Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i to?

IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.03, 08:22
Poczytałam wątek "Naukowcy a seks" i zadumałam sie na temat następujący:
Kobiety - naukowcy - rezygnujecie z życia rodzinnego oddając się nauce czy
nie?? Czy potraficie pogodzić i jedno i drugie??
M.
    • ziemiomorze Mężczyźni-naukowcy praca czy rodzina czy i... 04.11.03, 11:04
      Poczytałam post maiki "Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i to" i
      zadumałam sie na temat następujący:
      Mężczyźni - naukowcy - rezygnujecie z życia rodzinnego oddając się nauce czy
      nie?? Czy potraficie pogodzić i jedno i drugie??

      złośliwe
      zet.


      • alfika Re: Mężczyźni-naukowcy praca czy rodzina czy i... 04.11.03, 11:14
        Poczytałam oba posty i zadumałam się: inżynierze i inżynierko.
        Czy wiesz, że nie poświęcasz się w wystarczającym stopniu ani nauce, ani domowi?
        • ziemiomorze Re: Mężczyźni-naukowcy praca czy rodzina czy i... 04.11.03, 13:05
          wkurza mnie, po prostu mnie wkurza takie pytanie - 'jak pani sie udaje godzic
          kariere z zyciem rodzinnym?'

          pyta sie o to Hanne Gronkiewicz i Olge Krzyzanowska, Krystyne Loske i
          Malgorzate Foremniak
          nie pyta - Marka Jurka ani Grzegorza Janika, ani Jana Suzina ani Zbigniewa
          Zamachowskiego

          a oni tez maja i kariere i zycie rodzinne, nie

          z.
          • Gość: girlfriend Re: Mężczyźni-naukowcy praca czy rodzina czy i... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.11.03, 13:09
            Nie.
            To pytanie jest uzasadnione i wynika z XXwiecznej tradycji przypisującej
            kobiecie odpowiedzialność za dom i - zwłaszcza - dzieci.
            • sewer_ A to my juz mamy w 21. wieku 04.11.03, 13:13
              20-to wieczna tradycje?
              Nie wiedzialem, ze wszystko tak szybko sie zmienia.
              • Gość: girlfriend Re: A to my juz mamy w 21. wieku IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.11.03, 13:16
                Pantha rei nie tylko w Szczyrku na wiosnę ;)
                A poza tym, uderz w stół, hihi...
                • Gość: maika7 oj, ciekawy człowiek, a tu takie coś... IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.03, 13:34
                  A złośliwcie, się złośliwcie, proszę bardzo....

                  Pytanie (nawet głupie..) przyszło mi do głowy po przeczytaniu postu od 32-
                  latka, który ma czas na pracę naukową i na życie rodzinne - jak rozumiem
                  satysfakcjonujące. Znam jeszcze jednego takiego młodego człowieka, który też
                  jest już dr hab, niezwykle twórczy człowiek. Ale nie znam kobiety tuż po 30-
                  tce, (dr hab.) z np. dwójką dzieci. Znacie taką?? Jeśli znacie, to się
                  wycofuję... Znam kilka pań parających się nauką, albo są samotne, albo
                  bezdzietne... No, może Maria Curie-Skłodowska...(cokolwiek stary przykład, ale
                  inny nie przychodzi mi do głowy).

                  A Zamachowskiego pytano ostatnio tez właśnie o to (chyba październikowy
                  numer "Zwierciadła" - jeśli dobrze pamiętam), fajnie gadał..

                  Sorry, ale Marka Jurka nie spytałabym o nic, ach takie tam animozje, co on usta
                  otworzy, to ja się denerwuję... Nie pogadalibyśmy rozsądnie...
                  M.
                  • Gość: girlfriend Re: oj, ciekawy człowiek, a tu takie coś... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.11.03, 13:44
                    A pamietasz niejakiego posła Piłkę? ;)

                    a serio: co takiego szczególnego jest w pracy naukowej? czym się naukowcy
                    różnią np.od młodych managerów spędzających w robocie po min.12h/dobę?

                    rzecz wygląda prosto: żeby w wieku lat 32 dojść daleko (w sensie miejsca, do
                    którego dojście wymaga znacznego wkładu pracy) trzeba a/być singlem lub co
                    najmniej bez dzieci, albo też b/ktoś (czytaj: partner) zajmuje się domem i
                    dziećmi.

                    na razie to sie raczej częściej w Szwecji zdarza, że facet zostaje kurem
                    domowym a baba robi w publice.

                    pzdr :)
                    • Gość: maika7 Re: oj, ciekawy człowiek, a tu takie coś... IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.03, 15:07
                      >A pamietasz niejakiego posła Piłkę? ;)

                      Aj, nie chcę pamiętać.. jeszcze paru innych też... och, błogosławiona dla duszy
                      amnezjo wybiórcza...

                      >a serio: co takiego szczególnego jest w pracy naukowej? czym się naukowcy
                      różnią np.od młodych managerów spędzających w robocie po min.12h/dobę?

                      Naukowcy przyszli mi do głowy jako kalka z postu "naukowcy a seks" (bo niby
                      dlaczego tylko naukowcy mają mieć jakieś szczególne czy tez nieszczególne)
                      życie erotyczne?? Faktycznie można to uogólnić na inne grupy zawodowe
                      ze "zbioru": zakręcone czasowo.

                      >rzecz wygląda prosto: żeby w wieku lat 32 dojść daleko (w sensie miejsca, do
                      którego dojście wymaga znacznego wkładu pracy) trzeba a/być singlem lub co
                      najmniej bez dzieci, albo też b/ktoś (czytaj: partner) zajmuje się domem i
                      dziećmi.

                      No i właśnie, i dlatego zadałam pytanie czy są jakieś takie kobiety, które
                      potrafią pogodzić swoje pasje i życie rodzinne (jeśli takie lubią) i nie mają
                      kaca, że coś leży (albo to, albo to), bo wydaje mi się, że panom łatwiej
                      znaleźć boginię ogniska domowego (mimo 21 wieku...) niż kobietom takiego
                      bogina... Może by do Szwecji... faktycznie..

                      Idę gotować obiad - coby życie rodzinne jakoś się mogło tlić... i dziatki
                      głodne nie chodziły...

                      :-)
                      M.
                    • Gość: marcin32 Re: oj, ciekawy człowiek, a tu takie coś... IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 00:33
                      Girlfriend: w tym co piszesz poniżej nie masz racji! Ja mam akurat 32 lata
                      (tytuł dr hab.) z dzieckiem (drugim) siedziałem pół roku na wychowawczym, bo
                      tak akurat wyszło, od zajmowania się domem nie migam się, od zajmowania
                      dziećmi również. Nie trzeba być więc signlem////
                      Marcin
                      a serio: co takiego szczególnego jest w pracy naukowej? czym się naukowcy
                      różnią np.od młodych managerów spędzających w robocie po min.12h/dobę?

                      rzecz wygląda prosto: żeby w wieku lat 32 dojść daleko (w sensie miejsca, do
                      którego dojście wymaga znacznego wkładu pracy) trzeba a/być singlem lub co
                      najmniej bez dzieci, albo też b/ktoś (czytaj: partner) zajmuje się domem i
                      dziećmi.

                      na razie to sie raczej częściej w Szwecji zdarza, że facet zostaje kurem
                      domowym a baba robi w publice.

                      pzdr :)
                      • Gość: girlfriend Ty się nie liczysz - jesteś widocznie genialny ;-) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.11.03, 01:08
                        a serio: widzisz, pół roku raptem z życiorysu zawodowego out...nie za wiele,
                        choć chwała Ci.
                        A Twoja żona jest czy nie jest dr habilitowany? ;)

                        poza tym, ja nie używam słowa "migać się", bo nie wartościuję :)
                        • Gość: marcin32 Re: Ty się nie liczysz - jesteś widocznie genialn IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 01:56
                          a serio: widzisz, pół roku raptem z życiorysu zawodowego out...nie za wiele,
                          choć chwała Ci.
                          A Twoja żona jest czy nie jest dr habilitowany? ;)

                          poza tym, ja nie używam słowa "migać się", bo nie wartościuję :)
                          --------------------------------------------------------------------
                          no słusznie: pół roku to mało: ale jak się zliczy dopołudnia i południa z
                          chłopakami spędzone jak byli mali (teraz mają 8 i 4) to wyjdzie przynajmniej
                          drugie pół (wszystkie stypednia mi też przeleciały koło nosa, ale nie żałuję)
                          a żona jest zwykłym prostym doktorem i pewno habilitacji nie zrobi bo za
                          solidnie podchodzi do zajęć dydaktycznych i to jej pożera 90% czasu a mnie
                          10% : obowiązkami domowymi dzielimy się mniej więcej 50-50 (z tym, że ja mam
                          jeszcze podstwowy obowiązek: zarobić na rodzinę)
                          MARCIN


                          • Gość: Richelieu* Re: Ty się nie liczysz - jesteś widocznie genialn IP: *.localdomain / 192.168.0.* 05.11.03, 02:09

                            > no słusznie: pół roku to mało: ale jak się zliczy dopołudnia i południa z
                            > chłopakami spędzone jak byli mali (teraz mają 8 i 4) to wyjdzie przynajmniej
                            > drugie pół (wszystkie stypednia mi też przeleciały koło nosa, ale nie żałuję)
                            > a żona jest zwykłym prostym doktorem i pewno habilitacji nie zrobi bo za
                            > solidnie podchodzi do zajęć dydaktycznych i to jej pożera 90% czasu a mnie
                            > 10% : obowiązkami domowymi dzielimy się mniej więcej 50-50 (z tym, że ja mam
                            > jeszcze podstwowy obowiązek: zarobić na rodzinę)
                            > MARCIN
                            >
                            >




                            To Ty widzisz w ten sposób:
                            albo zajęcia dydaktyczne albo praca naukowa
                            a mi mówiono, że daleko nie zajdę bo studentów owszem lubię, ale z musu ;)
                            • Gość: marcin32 Re: Ty się nie liczysz - jesteś widocznie genialn IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 02:18
                              To Ty widzisz w ten sposób:
                              albo zajęcia dydaktyczne albo praca naukowa
                              a mi mówiono, że daleko nie zajdę bo studentów owszem lubię, ale z musu ;)

                              --------------------------
                              bo to tak jest: albo sie super prowadzi zajecia albo badania naukowe na
                              odpowiednim poziomie a na wykladzie czasem trzeba troche bajek poopowiadac bo
                              zamiast czytac dnia poprzedniego jakies podreczniki czytałem najnowsze prace
                              albo cos pisałem: fakt mówię w inny sposób niz osoba badan nie prowadząca,
                              wiec myślę ze i tak sie podoba:) (no czasem poimporwizuje, i nigdy nie mam
                              ładnie napisanych notatek, ktore można wprost kserować) ale ogólne oceny w
                              ankietach mam pow. 4 więc nie musi być źle.....
                              a studentów lubie: na kazde pytania chetnie odpowiadam, i jak chodza
                              dostatecznie szybko to mnie moga dodatkowo na spacerach "molestować"
                              nie cierpie egzaminowac: i to olewam, to prawda
                              • Gość: maika7 maika do marcina IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 05.11.03, 09:35
                                Marcinie, właśnie Twój głos na wątku pokrewnym mnie zastanowił. Postrzegam
                                Ciebie i Twoją rodzinę jako dość wyjątkowe zjawisko. Fajnie, że potraficie to
                                wszystko godzić po swojemu.
                                :-)
                                M.
                                • Gość: marcin32 Re: maika do marcina IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 10:42
                                  Marcinie, właśnie Twój głos na wątku pokrewnym mnie zastanowił. Postrzegam
                                  Ciebie i Twoją rodzinę jako dość wyjątkowe zjawisko. Fajnie, że potraficie to
                                  wszystko godzić po swojemu.
                                  :-)
                                  M.
                                  -------------------------------------------------------------------------------
                                  Ano jakos to godzimy; czasem babcie pomogą: na konferencje jeździmy tak: ja na
                                  swoją tematyke z rodziną i wtedy żona się zajmuje dziećmi; ona na swoją
                                  tematyke też z nami i wtedy ja się zajmuję chłopakami.....
                                  lata wprawy: chodzenie spać (ale nie "do łóżka":)))) o 2.00, 3.00 w nocy itd.
                                  itd
                                  lekko nie jest.. ale da się to wszystko pogodzić...
                                  minusy? zupełnie nieumeblowane mieszkanie, ubrania przedpotopowe i
                                  niefinezyjne - na to juz czasu nie starcza
                                  Marcin
                          • Gość: girlfriend Re: Ty się nie liczysz - jesteś widocznie genialn IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.11.03, 11:51
                            Podtrzymuję tezę, że jesteście dość wyjątkowi :)

                            Poza tym, prawdopodobnie świetnie (od dawna) zorganizowani.
                            Poza tym, płacicie napewno jakąśtam cenę - coś mniej ważnego skreślacie, albo
                            ograniczacie. Bo ja wiem? Znajomych? Pozazawodowe pasje?
                            Wszak doba nie jest z gumy... ;)
                            • Gość: marcin32 Re: Ty się nie liczysz - jesteś widocznie genialn IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 12:13
                              no rezygnujemy z wielu rzeczy - często z niedzielnych spacerów całą rodziną..
                              znajomych, ja z tłumaczeń literatury pięknej co było mojaą pozazawodową pasją
                              musiałem zrezygnować etc. ect....
                              samochodu nie woskuję i wiele takich innych drobiazgów (nieprasowne rzeczy,
                              etc etc)
                • Gość: girlfriend yesoo, co ja wypisuję? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.11.03, 13:46
                  > Pantha rei

                  panta rhei, ofkors.

                  ;)
    • Gość: Richelieu* Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.localdomain / 192.168.0.* 04.11.03, 16:18



      Ja tam myślę, że naukowiec jest z jednej strony większym wolnym strzelcem od
      tych wszystkich 12 godzinnych praciwników, a z drugiej strony cały czas jest
      naukowcem, nawet w kuchni przy garach myśli co by tam jeszcze nie przyprawić
      zupie, a przyprawić swojej teorii. Czas,którego musi się trzymać to w znacznej
      mierze zajęcia ze studentami. Czym wyższy tytuł tym więcej tych zajęć może
      sobie odpuścić ;) Dodając inne zajęcia, swoje, tzn. moje, bo taki hab jest już
      kompletnei samodzielny i to on uczy a nie jego uczą, i tak zostaje stosunkowo
      dużo czasu. Ten czas oczywiście jest po to, by się samodzielnei rozwijać, ale
      czy wykorzysta się go o 15 czy 24 nie ma znaczenia. W tym czasie można
      porozmawiać z dzieckiem, które idzie spać o 20 i pokochać się z mężem, który
      idzie spać o 23 bo rano wstaje.

      Z innej perpektywy wygląda to jednka tak, że statystyczna kobieta rodzi
      dziecko przed 30. Doliczając do tego minimum rok na urlop wychowawczy juyż
      czas się wydłuża. Potem można być na przykład pracownikiem naukowym z
      odłożeniem wymaganych godzin ze studentami na za rok, czy na za 1,5 roku i być
      w domu z małym od czasu do czasu zaglądając do szkoły, a lwią częśc roboty
      odwalając w domu. Oczywiście fakt, że to kobieta zajmuje się w Polsce
      dzieckiem w 99% ;/ z reguły źle nastawia do siebie kolegów w szkole. Ja mam to
      szczęście, że moim opiekunem jest kobieta ;), a baba z babą potrafią się
      dogadać w kwestii dzieci.

      No i
      stypendia zagraniczne. Tyle jest możliwości, a mając małe dziecko nie zostawi
      się go na rok czy dwa z niezaradnym mężem, zresztą każde dziecko kobieta
      raczej zabierze ze sobą. A tam.. wynajmie babysitter. Tyle, że stypendia
      wymyślono ewidentnie dla singli albo dla mężczyzn. Bo, które polski mężczyzna
      pojechał by z żoną gdzieś tam bo to ona dostała możliwość pracy.

      No, ja takich problemów nie mam, uff. Tyle, że nie wiem, czy mam się śmiać czy
      płakać z tego powodu ;)
      • Gość: maika7 Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.03, 18:26
        Dzięki za głos. Czyli - według Ciebie - jednak praca albo rodzina?? Patrzę na
        moją koleżankę ze studiów. Jest już dawno po doktoracie, a może i po hab?? i
        jednocześnie po rozwodzie. Zajmuje "ważne stanowisko" na uczelni. Praca chyba
        wypełnia jej życie i nadaje mu sens. Nie wiem czy jest spełnioną kobietą. Nie
        pytałam. A jak jest wokół Ciebie?? Jak sobie radzą koleżanki- uczone w
        dziedzinach różnych?? Coś za coś czy godzą pracę (pasję) z życiem rodzinnym???
        Są szczęśliwe, czy raczej umęczone, albo niezadowolone?? Gdyby miały możliwość
        cofnąć czas to jakie byłyby ich wybory?? I czy są dobre w tym, co robią, czy są
        twórcze, czy tylko odwalają to co mają zrobić byle trwać na uczelni (wrażenia
        ze studiów jeszcze i pań prowadzących zajęcia - większość była bezbarwna...)???

        Panom łatwiej. Czy tylko dlatego, że nie rodzą dzieci, czy dlatego, że są
        większymi pasjonatami??

        M.
        • r.richelieu Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i 04.11.03, 18:51

          Pasja jest niezależna od płci. Nie wiem skąd przyszło Ci do głowy, że ma być
          tu jakieś zróżnicowanie.
          Ja mam dopiero 25 lat i jestem na I roku doktoranckich, tak tylko się tu
          wtrącam budowana nadzieją ;) Rodziny nie mam. A z nią jak będzie to pożyjemy,
          zobaczymy.

          Praca albo rodzina nie. Nigdzie tak jak tu można się realizować. Nigdzie tak
          jak tu nie można bawić się w ulubione klocki. Fakt, że za to prawie nie płacą
          jakoś nie przeszkadza, zwłaszcza, że można robić to i owo na boku.
          Spełnienie.. różnie, jeden jest człowiekiem bardziej rodzinnym drugi mniej,
          także wśród mężczyzn. I na pewno rodzinnemu człowiekowi będzie trudniej, a
          zwłaszcza kobiecie w Polsce. Ale jak mówiłam, praca naukowa to praca wolnego
          strzelca, daje duży komfort czasowy. I czego nie zrobi się po południu zrobić
          można w nocy.

          Umęczenie..
          Jest kilka koleżanek, które mają mężow naukowców, tutaj pełne zrpozumienie
          obustronne
          Jest kilka, które mają bogatych mężów, stać ich na niańkę, ale ze zrozumieniem
          gorzej.
          Te, które mają mamę lub teściową emerytkę niedaleko mieszkającą mają z
          dzieckiem kompletny lus bluz ;)

          No i umęczenie, dla mnie robić to co się lubi, mieć czas też i na rodzinę to
          jest cudowna sytuacja. Czy pracując jako urzędnik kobieta czuje się szczęśliwa
          tylko dlatego, że o 15 zwija manatki i do domu? To tak jakby całe jej
          szczęście właśnie w domu się mieściło. A praca jako naukowiec daje ogromną
          satysfakcje lub, hmm, powinna dawać, czasem nie daje. Czas się ma, głowę pełną
          też się ma. A bezbarwność, nie wiem o co Ci konkretnie chodzi z nią? A może,
          często mężczyzna czuje się zagubiony w sytuacji gdy kobieta wie 3 razy więcej
          od niego, zarabia 3 razy mniej no i czasem wyjeżdża, a on musi sam, o zgozo,
          zostać z dziećmi, kiedy niektórzy z mężczyzn sami wymagają opieki.

