tribal_lady
10.12.08, 14:15
Witam. Nigdy nie wypowiadałam się na forach tego typu, nawet nie wiem czemu się przełamałam, może jak przeczytam to co zaraz napiszę spojrzę na siebie z innej perspektywy.
Mam 30 lat, za sobą parę związków i nieudane małżeństwo (po prostu nie wyszło nam i lepiej było rozstać się w przyjaźni niż żyć w iluzji nieistniejącego szczęścia)
Moje życie nie było usłane różami, pozornie szczęśliwa rodzina, masa tajemnic, ojciec dominant i furiat czasami. Na każdym kroku krytyka- nie wypada nawet wypisywać epitetów które na swój temat słuchałam.
Wpędzał mnie w kompleksy na każdym kroku, wstydził się mnie zawsze, i chyba do dzisiaj to robi (czasem daje to do zrozumienia)
Nigdy nie akceptował mojej natury- jestem bardzo wrażliwą kobietą, a on chciał widzieć typ kobiety władczej i idącej po trupach do celu- celem miały być pieniądze i kariera. W liceum nigdy mnie nie akceptowano- nie miałam ani wyglądu ani pieniędzy, zawsze stałam na uboczu. Kiedy po latach w moim życiu pojawiły się pieniądze i mój wygląd się zmienił (dużo nad sobą pracowałam) nagle powrócili ci którzy kiedyś mnie odrzucali. To mi tylko uświadomiło ile jesteśmy warci dla innych, niestety.
Nie umiem okazywać uczuć ludziom, nie miałam tego w rodzinnym domu, i te braki dopiero teraz widzę. Nie było przytulania, mówienia że się dziecko kocha i jest skarbem rodziców. Czuje jakbym od zawsze tkwiła w świecie dorosłych, nie do końca miałam dzieciństwo takie jakie powinno mieć dziecko.
Zastanawiam się czy mój problem to wielki problem czy nie.
Jestem introwertyczką, nie umiem otwierać się na ludzi, źle znoszę miejsca publiczne , gdzie są tłumy. Unikam ludzi jak ognia, nienawidzę kiedy ktoś próbuje mnie dotknąć- uważam iż narusza tym moją sferę intymności. Boję się pokazywać że jestem wrażliwa. Łatwo mnie zranić, a nie chcę być wiecznie celem dla innych (mam w tym doświadczenie już) Wstydzę się tej wrażliwości, przecież teraz panuje inny kanon kobiety- musi być twarda i nieustępliwa, nie płakać a brać to co chce od życia.
Tak bardzo boję się zranienia że postępuję według utartego już modelu, który sobie wypracowałam. Kiedy czuję że ktoś się do mnie zbliża, okazuje mi serce i zrozumienie wpadam w lek i odrzucam tą osobę. Robię wszystko aby doszło do kłótni i odchodzę. Z góry zakładam że ktoś i tak mnie zrani więc wolę działać szybciej.
I tak też ostatnio zrobiłam, poznałam wspaniałego mężczyznę. Dał mi tyle siły i wiary , zaczynałam wierzyć w siebie. Ale moje lęki wygrały, doprowadziłam do tego że nasze drogi definitywnie się rozeszły. Nie wiem czy kiedykolwiek wybaczyłby mi to co napisałam(powiedziałam), bałam się powiedzieć że cokolwiek do niego zaczynałam czuć. Wolałam uciec, zamykając za sobą jedyną otwarta furtkę.
Mam wielki problem z zaufaniem, boję się ufać ludziom :(
Chciałabym to zmienić, nie jest mi z tym dobrze, zwłaszcza teraz kiedy straciłam kogoś dzięki komu szło mi coraz lepiej.
Nie wiem jak uczyć się zaufania do ludzi, jak im mówić co czuję i myślę, jak rozmawiać z nimi (jestem dobrym słuchaczem, ale z mówieniem gorzej, zwłaszcza o sobie) Wiem, że moja postawa zniechęci każdego mężczyznę, nawet najbardziej cierpliwego. A boję się na wstępie powiedzieć że to jest mój wielki problem- bliskość skłania mnie do ucieczki.
Przepraszam że może chaotycznie napisane ale wszystko w biegu ostatnio robię.