pointu
03.08.08, 13:53
Piszę, bo nie mogę sobie poradzić z sytuacją, w której się znalazłam. Wiem, że
czas leczy rany, już pisałam tu na forum i usłyszałam trochę mądrych słów, lecz...
no właśnie nie potrafię dać mu odejść (psychicznie). Od rozstania minęło już
ponad dwa miesiące, to on mnie skrzywdził, oszukał, pozwolił aby runęły
wszystkie wspólne plany, nadzieje (te może jednak moje?)
nie potrafię się wściekać na niego, obrazić się, odwrócić zająć się swoim
życiem. Wszyscy opowiadają, że niewarto bo jestem wspaniałym człowiekiem i na
pewno znajdę kogoś z kim jeszcze zbuduję szczęście. Gdy myślę rozumem wierzę,
że tak będzie, ale..
Nie potrafię pozwolić mu odejść, wymiotować mi się chce na myśl, że
zrezygnował z tego co nas czekało na rzecz innej kobiety (obiektywnie takiej,
która nie może się ze mną porównywać- nie chcę by zabrzmiało zarozumiale).
Że zrezygnował ze mnie na rzecz mężatki (niezadowolonej oczywiście i
skrzywdzonej przez męża) z dzieckiem, starej wielkiej miłości... Niedobrze mi
się robi gdy myślę, że oni razem, czuję taki silny żal jakby serce miało mi
rozerwać....
może to trochę naiwne, ale naprawdę tak czuję i nie mogę sobie poradzić z tym
uczuciem, nie potrafię się oderwać, zapomnieć, być wściekła. Nadal ciągle
płaczę, cofam się do przeszłości choć wiem, że mi to nie służy, rozpamiętuję
jak było pięknie a jednocześnie nie potrafię pojąć, że z tego zrezygnował:/
powiedzcie proszę coś mądrego.