          Mówisz o rozwodach, ale to nie jest wskaźnikiem szczęśliwości. Nie mogli się
          porozumieć to po co być razem, już i po krzyku. Ja wyszłam ze środowiska gdzie
          rozwód to ogromnt wstyd, więc żona siedzi przy mężu aż po grób, który często
          jest bliżej niż się wszystkim wydawało, a zwłaszcza mężowi. Stąd mój raczej
          przychylny stosunek do rozwodów.

          twórczość i odtwórczość
          Jeśli ktoś ma pasje i umiejętności i możliwości wtedy jest twórczy, jeśli
          któregoś z tych czynników nie am wtedy jest tylko odtwórczy i nie powinien być
          naukowcem. I co gorsza zajmować etatu
          • Gość: maika7 maika do rr IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 05.11.03, 09:36
            Postaram sie najzwięźlej jak potrafię:

            >Pasja jest niezależna od płci.

            Nie będę się spierać, że jest inaczej, ale odkąd jestem na tym swiecie, to
            spotykam więcej panów o rożnych, konkretnych zainteresowaniach, a mniej takich
            pań - stąd moje przypuszczenie, że panowie bywają cześciej pasjonatami od pań.


            >Praca albo rodzina nie. Nigdzie tak jak tu można się realizować. Nigdzie tak
            jak tu nie można bawić się w ulubione klocki. Fakt, że za to prawie nie płacą
            jakoś nie przeszkadza, zwłaszcza, że można robić to i owo na boku. Spełnienie..
            różnie, jeden jest człowiekiem bardziej rodzinnym drugi mniej, także wśród
            mężczyzn....

            Zgadzam sie z Tobą całkowicie. Taka praca daje dużo możliwości i wciąga.
            Wątpliwości miewam jak patrzę na te osoby, których nie wciąga, a tkwią na
            uczelniach właściwie nie wiadomo po co. Pewnie też spotkalaś naukowców-
            frustratów.


            >Jest kilka koleżanek, które mają mężow naukowców, tutaj pełne zrpozumienie
            obustronne.

            Popatrzyłam na kilka małżeństw "naukowych" - czy nie jest regułą, że mąż jest
            tą osobą szybciej osiągającą sukcesy (choćby przejawiające się szybszym
            osiaganiem poszczególnych stopni naukowych) ?? Inna sprawa to czy jest to
            sprawą ich (tych małżeństw) wyboru czy też nie??

            >No i umęczenie, dla mnie robić to co się lubi, mieć czas też i na rodzinę to
            jest cudowna sytuacja. Czy pracując jako urzędnik kobieta czuje się szczęśliwa
            tylko dlatego, że o 15 zwija manatki i do domu...

            No to jest komfort. Ale tu czy naukowiec, czy urzędnik (lubiacy swoja pracę) to
            wlaściwie wszystko jedno, pasje pozazawodowe tez istnieją...

            > A bezbarwność, nie wiem o co Ci konkretnie chodzi z nią?

            O bezbarwności myślę wtedy, gdy np. pani doktor z dorobkiem w formie publikacji
            w tylko uczelnianych czasopismach prowadzi zajęcia z kartki i nie mogę opędzić
            się od natrętnej myśli, że nie jest to miejce, o którym marzy.. Spotkałam kilka
            takich pań (panów zdecydowanie mniej).

            >Mówisz o rozwodach, ale to nie jest wskaźnikiem szczęśliwości. Nie mogli się
            porozumieć to po co być razem, już i po krzyku...

            Rozwód jak rozwód - często jest własnie krokiem ku szczęśliwości. Podałam go bo
            akurat tak się zdarzyło w przypadku tej koleżanki, ale pisałam, że nie wiem czy
            jest szczęśliwa czy nie - może właśnie jest. Może życie rodzinne nie jest jej
            do szczęścia potrzebne (takie wybory tez akceptuję w pełni). Napisałam o tym
            rozwodzie bo jest to dziewczyna realizująca sie w pracy z pasją własnie, ale ja
            szukam przykładów na pogodzenie zawodu i rodzinności (jak u marcina32).

            >Jeśli ktoś ma pasje i umiejętności i możliwości wtedy jest twórczy, jeśli
            któregoś z tych czynników nie am wtedy jest tylko odtwórczy i nie powinien być
            naukowcem. I co gorsza zajmować etatu

            No tak.
            :-))
            M.
            • Gość: Richelieu* Re: maika do rr IP: *.localdomain / 213.77.25.* 05.11.03, 22:41
              to i ja prosto , ba, nawet banalnie

              pasje, dążenia, plany, aspiracje coś trafia gdy styka się to z
              rzeczywistością. Sczęście kobiety nadal jest w polskim durnym społeczeństwie i
              w kilku innych też, postrzegane przez pryzmat jej szczęścia rodzinnego.
              Rodziny brak to szczęścia też brak.
              Kobieta i mężczyzna tym się różnią stojąc na katedrze, że kobieta, o zgrozo,
              myśli o kupnie kartofli na jutrzejszy obiad, który będzie gotowała dziś między
              23,00 a 23,15 robiąc życie rodzinne z torebki. Mężczyzn, takich jak Marcin
              jest niewielu, którzy też potrafią się dzieckiem zająć.
              Mam kolegę, który kiedyś w pracy zasłabł, bo akurat w tą noc jego synowi ząbki
              zbyt boleśnie się wyżynały, a tej nocy jego była kolej na wstawanie do małego.
              Wszystkie babki z pracy (ale nie ze szkoły ;) były nie tyle wzruszone, co
              zaszokowane, że chłopak i wstaje. Nowe, lepsze, nadchodzi, miejmy nadzieję.
              Pasje więc oczywiście są, tyle, że oprócz nich trzeba zajmować się setką
              innych zajęć. Oczekiwania społeczeństaw w stosunku do kobiety są inne niż do
              mężczyzny. Naturalnie można społeczeństwo olać, co i ja zrobiłam, ale raz, że
              ja jeszcze takich dylematów; obiad czy biblioteka nie mam, a dwa, że może
              komuś zależy na dobrych stosunkach z zzaściannikami i noszącymi to samo
              nazwisko.

              to samo tyczy się naukowych małżeństw. Chłop do roboty, kobieta do dzieci.
              Stereotyp.
              albo
              obliczono, że kobiece publikacje są pełniejsze, dokładniejsze, za to rzadsze
              niż męskie. Jakość i ilość, a w tytułowaniu wagę przykłada się z większej
              mierze do ilości.

              frustracja
              Jeśli frustracja jet dość częsta w społeczeństwie to dlaczego nie miałaby być
              w szkole? To też ludzie, którzy też mogli inaczej sobie to wszystko wyobrażać,
              a teraz może boją się wyjść na nieszkolne powietrze.

              To, że ktoś czyta wykład z kartki nie świadczy o jego miernocie. Bo albo tą
              miernotą jest albo nie potrafi w inny sposób przekazać tego co ma na kartce ;)
              Ja na studiach strasznie się śmiałam z faceta, który przychodził rok w rok z
              tymi samymi karteluszkami pokolorowanymi zakreślaczami w tęczę. Katrki już się
              żółte mu zrobiły, a on nadal to samo czytał. A jakie piękne pałki nam stawiał
              z egzaminu poleciwszy przygotować się z kilkudziesięciu pozycji w tym bodaj 5
              po czesku i rosyjsku. A potem pytał nas właśnie z tych zagranicznych
              tłumacząc, że pyta tylko z tego co było w książce ;) Dobrze, że nie wymyślił
              sobie chińskiego.
              • Gość: maika7 Re: maika do rr - cd.. IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 06.11.03, 09:18
                >pasje, dążenia, plany, aspiracje coś trafia gdy styka się to z
                rzeczywistością. Sczęście kobiety nadal jest w polskim durnym społeczeństwie i
                w kilku innych też, postrzegane przez pryzmat jej szczęścia rodzinnego. Rodziny
                brak to szczęścia też brak.

                Ogólnie tak właśnie jest to postrzegane, dlatego zdecydowałam sie założyć ten
                wątek bo czekałam na kobiety, które powiedzą (trochę jak joanna, trochę jak
                Ty) - "to da się pogodzić", albo - "nie ma problemu - bo moje życie to moja
                pasja, realizuję się w nauce, w czystym mysleniu, itp.". Albo takie, które sie
                przyznają do pomylki, do porażki...

                >Kobieta i mężczyzna tym się różnią stojąc na katedrze, że kobieta, o zgrozo,
                myśli o kupnie kartofli na jutrzejszy obiad, który będzie gotowała dziś między
                23,00 a 23,15 robiąc życie rodzinne z torebki...

                No właśnie, może dlatego "idą wolniej", może dlatego rozmieniają swoją pasję na
                drobne, a może pasja zawodowa jest dodatkiem do innych dziedzin życia?? Chociaz
                czasem myślę, że niektórym się po prostu nie chce... i traktują pracę naukową
                jak zadanie domowe w szkole...

                >Mężczyzn, takich jak Marcin jest niewielu, którzy też potrafią się dzieckiem
                zająć.

                Fakt, niewielu, ale ku dobremu idzie... Kobiety chyba coraz bardziej świadome
                swoich pragnień i meżczyźni też jakby bardziej świadomi, że żona to nie matka
                zastępcza...

                >Pasje więc oczywiście są, tyle, że oprócz nich trzeba zajmować się setką
                innych zajęć. Oczekiwania społeczeństaw w stosunku do kobiety są inne niż do
                mężczyzny. Naturalnie można społeczeństwo olać, co i ja zrobiłam, ale raz, że
                ja jeszcze takich dylematów; obiad czy biblioteka nie mam, a dwa, że może komuś
                zależy na dobrych stosunkach z zaściannikami i noszącymi to samo nazwisko.

                Może kobiety bardziej się rozdrabniają na te różne setki zajeć, a może można
                skupić się na tylko ważnych rzeczach (zamiast kurz wycierać i ściereczki
                prasować np.). Czyli może same jesteśmy sobie winne? Bo nie potrafimy oddać sie
                pasji z taką determinacją jak panowie?? A może nie potrafimy zadbać o
                siebie "należycie" (chodzi mi o dbanie psychiczne...)

                >to samo tyczy się naukowych małżeństw. Chłop do roboty, kobieta do dzieci.
                Stereotyp....

                I w porzadku, jeśli stereotyp pasuje komuś, ale do licha, dlaczego az tak
                marnie to wszystko wychodzi?? A z tymi publikacjami, to chyba niestety
                też "oni" mają przewagę. Wysokoimpaktowe czasopisma są zdominowane przez
                facetów, kobiety raczej jako współautorki, na dalszych miejscach...


                >To, że ktoś czyta wykład z kartki nie świadczy o jego miernocie. Bo albo tą
                miernotą jest albo nie potrafi w inny sposób przekazać tego co ma na
                kartce ;)...

                Uprosciłam z tą kartką. Chodziło mi o ludzi, którzy nie maja i talentu do
                przekazywania wiedzy i nie maja wiedzy... Kilku takich pamiętam (z przewaga
                żeńska -niestety..., ale i panowie tacy się trafiali - na pocieszenie
                zbolałej , kobiecej duszy...)

                Myślisz, że trudno wyrwać się ze schematów i stereotypów?? Bo ja myślę, że dość
                trudno.
                :-)
                M.

                • r.richelieu Re: maika do rr - cd.. 06.11.03, 15:26
                  Gość portalu: maika7 napisał(a):

                  > No właśnie, może dlatego "idą wolniej", może dlatego rozmieniają swoją pasję
                  na
                  >
                  > drobne, a może pasja zawodowa jest dodatkiem do innych dziedzin życia??
                  Chociaz
                  >
                  > czasem myślę, że niektórym się po prostu nie chce... i traktują pracę
                  naukową
                  > jak zadanie domowe w szkole...




                  Ale to nie jest rozdrabnianie się na drobne. Prasowanie ścierek to szczyt, ale
                  wycieranie wspomnianych też przez Ciebie kurzy to normalność. Tak jak i sto
                  rzeczy wykonywanych codziennie. Nie dziwi mówienie o samotnie
                  mieszakjącymmężczyźnie, że mieszka jak w norze. Kobieta w tej samej sytuacji
                  siałaby zgorszenie. Mało, często, choć coraz rzadziej na szczęście jest tak,
                  że po zamieszkaniu razem mężczyzna zwykle zapomina jak się obsługuje pralkę i
                  że naczynia trzeba umyć.



                  Czyli może same jesteśmy sobie winne? Bo nie potrafimy oddać sie
                  >
                  > pasji z taką determinacją jak panowie?? A może nie potrafimy zadbać o
                  > siebie "należycie" (chodzi mi o dbanie psychiczne...)
                  >


                  No, nie mam słów. Z jaką determinacją.
                  Psychiczna dbałość
                  wszystko ma podłoże w codzienności z którą kobieta jest bardziej związana niż
                  mężczyna, przeciętna kobieta i przeciętny mężczyzna;) i jeśli komuś ma fiksum
                  dyrdum zaszkodzić to prędzej mężczyźnie. Bo zanim kobiecie odbije pomyśli o
                  tym co tak ma w domu, facet nie myśli w takich sytuacjach. Konferencja na
                  drugim końcu świata? Proszę bardzo, za pół godziny jestem spakowany. A kobieta
                  przez pół godziny będzie siedzieć i myśleć z kim by tu dzieci zostawić.


                  > I w porzadku, jeśli stereotyp pasuje komuś, ale do licha, dlaczego az tak
                  > marnie to wszystko wychodzi?? A z tymi publikacjami, to chyba niestety
                  > też "oni" mają przewagę. Wysokoimpaktowe czasopisma są zdominowane przez
                  > facetów, kobiety raczej jako współautorki, na dalszych miejscach...
                  >
                  >

                  To jest jak z żoną Marcina. Widzisz jak pisze, że większość swojej energii
                  poświęca dydaktyce i, że lubi to. Mówiąc o różnicah między kob i męż mówiłam o
                  kobiecej jakości i męskiej ilości. I "oni" piszą więcej, co nie znaczy, że
                  lepiej. Po prostu inaczej



                  >> Uprosciłam z tą kartką. Chodziło mi o ludzi, którzy nie maja i talentu do
                  > przekazywania wiedzy i nie maja wiedzy... Kilku takich pamiętam (z przewaga
                  > żeńska -niestety..., ale i panowie tacy się trafiali - na pocieszenie
                  > zbolałej , kobiecej duszy...)
                  >


                  No, jeśli brak talentu do przekazywania wiedzy jeszcze potrafię tolerować to
                  brak wiedzy już nie.



                  > Myślisz, że trudno wyrwać się ze schematów i stereotypów?? Bo ja myślę, że
                  dość
                  >
                  > trudno.
                  > :-)
                  > M.
                  >

                  Czy da się odicąć. Ja mogę mieć w nosie całą tą układankę, ale przez każdego
                  człowieka wierzącego w schemat i stereotyp będę wkładana do jego szufladki.
                  Mogę olać jego szufladki tylko jak wtedy istnieć w przestrzenaich
                  międzyszufladkowych? Wychodzenie poza, jak tu niektórzy mówią ;) jest do
                  przyjęcia, ale znacznie prostszym i co więcej dającym więcej doczesnej
                  satysfakcji jest doskonałe dostosowanie się do schematu, wejścia w
                  doskonałości na szczyt i z tej perspektywy oglądania swojego życia. A bycie
                  outsiderem jest dość niestrawne.
                  • Gość: maika7 maika do rr - cd..II. IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 06.11.03, 19:46
                    >Ale to nie jest rozdrabnianie się na drobne. Prasowanie ścierek to szczyt, ale
                    wycieranie wspomnianych też przez Ciebie kurzy to normalność. Tak jak i sto
                    rzeczy wykonywanych codziennie. Nie dziwi mówienie o samotnie mieszakjący
                    mmężczyźnie, że mieszka jak w norze. Kobieta w tej samej sytuacji siałaby
                    zgorszenie. Mało, często, choć coraz rzadziej na szczęście jest tak, że po
                    zamieszkaniu razem mężczyzna zwykle zapomina jak się obsługuje pralkę i że
                    naczynia trzeba umyć.

                    Hm... te kurze i sciereczki... przemyślę - może jednak tylko mi się wydaje, że
                    jestem kobietą...

                    >Konferencja na drugim końcu świata? Proszę bardzo, za pół godziny jestem
                    spakowany. A kobieta przez pół godziny będzie siedzieć i myśleć z kim by tu
                    dzieci zostawić.

                    To nie jesteśmy zdolne do odrobiny szaleństwa w imię pasji nawet??? Zawsze te
                    dzieci, sciereczki i ziemniaczki na obiad???

                    >To jest jak z żoną Marcina. Widzisz jak pisze, że większość swojej energii
                    poświęca dydaktyce i, że lubi to. Mówiąc o różnicah między kob i męż mówiłam o
                    kobiecej jakości i męskiej ilości. I "oni" piszą więcej, co nie znaczy, że
                    lepiej. Po prostu inaczej

                    No tak, ale jakoś cały czas tkwię w przekonaniu, że w ich przypadku to jednak
                    wychodzi w sumie lepiej i jakościowo i ilościowo... Szkoda, że żona Marcina
                    sama się nie wypowie...

                    >No, jeśli brak talentu do przekazywania wiedzy jeszcze potrafię tolerować to
                    brak wiedzy już nie.

                    No właśnie z podobnego powodu czuję dyskomfort psychiczny...

                    >Czy da się odicąć. Ja mogę mieć w nosie całą tą układankę, ale przez każdego
                    człowieka wierzącego w schemat i stereotyp będę wkładana do jego szufladki.
                    Mogę olać jego szufladki tylko jak wtedy istnieć w przestrzenaich
                    międzyszufladkowych? Wychodzenie poza, jak tu niektórzy mówią ;) jest do
                    przyjęcia, ale znacznie prostszym i co więcej dającym więcej doczesnej
                    satysfakcji jest doskonałe dostosowanie się do schematu, wejścia w doskonałości
                    na szczyt i z tej perspektywy oglądania swojego życia. A bycie outsiderem jest
                    dość niestrawne.

                    To chyba zależy też wśród kogo jest się outsiderem..
                    M.

                    • Gość: Richelieu* Re: maika do rr - cd..II. IP: *.localdomain / 213.77.25.* 06.11.03, 23:16
                      Nie dziw się kurzom. Ja też nie jestem kobietą, mam zwykle burdel na kółkach
                      gdy coś robię, a potem chęci brak aby to wszystko posprzątać. Jeśli na tym ma
                      polegać Twoja kobiecość. W nosie mam otoczenie i ściereczki i ziemniaczki na
                      obiad.
                      Ale
                      Jeśli ma się dziecko to nie jest to kotek, którego można na 2 tygodnie oddać
                      do hotelu dla zwierząt. Szaleństwa i pasje? Oczywiście, ale tak, aby resztę
                      mieć względnie poukładaną. Nie wiem jak wyobrażasz sobie notorycne wyjazdy
                      mając dziecko. Można oddać babci, wspaniałe rozwiązanie, ale jeśli jest za
                      daleko? W imię pasji.. trzeba myśleć najpierw a ta pasja, którą proponujesz to
                      zwykły brak myślenia. Pasja musi się rozwijać na myśleniu, w przeciwnym razie
                      będzie czystym szaleństwem.

                      W ich przypadku wychodzi często lepiej nie dlatego, że mają ku temu
                      intelektualne predyspozycje, a dlatego bo mogę sobie rzucić wszystko z
                      przekonaniem, że żona się zajmie tym i tamtym. Idealny podział obowiązków i
                      traktowanie swoich prac na równym poziomie jest tym czym ja chciałabym aby
                      było u mnie. A w rzeczywistości waga jej i jego pracy stoi tak nerówno jak
                      tylko może.
                      • Gość: maika7 Re: maika do rr - cd..III. IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 07.11.03, 08:53
                        RR, polemizuję sobie z Tobą, ale w gruncie rzeczy chyba trochę podobnie myślę.
                        Nie jestem za szaleństwem za wszelką cenę. Jestem za świadomymi wyborami. Ale
                        jestem też za realizowaniem pasji (nawet w kolekcjonowaniu młynków do kawy)
                        zamiast rozdrabnianiem się na ziemniaczki i kurze. Jestem za rzetelnością w
                        pracy, a nie za bylejakością. Jestem za skupieniem się na rzeczach ważnych
                        (prowadzących do rozwoju), a mniej za tym, co tylko zabiera niepotrzebnie czas.
                        Ale wiem, że i przy gotowaniu obiadu, czy wycieraniu kurzy można myśleć... Z
                        tymi dziećmi mam wrażenie (jeśli chcę mieć dzieci..), że też można jakoś
                        poukładać (bo wydaje mi się, że kobiety często zasłaniają się dziećmi i nimi
                        tłumaczą swoje hm.. lenistwo). Nie irytuj się, piszę trochę o sobie...

