nitka445
31.01.08, 14:31
Kiedyś,kiedy byłam małą dziewczynką wydawało mi sie jak wydaje sie wielu
dzieciom,że nikt mnie nie kocha,nie potrzebuje,nie akceptuje...Pomyślałam
sobie jednak pewnego razu,ze muszę sama zawalczyć o siebie.Wykułam sobie wtedy
mały,misterny pancerzyk.Stwierdziłam,ze jestem wartościowa osobą,która chce
kochać i być kochana.Tylko,że nikt mnie w tym nie umacniał.Było to jałowe
wmawianie sobie czegoś,żeby się zupełnie nie rozsypać.I wtedy pojawił sie
on.Popatrzył na mnie tak jak nikt.Stwierdził,ze chce być tylko ze
mną.Przytulał mnie,całował,słuchał...Na początku był zawsze kiedy go
potrzebowałam.Od tego momentu oprócz niesłychanego szczęścia pojawił się
strach,strach,że mnie opuści,że znowu będę kiedyś sama...I nie ufałam
mu.Wynikało to z mojej niepewności siebie.Pomyślałam,że tyle jest kobiet
piękniejszych,mądrzejszych ode mnie i któraś mi go w końcu zabierze.Nie
potrafiłam tego powstrzymać.Przestraszyłam się sama swego
uzależnienia.Starałam się być jak najbardziej samodzielna,wmawiać sobie,że
wcale nie jesteś mi tak niezbędny.Chciałam żebyś był zazdrosny o innych
mężczyzn.I wtedy zaczęło się coś psuć.Telefony od ciebie zaczęły być coraz
rzadsze,byłeś coraz bardziej przygnębiony,smutny,lub wpadałeś w złość.Mi też
było coraz bardziej smutno bo przestałeś traktować mnie jak
księżniczkę.Zawzięłam się w sobie jeszcze bardziej.Pomyślałm,że nie będę
żebrać o miłość.Jeśli mnie nie kochasz to zostaw w spokoju,bo chłód
boli.Odeszłam od Ciebie...I to wtedy dopiero uświadomiliśmy sobie kim dla
siebie jestesmy.Najpierw Ty,potem ja,I jesteśmy znów razem,bo księżniczka
zrzuciła na chwilę koronę...:)