green_land
12.12.07, 18:00
Tylko wygadać się chciałam.
Małżeństwo - on wysoki, niezbyt przystojny, ona sliczna o pięknym
głębokim lekko zachrypniętym głosie, tancerka. Chyba 8 lat po
slubie. Pracowali razem. Potem on zmienił pracę, potem wpadł na
pomysł by wyjechać do Anglii. Pieniędzy przez pół roku nie
przysyłał,pomagała jej jego matka.
Mają 7 letniego chłopczyka. Pierwsza ciąża - poronienie. To był
chyba główny powód do ślubu.
On namawia ją, by wyjechała. Ona nie chce - uwielbia taniec i to by
ją zabiło.
On jest w Anglii 2-2,5 roku.Pół roku po przyjeździe tam poznaje
kobietę. Tamta ma męża, 2 dzieci.
Teraz jest tak, że on wyjechał do Anglii zostawiając żonę i dziecko,
bo podobno kocha tamtą, bo go nikt tu nie rozumie, bo go tłamszą,
ale niby rozwodu nie chce, ot tak po prostu chce mieć żonę i tamtą
kobietę.
Nagle zaczyna żywić do swojego ojca miłość /"kocham cię tato i
dziekuję że dałeś mi życie" - sic!/, zaprasza go do siebie, mają
bliski kontakt. Ojca, który wolał wódkę i awantury z matką niż syna,
który wszystko przepijał i wynosił z domu. On teraz mówi, że to wina
matki, że to wszystko przez nią.
Efekt - kobieta zostawia mężą i twierdzi, że nigdy go nie kochała.
Zamieszkują razem.
W Polsce zostaje żona i dziecko.
Nie mogę zrozumieć. Można ot, tak sobie zniszczyć zycie żonie i
własnemu synowi? Można ot tak sobie rozbić małżeństwo i patrzeć, jak
odbiera się dzieciom ojca? Co będzie, gdy nowa kobietę także
zostawi, jak będą się czuły jej dzieci?
Jak czuje się ktoś, kto ma na swoich barkach odpowiedzialność za 5
osób, którym poprzewracał do góry nogami zycie?
Bo jakoś nie mogę uwierzyć, że ta nowa miłość jest znów na wieki.
Żona do dziś jest w nim zakochana. Gdy jakiś czas temu przyjechał do
Polski, ale nikt jeszcze nie wiedział o tej drugiej, spotkałam ich,
jak szi trzymając się za ręce. CZuc było jej miłość do niego. Była
taka szczęśliwa. A on - szedł, bo przecież nie wyrwie ręki z jej
uścisku. Nie było na jego twarzy żadnego szczęścia.
On - chłopak o pewnym uroku, ale trudno go uznać za atrakcyjnego.
Ona - wielu mężczyzn, różnych - po ślubie najwierniejsza żona i
wspaniała matka.
Można się było spodziewać, że to raczej jej się znudzi.
Odbiło mu? Zadurzył się? Nie mógł po prostu mieć kochanki?
Tu nie chodzi o łyk powietrza i wolności, o zachłyśnięcie się
światem. To miał zawsze. Towarzystwo, knajpa. Żadnej zazdrości,
kontroli. Normalne życie. Żona zaradna, mądra.
No jasna cholera! Można tak z lekkim sumieniem rozbić 2 małżeństwa i
jeszcze widzieć winę w innych, bo "się dusił"? Dlaczego nie szukał
rozwiązania? Przyszło samo wraz z tą nową, która zaczęła go chwalić,
wywyższać, gloryfikować, "doceniać"???
Bo zdradę i kochankę jestem wstanie zrozumieć. Ok, zdarza się. Ale
przekreślać całe swoje dotychczasowe życie, zostawić dziecko,
odejść, bo... no włąśnie, co? Gdzie on ma rozum?
Tak mi jej strasznie żal.
Historia, jakich wiele...