                        Z partnerami wydaje mi się, że też często po prostu panie sprawiają, że panowie
                        zapadają w amnezję odnośnie pralek i wiedzy do czego służy miotła.. Wydaje mi
                        się, że można spokojnie to sobie poustalać... Choć chyba sama realizuję
                        model: "moja praca jest trochę mniej ważna"...

                        Mam do Ciebie pytanie podobne do tego, jakie zadałam Marcinowi: a u Ciebie -
                        jak szybko (przeciętnie) można zrobić doktorat?? Pytam, bo ciekawią mnie
                        różnice w podejściu czasowym na różnych kierunkach.
                        M.
                        • Gość: Richelieu* Re: maika do rr - cd..III. IP: *.localdomain / 192.168.0.* 07.11.03, 13:06
                          Powiedziałam stanowczo o dzieciach dlatego, że nie są one powównywalne z
                          ziemniaczkami. Tyle. Poukładać można, "posiadanie" własnej mamy na podorędziu
                          jest cudowną sprawą, i dużo pewniejszą niż liczenie na męża i innych opiekunów
                          do dziecka. Takie jest moje zdanie, Marcin jest wyjątkiem. Zajmowanie się zaś
                          pierdołami można odłożyć na kiedyindziejstwo. Jak już mówiłam to życie z
                          torebki po prostu ;)





                          >>
                          > Mam do Ciebie pytanie podobne do tego, jakie zadałam Marcinowi: a u Ciebie -
                          > jak szybko (przeciętnie) można zrobić doktorat?? Pytam, bo ciekawią mnie
                          > różnice w podejściu czasowym na różnych kierunkach.
                          > M.



                          Jak szybko można. Raczej nie za szybko. Przepisowe 8 lat u asystentów i 4 lata
                          u doktorantów nie są zbyt długim okresem. Bo zbieranie danych wymaga pracy w
                          terenie, wyjazdów, kopania, przesiewania, moczenia się, albo cykania zdjęć i
                          molestowania przechodniów. ;) Poza tym opracowanie graficzne niektórych
                          projektów jest bardzo czasochonne. Dość często się wyjeżdża do innego ośrodka
                          aby porównać swój rejon z innym. I habilitacja w wieku 32 lat jest u mnei
                          raczej niemożliwością, chyba, bo możliwe jest wszystko ;) Tyle, że ja nie
                          jestem ścisłowiec a przyrodnik. A obiekt badany, nawet gdy są nim, jak w moim
                          przypadku, miasta, wymaga adoracji i solidnej porcji randek aby zaczęly mówić.
                          Nie mówiąc już o naturze, która jest kobietą kapryśną i czasem w ogóle nic nie
                          mówi. Ścisłowiec jeśli nie jest chemikiem czy fizykiem ma swój umysł i komp.
                          • Gość: fan_gazety Re: maika do rr - cd..III. IP: *.krzywin.sdi.tpnet.pl 07.11.03, 14:22
                            To, tak na marginesie własciwie... Ta lista działań potrzebnych do zrobienia do
                            doktoratu jest frapująca. Już byłem bliski sukcesu w identyfikacji dyscypliny,
                            a tu raptem to "molestowanie" ludzi, nie przystające mi do wspomnianego
                            moczenia się, kopania, przesiewania, no i do ... miast. Może jeszcze jakaś
                            wskazówka...?
                            Acha, jeszcze jedno! To przyrodnicze nauki nie są ścisłe ??!! A te matematyczne
                            modele, te szalone coraz bardziej ILOŚCIOWE pomiary? Zajmujesz się dziedziną, w
                            której dominuje opis jakościowy, słowny? Jeśli tak, to jak mało wiem o świecie
                            nauki współczesnej!!

                            Co do wątku głównego, to szkoda, że uważasz że Marcin to wyjątek. To znaczy,
                            nie szkoda, że tak mówisz, tylko szkoda że Marcin jest wyjątkiem! Może jest ich
                            więcej, tylko się nie ujawniają, bo ... nie wypada być takim ... zwierzęciem
                            domowym? Tak sobie tylko myślę, szukając jakiego wyjaśnienia,
                            usprawiedliwienia, czy czego tam jeszcze. No, bo jestem płci reprentowanej
                            przez Marcina.
                            Pozdrawiam
                            • Gość: maika7 Maika do rr - cd..IV IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 07.11.03, 14:44
                              Faktycznie niezręcznie wyszło mi z tymi dziećmi. Mam dwoje dzieci (tym bardziej
                              mi głupio z tymi dziećmi i ziemniaczkami jednym tchem...). Babcie zostały 150
                              km od nas. Byliśmy zdani tylko na siebie. Dzieci już wyrosły z pieluch. Mąż -
                              nie idący tak prędko po "szczeblach" kariery jak Marcin (inna dziedzina - dane
                              do doktoratu zbierał 4 lata... nie że się lenił, tylko krócej się nie dało..),
                              ale też wie, do czego służy odkurzacz i pralka... Stąd moja upartość w
                              forsowaniu zdania, że panowie też potrafią zadbać o dom, tylko trzeba im na to
                              pozwolić...

                              Witaj przyrodniku... Sądziłam z Twoich wcześniejszych postów, że raczej jesteś
                              bardziej ku językom, psychologii, itp się skłaniająca... I stąd pytanie. Co
                              badasz w mieście - bo to przesiewanie czarodziejsko mi zabrzmiało?? Ja i mój
                              mąż jesteśmy biologami. On jest ornitologiem, a ja botanikiem...
                              Ach czas prawdy nadszedł wielkimi krokami...
                              M.

                              • Gość: Richelieu* Re: Maika do rr - cd..IV IP: *.localdomain / 192.168.0.* 07.11.03, 21:42
                                Gość portalu: maika7 napisał(a):

                                > Faktycznie niezręcznie wyszło mi z tymi dziećmi. Mam dwoje dzieci (tym
                                bardziej
                                >
                                > mi głupio z tymi dziećmi i ziemniaczkami jednym tchem...). Babcie zostały
                                150
                                > km od nas. Byliśmy zdani tylko na siebie. Dzieci już wyrosły z pieluch. Mąż -

                                > nie idący tak prędko po "szczeblach" kariery jak Marcin (inna dziedzina -
                                dane
                                > do doktoratu zbierał 4 lata... nie że się lenił, tylko krócej się nie
                                dało..),
                                > ale też wie, do czego służy odkurzacz i pralka... Stąd moja upartość w
                                > forsowaniu zdania, że panowie też potrafią zadbać o dom, tylko trzeba im na
                                to
                                > pozwolić...




                                Ja tam nie wiem na ile panowie po ślubie znają się w obsłudze pralek. Stąd
                                moja upartość jest raczej strasznie stereotypowo myśląca ;)




                                >
                                > Witaj przyrodniku... Sądziłam z Twoich wcześniejszych postów, że raczej
                                jesteś
                                > bardziej ku językom, psychologii, itp się skłaniająca... I stąd pytanie. Co
                                > badasz w mieście - bo to przesiewanie czarodziejsko mi zabrzmiało?? Ja i mój
                                > mąż jesteśmy biologami. On jest ornitologiem, a ja botanikiem...
                                > Ach czas prawdy nadszedł wielkimi krokami...
                                > M.
                                >


                                językom i psychologii krewniaczce jak najbardziej ;) tyle, że ja jestem
                                student jeszcze z tego
                                w mieście bada się struktury demograficzne, migracje, współczynniki płodności,
                                prognozy ilości urodzeń, dynamiki zmian liczby bezrobotnych w okręgach,
                                struktury zawodowe. z ubanistyki zaś plany zagospodarowań przestrzennych,
                                dokonuje wstępnego opisu terenu pod zabudowę z tymi wszystkimi ciekami,
                                glebami, wodami gruntowymi, opisuje morfologię i funkcjonalność grup
                                urbanistycznych.
                                I takie tam inne blablarobótki ;)

                                A przesiewają fizyczni geografowie, ja najwyżej mogę przesiać ludzi
                                odpowienich do pomolestowania moją ankietą według pci, wieku, wykszt, miejsca
                                zam, przynależności takiej i siakiej, co jest pewnie mniej wdzeczne do
                                wykonania niż babranie się z rzeczce i liczenie jej przepływu i nośności
                                materiału bo rzeczka szumi, a respondent często pyskuje. ;)


                                Biologami jesteście? no wreszcie ktoś z podobnej działki ;)
                                • Gość: maika7 Majka do RR - V- o pralkach cd. IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 08.11.03, 11:06
                                  Te pralki, to z autopsji. Po ślubie (a już lat ładnych kilka...) mąż jest jak
                                  najbardziej samodzielnym i potrafiącym samodzielnie działać facetem. Dzieci
                                  mozna było (i można nadal) mu zostawić bez obaw na kilka dni, sam dba o to,
                                  żeby mieć się w co ubrać, ja gotuję, razem sprzatamy, jak mamy czas, a jak nie
                                  to nie sprzątamy itd. Tyle, że jak dzieci były małe to ja siedziałam na urlopie
                                  wychowawczym i o te lata jestem "do tyłu", ale taki był mój wybór i nie żałuję
                                  tych lat zupelnie. Nie zamierzam robić "kariery" naukowej, robię to co lubię i
                                  jak trzeba to siedzę w pracy po 12 godzin niezależnie od tego czy dzień jest
                                  wolny czy nie. Wtedy mąż zajmuje się domem. Na szczęście okresy największej
                                  aktywności zawodowej trochę mamy inne..

                                  Lubisz swoją pracę i widzisz się w niej na dalsze lata?

                                  M.
                                  • r.richelieu Re: Majka do RR - V- o pralkach cd. 09.11.03, 13:39
                                    Gość portalu: maika7 napisał(a):

                                    > Lubisz swoją pracę i widzisz się w niej na dalsze lata?
                                    >
                                    > M.



                                    Jak już mówiłam. Studentów kocham bo muszę, a nie bo chcę. Ale takie musowe
                                    jest lepsze niż żadne. Ty masz PAN więc studentów masz z głowy ;)
                                    A dalsze lata. Ja w tym roku dopiero studia mgr skończyłam, dopiero I rok
                                    jestem na doktoranckich, nawet zajęć ze studentami mam niewiele. Ba, nawet
                                    studentem jeszcze jestem czego innego i wzięłam nawet dziekankę z obawy, że
                                    tutaj na pierwszym roku sobie nie dam rady. Niepotrzebnie, bo dużo mam czasu.

                                    Czytam Was i Ciebie i fana i Marcina i Agnieszkę i będę czytać nadal samej
                                    sobe dając spokój, bo co ja mogę wymyśleć w orównaniu z Wami, kiedy nawet Wy
                                    też jesteście przyrodnikami.

                                    Chciałabym robić to co robię, oczywiście, ale jako dostorant, a nie asystent
                                    jestem w tej sytuacji, że trzeba liczyć na wyjątkowe szczęście aby zatrudniono
                                    mnie w mojej katedrze, nie mówiąc już o tym samym zakładzie. Może się okazać,
                                    że po 4 latach znowu będę się zastanawiać co z tym fantem, czyli życiem
                                    zrobić.
                                    • Gość: maika7 Re: Majka do RR - VI - na koniec IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 09.11.03, 19:13
                                      RR, dzięki za Twoje głosy, dzięki Twojemu udziałowi pozastanawiałam sie trochę
                                      nad sobą. Cóż... Dobrych wyborów na przyszłość...takich radosnych
                                      Majka
                            • Gość: Richelieu* Re: maika do rr - cd..III. IP: *.localdomain / 192.168.0.* 07.11.03, 21:25


                              Bo mam taki kierunek studiów, że co specjalizacja to zupełnie inna
                              metodologia. Groch z kapustą ;) geografia po prostu
                              generalnie gegraf fizyczny będzie się brał do kopania i moczenia, a geograf
                              ekonomiczny do liczenia, a że ja sto razy bardziej wolę matmę niż chemię to od
                              razu też wiadomo że ekonomiczną wolę.


                              ilościowe pomiary, pewnie, całe sterty, wyliczenie najprostszej struktury
                              ludnościowej w mieście to masa obliczeń. Jedna wielka statystyka.
                              Ale aby to potem przełożyć na język ludzki trzeba do cyferek dodać opis
                              wysnuty na podstawie nawet własnych subiektywnych obserwacji. Ja mam jeszcze
                              to zboczenie, że jestem też jeszcze studentem społecznego kierunku gdzie
                              stosunek ilości do jakości jeszcze bardziej zwraca się ku tego drugiemu.
                              a czego więcej?
                              Dopóki masz narzędzie pomiarowe dziedzina będzie głównie ilościowa, ale kiedy
                              Twoim narzędziem staje się oko albo czucie konsystencji.


                              no i zwierzę domowe
                              ja chciałabym aby było po równo, mam nadzieję, że będę miała po równo, ale to
                              są tylko zachciewajki ;)

                              • fan_gazety f_g do richelieu - o dyscyplinach nauk. i domu 08.11.03, 11:35
                                Gość portalu: Richelieu* napisał(a):

                                >
                                >
                                > Bo mam taki kierunek studiów, że co specjalizacja to zupełnie inna
                                > metodologia. Groch z kapustą ;) geografia po prostu
                                > generalnie gegraf fizyczny będzie się brał do kopania i moczenia, a geograf
                                > ekonomiczny do liczenia, a że ja sto razy bardziej wolę matmę niż chemię to
                                od
                                > razu też wiadomo że ekonomiczną wolę.

                                Dzięki za wyklarowanie. A więc to prawda, że dziedzina Twoja i moja (ekologia)
                                bardzo się ostatnio do siebie zbliżyły, a dowcipna definicja ich obu może być
                                taka: „geografia (ekologia) jest tym czym zajmuję się ja, a nie ty!” Ale to
                                stara definicja, ukuta przez któregoś z „wielkich” dla ekologii właśnie! Ale
                                poważnie mówiąc, to chyba dobrze, że tradycyjne granice się zacierają. Może cos
                                ciekawego z tego wyniknie?
                                >
                                > ilościowe pomiary, pewnie, całe sterty, wyliczenie najprostszej struktury
                                > ludnościowej w mieście to masa obliczeń. Jedna wielka statystyka.
                                > Ale aby to potem przełożyć na język ludzki trzeba do cyferek dodać opis
                                > wysnuty na podstawie nawet własnych subiektywnych obserwacji. Ja mam jeszcze
                                > to zboczenie, że jestem też jeszcze studentem społecznego kierunku gdzie
                                > stosunek ilości do jakości jeszcze bardziej zwraca się ku tego drugiemu.
                                > a czego więcej?
                                > Dopóki masz narzędzie pomiarowe dziedzina będzie głównie ilościowa, ale kiedy
                                > Twoim narzędziem staje się oko albo czucie konsystencji.

                                No tak, ale „czucie” jest niewymierne, nie da się weryfikować, itd. ... Dziś to
                                chyba niedogodność, kiedy wszyscy układają rankingi, liczą punkty.

                                >
                                > no i zwierzę domowe
                                > ja chciałabym aby było po równo, mam nadzieję, że będę miała po równo, ale to
                                > są tylko zachciewajki ;)
                                >
                                No dobrze, powiem tak: moja działka – ornitologia – wymaga prawie nocnego trybu
                                życia, bo trzeba wstawać o 2.30 – 3.00 a maju i czerwcu. Jeśli jest tak
                                codziennie, a zwykle musi , robi się problem. Z niedospaniem, z wyrabianiem z
                                obowiązkami w drugiej pracy (szkoła), bo przecież – sama wiesz – jedna pensja,
                                nawet podobno w przodującym zakładzie, jest baaaardzo daleka od wystarczającej.
                                A i dzieci coś tam chcą, jakaś pomoc w lekcjach, rozmowy, krótkie spacery. Jak
                                może być równo w takim przypadku?? Efekt jest taki – ja tyram, bo lubię, ale i
                                dla rodziny przecież, a żona – często sama, dzieci często same itp. Ale potem,
                                jesienią, trochę odwraca się sytuacja. Działka mojej żony wymaga z kolei
                                tyrania latem i jesienia. I wtedy ja staram się robić więcej, niż zwykle.
                                Pytanie, czy to równo? Trudno powiedzieć. Ale oboje chyba nie czujemy się
                                męczennikami.
                                Miłego week-endu!
    • joanna_1 Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i 04.11.03, 18:07
      Nienormowany czas pracy, ciągły kontakt z mlodymi ludźmi, dostep do światowych
      źródeł wiedzy poprzez liczne konferencje, kontakty i wiele innych zalet takiej
      drogi zawodowej sprawia sporo satysfakcji, uczy wysokiej samodyscypliny. To
      rzutuje na inne dziedziny życia. W moim otoczeniu nie zauważyłam jakis
      heroicznych postaw względem naukowej ściezki i wszystkim udaje się angazować
      zarówno w zycie rodzinne jak i prace na uczelni, czy PAN.
      Częsciej chyba niespełnienie daje się zauważyć wśród kobiet pracujących w
      firmach "wyciskaczy cytryn" prowadzonych przez agresywnych kapitalistów.
      • Gość: maika7 do Joanny IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.03, 18:40
        Czyli, Twoim zdaniem, można pogodzić spokojnie obie dziedziny, bo specyfika
        zawodu na to pozwala?? Pracujesz wśród kobiet spelnionych, twórczych i
        zadowolonych ze swoich wyborów?? Tak to zrozumiałam.
        M.
        • joanna_1 Re: do Joanny 04.11.03, 22:21
          Wiekszość (chyba nawet wszystkie - rekonesansu nie robiłam ) koleżanek
          skończyło już doktoraty. Na drugim, bądź trzecim roku studiów doktoranckich
          założyły dzieciate rodziny. Z moich skromnych obserwacji i wymiany zdań
          wnioskuję, że są zadowolone z takiej własnie obranej drogi zyciowej. Emanuje od
          nich spokój i poczucie spełnienia, mają teraz pewne pieniądze, zaplecze
          socjalne jakie proponuje uczelnia ( w tym przypadku Politechnika), czego nie
          moge powiedziec o sektorze prywatnym. I co więcej mam na mysli tu te osoby, dla
          których studia nie były przedłuzeniem mlodości, bądź alternatywą na bezrobocie,
          sa to osoby dla których praca naukowa jest pasją. Każda praca naukowa wymaga
          kreatywności, a kreatywnośc przeklada się z kolei na kolejne szlaki zyciowe.
          • Gość: maika7 maika do joanny cd.. IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 05.11.03, 09:38
            Cieszę się ogromnie, bo mój pesymistyczny obraz, który tu przedstawiam jest
            trochę przerysowany... (choć mający jak najbardziej odniesienia do
            rzeczywistości). Mam jeszcze jedno pytanie. Jak się ma w takim razie sprawa
            tych, którzy zostają na uczelni (bo chyba nie wszyscy po studiach doktoranckich
            mają mozliwość dalszej pracy naukowej na uczelni)? Jak ma się "struktura
            płciowa" profesorów?? Więcej panów?? Bo tak mi to wygląda na niektórych
            wydziałach uniwersyteckich - rady naukowe - 80-90% panowie, PAN - to samo,
            mniemam, że i Politechnika i Akademia Medyczna podobnie - dlaczego??
            (odpowiedź, że są bardziej twórczy od kobiet jakoś mnie nie satysfakcjonuje
            :-))).

