Gość: M-unia
IP: *.nyc.rr.com
11.01.02, 21:46
Topik zainspirowany dywagacjami niejakiego Bromasa o lenistwie.
Otoz urzerzyl mnie prosto w twarz taki fakt - boje sie telefonow. Nie, nie
samego aparatu, az tak zle ze mna nie jest :-)
Ja poprostu nienawidze zalatwiac spraw przez telefon, jest tyle spraw
ktore musze zalatwic...a nie moge - siedze przed telefonem, gapie sie na
niego jak ostatnia kretynka i 'hipnotyzuje' wzrokiem, molestujac sie
mentalnie i wymyslajac sobie od najgorszych - czasami udaje mi sie
udzwignac sluchawke i nawet zadzonic tu i owdzie (jak juz naprawde nie
ma wyjscia), ale glownie tylko sobie siedze i sie gapie, usilujac sie pozbyc
zimnych dreszczy na plecach i tego paralizujacego uczucia krwi
odchodzacej z twarzy.
Czuje sie jak skonczona idiotka piszac to, ale juz nie moge tego zniesc...
siebie samej juz nie moge juz zniesc - zle mi z tym, ale nie moge nic
zrobic zeby to zmienic
A najgorsze jest to, ze to tylko wierzcholek gory lodowej - zawsze
myslalam o sobie jak o skonczonym leniu, mimo iz niejednokrotnie w
zyciu ciezko pracowalam. Ale to jednak nie jest takie proste - len
patentowany i juz. Chorobliwa niesmialosc, lek przed krytyka i konfrontacja
- to tylko czesc problemu.
Siedze na tylku i nic nie robie w momencie kiedy powinnam sie sprezyc i
zrobic cos ze swoim zyciem, a ja mam ochote schowac sie pod stol i
walic glowa o sciane.
Zauwazylam, ze w moim zyciu brakuje mi sily napedu, raczej siagnie mnie
gdziestam , jak jakas marionetke w jakims nieokreslonym kierunku sila
grawitacji, a nie wlasnej woli i pragnien. Dlaczego tak trudno jest wiedziec
czego sie tak naprawde od swojego zycia chce, albo co zrobic zeby to
osiagnac?