wentyl77
12.03.08, 16:49
Myślę, na jakiej podstawie buduje się przyjaźń. Trudno określić
moment, gdy taka relacja zaczyna się psuć, a wszystko wskazuje na
to, że właśnie to przeżywam (i to w dwóch przypadkach na raz).
Pozornie nic się nie zmienia, nie ma wyraźnego kryzysu - a więc
raczej nie chodzi o psucie, to po prostu powolne... wygasanie.
Co zostaje, gdy pierwsze spontaniczne odruchy zderzają się z
realizmem. Wyrzekając się efektownych gestów, całej otoczki
poprawnego zachowania, prędzej czy później trafiamy na mało
inspirujący formalizm. W chwilach obniżenia nastroju, gdy humor
przestaje ubarwiać atmosferę, a staje się wypełniaczem czasu...
Nie mogę zapomnieć słów dawnego kolegi: "Nigdy nie oczekuj niczego
od przyjaciół. Oni przychodzą sami i sami odchodzą. Oni po prostu
są - po to, byś cieszył się ich obecnością". Nie ukrywam, że
początkowo nie zgodziłem się z nim. Dzisiejszy model "autolansu",
królujący na naszej-klasie, fotce itp., kolekcjonowanie
wirtualnych "przyjaciół", odrzuca mnie i pogrąża w wewnętrznej
kontestacji. Ciągle dziwi mnie, że prawda, uczciwość, czujne
wsłuchanie w potrzeby innych, nie są miejscami zetknięcia się
wzajemnych przyjaźni. Prędzej czy później, niczym chór w greckim
dramacie, pojawia się "siła ciążenia". Nikt nie chce być uczciwym w
obie strony, co pewnie wynika z odczuwanych własnych moralnych
braków.
A może to brak odwagi? Dlaczego, mając zapewnioną anonimowość
(przynajmniej w takich miejscach, gdzie sama ilość uczestników
wtapia nas w tłum), tak rzadko zdobywamy się na szczerość, a normą
jest cynizm, ironia i lakierowana frazeologia? Nikt nie chce być
niewinny, dominuje profesjonalna obojętność.
Takie coś mnie odrzuca (i pewnie dlatego mam tak niewielu
przyjaciół).