            M.
            • Gość: marcin32 Re: maika do joanny cd.. IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 11:10
              Jak ma się "struktura
              płciowa" profesorów?? Więcej panów?? Bo tak mi to wygląda na niektórych
              wydziałach uniwersyteckich - rady naukowe - 80-90% panowie, PAN - to samo,
              mniemam, że i Politechnika i Akademia Medyczna podobnie - dlaczego??
              (odpowiedź, że są bardziej twórczy od kobiet jakoś mnie nie satysfakcjonuje
              :-))).
              --------------------------------
              na moim wydziale nie ma ANI JEDNEJ kobiety profesora zwyczajnego: ale to nauki
              ścisłe, więc chybna nic dziwnego.. są za to baby profesowie od tyłu (czyli
              uniwersyteccy) - na ogól nic nie robią poza blokowaniem młodych ludzi albo
              opóxnianiem doktoratów- o plotach nie wspomnę..
              Marcin
              • Gość: maika7 od maiki do marcina IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 05.11.03, 11:51
                W tym miejscu mój komentarz do Twoich dzisiejszych porannych
                (przedpołudniowych?) odpowiedzi - coby nie rozbudowywać wątku ponad miarę...

                Ciekawość (babska, alem w końcu baba..), jaką dziedziną zajmuje się żona?
                Minusy, o których piszesz są dla mnie oswojone i drugorzędne dlatego nie
                postrzegam ich jako minusy. Ot - konsekwencja wyboru, z Twoim tempem rozwoju
                masz szanse na poprawę sytuacji materialnej co nieco.

                I post drugi - "joannowo-marcinowy". Rozumiem, że masz podobne wrażenia do
                moich odnośnie "struktury płciowej dojrzałego ciała naukowego"? Może faktycznie
                nauki ścisłe są bardziej "obsadzone" przez panów ze względów predyspozycji do
                określonego typu myślenia, ale dominacja męsko-profesorska chyba przejawia się
                też na "babskich" kierunkach (o ile można tak dzielić... to "babskie" opieram
                na stosunku kobiet do meżczyzn w czasie studiów... żebym nie była posądzona o
                jakąś stronniczość czy coś takiego...) - polonistyka, psychologia, historia,
                pedagogika, kulturoznawstwo, biologia i takie podobne... To jest dla mnie
                zastanawiające...
                Ach, jeszcze taki drobiazg (z autopsji... i ku pewnej takiej solidarności z
                kobietami...) w plotkowaniu nie różnimy się za bardzo pomiędzy płciami...
                :-)
                M.
                • Gość: marcin32 Re: od maiki do marcina IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 12:10
                  co do plotek to słusznie: chłopy częściej plotkują niż baby, ale babska są
                  wredne do tego..a
                  na wydziałach bardziej kobiecych to są baby profesorowie i nawet sobie nieźle
                  radzą: nawet któraś jest dziekanem (!) a jedna była prorektorem (albo dwie
                  nawet) więc nie jest aż tak źle..
                  najlepsza baba na naszym wydziale ma 6-ścioro dzieci
                  pewno będzie profesorem zwyczajnym jak te najmłodze trochę jeszcze odchowa
                  (wiek 12-25 lat tych dzieci).. więc prosze nie opowiadać, że dom i rodzina..
                  (musi na rodzinę zarobić bo męża zawał trafił parę lat temu)
                  Marcin
                • Gość: marcin32 Re: od maiki do marcina o dziedzinie żony IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 12:11
                  humanistyka... więc ma trochę czasu, tam się tytuły wolniej robi:)
                  Marcin
                  • Gość: maika7 od maiki do marcina o wredności i wyjątkach IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 05.11.03, 13:47
                    Co wredności to też mam poczucie, że nie jest secjalnie bardziej właściwa
                    którejś z płci - panowie chyba bardziej konkurują (tak sobie lubię słuchać jak
                    dyskutują i wchodzą w licytacje różne zamiast skupiać sie na "meritum"..). Ale
                    (chylę w pokorze czoło), baby nie lepsze...

                    No są baby profesorowie, ale ile w stosunku do niebab??? A jedną babę z 6
                    dzieci i profesurą w perspektywie postrzegam (na razie) jako wyjątek raczej niż
                    regułę...

                    Dlaczego na kierunkach humanistycznych wolniej "robi się" stopnie? Tak sobie
                    dyletancko zapytam?? Zawsze myślałam, że właśnie całkiem szybko..

                    M.
                    • Gość: marcin32 Re: od maiki do marcina o wredności i wyjątkach IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 16:34
                      >
                      > Dlaczego na kierunkach humanistycznych wolniej "robi się" stopnie? Tak sobie
                      > dyletancko zapytam?? Zawsze myślałam, że właśnie całkiem szybko..
                      >
                      innych sprawności potrzeba: erudycji wiedzy, oczytania - i można z tym
                      poczekać, moze źle się wyraziłem:)
                      a na kierunku ścisłym jak nie zrobisz do 35 roku zycia, to koniec, nie ma juz
                      sensu, pomysły coraz rzadsze.. umysł mniej sprawnym wyrobienie umysłowe w
                      niczym nie pomoże...
                      masz racje stosunek bab profesorów do niebab (w niebaby wliczymy stare panny)
                      jest koszmarnie mały.... ale to też wina ich mężów (hehehem, sam się musze bić
                      w piersi,,,, ale czas na pracę naukową mamy z żoną ten sam, a że ona go
                      poświęca na prefekcyjną dydaktykę to jej sprawa:)
                      Marcin
                      • Gość: maika7 od maiki do marcina babach i niebabach i innych IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 05.11.03, 19:12
                        W porządku, rozumiem jeśli chodzi o te "inne" sprawności na ścisłych kierunkach
                        i nie ścisłych (razem czy osobno?). Nie rozumiem granicy 35 lat na np.
                        matematyce. Poczekaj, poczekaj, a zobaczysz jak Ci tolerancja na dobre pomysły
                        wzrośnie po 35-tce... Masz może dane na temat wieku noblistów "ścisłowców ??
                        Chciałabym poprzeć teorię rzeczywistością...

                        Ujmę sie (hm.. po raz kolejny) za babami. Baba-stara panna (singiel jak
                        rozumiem) może mieć całkiem bogate życie prywatne i być kobieca do bólu.
                        Wliczyłabym je jednak do bab. Chyba, że starych kawalerów przeniesiemy do bab??
                        To może zrewiduję swoje poglądy..

                        Winy nie szukam. Bo nie ma chyba sensu obarczać kogokolwiek winą. Baba też
                        człowiek i wybrać pomiędzy sensownym, a bezsensownym niebabem potrafi - jeśli
                        jej na tym zależy.. Chyba w determinacji do pracy tkwi właśnie różnica pomiędzy
                        płciami...

                        W kwestii żony (że tak o prywatność zahaczę): może żonie nie zależy na mykaniu
                        w górę po stopniach kariery naukowej, bo nie tylko szybkość świadczy o rozwoju
                        danej jednostki. Może ona spokojniej, a konsekwentnie "robi swoje" i tyle i nie
                        ma kaca moralnego. W końcu to nie wyścigi. Nawet w "tych czasach".
                        M.
                        • Gość: marcin32 Re: od maiki do marcina babach i niebabach i inny IP: *.toya.net.pl 05.11.03, 22:13
                          No to odpowiem:))))))))))0
                          >W porządku, rozumiem jeśli chodzi o te "inne" sprawności na ścisłych
                          kierunkach
                          >
                          > i nie ścisłych (razem czy osobno?). Nie rozumiem granicy 35 lat na np.
                          > matematyce. Poczekaj, poczekaj, a zobaczysz jak Ci tolerancja na dobre
                          pomysły
                          > wzrośnie po 35-tce... Masz może dane na temat wieku noblistów "ścisłowców ??
                          > Chciałabym poprzeć teorię rzeczywistością...
                          Einstein, Newton (najlepsze pomysły miał do 26 roku życia), Lagrange podobnie,
                          ze współczesnych P.L. Lions; nagroda Fieldsa matematyce jest przed 40-stym
                          rokiem życia .. więc coś w Tym jest
                          >
                          > Ujmę sie (hm.. po raz kolejny) za babami. Baba-stara panna (singiel jak
                          > rozumiem) może mieć całkiem bogate życie prywatne i być kobieca do bólu.
                          > Wliczyłabym je jednak do bab. Chyba, że starych kawalerów przeniesiemy do
                          bab??
                          Tak wszystkich singli uczelnianych do bab wliczymy- z reguły mało robią, a
                          dużo szumu, fermentu i niepotrzebenego zamieszania, moze to specyfika mojego
                          wydziału, jeśli tak , to sorry
                          >
                          > To może zrewiduję swoje poglądy..
                          >
                          > Winy nie szukam. Bo nie ma chyba sensu obarczać kogokolwiek winą. Baba też
                          > człowiek i wybrać pomiędzy sensownym, a bezsensownym niebabem potrafi -
                          jeśli
                          > jej na tym zależy.. Chyba w determinacji do pracy tkwi właśnie różnica
                          pomiędzy
                          >
                          > płciami...
                          Pewno tak, a baba jest rzadko zdeterminowna i rzadko ją ciekawi to co robi,
                          robi bo robi.... bo tak każą
                          >
                          > W kwestii żony (że tak o prywatność zahaczę): może żonie nie zależy na
                          mykaniu
                          > w górę po stopniach kariery naukowej, bo nie tylko szybkość świadczy o
                          rozwoju
                          > danej jednostki. Może ona spokojniej, a konsekwentnie "robi swoje" i tyle i
                          nie
                          >
                          > ma kaca moralnego. W końcu to nie wyścigi. Nawet w "tych czasach".

                          ee tam chce robić karierę ale się za nic nie przyzna...... z drugiej strony
                          wie, że nie zrobi więc czeka aż zostane prof. (choćby od tyłu) bo wtedy będzie
                          nietykalna (zony profesorów dziwnie omija przepisowe 8 lat na zrobinie
                          habilitacji, dostaję jakoś etaty st wykładowców, których niby nie ma.....
                          hehehhe)
                          > M.

                          Marcin
                          • Gość: maika7 od maiki do marcina o emeryturze i babach... IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 06.11.03, 09:21
                            >Einstein, Newton (najlepsze pomysły miał do 26 roku życia), Lagrange podobnie,
                            ze współczesnych P.L. Lions; nagroda Fieldsa matematyce jest przed 40-stym
                            rokiem życia .. więc coś w Tym jest

                            Ale wtedy była nieco krotsza średnia długość życia... (to tak, żeby potem mieć
                            jakiś argument, że nie degenerujemy po 40-ste, bo co na emeryturę iść...). No
                            coś w tym jest... nie da się ukryć, a jakieś starsze, sprawne umysły też
                            znasz?? Czy potem to już tylko opieka merytoryczna nad doktorantami zostaje i
                            koniec???

                            >Tak wszystkich singli uczelnianych do bab wliczymy- z reguły mało robią, a
                            dużo szumu, fermentu i niepotrzebenego zamieszania, moze to specyfika mojego
                            wydziału, jeśli tak , to sorry

                            No znowu się uniosę i ku obronie bab wystąpię.. Jak tak wszystkich singli do
                            jednego wora i to jeszcze z etykietką "uwaga!!Ferment, szum, zamieszanie i zło
                            wszelakie.." to ja nie chcę. Jestem za singlami - tymi "zakręconymi", co to
                            pasjonatami zostali (tak sobie w pamięci przechowuję jednego profesora -
                            ornitologa-singiel, starszy juz pan, a tworczy niesamowicie. Ani do przegranych
                            zgorzkniałych bab mi nie pasuje, ani stetryczałych niebab...
                            A niesingle zamieszania nie robią??? Święci tacy, nie plotkuja i nie wredoty,
                            kryształy chodzace, bo parę mają???


                            >Pewno tak, a baba jest rzadko zdeterminowna i rzadko ją ciekawi to co robi,
                            robi bo robi.... bo tak każą.

                            Jakieś dziwne baby na Twojej drodze życiowej spotykasz... współczuję..
                            Jakie "nieciekawi jej to co robi"? Jakie "robi bo każą", no po prostu
                            okropność, a nie stanęły na Twojej drodze pasjonatki żadne?? Ani jednej??? To
                            pewnie przez ten zmaskulinizowany wydział...

                            >ee tam chce robić karierę ale się za nic nie przyzna...... z drugiej strony
                            wie, że nie zrobi więc czeka aż zostane prof. (choćby od tyłu) bo wtedy będzie
                            nietykalna (zony profesorów dziwnie omija przepisowe 8 lat na zrobinie
                            habilitacji, dostaję jakoś etaty st wykładowców, których niby nie ma.....
                            hehehhe)

                            Matko jedyna, kariera nie musi się przejawiać w zostawaniu prof. Piszesz, że
                            żona lubi to co robi, więc może stawia na kontakt z podopiecznymi, może dla
                            niej jest ważniejsze jaki ślad zostawi w umysłach innych (co tam zasieje...), a
                            nie tylko na papierze...
                            M.

                            • Gość: maika7 pytanie jeszcze jedno... IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 06.11.03, 11:44
                              Jeszcze jedno pytanie konkretne (zapomnialam poprzednio, że chcialam o to
                              zapytać... jej, skleroza może...).Ile czasu potrzeba na Twoim kierunku, żeby
                              (mając już pomysł w głowie), zebrać dane (jesli trzeba) i napisac pracę
                              doktorską?? Chodzi mi o jakieś takie średnie przybliżenie czasowe.
                              M.
                              • Gość: tak Re: pytanie jeszcze jedno... IP: 212.160.211.* 06.11.03, 15:45
                              • Gość: marcin32 Re: pytanie jeszcze jedno... IP: *.math.uni.lodz.pl 06.11.03, 17:36
                                jak się ma pomysł to bardzo szybko: mnie zeszło pół roku na samymy pisaniu; a
                                ze dwa się gdzieś kręciłem w kółko a jak wpadłem na pomysł to od ręki poszło:
                                moim rekordem było napisanie pracy przyjetej do czasopisma z listy
                                filadelfijskiej w jeden dzień....a to raz mi się tak zdarzyło: pomysł
                                przyszedł sam.. mialem wolny dzień akurat..
                                Marcin
                                • Gość: maika7 i jeszcze jedno pytanie do marcina IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 06.11.03, 19:20
                                  Postu dzisiejszego z rana (z emeryturą w tytule) nie zauważyłeś, czy bez
                                  komentarza??
                                  M.
                            • Gość: marcin32 Re: od maiki do marcina o emeryturze i babach... IP: *.toya.net.pl 06.11.03, 22:57
                              Nicem nie zlekceważył

                              -----------------
                              > Ale wtedy była nieco krotsza średnia długość życia... (to tak, żeby potem
                              mieć
                              > jakiś argument, że nie degenerujemy po 40-ste, bo co na emeryturę iść...).
                              No
                              > coś w tym jest... nie da się ukryć, a jakieś starsze, sprawne umysły też
                              > znasz?? Czy potem to już tylko opieka merytoryczna nad doktorantami zostaje
                              i
                              > koniec???
                              opieka nad doktoratami też nie: bo do dokotratow trzeba swieżego spojrzenia:
                              ksiązki pisać, prace magisterskie tłuc, wykłady nowe prowadzić - ot co
                              zostaje, w naukach ścisłych często się ludzie po 40-stce wypalają

                              > Jakieś dziwne baby na Twojej drodze życiowej spotykasz... współczuję..
                              > Jakie "nieciekawi jej to co robi"? Jakie "robi bo każą", no po prostu
                              > okropność, a nie stanęły na Twojej drodze pasjonatki żadne?? Ani jednej???
                              To
                              > pewnie przez ten zmaskulinizowany wydział...
                              Ano chyba tak - poza tym z baby -sorry - jest żaden naukowiec, w przeważającej
                              częscie przypadków

                              > Matko jedyna, kariera nie musi się przejawiać w zostawaniu prof. Piszesz, że
                              > żona lubi to co robi, więc może stawia na kontakt z podopiecznymi, może dla
                              > niej jest ważniejsze jaki ślad zostawi w umysłach innych (co tam
                              zasieje...), a
                              >
                              > nie tylko na papierze...

                              no żeby zostało w umysłach... to hohohohoh to trzeba klasę mieć prawdziwą w
                              wykładaniu; mój opiekun na studiach (ś.w. pamięci już) miał taką klasę, żesmy
                              gormadnie szli po wykładzie do biblioteki (gromadnie tj. całą grupą czyli w 4
                              osoby) i studiowali dalej...teraz łapię śie na tym że jak wykładam, to używam
                              jego "marketingowych" sztuczek (owocuje to 25 magistrantami w tym roku,
                              koszmar)
                              • Gość: maika7 Re:od maiki do marcina o wypaleniu i osobowościach IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 07.11.03, 08:55
                                >Nicem nie zlekceważył

                                Spytałam, bo z rozczarowaniem wielkim spostrzegłam, że nie skomentowałeś
                                emerytury, a oczekiwałam komentarza.

                                >opieka nad doktoratami też nie: bo do dokotratow trzeba swieżego spojrzenia:
                                ksiązki pisać, prace magisterskie tłuc, wykłady nowe prowadzić - ot co zostaje,
                                w naukach ścisłych często się ludzie po 40-stce wypalają

                                Nie boisz się tego poczucia wypalenia?

                                >Ano chyba tak - poza tym z baby -sorry - jest żaden naukowiec, w przeważającej
                                częscie przypadków

                                Dlaczego?? Czy Twoja dziedzina nie spacza Ci obrazu ?? Zdefiniuj "naukowiec",
                                bo może nieporozumienie tkwi w innym rozumieniu tego słowa...

                                >no żeby zostało w umysłach... to hohohohoh to trzeba klasę mieć prawdziwą w
                                wykładaniu; mój opiekun na studiach (ś.w. pamięci już) miał taką klasę, żesmy
                                gormadnie szli po wykładzie do biblioteki (gromadnie tj. całą grupą czyli w 4
                                osoby) i studiowali dalej...teraz łapię śie na tym że jak wykładam, to używam
                                jego "marketingowych" sztuczek (owocuje to 25 magistrantami w tym roku, koszmar)

                                Czy żona pracuje też na uczelni?? Byłeś na jej zajęciach??
                                Ale może zostawmy zonę w spokoju - czuję niedosyt, że sama nie włączy się do
                                tej rozmowy, bo najlepiej poznawać zdanie osób od nich samych (nawet najlepszy
                                mąż może wykazać sie niezrozumieniem...).

                                W mojej pamięci tkwi ten prof, o którym pisałam poprzednio (ten samotny),
                                ściągali do niego na wykłady ludzie "z ulicy". Ale pamietam też panią
                                (ewolucjonista), z wiedzą ogromną, z erudycją i pasją, która powodowała, że
                                biegaliśmy zawstdzeni do czytelni i bibliotek, bo to ona ciągnęła nas-studentów
                                ku działaniu i była wyraźnie młoda i świeża w myśleniu - w przeciwieństwie do
                                wielu z nas. Pani ta - żona innego prof. - była też "krok za mężem" choć
                                talentu miała chyba tyle samo i pasji też..

                                Mam pytania dwa tym razem:

                                1. Czy Twoje naukowe pomysły mają przełożenie na praktykę?? Na ile "popychają"
                                świat (czy też myśl ludzką ) do przodu??
                                2. Jak się widzisz za 10-20 lat (taki 50-cio latek jeszcze w sile wieku, ale
                                juz ze swiadomością bycia "na wylocie"... Widzisz siebie wtedy gdzieś??

