mi, ale zdecydowałam się na niego ze względu na ambicje rodziców (w przyszłości przejęcie ich firmy). Im bliżej sesji, tym mi bardziej nie chciało się uczyć. Omijałam uczelnię szerokim łukiem, jak przyszłam, to w połowie zajęć wychodziłam, na samą myśl o tym, że muszę tam być chciało mi się rzygać. Nic nie rozumiałam ani mnie to nie interesowało. Wsiadałam w autobus i jeździłam od pętli do pętli, czasem wpadałam do jakiegoś CH pochodzić, albo do kina na jakiś smutny film.
W połowie sesji (nie zaliczyłam żadnego egzaminu, do części mnie nie dopuszczono) zrezygnowałam. Wzięłam obiegówkę i rozliczyłam się z uczelnią. Oczywiście wszyscy mieli mi to za złe i mają do tej pory (rodzice, facet, dalsza rodzina). Próbowałam pracować, ale po 1 dniu, czasem tygodniu, rezygnowałam. Zajęłam się opieką nad dziećmi - tak bardzo brakowało mi mojego, nienarodzonego, że postanowiłam, że ta praca będzie dla mnie ulgą. Była. Zaczęłam powoli odżywać, dzieci mnie lubiły, miałam zajęcie, pieniądze i rozrywki. Przyszedł czas na składanie dokumentów na uczelnie, więc postanowiłam, że pójdę na kierunek nauczycielski - zawsze marzyłam o byciu nauczycielem. Dostałam się bez większych problemów. Postanowiłam, że się za siebie wezmę.
Nic z tego nie wyszło. Okazało się, że do uczelni jest okropny dojazd, beznadziejni wykładowcy i jeszcze gorsi studenci - zero współpracy. Pierwsze dwa tygodnie października chodziłam, później coraz rzadziej i rzadziej i wyszło na to, że od 2 tygodni nie pojawiłam się na zajęciach. Znowu chce mi się rzygać na samą myśl, że mam tam jechać. Tym razem nie o kierunek chodzi, tylko o panującą tam atmosferę. Nie mam znajomych, ciężko mi się zaklimatyzować, czuję się jak piąte koło u wozu.
Wiem, że jak ten rok zawalę, wywalą mnie z domu i nie będę miała się gdzie podziać. Na dodatek mój facet lada dzień ma obronę mgr i chciałby, żeby jego dziewczyna też była tak ambitna i skończyła studia. Tymczasem ja nie mam siły, ani ochoty na naukę. Nie mogę się skoncentrować, mam stany lękowe, non stop jestem senna, źle się czuję w towarzystwie innych ludzi, a to wszystko mnie coraz bardziej przytłacza.
Nie chcę iść do normalnej pracy, w ogóle nie chce mi się nic. Najlepiej jakbym przeleżała cały dzień w łóżku. Ciągle płaczę, jak widzę matki z dziećmi, to mam wrażenie, że to moje dziecko, chcę je zabrać, to chore, nie umiem sobie z tym poradzić. Nie mam zamiaru z nikim o tym rozmawiać, większość mojej rodziny, wie że usunęłam dziecko, ale kiedy o tym wspominam, wszyscy to bagatelizują. Odwracają głowy, zmieniają temat. Czuję się beznadziejnie. Myślę, żeby zdobyć pozwolenie na broń i palnąć sobie w łeb, albo wstrzyknąć powietrze do żyły. Nie wiem co mam robić, rozsypałam się na kawałki i nie wiem jak się pozbierać... Pomóżcie...