kaska_wariatka
21.05.08, 10:02
Osiagnelismy apogeum kryzysu w zwiazku; jestesmt razem 6,5 roku, mamy / a
przynajmniej jeszcze tydzien temu mielismy/ plany na przyszlosc, ale niestety
od 3 miesiecy ciagle sie klocimy
kazdy kij ma dwa konce: mnie wszystko drazni, cepiam sie o byle co, o to, ze
spotyka sie z kolegami, a nie ze mna, ze obiecuje, a nie realizuje, a on sie
denerwuje, ze ja sie go czepiam :)
generalnie naprawde stworzylismy sobie pieklo
ja zaczelam terapie- mam beznadziejny nastroj, on nie potrafi mnie wesprzec i
poswiecic czasu, bo ma swoje problemy..........i w sumie chyba nie bardzo wie,
jak ma mnie wspierad, przerasta go to troche............/ zreszta mnie tez/
ostatnio rozmawialismy, ze jesli sytuacja sie nie zmieni trzeba bedzie sie
rozstac, a nie wiemy, jak te sytuacje zmienic
nie mieszkamy razem- mamy dopiero ze soba zamieszkac, ale oboje sie boimy, ze
wciaz beda klotnie
kochamy sie, naprawde sie kochamy, ale jakos ostatnio nie potrafimy sie porozumiec
odpoczynek nic nie daje, bo strasznie za soba tesknimy i nie wyobrazamy sobie
przezycia tygodnia czy miesiaca bez kontaktu
myslelismy tez o jakims psychologu, ale..........ja juz chodze, a on sie
wstydzi gadac z obcym o problemach
jestesmy w kropce i najgorsze, ze nie mamy pomyslu, skad wziac rozwiazanie
im glebiej wpadamy w ten kryzys tym wiecej watpliwosci sie pojawia
co o tym myslicie?