                                I jeszcze komentarz do czasu realizacji doktoratu: wygląda na to, że różnice w
                                różnych dziedzinach są ogromne. Pół roku mnie powaliło.
                                Gratuluję tego pomysłu i pracy w jeden dzień.
                                M.
                                • Gość: marcin32 Re:od maiki do marcina o wypaleniu i osobowościac IP: *.toya.net.pl 07.11.03, 10:44
                                  wypalenie: boję się, ale mam tyle konspektów książek, że będę miał co
                                  robić...poza tym zawsze mogę wrócić do tłumaczeń, magistranatami też się ktos
                                  musi opiekować, pisać recenzje ect... pewno się szybko (tj w ciągu 20-25 lat)
                                  wypalę.. a wtedy trzeba zrobić miejsce młodym, nie blokować przynajmniej....
                                  byłem na zajęciach zony: studiowałem drugi fakultet właśnie humanistyczny i
                                  tak się pozanliśmy, ona jako młoda doktorantka , a ja student III-ciego roku
                                  nauk ścisłych i I- szego tej humanistyki.....
                                  hehehe po drugich zajęciach się dała wyciągnąc na herbatkę, po trzecich do
                                  kina a potem.......mhhhhmhmhmhm
                                  były takie sobie: ale to był akurat mój konik i wiedziałem więcej od niej w
                                  tej dziedzinie: stąd poszliśmy na tę herbatę:)
                                  nie włączy się bo nie bardzo lubi takie pisanie na forum:)
                                  ale ją namówie dziś wieczór
                                  moje pomysły i praktyka: no z tym gorzej, jestem teoretykiem jeśli chodzi o
                                  naukę:) ale pisze tez prace typowo aplikacyjne w ramach różnych grantów Uniii
                                  i to już typowo praktyczne rzeczy - bez wiedzy teoretycznej bym tego nie
                                  napisał:):):)
                                  Marcin
                                  • Gość: ŻonaMarcina Do maiki od żony Marcina IP: *.toya.net.pl 07.11.03, 11:31
                                    Marcin mnie jednak namówił na przeczytanie tegp forum: siedzimy dziś w domu,
                                    nie mamy zajęć i trochę sie obijamy jeszcze; dzieci będą przez weekend u
                                    dziadków i możemy sobie pozwolić na chwilę spokojnego leniuchowania (Marcin
                                    udaje, że pracuje).
                                    Prawda o tytułach naukowych jest taka: mnie na tytułach nie zależy, nic się za
                                    tym nie kryje. Zależy mi na pracy, stałej i spokojnej a taką mi zapewnia
                                    uczelnia. Jeśli chodzi o Marcina to też by mu pewno nie zależało: ma tzw.
                                    naukowe nazwisko, czyli referaty pelnarne na konferencjach, lepsze pokoje itd.
                                    Ale ma jeszcze presję swojej arystokratycznej rodziny: oni po prostu
                                    pozamieniali tytuły feudalne, które już nic nie znaczą, na tytuły nuakowe,
                                    które mają dla nich olbrzymią wartość.
                                    Kilka słów o pracy naukowej: Marcinowi się nie zdarzyło jeszcze, żeby jakiegoś
                                    drobnego błedu nie popełnić, nie pisze w stylu wydwanictw do których wysyła,
                                    nie robi zbyt dokładnej korekty. Wszytko to poprawia dopiero jak mu pracę
                                    recenzenci zaakcpetują. On poza tym bardzo szybko pracuje i umie to robić w
                                    każdych warunkach: np. jak ma 15 minut przerwy, albo jak wstanie wcześniej,
                                    albo jak jedziemy samchodem i akurat ja prowadzę to przerzuca jakieś książki
                                    wiecznie. Ja tak nie umiem; muszę mieć chwilę na skupienie się, wyciszenie.
                                    Poza tym teraz ma doktorantów (miał ich już przed habilitacją) i pisze wspólne
                                    prace - co oznacza, że nic fizycznie nie robi, tylko myśli.
                                    Zajęcia Marcina: troche umie bajek opowiadać, magistrantki mu wykład
                                    przepiszą, wszystko pokserują, poukładają a ja to muszę robić sama. Marcin
                                    twierdzi że już mu na to szkoda czasu (a magistranci się zgadzają bo prace u
                                    Marcina są musze przyznać ciekawe i nowatorskie, i ciężko jest się zapisać na
                                    jego seminarium, a że są tam stosunki wasal-suweren, no to cóż, jakąś cenę
                                    muszą zapłacić).
                                    No i to się nazywa, że mamy tyle samo czasu na pracę naukową. Ja nie umiem się
                                    wyłączyć i przestać myśleć o chłopakach, gdy są chorzy, albo mają jakieś
                                    kłopoty. Marcin nie ma takich problemów. Jak idzie z nimi do parku to rzuca im
                                    piłkę i siada na ławce glapiąc się w jakieś papierki (umie tak wynosić z domu
                                    prace naukowe na spacer, że nie mogę nigdy znaleźć, chyba mu chłopaki
                                    wynoszą). Jak zostaje z chłopakami to starszy nagle potrafi młodszego
                                    nakarmić, ubrać, wykąpać. A ze mną przestają być tacy samodzielni.
                                    Nie ma więc i nie bedzie równego podziału. Nie przeszkadza mi to specjalnie.
                                    Ale oburzają zachwyty wszsytkich nad Marcinem. Pewno umie gotować, zajmować
                                    się dziećmi, nawet pralkę umie nastawić (i prasuje ubrania chłopaków) - ale ja
                                    też to potrafię:))))) W jednym tylko bym go nie zastąpiła - w zarabianiu
                                    pieniędzy. Marcin zarabia na rodzinę. Żyjemy jak popatrzę na inne "naukowe"
                                    rodziny na naprawdę niezłym poziomie. Ale jest też minus tego - poza wakacjami
                                    nie ma kiedy pójść na zakupy, zrobić cokolwiek w domu poza prostym sprzątaniem
                                    itd. itd.
                                    Zaraz mnie Marcin wygoni od komputera, bo ma jakieś arcyważne obliczenia.
                                    Pozdrawiam wszystkie Panie. Facetom jak na to nie spojrzeć jest łatwiej.
                                    Agnieszka







                                    • Gość: ŻonaMarcina Do Maiki od żony Marcina c.d. IP: *.toya.net.pl 07.11.03, 11:52
                                      no no Marcinek sobie tu niezłą reklamę robi: znowu wszystkie Panie się będą
                                      wokół niego kręcić. Nie ma to jak dobry marketing: wszyscy mówią, że on się
                                      minął z powołaniem.:))))))))))))
                                      Na wiele kwestii bym się chciała wypowiedzieć. ALE dziś moja kolej np. na
                                      gotowanie obiadu. I takie tam różne inne domowe czynności.
                                      Nabijam się trochę, bo Marcin wpada w samozadowolenie jaki to on jest
                                      wspaniały mąż i ojciec. A jak go trochę podenerwuję, to....(ale to już temat
                                      na poprzedni wątek w którym się wykazywał)
                                      Agnieszka
                                      • Gość: fan_gazety Re: Do Maiki od żony Marcina c.d. IP: *.krzywin.sdi.tpnet.pl 07.11.03, 12:59
                                        Gość portalu: ŻonaMarcina napisał(a):

                                        > no no Marcinek sobie tu niezłą reklamę robi: znowu wszystkie Panie się będą
                                        > wokół niego kręcić. Nie ma to jak dobry marketing: wszyscy mówią, że on się
                                        > minął z powołaniem.:))))))))))))
                                        NO, NO. ALE KTOŚ TU MARCINOWI ROBI ANTY-REKLAMĘ! A JUŻ ZACZYNAŁEM BYĆ PEŁEN
                                        PODZIWU DLA NIEGO! COŚ MI TO ZA RÓŻOWO WYGLĄDAŁO (ŻE DO WŁASNYCH DOŚWIADCZEŃ W
                                        TEJ DZIEDZINIE NAWIĄŻĘ). OD JAKIEGOŚ CZASU ŚLEDZĘ TEN WĄTEK I CZEKAŁEM BARDZO
                                        NA GŁOS TEJ, O KTÓREJ TAK DUŻO MOWY BYŁO NA TYM WĄTKU. GRATULUJĘ CI, "ŻONO
                                        MARCINA" POMYSŁU PRZYSTĄPIENIA DO TEJ DYSKUSJI! TO DOPIERO JEST CENNY GŁOS!
                                        POKAZUJĄCY PEWNE, HMMM, ODMIENNOŚCI W OCENACH, CZEGO ZRESZTĄ SIĘ BYM
                                        SPODZIEWAŁ! TAK TO JEST, GDY SŁUCHAMY TYLKO JEDNEJ STRONY.

                                        > Na wiele kwestii bym się chciała wypowiedzieć. ALE dziś moja kolej np. na
                                        > gotowanie obiadu. I takie tam różne inne domowe czynności.

                                        NO WŁAŚNIE, WŁAŚNIE... SAMO ŻYCIE. ALE NIE DOTYCZY TYLKO KOBIET. MĘŻCZYŹNI TEŻ
                                        MAJĄ ZWYKLĘ CAŁĄ FURĘ ZAJĘĆ, OD KTÓRYCH NIKT ICH NIE ZWOLNI. JEDNAK, GENERALNIE
                                        MAM TAKIE SAMO ZDANIE JAK TY - JEDNAKOWE WARUNKI PRACY NAUKOWEJ DLA KOBIETY I
                                        MĘŻCZYZNY ŻYJĄCYCH W PARZE TO MIT PO PROSTU W OLBRZYMIEJ WIĘKSZOŚCI PRZYPADKÓW.
                                        MAMA TO MAMA, ŻE TAK DO OCZYWISTYCH BIOLOGICZNYCH SPRAW NAWIĄŻĘ. NIKT JEJ Z
                                        KARMIENIA PIERSIĄ NA PRZYKŁAD NIE ZWOLNI. I Z PARU INNYCH SPRAW JESZCZE: Z
                                        PORODU, JEŚLI MOWA O PARACH DZIECIATYCH, Z URLOPU MACIERZYŃSKIEGO I Z
                                        KOBIECOŚCI PO PROSTU, KTÓRA CHYBA JEST WARTOŚCIĄ (CHOĆ TRUDNĄ DO OKREŚLENIA)
                                        SAMĄ W SOBIE DLA DZIECI. I Z TEGO WSZYSTKIEGO CHYBA NIE WARTO REZYGNOWAĆ DLA
                                        KARIERY NAUKOWEJ. JESTEM PRZEKONANY, ŻE TAKA KARIERA NAUKOWA (WG DZISIEJSZYCH,
                                        OPARTYCH NA GONITWIE ZA PUBLIKACJAMI, PUNKTAMI, STYPENDIAMI ITP., STANDARDÓW)
                                        ZAWSZE JEST KOSZTEM DZIECI. TO JUŻ CHYBA LEPIEJ, ŻEBY TO MĄŻ (OJCIEC) WARIACKO
                                        SIĘ ROZWIJAŁ, JEŚLI JUŻ "MUSI" I CHCE, CHOĆBY Z POWODU, JAK PISALIŚCIE,
                                        ZARABIANIA NA ŻYCIE, A NIE OBOJE NA RAZ. TAK WIĘC WNIOSEK KOŃCOWY JEST TAKI: I
                                        PRACA NAUKOWA I RODZINA, ALE ZE WSKAZANIEM NA RODZINĘ, A PRACA NAUKOWA - JEŚLI
                                        TO JESZCZE W NASZYM KARJU BĘDZIE MOŻLIWE - SPOKOJNIE, BEZ WARIACTW, CO NIE
                                        ZNACZY, ŻE GORZEJ!! NA PEWNO TROCHĘ WOLNIEJ. TA HABILITACJA (ŻE TAK JEJ
                                        SYMBOLICZNIE UŻYJĘ TU JAKO UCIELEŚNIENIA KARIERY NAUKOWEJ) W WIEKU 32 LAT
                                        (POZAZDROŚCIĆ, MARCINIE!)U ZAMĘŻNEJ KOBIETY Z CHOĆBY JEDNYM DZIECKIEM TO CHYBA
                                        SPRAWA NIEREALNA BEZ SZKODY DLA BLISKICH, A TYM SAMYM DLA SAMEJ ZAINTERESOWANEJ!
                                        > Nabijam się trochę, bo Marcin wpada w samozadowolenie jaki to on jest
                                        > wspaniały mąż i ojciec. A jak go trochę podenerwuję, to....(ale to już temat
                                        > na poprzedni wątek w którym się wykazywał)

                                        A KTÓRY MĘŻCZYZNA OD CZASU DO CZASU NIE POPADA W SAMOZADOWOLENIE...? TO NAM DO
                                        ŻYCIA POTRZEBNE JAK TLEN!

                                        POZDRAWIAM


    • Gość: maika7 Majka do Marcina-wypalenie i definicja IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 07.11.03, 14:09
      Trzeźwo dość piszesz o tym wypaleniu, ciekawe czy ten pogląd (o robieniu
      miejsca młodym szczególnie...) zmieni Ci się z wiekiem.. Jaka jest średnia
      wieku prof. u Ciebie (Instytut? Zakład??)?. A i jak tu robić miejsce młodym,
      gdy emerytura od 70-tki?? Rezygnowac z ukochanego biurka z komputerem i półki z
      książkami i możliwości popatrzenia na żeński (lub męski w zależności od
      preferencji) kwiat młodzieży polskiej.... No trudno chyba wtedy tak
      realistycznie podejść do życia i powiedzieć - ja już swoje zrobiłem (-łam..) i
      teraz czas ustapić. Bedziesz umiał?? Bedziesz umiał przyznać się, że Twój czas
      już przeminał?? Czy mówisz tak tylko dlatego, że to jeszcze Ciebie nie
      dotyczy?? Patrzę sobie na skład rad naukowych, na ludzi piastujących najwyższe
      urzędy na uczelniach i co widzę?? Starszych panów (gółwnie). Ale nie o płeć mi
      chodzi (tym razem) tylko o wiek właśnie... Trwają jak posągi... Podparci
      dorobkiem naukowym, ale tylko chyba jednostki są nadal aktywne, "na czasie",
      otwarte na nowe... Większość tkwi, bo inaczej żyć nie potrafi?? Bo to sens ich
      istnienia?? Blokują rozwój nauki czy nie??

      >byłem na zajęciach zony: studiowałem drugi fakultet właśnie humanistyczny i
      tak się pozanliśmy, ona jako młoda doktorantka , a ja student III-ciego roku
      nauk ścisłych i I- szego tej humanistyki.....
      hehehe po drugich zajęciach się dała wyciągnąc na herbatkę, po trzecich do kina
      a potem.......mhhhhmhmhmhm

      O, jaką miałeś siłę przekonywania...

      >były takie sobie: ale to był akurat mój konik i wiedziałem więcej od niej w
      tej dziedzinie: stąd poszliśmy na tę herbatę:)

      Ciekawe jeszcze jak inni studenci oceniają spotkania (mówię o wykładach, nie
      przeinterpretuj przypadkiem) z nią. Jako interesujacą przygodę intelektualną
      czy nudne zajęcia.

      A definicja "naukowca" Co z tym??

      >moje pomysły i praktyka: no z tym gorzej, jestem teoretykiem jeśli chodzi o
      naukę:) ale pisze tez prace typowo aplikacyjne w ramach różnych grantów Uniii i
      to już typowo praktyczne rzeczy - bez wiedzy teoretycznej bym tego nie
      napisał:):):)

      Pytałam o to bo wczoraj rozmawiałam "na żywo" o przełożeniu badań tzw.
      podstawowych na praktykę. A ponieważ niematematyczkam i nie fizyczkam
      teoretyczna (praktyczna zresztą też) toteż argumentów mi zbrakło...
      Może byś jaki konkret mi podsunął??
      Bo tu powoli zahaczamy o problem odseparowania nauki i naukowców od tzw.
      zwykłej rzeczywistości. I wchodzimy w temat co warto finansować (jakie problemy
      badawcze), a czego nie warto? O matko, ale to już strasznie daleko o pytania
      początkowego w wątku...


      Majka
      • Gość: marcin32 Re: Majka do Marcina-wypalenie i definicja IP: *.toya.net.pl 07.11.03, 14:20
        Miejsce dla młodych: mój przyjaciel, z innej uczelni ma 41 lat został właśnie
        prof. belwederskim otrzymał od swojego szefa (61 lat) katedrę, tamten z
        kierowania katedrą zrezygnował (obaj to uczeni dużego formatu).
        Do takiej rezygnacji to potrzeba klasę mieć. Mnie mój szef też to samo obiecał
        (gdy szef skończy lat 60 a ja w tym czasie będę już "prawdziwym" profesorem).
        Będę musiał wieć podążyć ich śladem.
        Sam tez robię miejsce młodym już: zajęcia które bardzo lubiłem oddałem mojemu
        doktrantowi , po prostu w tej dziedzienie stał się lepszy ode mnie, ja sie
        zajmowałem produkcją punktów a on zgłębiał wiedzę.
        Mam trzeźwe spojrzenie.
        Blokuja młodych tylko miernoty.
        Wszystko spowalaniają- doktoraty, habilitacje, tytuł profesorski. Mnie szef
        popychał do przodu jak mógł. Załatwił, żeby recenzje były szybko etc. etc.
        Na resztę dziś nie odpowiem.
        Muszę zmykać do pracy.
        Marcin
        • Gość: maika7 Majka do Marcina o klasie... IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 08.11.03, 11:08
          >Miejsce dla młodych: mój przyjaciel, z innej uczelni ma 41 lat został właśnie
          prof. belwederskim otrzymał od swojego szefa (61 lat) katedrę, tamten z
          kierowania katedrą zrezygnował (obaj to uczeni dużego formatu).Do takiej
          rezygnacji to potrzeba klasę mieć. Mnie mój szef też to samo obiecał (gdy szef
          skończy lat 60 a ja w tym czasie będę już "prawdziwym" profesorem). Będę musiał
          wieć podążyć ich śladem.

          Fakt, godna podziwu jest ta rezygnacja. Chyba pierwszy raz o tym słyszę.
          Ciekawa jestem czy Twój szef dotrzyma obietnicy (bo różnie bywa..).

          >Blokuja młodych tylko miernoty.Wszystko spowalaniają- doktoraty, habilitacje,
          tytuł profesorski. Mnie szef popychał do przodu jak mógł. Załatwił, żeby
          recenzje były szybko etc. etc.

          Miernoty... trudno mi tak to oceniać, gdy patrze na mojego szefa to wiem, że
          jest w naszej dziedzinie (ekologia i ochrona środowiska) świetny. System jego
          rządów jest jednak kontrowersyjny. Ale chyba nie chcę o tym gadać...

          >Na resztę dziś nie odpowiem.
          Muszę zmykać do pracy.
          ??????????????????????????????????

          Majka
          • Gość: marcin32 Re: Majka do Marcina o klasie... IP: *.toya.net.pl 08.11.03, 22:37
            obietnica (poranka): no mówi, że dotrzyma; dał nawet "szlacheckie" słowo
            honoru; a system rządów ma liberalny, aż za liberalny chyba; dużo daje
            swobody:))))) i wolności w poszukiwaniu "prawdy". Poza tym można mu
            powiedzieć: nie masz racji, knocisz, jajka sobie robisz etc....
            Marcin
    • Gość: maika7 Majka do Agnieszki-radość IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 07.11.03, 14:11
      O witaj Agnieszko. Bardzo się cieszę, że się odezwałaś, bo potrzebne mi jest
      bardzo Twoje spojrzenie, jako drugiej strony.

      >Prawda o tytułach naukowych jest taka: mnie na tytułach nie zależy, nic się za
      tym nie kryje. Zależy mi na pracy, stałej i spokojnej a taką mi zapewnia
      uczelnia.

      I lubisz to i czujesz, że się realizujesz? (w kwestii tytułów mam podobne
      zdanie).

      >Kilka słów o pracy naukowej: Marcinowi się nie zdarzyło jeszcze, żeby jakiegoś
      drobnego błedu nie popełnić, nie pisze w stylu wydwanictw do których wysyła,
      nie robi zbyt dokładnej korekty. Wszytko to poprawia dopiero jak mu pracę
      recenzenci zaakcpetują. On poza tym bardzo szybko pracuje i umie to robić w
      każdych warunkach: np. jak ma 15 minut przerwy, albo jak wstanie wcześniej,
      albo jak jedziemy samchodem i akurat ja prowadzę to przerzuca jakieś książki
      wiecznie.

      Tego zazdroszczę (w pozytywnym sensie) tym, którzy potrafią efektywnie
      wykorzystać czas...

      >Ja tak nie umiem; muszę mieć chwilę na skupienie się, wyciszenie.

      Ja podobnie, więc dlatego też trochę ciekawi mnie czy to bardziej
      charakterystyczne dla bab czy nienab (używając nomenklatury powstałej wyzej...)

      >No i to się nazywa, że mamy tyle samo czasu na pracę naukową.

      Uff, miód w serce...

