1agnieszkabed
29.07.08, 09:08
Zakochalam sie w nim, a on we mnie, jeszcze nikt mnie tak nie kochal, nie był
we mnie wpatrzony, ale mam taki beznadziejny charakter, ze wszystko
sukcesywnie zniszczylam, swoimi kompleksami, swoja zaborczoscia doprowadzilam
do momentu, ze on najpierw odsunal sie ode mnie, potem wypalil i odszedl,
powiedzial, ze jestem cudowna dziewczyna, ale nie potrafi ze mna juz byc.
Kilka razy sie rozstawalismy. Ostatni raz w 1 maja. Od tamtej pory bardzo nad
soba pracowalam i nad psychika i fizycznie. Wciaz utrzymywalismy intensywny
kontakt. Jego mama akurat chorowala wiec bylam dla niego wsparciem. Wierzylam,
ze wrocimy do siebie. Wczoraj definitywnie przekonalam sie o tym, ze on mnie
juz nie kocha. Jak spotkalismy sie przy okazji uroczystosci, bardzo smutnej
zreszta w jego rodzinie byl przyjacielki, tylko przyjacielki, nawet troche
chlodny. Rozmawialismy siedzac obok siebie na kanapie i do niczego nie doszlo.
Nie darzyl do tego zeby mnie chociaz za reke potrzymac, a jak ja chcialam sie
zblizyc odsuwal sie. Pozegnal mnie poklepujac po plecach. Wiem, ze wiele tu
takich postów, wiem, ze musze przebolec te strate, ze moze z czasem to
przejdzie, ale nie potrafie. Wczoraj jak wracalam autem do domu, wspomnienia
we mnie odzywaly, analizowalam wszystko, myslalam o tym, ze to juz naprawde
koniec, ze on mnie nie kocha i ze nie mozna tego odwrocic, pomyslalam o tym,
ze nigdy go juz nie dotkne, ze niegdy nie zrobimy dla siebie nic
fantastycznego, ze kiedys on pozna kogos z kim byc moze zalozy
rodzine.......... nie potrafie sie z tym pogodzic. Bol jest ogromny, ze
sprawia mi fizyczny autentyczny ból. Jadac autem pomyslalam, ze zycie bez
niego jest bezsensu, przyspieszylam, byla juz noc, a ja jechalam 140 km na
godzine po rozwalonej drodze i bylo mi bez roznicy. Pomyslalam tylko, ze
gdybym umarla to juz nic bym nie czula i przyszedl by wreszcie spokoj. Kocham
go. Po raz pierwszy raz w zyciu wiem, ze kogos kocham i wiem wreszice co to
znaczy milosc. Nie docenialam wielu spraw, myslalam, ze samo sie ulozy, ale
stracilam go przez to. Nie wiem co dalej poczac. Nie wiem jak odnalzesc sie w
tym wszystkim. Nie daje juz sobie rady. Do wczoraj myslalam, ze zejdziemy sie,
ze byc moze cos jeszcze w nim sie tli, ale nie mam juz zludzen i nie potrafie
sie pozbierac. Wzielam dzisiaj urlop na żadanie. Mam wrazenie, ze ktos umarl,
to tak boli, a nawet bardziej, bo kochal mnie, uwielbial, a teraz nic do mnie
nie czuje, jest obojetny. Nie zdawalam sobie sprawy, ze obojetnosc tak boli.
Jestem zalamana. Kompletnie sobie z tym nie radze. Moje kolezanki powychodzily
wlasnie za maz, nawet nie mam z kim o tym pogadac. Zreszta jak powiedziec
komus, ze czuje sie tak bezradna, kompletnie zalamana i zawiedziona, ze czuje
sie jak powietrze, ze chcialabym nic nie czuc, nic juz nie czuc.