      >Ja nie umiem się wyłączyć i przestać myśleć o chłopakach, gdy są chorzy, albo
      mają jakieś kłopoty.

      Może przez tą umiejętność wyłączania się właśnie są skuteczniejsi.. i mają
      mniej dylematów i żyje im sie prościej?

      >Nie ma więc i nie bedzie równego podziału. Nie przeszkadza mi to specjalnie.

      Czyli Twój wybór, Twoja droga realizowana spokojnie, ale po swojemu i z
      satysfakcją? Czy tak?

      >Ale oburzają zachwyty wszsytkich nad Marcinem. Pewno umie gotować, zajmować
      się dziećmi, nawet pralkę umie nastawić (i prasuje ubrania chłopaków) - ale ja
      też to potrafię:))))) W jednym tylko bym go nie zastąpiła - w zarabianiu
      pieniędzy. Marcin zarabia na rodzinę. Żyjemy jak popatrzę na inne "naukowe"
      rodziny na naprawdę niezłym poziomie.

      Matko kochana - chyba nie przesadziłam z zachwytami?? Przyznaję, że zaimponował
      mi pewnością siebie, szybkością "kariery" i tym, że nie stroni od "spraw
      przyziemnych typu gotowanie (że wie, ze zanim obiad znajdzie się na stole, to
      musi byc najpierw przez kogoś ugotowany...).
      Myslę, że są panowie, którzy nie widzą takiego związku pomiedzy stołem w
      jadalni i kuchnią i taki model chyba dominuje. RR pisze (tam wyżej), że tatusie
      zmieniający pieluchy budzą zachwyt... Dlaczego? Co takiego jest heroicznego w
      zmienianiu pieluchy?

      >Na wiele kwestii bym się chciała wypowiedzieć. ALE dziś moja kolej np. na
      gotowanie obiadu. I takie tam różne inne domowe czynności.

      Agnieszko, dzięki za Twój głos, jakbys mogła od czasu do czasu do czasu zajrzeć
      tu i poprostowac nieco wyobrażenie marcinowego świata...
      Acha, a jak u Ciebie wygląda sprawa doktoratu.. Jak długo sie go robi (chodzi
      mi o czas przecietny, nie o wyscigi..). I czy masz w pracy koleżanki pasjonatki
      i czy panowie też zajmują najwyższe stanowiska??

      Majka
      • Gość: Agnieszka35 Re: Majka do Agnieszki-radość IP: *.toya.net.pl 07.11.03, 21:00
        Miło że moje listy wzbudzają zainteresowanie. Przywołana do tablicy odpowiadam.
        Doktorat na moim wydziale robi się w przepisowym czasie 8 lat dla asystentów i
        4 dla doktorantów. Ja musiałam zrobić w 3,5 roku i ostatnie miesiące to była
        gonitwa. Ale, cóż tu ukrywać, "wpadliśmy". Planowaliśmy ślub zaraz jak skończę
        robić doktorat: czyli obrona na maja miała być a ślub w czerwcu.

        Ale życie pokazało inaczej. Marcin się w maju obronił i chyba się jeden jedyny
        raz "zapomnieliśmy" (tzn. Marcin zapomniał założyć:))))))) muszę go trochę
        podenerwować:))), ładnie się czerwieni jak się złości). W czerwcu wiedziałam
        już, że muszę się zacząć spieszyć:)))). Fakt miałam wakacje, Marcin robił
        dosłownie wszystko, mieszkanie malował, jakoś urządzał. Przepisywał mi pracę
        żebym nie siedziała przy komputerze. No i zdążyłam. Na miesiąc "przed".
        Kariera naukowa też nie przebiega tak błyskawicznie. Trzeba sporo czytać,
        czytać i jeszcze raz czytać. Gromadzić dużo materiału przesiewać, szlifować.

        Mam jeszcze 2 lata kontraktu na adiunkta (oprócz tego roku). Może mi przedłużą
        warunkowo o jeszcze dwa. I wątpię czy zdążę z habilitacją. Nie potrafię
        produkować publikacji, robić dwóch artykułów z jednego, odwracać kota ogonem
        Marcin to robi idealnie, dlatego jest taki "ważny" na wydziale, bo produkuje
        dużo punktów. To jest, uważam, choroba nauki polskiej. Rozmowy kolegów: ile
        masz punktów. Wieczna gonitwa. Brak czasu na podsumowanie, zestawienie
        własnych wyników, krytyczną ich analizę.
        Mam więc parę wyjść (1) Marcin: zrobimy sobie trzeciego chłopaka i pójdziesz
        na 4 lata na urlop i coś napiszesz w tym czasie. (2) Marcin: zostanę
        profesorem i Cię wtedy nie ruszą. (3) ja: pójdę uczyć do szkoły albo na jakieś
        pobliskie wuespowo. (4) jednak napiszę habilitację.

        Pasjonatki? Jest ich sporo na moim wydziale. Są lepsze od goniących za
        pieniędzmi facetów. O wiele lepsze. Kierownikiem Katedry w której pracuję
        jest kobieta. (Na wydziale Marcina to nie do pomyślenia, tam nawet zakładu by
        nie dali "babie" poprowadzić, w katedrze Marcina jest starsza od niego (o 11
        lat) koleżanka po habilitacji a mimo to "następcą tronu" jest Marcin a
        koleżanka chyba jest naukowo z Marcinem porównywalna. Tyle, że jest dzieciatą
        babą. Więc wiadomo, nie ma czasu pierdzielić ze starymi profesorami o "dupie
        Maryni". To i się nie ustawi. Na konferencje nie jeździ. Itd itd.

        Marcinek potrafi na konferencji pójść na jeden odczyt (swój własny) ale za to
        przyjeżdża z "kontaktami". Napisze po tym ze dwie prace. Mężczyźni!!! Po
        prostu inne podejście. Poza tym ja nie mam śmiałości podejść do "super
        profesora" przedstawić się i zacząć rozmowę. Marcin nie ma oporów. Wiadomo
        albo na piwo albo na grzańca albo na spacer z chłopakami ale zawsze takiego
        wyciągnie. To też choroba nauki polskiej. Liczą się układy i kontakty.
        Nie marudzę już więcej.
        Agnieszka.
        • Gość: maika7 Majka do Agnieszki-z ciekawością IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 08.11.03, 11:10
          Czyli z tempem robienia doktoratów jest u Ciebie podobnie jak u mnie. Mąz 4
          lata zbierał materiał, ja 4 lata zbierałam materiał i jeszcz dobry rok na
          opracowanie i napisanie pracy. Jeszcze jestem przed doktoratem, mąz w trakcie
          pisania habilitacji (tez kilka ładnych lat zbierania materiału). Dzieci mamy
          juz całkiem spore, bo nie majac innej możliwości (babcie zbyt daleko, żłobka
          brak i ja tej instytucji niechętna) siedziałam na wychowawczym kilka lat. Tak
          wybrałam. Teraz dzieci są juz duże, a ja spokojnie mogę robić to co uwielbiam.
          Zajęć dydaktycznych nie prowadzimy, bo pracujemy w PAN-ie. I tak myślę
          zostanie - chyba, że się hm... zapomnimy... hm... i będzie trzeba zrewidować
          plany naukowe moje...

          Czy dla Ciebie jest ważna praca naukowa?? Bo z tego, co piszesz wydaje mi się,
          że nie zależy Ci specjalnie, że odnalazłabyś się też spokojnie w innej
          rzeczywistości i czułabyś się spełniona?

          Ostatnio przyjechał do nas przyjaciel męża. Też naukowiec (hab w trakcie, na
          medycznej). Rozmawiali głownie o punktach. Tez myślę, że to chore. Ale taka
          chyba jest ta dzisiejsza rzeczywistość. Siedzę nad swoimi pracami i chcę, żeby
          dały coś ludziom przede wszystkim, a nie żeby przyniosły punkty mojej
          instytucji... ale mam poczucie, że nie jest to dla mnie korzystne (w sensie
          przełożenia na awans zawodowy...) myślenie.

          Ciekawa jestem jakiego dokonasz wyboru na te najbliższe lata?

          Cieszę się ogromnie, że piszesz o tych pasjonatkach, i że w Twojej ocenia są
          lepsze od facetów. Miały dylemat nauka czy rodzina czy nie miały, bo potrafiły
          to pogodzić i nie stanowiło to dla nich problemu?
          Przyszło mi takie pytanie do głowy, bo u mnie kobiety niestety są najczęściej
          słabsze (merytorycznie) od panów. Rzadko trafia się jakiś zakręcony rodzynek...

          Z tą koleżanką u Marcina - może ważne jest też nie tylko bycie dobym
          merytorycznie, ale i umiejętność "marketingowa", którą, jak piszesz, Marcin
          opanował do perfekcji... Skoro koleżanka jest pozbawiona tej cechy, a Marcin ma
          i to ito, to jasne, że "wygra" w wyborach...

          Hm.. ja też nie bardzo potrafię nawiazywać kontakty z "super profesorami", ale
          postrzegam to raczej jako wadę moją i ograniczenie..
          Bo ileś fajnych współprac przelatuje mi koło nosa, a nikt nie czyta w moich
          myślach i nie wie czym się zajmuję dopóki sama mu nie powiem...

          Nauka polska ma wiele chorób, długo by o tym...

          Majka
        • fan_gazety Re: Majka do Agnieszki-radość 08.11.03, 11:45
          Gość portalu: Agnieszka35 napisał(a):

          > Miło że moje listy wzbudzają zainteresowanie. Przywołana do tablicy
          odpowiadam.
          > Doktorat na moim wydziale robi się w przepisowym czasie 8 lat dla asystentów
          i
          > 4 dla doktorantów. Ja musiałam zrobić w 3,5 roku i ostatnie miesiące to była
          > gonitwa. Ale, cóż tu ukrywać, "wpadliśmy". Planowaliśmy ślub zaraz jak
          skończę
          > robić doktorat: czyli obrona na maja miała być a ślub w czerwcu.

          Ponownie ucieszę się i ja, że zdecydowałaś się wziąć udział w tej wymianie
          poglądów! Odpisałem już na poprzednie Twoje wypowiedzi, ale może zniechęciły
          Cię te duże litery (faktycznie nie wiedziałem, że to tak okropnie wygląda –
          efekt tego że dopiero „raczkuję” na forum) albo przeoczyłaś tę wypowiedź (tak
          na wszelki wypadek się przypomnę się, bo i ja , jako ten żółtodziób na forum,
          czasem przeoczam wypowiedzi schowane gdzieś w gąszczu tych wątków, pod-wątków,
          i pod-pod-wątków. Moja żona musi mnie instruować ...

          > Ale życie pokazało inaczej. Marcin się w maju obronił i chyba się jeden
          jedyny
          > raz "zapomnieliśmy" (tzn. Marcin zapomniał założyć:))))))) muszę go trochę
          > podenerwować:))), ładnie się czerwieni jak się złości). W czerwcu wiedziałam
          > już, że muszę się zacząć spieszyć:)))).

          O, uaaa, już pewnie się czerwieni... Ale... to może w końcu to na dobre wyszło?
          Tak sobie czasem myślę, że i mojej żonie też czasem przydałby się tego typu
          (ale raczej nie taki sam jak u Was, oj nie!) „dopalacz”, by po prostu szybciej
          skończyć swoje bieżące sprawy. Ale ona jest cholernie konsekwentna, i zamiast –
          jak piszesz – gonić za punktami, czyta dużo różnych książek, czasopism, i ma po
          prostu sporo czasu dla siebie. I cóż, w zasadzie to mi imponuje takim wyborem!
          A jak zyskuje na tym rodzina, w tym i ja! Tak więc – niech już tak zostanie!



          > Fakt miałam wakacje, Marcin robił
          > dosłownie wszystko, mieszkanie malował, jakoś urządzał. Przepisywał mi pracę
          > żebym nie siedziała przy komputerze. No i zdążyłam. Na miesiąc "przed".
          > Kariera naukowa też nie przebiega tak błyskawicznie. Trzeba sporo czytać,
          > czytać i jeszcze raz czytać. Gromadzić dużo materiału przesiewać, szlifować.

          No proszę, to tak jak w mojej działce. Jestem biologiem terenowym głównie, nie
          stroniącym od matematyki i statystyki, ale co z tego – i tak materiał do
          testowania hipotez trzeba zebrać w terenie. Sezonowość zjawisk przyrodniczych w
          Polsce jest taka a nie inna, więc żeby powtórzyć oceny (zmniejszyć ryzyko błędu
          przypadkowości) trzeba czekać do kolejnego roku, potem do następnego i jeszcze
          następnego, i robi się z tego już kilka lat. To wszystko w moim przypadku było
          cholernie przyjemne ale i uciążliwe (do habilitacji, która jeszcze przede mną,
          niestety, miałem po 80 wyjść w teren od kwietnia do początku lipca przez cztery
          lata, w maju i czerwcu od 2.30 – 3.00 rano na nogach), zwłaszcza dla reszty
          rodziny... Nie wyobrażam sobie by w takich warunkach moja żona pracował a tak
          samo intensywnie, bo pewnie byśmy wszyscy zwariowali. A i tak łatwo nie było!
          Tak więc w zasadzie wyboru nie było – żona MUSIAŁA, ale i chyba chciała (o,
          rany, mam nadzieję , że nie zweryfikuje mnie tu na tym forum, taj jak Ty
          zrobiłaś z Marcinem!) zająć się jeszcze bardziej :-) niż zwykle domem.

          > Mam jeszcze 2 lata kontraktu na adiunkta (oprócz tego roku). Może mi
          przedłużą
          > warunkowo o jeszcze dwa. I wątpię czy zdążę z habilitacją. Nie potrafię
          > produkować publikacji, robić dwóch artykułów z jednego, odwracać kota ogonem
          > Marcin to robi idealnie, dlatego jest taki "ważny" na wydziale, bo produkuje
          > dużo punktów. To jest, uważam, choroba nauki polskiej. Rozmowy kolegów: ile
          > masz punktów. Wieczna gonitwa. Brak czasu na podsumowanie, zestawienie
          > własnych wyników, krytyczną ich analizę.
          > Mam więc parę wyjść (1) Marcin: zrobimy sobie trzeciego chłopaka i pójdziesz
          > na 4 lata na urlop i coś napiszesz w tym czasie. (2) Marcin: zostanę
          > profesorem i Cię wtedy nie ruszą. (3) ja: pójdę uczyć do szkoły albo na
          jakieś
          > pobliskie wuespowo. (4) jednak napiszę habilitację.

          Cóż, znowu szczerość aż do bólu... Niedawno odwiedził nas mój przyjaciel ok. 40
          lat), prący do przodu onkolog, pracujący w trzech miejscach naraz i spełniony
          zawodowo. Ma żonę i dwójkę i dzieci. Po spotkaniu, żona zapytała mnie, czy
          zdaję sobie sprawę, jak wiele czasu po święciliśmy w rozmowach punktom? Nie
          zdawałem sobie sprawy... Oczywiście mówiliśmy wielokrotnie, jak okropne są te
          punkty (od jakiegoś czasu na łamach Nature toczy się całkiem ciekawa dyskusja o
          ślepych zaułkach punktowania w nauce, I.F., rankingach, cytacjach itp.). No,
          tak ale to od nich zależy ocena dorobku, pozycja, a w efekcie pieniądze, które,
          kurcze, tak się składa, że są jakoś dziwnie potrzebne... A może Ty, Agnieszko,
          masz komfort (tak to odczuwam z Twoich wypowiedzi) spokoju prowadzenia swojego
          rozwoju zawodowego, właśnie dlatego, że Marcin „goni”? I jest taki efektywny.
          Trochę się oberwało Marcinowi różnych uszczypliwości, ale ... czy były
          sprawiedliwe w kontekście powyższego?A co tej choroby nauki polskiej – to ta
          choroba całej nauki współczesnej świata zachodniego. Nauka, z którą mam kontakt
          teraz, zdecydowanie odbiega od ideałów, które zbudowałem sobie kiedyś po
          spotkaniach z moimi „guru” z lat studenckich i lekturach takich książek,
          jak „Od marzenia do odkrycia naukowego” Hansa Selye’go. I, co tu kryć, nie
          podoba mi się taka nauka. Jeśli badacz planuje jakieś analizy głównie dlatego,
          że dostanie ileś tam punktów, to jest to chore, ale racjonalne, niestety To
          dzięki punktacjom i konkurencji w niektórych dziedzinach zrobiliśmy podobno
          jako kraj spory krok naprzód.

          > Pasjonatki? Jest ich sporo na moim wydziale. Są lepsze od goniących za
          > pieniędzmi facetów. O wiele lepsze.

          Skąd wiesz, po czym to poznać?

          > Kierownikiem Katedry w której pracuję
          > jest kobieta. (Na wydziale Marcina to nie do pomyślenia, tam nawet zakładu by
          > nie dali "babie" poprowadzić, w katedrze Marcina jest starsza od niego (o 11
          > lat) koleżanka po habilitacji a mimo to "następcą tronu" jest Marcin a
          > koleżanka chyba jest naukowo z Marcinem porównywalna. Tyle, że jest dzieciatą
          > babą. Więc wiadomo, nie ma czasu pierdzielić ze starymi profesorami o "dupie
          > Maryni". To i się nie ustawi. Na konferencje nie jeździ. Itd itd.

          Dlaczego nie jeździ?? Może sama się ustawiła w takiej właśnie sytuacji?? Ale
          generalnie to masz chyba rację. Wszelkie gremia kierownicze, rady itp. są
          strasznie zdominowane przez mężczyzn.

          > Marcinek potrafi na konferencji pójść na jeden odczyt (swój własny) ale za to
          > przyjeżdża z "kontaktami". Napisze po tym ze dwie prace. Mężczyźni!!! Po
          > prostu inne podejście. Poza tym ja nie mam śmiałości podejść do "super
          > profesora" przedstawić się i zacząć rozmowę. Marcin nie ma oporów. Wiadomo
          > albo na piwo albo na grzańca albo na spacer z chłopakami ale zawsze takiego
          > wyciągnie. To też choroba nauki polskiej. Liczą się układy i kontakty.
          > Nie marudzę już więcej.

          Agnieszko, chyba to dobrze, że Marcin taki właśnie jest! Można marudzić na
          rzeczywistość, ale co z tego wyniknie? Z tego co Marcin pisał, wynika, że
          jednak te jego wszystkie kontakty, aktywność itp., mają odbicie w ciekawych –
          jak sama napisałaś – pracach, pomysłach, stymulowaniu magistrantów itp., a nie
          tylko w karierze dla stanowisk. Mylę się? Aha, właśnie przeczytałem, że i moja
          żona napisała o tym samym koledze – onkologu. No tak, to już wiecie że maika7 i
          fan_gazety to para. Śmiesznie.

          > Agnieszka.
          • Gość: Agnieszka35 Agn. o małżenstwach naukowych w chwili zwątpienia IP: *.toya.net.pl 08.11.03, 22:08
            Kilka słów o spokoju: masz rację oczywiście. Mam spokój bo Marcin "goni",
            liczy punkty, przelicza to na premie itd. Odpada więc problem "wiązania końca
            z końcem". Drugie dno jest takie, że raczej mnie nie zwolnią, nawet jeśli
            habilitacji nie zrobię (a chyba nie zrobię). Bo o tym Marcin w sumie też nie
            zapomina - na konferencjach naukowych z mojej dziedziny też umie nawiązywać
            odpowiednie kontakty - jak pisał wcześniej jeździmy całą rodziną. Czasem to
            wzbudza sensację:) ale chłopcy są grzeczni (dopóki nie widzą Marcina). A wolę
            pracę dydaktyczną od pracy naukowej. Lubię mieć perfekcyjnie przygotowane
            wykłady, do końca przemyślane tematy prac magisterskich. Czasami też napiszę
            jakiś artykuł - ale pisanie dla samego pisania mierzi mnie jakoś. Ostatnio
            wciągnęło mnie pisanie skryptu dla studentów. Spokojna, powolna metodyczna
            praca.
            O punktach - to są akurat wyścigi. Na wydziale Marcina jest paru
            takich "chłopców" którzy produkują większość "wytwarzanych" tam prac.
            Oczywiście tłumaczą to "poświęcaniem się dla dobra wydziału, pracą po to, żeby
            wydział nie upadł" a żaden nie przyzna się, że ich to podnieca po prostu. Jak
            o tym opowiadają to w takim stylu jak chłopcy w liceum mówili o miłosnych
            podbojach - a ja napisałem pracę w 2 tyg. i po kolejnych 4 mi ją przyjęli; e
            eeee to ja byłem lepszy: napisałem pracę w jeden dzień a po 2 tyg. mi przyjęli
            (to mój Marcin) i tak dalej; a ja z jednej zrobiłem dwie; a ja napisałem inne
            ujęcie i się nikt nie skapnął, że to ten sam wynik w sumie.....Do tego jakieś
            piwko sączą, oglądają tzw "dupy" w sieci - idylla, przedłużone liceum. I po
            tej ciężkiej naukowej pracy trzeba iść na zajęcia - a może zaboli mnie głowa;
            albo wyłączę napięcie; albo może znowu padnie sieć; albo studenci sami uciekną
            i będzie można wrócić od filozofowania.
            Trochę się nabijam:)))))))))))))))). Ale to tak wygląda. Marcinkowi też się
            zdarza wykład odwołać : jak siedział cały tydzień i pisał to potem nie bardzo
            ma o czym mówić. Dziekan wie, ale słowem się nie odezwie. Wiadomo, punkty,
            kategorie, samoocena, akredytacja, PAKA, UKA.
            Tak nasz dzisiejszy dzień wyglądał : ja pisałam wykład, Marcin jakąś pracę a
            do wykładu zrobił w 30 minut wyklejanki z książek (sam nie kserował,
            magistrantki się wykazały) - no bo przecież "nie ma siły " tego pożądnie
            napisać. Efekt - na wykłady moje zapisuje się po 10, 12 osób. A na Marcina po
            około 50, 60. Tylko czy dlatego, że takie dobre czy dlatego, że Marcin nie
            lubi egzaminować (kto by tyle czasu marnował).
            Zazdroszczę mu tak naprawdę. Ale ja tak nie umiem.
            To jest najgorsze w naukowych małżeństwach: zazdrość właśnie. Zbędna
            rywalizacja. Chęć pokazania: ja też nie jestem gorsza. Też potrafię być dobra:
            choć w innej dziedzinie.
            Marcinku nie wściekaj się:))))
            Agnieszka
            • Gość: Marcin32 Re: Agn. o małżenstwach naukowych w chwili zwątpi IP: *.toya.net.pl 08.11.03, 22:42
              Odpowiadam na "post" żony kurka wodna:) trochę prawdy - pogoń za punktami
              wieczna; trochę goryczy; zawsze się płaci jakąś cenę....
              o egzaminowaniu : no osobiście nie egzaminuję:)))))) ale pisemny egz. jest i
              doktorant sumiennie pilnuje i nawet są czasem bańki (byle nie za dużo, zgodnie
              z rozkładem Gaussa:))))))))))))))))))))))))))))))))).
              Więcej nie piszę, bo się pokłócimy a ani myślę topora wojennego wykopywać:
              dopiero co zakopany:))))))))))))))))
              Marcin
              • Gość: maika7 Do Agnieszki, Marcina i obojga-Majka IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 09.11.03, 12:27
                Do Marcina:
                Został nam jeszcze nie rozstrzygnięty problem definicji "naukowca".
                I przełożenia Twojej wiedzy teoretycznej na praktykę (przykład zastosowań - np
                tych z grantów z UE). I problem odseparowania naukowców od "życia".
                "Szlacheckie słowo honoru może ważne jest dla panów, dla mnie niekoniecznie.
                Nie polegałabym na męskich obietnicach (dawane nawet w najlepszej wierze bywają
                modyfikowane z czasem...). To tak a propos tego obiecanego stanowiska przez
                Twojego szefa...
                Interesuje mnie jescze co nazywasz "poszukiwaniem prawdy" - chciałabym zobaczyć
                czy myślisz podobnie o nauce i pracy naukowej jak f_g (mój mąż).

                Do Agnieszki:
                Mam wrażenie, że (podobnie jak ja) lubisz to co robisz i widzisz w tym wartość
                i nie zależy Ci na gonieniu na przód (w sensie punktów i ilości publikacji), a
                stawiasz na swój rozwój i rzetelność w tym, co robisz. Ja nie chcę odkryć
                Ameryki, dostać Nobla, chcę rzetelnie robić swoje. Czasem mam wrażenie, że
                mogłabym pracować nieco szybciej i może trochę lepiej (np. podszlifować języki,
                popracować nad nieśmiałością itp.). Ale myślę też, że dość realistycznie
                oceniam swoje możliwości i nie chcę oddawać się tylko nauce, chcę mieć czas na
                inne rzeczy i może dlatego Skłodowską to ja już nie bedę.. Mam tego świadomość
                i nie udaję, że umiem więcej niż umiem.
                U nas (jako parze naukowców) sytuacja wygląda trochę inaczej niż u Was, bo: (1)
                jesteśmy po tych samych studiach. (2)pracujemy w tej samej Stacji Badawczej. (3)
                pracujemy nawet w tej samej pracowni. (4)bywa, że piszemy wspólne prace-tam,
                gdzie botanik uzupełnia zoologa.
                Wydaje mi się, że nie konkurujemy. Ja czuję wsparcie (pomoc w domu, pomoc w
                pracy) męża i mam nadzieję, że on czuje podobnie (przynajmniej tak bym
                chciała). Innymi słowy gramy do jednej bramki. Nauczyliśmy się też szanować
                różnice między nami, inne podejście do nauki, do wykorzystania czasu w pracy i
                po (choć naukowcy chyba nigdy nie są "po pracy".. ).
                Zazdrość i konkurencja zniszczyłaby nas.

                Do Was razem:
                Przepraszam za burzę, chciałam poznać Wasze zdanie, a nie stwarzać sytuacji
                wojennych. F_g mówi, że jak czyta posty Agnieszki to tak, jakby mnie chwilami
                słyszał... My mamy już bardzo jasno poukładane co kto chce robić i kogo na co
                stać i jak sobie pomagamy. Chyba nigdy się o to nie spieraliśmy, co najwyżej
                zarzucaliśmy sobie brak zrozumienia drugiej strony (wszak nasze punkty widzenia
                są często dmienne..), ale po wyjaśnieniach dochodziliśmy do kompromisu, który
                satysfakcjonował nas oboje i żadne z nas nie czuło się przegrane. Czego i Wam
                życzę...
                Majka
                • Gość: Marcin 32 Re: Do Agnieszki, Marcina i obojga-Majka IP: *.toya.net.pl 10.11.03, 11:08
                  Do Marcina:
                  > Został nam jeszcze nie rozstrzygnięty problem definicji "naukowca".
                  > I przełożenia Twojej wiedzy teoretycznej na praktykę (przykład zastosowań -
                  np
                  > tych z grantów z UE). I problem odseparowania naukowców od "życia".
                  > "Szlacheckie słowo honoru może ważne jest dla panów, dla mnie niekoniecznie.
                  > Nie polegałabym na męskich obietnicach (dawane nawet w najlepszej wierze
                  bywają
                  >
                  > modyfikowane z czasem...). To tak a propos tego obiecanego stanowiska przez
                  > Twojego szefa...
                  > Interesuje mnie jescze co nazywasz "poszukiwaniem prawdy" - chciałabym
                  zobaczyć
                  >
                  > czy myślisz podobnie o nauce i pracy naukowej jak f_g (mój mąż).
                  Naukowcem nazywamy człowieka z pasja pogłębiającego i rozszerzającego wiedzę,
                  spogląglądającego daleko poza wytyczone horyzonty i z łatwością
                  przekraczającego "kanoniczne' podziały.
                  Reszta to nauczyciele akademiccy. Bardzo potrzebni, niezbędni wręcz.
                  Szlacheckie słowo honoru: traktuję bardzo poważnie; słowo to słowo. Ma się
                  tylko jedno. Poza tym on (tj. mój szef) myśli o szerszej karierze; o szerszych
                  wodach (a "kurnika" ktoś pilnować musi, bo w razie czego trzeba mieć dokąd
                  wracać).
                  Poszukiwanie prawdy obiektywnej, niezależnej od interprectaji, zmienności
                  nastrojów, poglądów. To dają nauki ścisłe a nie daja humanistyczne.
                  Aplikowalność wyników: nie wiem na razie. MOŻE kiedyś w przyszłości? Na pewno
                  te które piszę w ramach grantów są stosowane (ale z tego kariery naukowej nie
                  robię). To dłuższy temat. Dotyczy bardziej poglądów na moją dziedzinę:)
                  Marcin
                  co do konkurecnji: to jest ona bezsensowna: istotnie. Nie daję się jednak jej
                  uniknąć - w naszym układzie. To źle i ja to wiem. Nawet mogę zmienić pracę: bo
                  po konkurować: w końcu znam ze trzy języki, kilka języków programowania, więc
                  jakos bym się też ustawił.
                  M.
                  • Gość: maika7 Re: Do Agnieszki, Marcina i obojga-Majka IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 10.11.03, 17:46
                    Definicja "naukowca": podałeś dość pojemną definicję, (nawet pokrywa się w
                    dużej części z moją..) można do niej wrzucić też światłych nauczycieli
                    akademickich, bo przecież mogą "z pasją pogłębiac i rozszerzać wiedzę itd...
                    Nie rozumiem dlaczego w takim razie twierdziłeś kilka postów wyżej, że z
                    kobiety "żaden" naukowiec?? Ale niech Ci będzie, pogodziłam sie już z faktem,
                    że dla niektórych mężczyzn kobiety są dość swoiście pojmowanymi jednostkami i
                    nie chce mi się reformować jednostek niereformowalnych... Innymi słowy: będę
                    sobie naukowcem niezależnie od Twoich poglądów i tyle. Płci też nie zmienię....

                    >Szlacheckie słowo honoru: traktuję bardzo poważnie; słowo to słowo. Ma się
                    tylko jedno. Poza tym on (tj. mój szef) myśli o szerszej karierze; o szerszych
                    wodach (a "kurnika" ktoś pilnować musi, bo w razie czego trzeba mieć dokąd
                    wracać).

                    OK, czas pokaże jak to się sprawdzi w praktyce i czy mój sceptycyzm był
                    uzasadniony... życzę Ci, aby nie był....

                    >Poszukiwanie prawdy obiektywnej, niezależnej od interprectaji, zmienności
                    nastrojów, poglądów. To dają nauki ścisłe a nie daja humanistyczne.

                    Tu jesteście dość spójni w sądach z F_G. Dzięki.

                    >Aplikowalność wyników: nie wiem na razie. MOŻE kiedyś w przyszłości? Na pewno
                    te które piszę w ramach grantów są stosowane (ale z tego kariery naukowej nie
                    robię). To dłuższy temat. Dotyczy bardziej poglądów na moją dziedzinę:)

                    Jakos nie do końca wyraźnie to rozumiem, brak mi konkretów (z abstrakcją u mnie
                    gorzej...). Pytałam o te przykłady, bo nie umiem sama ich wymyślić będąc
                    bardziej humanistką niż ścisłowcem. (F_G oburza się na takie traktowanie
                    biologii, bo twierdzi, że to właśnie nauka wyraźnie ścisła - po uszy tkwi w
                    statystycznych obliczeniach i modelowaniu...).

                    >co do konkurecnji: to jest ona bezsensowna: istotnie. Nie daję się jednak jej
                    uniknąć - w naszym układzie. To źle i ja to wiem. Nawet mogę zmienić pracę: bo
                    po konkurować: w końcu znam ze trzy języki, kilka języków programowania, więc
                    jakos bym się też ustawił.

                    Życzę "konsensusu"... daje siły na życie i pokazuje co jest dla nas wartością
                    najistotniejszą... Ważne chyba tylko w tym osiąganiu kompromisu, żeby nie mieć
                    poczucia poświęcania się, bo po latach rodzi nowe konflikty (na przykładzie
                    zaprzyjaźnionego małżeństwa...).

                    I jeszcze słówko w sprawie żon nieklasycznych... przemyślę sprawę herbatek...,
                    ale prasowanie odpada - nie znoszę...

                    Majka
                    • Gość: Marcin32 Re: Do Agnieszki, Marcina i obojga-Majka IP: *.toya.net.pl 10.11.03, 19:20
                      Abstrakcja - no to widzisz; to co robi Twój mąż to typowe aplikacje; łatwe i
                      przyjemne: takie badanie i wymyślanie rozmaitych modeli właśnie w ramach
                      grantów EU sie dzieje: przynosi satysfakcję ale w tzw. "porządnym" czasopiśmie
                      opublikować trudno... bo za mało teoretyczne a jak model robi się dostatecznie
                      teortyczny to jest mało aplikowalny i tak dalej i tak dalej...
                      humanistka jest historykiem (moja żona)
                      ja też zresztą takie studia po drodze skończyłem na podstawie arcy cennej
                      dysertacji o losie rodziny ks. W. od 1800 mniej więcej do okresu rewolucji
                      październikowej w świetle "cennych" materiałów faktograficznych; tj.
                      nieujawiananego archiwuum rodowego- cos tam "nieporządnie" i bardzo po łebkach
                      wybrałem; poprzypominałem sobie opowieści babci i prababci (niekoniecznie
                      zgodne z papierami w archiwum) starannie od dziecństwa wysłuchiwane i w 3 tyg.
                      miałem "pracę". (To apropos łatwości w badanich naukowych w humanistyce -
                      zawsze coś w wyjdzie; w naukach scisłych nie jest tak łatwo; od 10 lat zmagam
                      się z jednym problem i jak już go uchwucę to się wymyka znowu - przy okazji
                      powstał doktorat i habilitacja, ale problem nie rozwiązany wciąż) . Agnieszka
                      w archiwum dłubie dalej: bo się tego obija trochę: ))))))) Tyle, że ma
                      trudniej bo nie zna powyzszych opowieści (chłopaki je uwielbiają za to:))) jak
                      im moja babcia a ich prababcia opowiada - widać ja za 40, 50 lat też będę
                      musiał opowiadać podobne bajki - ciekawe na ile się wtedy obraz zniekształci)
                      Marcin
                      • Gość: Agnieszka35 Do Marcinka IP: *.toya.net.pl 11.11.03, 00:24
                        Marcinie mój zarozumiały mężu! I tak wszyscy wiedzą , że jesteś "the
                        beściakiem" nawet jak w przypływie złości Cię pokrytykuję (ale to po to żebyś
                        w narcyzm nie wpadł i nie skamieniał).
                        A mój cel jest taki: jesteśmy właśnie ze sobą lat 11. 11 listopada '92 już Ci
                        się nie mogłam oprzeć:)))). Zawsze działałeś szybko (poznalismy się w
                        październiku przecież) i najczęściej skutecznie:). Tego Ci życzę: skuteczności
                        i trochę wolniejszego tempa. Bo ja czasem też chcę zdążyć.
                        Agnieszka
                        • Gość: Marcin32 Re: Do Marcinka IP: *.toya.net.pl 11.11.03, 11:15
                          no no no. Obiecuję, nie będę już "piratował" na rowerze; będziesz mogła
                          zdążyć:))))))))))))))
                          Marcin
                      • fan_gazety F_g do Marcina o naukach 11.11.03, 10:34
                        Gość portalu: Marcin32 napisał(a):

                        > Abstrakcja - no to widzisz; to co robi Twój mąż to typowe aplikacje; łatwe i
                        > przyjemne: takie badanie i wymyślanie rozmaitych modeli właśnie w ramach
                        > grantów EU sie dzieje: przynosi satysfakcję ale w tzw. "porządnym"
                        czasopiśmie
                        > opublikować trudno... bo za mało teoretyczne a jak model robi się
                        dostatecznie
                        > teortyczny to jest mało aplikowalny i tak dalej i tak dalej...

                        Czołem, Marcinie!
                        Bardzo chciałbym, by te aplikacje były łatwe i przyjemne. Niestety, nie są
                        takie... Najbardziej mi bliskie jest szukanie prawidłowości na linii organizmy-
                        ich środowisko, (zwłaszcza cały krajobraz, a nie tylko jego drobne wycinki), a
                        na tle ochrony różnorodności biologicznej. Żeby takie analizy prowadzić, trzeba
                        dwóch podejść:

                        A) Założyć, że zachowania organizmów, zmiany liczebności itp. można opisać
                        paroma równaniami matematycznymi i do tego bazować na modelach teoretycznych
                        krajobrazów typu "neutral simulated landscape" i różne takie inne komputerowe
                        zabawy, o których już całą mase książek i artykułów napisano, w USA zwłaszcza.
                        Wtedy sprawa robi sie lekka, łatwa i przyjemna i można generować całe wirtualne
                        ekosystemy, krajobrazy i badać ich wirtualną strukturę oraz wirtualne
                        zależności między nimi, nie wyściubiając nosa spoza komputera. A jak to mało
                        kosztuje...! Tylko, że to wszystko jest wirtualne. Nie sposób tego testować, bo
                        systemy ujmowane w tych symulacjach są tak skomplikowane, że nie da
                        się "ugryźć" badaniami w przyrodzie - właśnie z powodu zbyt dużej złożoności.
                        No i te modele żyją własnym życiem, buduje się modele konkurencyjne itd.,
                        tylko, że to wszystko są ciągi zer i jedynek, a nie przyroda. Tak nie lubię i
                        chyba nie będę się tym zajmował... Chyba - piszę, bo kto to wie? Te punkty...

                        B) Zebrać realne dane w terenie, co oznacza zwykle kilka sezonów na jeden
                        problem badawczy, bo przecież jest zmienność "losowa" (?), sezonowa (klimat
                        itp. ) itd. Zbierasz dane o danej grupie organizmów, rónolegle - dane o
                        krajobrazie (mapy, zdjęcia lotnicze, satelitarne), no i szukasz jakiejś logiki
                        w strukturze zależności pomiędzy tymi dwiema grupami zmiennych. A potem
                        budujesz model zależności, ale nie teoretyczny, tylko oparty na realnych
                        danych. A potem pozostaje sprawdzić jego uniwersalność... Mozolne to okropnie,
                        ale ciekawe. No i to wschodzące słonce nad zroszoną łąką we mgle...

                        Oczywiście wierzę :-) że podejście B) jest tym właściwszym. Ale ... jest to
                        podejście dużo droższe, wolniejsze, a w efekcie sprawia wrażenie mniej
                        efektywnego, niż np. w biologii eksperymentalnej i medycynie. Mniej publikacji,
                        mniej punktów, wolniejszy rozwój osobisty i tyle. Ale czy to oznacza, że
                        faktycznie gorsze (jeśli moje przekonanie jest prawdziwe), ale szybsze i pilnie
                        potrzebne (punkty!!), zawsze musi wyprzeć to lepsze ale wolniejsze?? Wygląda na
                        to, że w zbiurokratyzowanym świecie rankingów, grantów itp. tak być musi, bo to
                        przecież jedyny (?) sposób, by przekonac jako tako podatników, że publiczne
                        pieniądze sa dobrze wydawane...

                        Co do publikowania wyników, to chyba pisałeś o matematyce, tak? Że trudno
                        opublikować takie apikacyjne modele w bardzo dobrym czasopiśmie. W biologii
                        jest chyba inaczej. Pisma o najwyższe randze bardzo rzadko zamieszczają modele
                        teoretyczne (Nature, Science, Cell, Annual Review of Immunology i inne)(to może
                        mam jednak troche racji w sceptycyzmie co do tych modeli?), natomiast te nieco
                        słabsze (ale to ciągle I liga), faktycznie często zawierają wiele artykułów
                        dotyczących modeli matematycznych.
                        Swoją drogą, to jeszcze do połowy trzeciej klasy LO jedynym moim wyborem na
                        przyszłość była matma (7 godzin na tydzien było matmy w tej szkole - oj,
                        przydaje się to teraz, przydaje!)...

                        > humanistka jest historykiem (moja żona)
                        > ja też zresztą takie studia po drodze skończyłem na podstawie arcy cennej
                        > dysertacji o losie rodziny ks. W. od 1800 mniej więcej do okresu rewolucji
                        > październikowej w świetle "cennych" materiałów faktograficznych; tj.
                        > nieujawiananego archiwuum rodowego- cos tam "nieporządnie" i bardzo po
                        łebkach
                        > wybrałem; poprzypominałem sobie opowieści babci i prababci (niekoniecznie
                        > zgodne z papierami w archiwum) starannie od dziecństwa wysłuchiwane i w 3
                        tyg.
                        > miałem "pracę". (To apropos łatwości w badanich naukowych w humanistyce -
                        > zawsze coś w wyjdzie; w naukach scisłych nie jest tak łatwo; od 10 lat zmagam
                        > się z jednym problem i jak już go uchwucę to się wymyka znowu - przy okazji
                        > powstał doktorat i habilitacja, ale problem nie rozwiązany wciąż)

                        No właśnie, też mam takie wrażenie. Zawsze coś wyjdzie... Dobre sformułowanie:-
                        ). Ale w innych naukach też tak bywa, jeśli zatrzymujemy się na opisie, a nie
                        na testowaniu hipotez. W biologii, w Polskich czasopismach ciągle często
                        spotyka się prace pt. Zespoły organimów XYZ na terenie ABC w latach...)
                        Klasyczny, XIX-wieczny opis. Ale... "teorie przemijają, a fakty pozostają". Bez
                        znajomości tych faktów nie dało by się na przykład tak szybko wprowadzić sieci
                        Natura 2000. Nie lekceważyłbym więc prostych opisów rzeczywistości. Na to też
                        muszą być pieniądze, bo potem może zabraknąć faktów i nie będzie z czego
                        budować teorii.

                        >. Agnieszka
                        > w archiwum dłubie dalej: bo się tego obija trochę: ))))))) Tyle, że ma
                        > trudniej bo nie zna powyzszych opowieści (chłopaki je uwielbiają za to:)))
                        jak
                        > im moja babcia a ich prababcia opowiada - widać ja za 40, 50 lat też będę
                        > musiał opowiadać podobne bajki - ciekawe na ile się wtedy obraz zniekształci)

                        Ja mam jeszcze jeden ulubiony przykład, co do wiarygodności wniosków w naukach
                        humanistycznych. Jeśli nie potrafimy w sposób jednoznaczny ocenić przyczym ,
                        okoliczności stanu wojennego, który był za naszego życia, to co dopiero mówić
                        wiarygodnie o przyczynach wybuchu rewolucji październikowej na przykład...?
                        Pozdrawiam
                        • Gość: Marcin32 Re: F_g do Marcina o naukach IP: *.toya.net.pl 11.11.03, 10:54
                          Ale byśmy mieli o czym dywagować w "realu", a ileż "wódeczki" by poszło. Ależ
                          ja wiem, że Twoje obiekcje dotyczące modeli teoretycznych - tyle, że ja
                          rozumuję inaczej. Są dwa sposoby opisu: jakościowy i ilościowy i ujęcie ich w
                          jednym modelu jest zbyt trudne jak na nasze możliwości. Jakościowy opisuje
                          głowne trendy, możliwe ścieżki rozwoju, zagrożenia, choc nie poda ich
                          dokładnymi liczbami - do tego też potrzeba znać wyniki szczegółowych badań,
                          ale "mniej więcej", a modele ilościowe służą opisowi "tu i teraz", nie
                          uwzględniaja subtelnych zjawisk jak dynamika chaotyczna i inne takie tam
                          dyrdymały, które powodują, że opis ilościowy już za parę chwil, za chwil parę,
                          będzie trzeba weryfikować... etc.... nie mam coś werwy dziś, żeby to
                          dokładniej tłumaczyć.... w każdym razie - oba typy modeli są niezbędne w
                          dalszej perspektywie - dla mnie, lenia potwornego, jest tylko typ jakościowy -
                          komp i umysł i krytyczne myślenie: a czasami jak sie dopasuje parametry, to
                          coś wyjdzie, o czym wiadomo, że za jakiś czas znów trzeba będzie parametry
                          zmieniać. Etc. Etc. POza tym matematyczny opis zjawisk tak złozonych jak
                          bioogiczne NIE JEST MOŻLIWY. Są one zbyt skomplikowane- coś tam odkryjemy, ale
                          uwzględnieniając znikomą część parametrów istotnych. Smutne to. Niestety.
                          Bardzo cenię Twoje poglądy, Panie F_G. Chapeaux bas!
                          Marcin
                          • fan_gazety Re: F_g do Marcina o naukach 11.11.03, 12:05
                            >Ale byśmy mieli o czym dywagować w "realu", a ileż "wódeczki" by poszło.

                            Dywagować w "realu", jasne! Też mam wrażenie, że byłoby o czym, tylko z
                            tą "wódeczką", to ja nie bardzo... Wole lżejsze.

                            >...uwzględniaja subtelnych zjawisk jak dynamika chaotyczna i inne takie tam
                            >dyrdymały, które powodują, że opis ilościowy już za parę chwil, za chwil parę,
                            >będzie trzeba weryfikować... etc.... nie mam coś werwy dziś, żeby to
                            >dokładniej tłumaczyć....

                            Nie musisz, nie musisz - z czymś takim też stykamy się często. Pamiętam np. gdy
                            słuchałem jakiegos referatu o jakichś badaniach hydrobiologicznych, o
                            bakteriach i innych takich "artefaktach", to zaskoczyła mnie ogromnie zmienność
                            czegoś-tam-o -aktywności-bakterii. Odległość punktów pomiarowych - 10cm
                            powodowała zmianę wielkości mierzonej o trzy rzędy, i to samo z czasem, kilka
                            minut powodowało zmianę również o trzy rzędy. Jak tu opisać taki kawałeczek
                            rzeczywistości?

                            >w każdym razie - oba typy modeli są niezbędne w
                            >dalszej perspektywie - dla mnie, lenia potwornego, jest tylko typ jakościowy -
                            ɬkomp i umysł i krytyczne myślenie: a czasami jak sie dopasuje parametry, to
                            >coś wyjdzie, o czym wiadomo, że za jakiś czas znów trzeba będzie parametry
                            >zmieniać. Etc. Etc.

                            Oj, słodkie lenistwo. Coraz bardziej kombinuję (o, pardon, myślę), jak by tu
                            więcej i lepiej robić, robiąc mniej. Kurczę, magistrantów u nas nie ma (PAN) -
                            to jest problem. Z tego powodu sięgam czasem niżej, do moich uczniów z LO. Są
                            czasem takie bystrzaki, że są w stanie zrobić bardzo dokładne pomiary (np.
                            ponad 1000 pomiarów roślin), łazić w teren aż do zwariowania. To daje im
                            przygodę z nauką, pierwsze publikacje, nawet - bywa - recenzowane już w wieku
                            bardzo młodzieńczym, a mnie - kolejne, wracamy do tematu..., punkty, choć
                            skromne, ale jednak. Oj, zazdroszczę Ci tych magistrantów (no, dobra...
                            magistrantek) choćby do wyszukiwania materiałów itp. przyziemności.

                            >POza tym matematyczny opis zjawisk tak złozonych jak
                            >bioogiczne NIE JEST MOŻLIWY. Są one zbyt skomplikowane- coś tam odkryjemy, ale
                            >uwzględnieniając znikomą część parametrów istotnych. Smutne to. Niestety.

                            No, własnie, poruszanie się po omacku. Trochę maczałem palce w statystycznych
                            analizach medycznych - tam jest już na przykład - kilkaset rodzajów nowotworów,
                            każdy ma jakieś tam czynniki wyzwalające - a to genetyczne, a to środoiwiskowe
                            (tysiące). Te środowiskowe, są oczywiście powiązane tysiącami zależności,
                            podyfikowanych przez inne ko-czynniki itd., itd. Mam wrażenie, że to się cały
                            czas wymyka, że podejście typu zmienna zależna- zmienna niezależna jest jakieś
                            za ubogie, że to nie tak. Ale jak??

                            >Bardzo cenię Twoje poglądy, Panie F_G. Chapeaux bas!

                            Mnie również z ciekawością i uznaniem czyta sie Twoje otwarte wypowiedzi.
                            A swoją drogą - czy znasz kogoś, kto zajmuje się zastosowaniem "fuzzy logic".
                            Ostatnio we współpracy z Niemcami stworzyliśmy pewien model środowiskowy dla
                            jednego gatunku ptaka. Szczęście, że mogliśmy jego siłę predykcyjną testować w
                            terenie! Dał zadziwiająco dobre rezultaty. Ale na tej logice znał się ten
                            Niemiec, a nie ja - niestety. Zainteresowało mnie to jednak na tyle, że może by
                            się jeszcze coś dało ciekawego spostrzec odchodząc od logiki 0-1? A łatwiej
                            współpracowałoby się może z kimś z Polski. Jeśli znasz kogoś, kto może byłby
                            tym zainteresowany - proszę o sygnał. Może znajdziemy możliwości wspólnego
                            spojrzenia i napiszemy cos wartościowego? Za punkty, rzecz jasna :-).

                            Krzysiek
                            • Gość: Agnieszka35 Re: F_g do M. o naukach:M_rcin i Biolodzy IP: *.toya.net.pl 11.11.03, 16:08
                              Nie weź proszę kolego F_G do siebie tego co napiszę. Chcę tylko wyjaśnić
                              milczenie Marcina w kwestii Twojej propozycji. Marcinowi przez "gardło" nie
                              przejdzie, więc napiszę ja.
                              Marcinek ma już doświadczenia we współpracy z biologami i to fatalne jeśli
                              chodzi o wspólne prace.
                              A było to tak, dawno dawno temu, jak M_rcin(chłopaki na mówią czasem M_rcin na
                              Tatę a mnie się to podoba) był prostym i biednym (w punkty) doktorem zjawiła
                              się pani prof. Eleonora (imię nieprawdziwe, prof. też nieprawdziwy bo od
                              tyłu) - taka miła szatynka, długowłosa, zadbana, ładnie ubrana (a domowy
                              doktor wiadomo ani szatynka, ani ładnie ubrana), bardzo miła, przyniosła jakąś
                              czekoladę (na pewno nie jedną, bo M_rcin "pożera" tabliczkę w 5 minut i mam
                              nadzieję,ze jedynie czekoladę) i po paru komplementach zaczęli "wspópracę".
                              M_rcinek podniecony - bo się coś działo, a Pani wyrafinowana. Jak już było ku
                              końcowi - zniknęła (z pracą naturalnie, zdaje sie że były ze dwie); przestała
                              dzwonić, e-mailować etc. A M_rcin pokazał jak zwykle w sytuacji kradżieży
                              wyniku wielkopański gest typu łatwo przyszło-łatwo poszło. Ale to odchorował
                              później - podobnie jak wszystkie tego typu historie (bo jak opowiada głośno o
                              pomysłach w bufecie albo bibliotece, to nic dziwnego że jak ktoś inny usłyszy
                              to pójdzie do domu i napisze pod swoim nazwiskiem). Potem ma żal do ludzi i
                              zniechęcony jest.
                              Oczywiście jest tak, że M_rcin jest chętny do współpracy ale nieufny. I to go
                              bardzo wyhamowuje w zapale. A logiki rozmytej - wyznam w tajemnicy - nie
                              znosi. Aż tupie nogami. To hochsztapler może jakiś? Tak powiedział o jednym
                              znanym człowieku, który korzystał z aparatu logiki rozmytej. Może skostniał
                              M_rcinek już? Skoro wszystko robi szybko to może i skostnienie?
                              Agnieszka
                              • Gość: fan_gazety Do Agnieszki o współpracy IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 11.11.03, 19:00
                                >Nie weź proszę kolego F_G do siebie tego co napiszę. Chcę tylko wyjaśnić
                                >milczenie Marcina w kwestii Twojej propozycji. Marcinowi przez "gardło" nie
                                >przejdzie, więc napiszę ja.

                                Dlaczego nie przejdzie przez gardło?? Wygląda na bezpośredniego, sądząc z
                                niektórych wypowiedzi...

                                >Marcinek ma już doświadczenia we współpracy z biologami i to fatalne jeśli
                                >chodzi o wspólne prace. ... Potem ma żal do ludzi i
                                >zniechęcony jest.

                                Dzięki za pośrednictwo, ale poczekam jeszcze trochę na jego opinię. Może Marcin
                                skorzysta z okazji i będzie chciał troszkę zmienić wizerunek biologa jako
                                współpracownika?? W końcu jedna osoba, to zupełnie nie reprezentatywna
                                próbka... No, ale jeśli nie ma rady, to trudno.

                                >Oczywiście jest tak, że M_rcin jest chętny do współpracy ale nieufny. I to go
                                >bardzo wyhamowuje w zapale. A logiki rozmytej - wyznam w tajemnicy - nie
                                >znosi. Aż tupie nogami. To hochsztapler może jakiś? Tak powiedział o jednym
                                >znanym człowieku, który korzystał z aparatu logiki rozmytej. Może skostniał
                                >M_rcinek już? Skoro wszystko robi szybko to może i skostnienie?

                                No, dlatego właśnie zapytałem, czy może kogoś nie zna. Logika taka czy siaka,
                                skąd my możemy wiedzieć, co jeszcze kiedyś z tego wyniknie. Próbować chyba
                                trzeba. Jeśli dana technika jest skuteczna w dużej części problemów, to
                                dlaczego z niej nie skorzystać. Przynajmniej ruch jakiś w interesie jest. Można
                                np. kogoś zdenerwować, itd.

                                Krzysiek
                    • fan_gazety Re: Do Agnieszki, Marcina i obojga-Majka 11.11.03, 10:40
                      Gość portalu: maika7 napisał(a):

                      Innymi słowy: będę
                      > sobie naukowcem niezależnie od Twoich poglądów i tyle. Płci też nie
                      zmienię....

                      Nie zmieniaj, nie zmieniaj, nie przeżyłbym tego. Sa jakieś granice tolerancji...

                      > >Poszukiwanie prawdy obiektywnej, niezależnej od interprectaji, zmienności
                      > nastrojów, poglądów. To dają nauki ścisłe a nie daja humanistyczne.
                      >
                      > Tu jesteście dość spójni w sądach z F_G. Dzięki.

                      Dzięki za dzięki!

                      >
                      >
                      > gorzej...). Pytałam o te przykłady, bo nie umiem sama ich wymyślić będąc
                      > bardziej humanistką niż ścisłowcem. (F_G oburza się na takie traktowanie
                      > biologii, bo twierdzi, że to właśnie nauka wyraźnie ścisła - po uszy tkwi w
                      > statystycznych obliczeniach i modelowaniu...).

                      No, bo co, nie mam racji? Zajrzyj do Ecology, Ecological Research, czy wszystko
                      jedno jakiego dobrego pisma. Tam liczb, całek, rózniczek, a ostatnio nawet i
                      logiki rozmytej tyle samo co narracji!!
                      >
                      >
                      >
                      > I jeszcze słówko w sprawie żon nieklasycznych... przemyślę sprawę
                      herbatek...,
                      > ale prasowanie odpada - nie znoszę...

                      Szkoda... :-)
            • Gość: Fan_gazety F_g do Agnieszki35 IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 09.11.03, 20:06
              Gość portalu: Agnieszka35 napisał(a):

              > Kilka słów o spokoju: masz rację oczywiście. Mam spokój bo Marcin "goni",
              > liczy punkty, przelicza to na premie itd. Odpada więc problem "wiązania końca
              > z końcem". Drugie dno jest takie, że raczej mnie nie zwolnią, nawet jeśli
              > habilitacji nie zrobię (a chyba nie zrobię). Bo o tym Marcin w sumie też nie
              > zapomina - na konferencjach naukowych z mojej dziedziny też umie nawiązywać
              > odpowiednie kontakty - jak pisał wcześniej jeździmy całą rodziną. Czasem to
              > wzbudza sensację:) ale chłopcy są grzeczni (dopóki nie widzą Marcina). A wolę
              > pracę dydaktyczną od pracy naukowej. Lubię mieć perfekcyjnie przygotowane
              > wykłady, do końca przemyślane tematy prac magisterskich. Czasami też napiszę
              > jakiś artykuł - ale pisanie dla samego pisania mierzi mnie jakoś. Ostatnio
              > wciągnęło mnie pisanie skryptu dla studentów. Spokojna, powolna metodyczna
              > praca.

              Cieszę się, że przyznałaś mi rację. Bo sam ... jestem trochę w sytuacji Marcina
              (praca w PAN, jeszcze w szkole, a i jeszcze dodatkowe rzeczy czasem robię,
              zarobkowo, rzecz jasna) i przy takim zabieganiu dobrze jest, mimo wszystko czuć
              jakąś akceptację działań. U żony - chyba mam.

              > O punktach - to są akurat wyścigi. Na wydziale Marcina jest paru
              > takich "chłopców" którzy produkują większość "wytwarzanych" tam prac.
              > Oczywiście tłumaczą to "poświęcaniem się dla dobra wydziału, pracą po to,
              żeby
              > wydział nie upadł" a żaden nie przyzna się, że ich to podnieca po prostu. Jak
              > o tym opowiadają to w takim stylu jak chłopcy w liceum mówili o miłosnych
              > podbojach - a ja napisałem pracę w 2 tyg. i po kolejnych 4 mi ją przyjęli; e
              > eeee to ja byłem lepszy: napisałem pracę w jeden dzień a po 2 tyg. mi
              przyjęli
              > (to mój Marcin)

              No właśnie - to jest ta różnica chyba: Ty piszesz o tym z dużą ironią i kpiną
              prawie, a ja - w głębi duszy, co tu gadać, też bym chciał tak szybko pisać i
              publikować. Ale dzięki za te otwarte opinie. Można o nich podumać. Tylko...
              chyba nic z tego potem, niestety, nie wynika. "Czerwona królowa" z Alicji w
              Krainie Czarów czuwa... I wszelakie Bardzo Ważne Komisje, Rankingi, Recenzenci,
              też.

              i tak dalej; a ja z jednej zrobiłem dwie; a ja napisałem inne
              > ujęcie i się nikt nie skapnął, że to ten sam wynik w sumie.....Do tego jakieś
              > piwko sączą, oglądają tzw "dupy" w sieci - idylla, przedłużone liceum. I po
              > tej ciężkiej naukowej pracy trzeba iść na zajęcia - a może zaboli mnie głowa;
              > albo wyłączę napięcie; albo może znowu padnie sieć; albo studenci sami
              uciekną
              > i będzie można wrócić od filozofowania.
              > Trochę się nabijam:)))))))))))))))). Ale to tak wygląda. Marcinkowi też się
              > zdarza wykład odwołać : jak siedział cały tydzień i pisał to potem nie bardzo
              > ma o czym mówić. Dziekan wie, ale słowem się nie odezwie. Wiadomo, punkty,
              > kategorie, samoocena, akredytacja, PAKA, UKA.

              No, właśnie, samo akademickie życie... Można się oczywiście z niego wypisać,
              ale jak tu zrezygnować z takiego twórczego :-) zajęcia (nawet z tym sączeniem
              piwka i rozrywkami "netowymi" włącznie). No i z tego poczucia uczestnictwa w
              pogłębianiu wiedzy, odkrywaniu świata itp.?

              > Tak nasz dzisiejszy dzień wyglądał : ja pisałam wykład, Marcin jakąś pracę a
              > do wykładu zrobił w 30 minut wyklejanki z książek (sam nie kserował,
              > magistrantki się wykazały) - no bo przecież "nie ma siły " tego pożądnie
              > napisać. Efekt - na wykłady moje zapisuje się po 10, 12 osób. A na Marcina po
              > około 50, 60. Tylko czy dlatego, że takie dobre czy dlatego, że Marcin nie
              > lubi egzaminować (kto by tyle czasu marnował).
              > Zazdroszczę mu tak naprawdę. Ale ja tak nie umiem.
              > To jest najgorsze w naukowych małżeństwach: zazdrość właśnie. Zbędna
              > rywalizacja. Chęć pokazania: ja też nie jestem gorsza. Też potrafię być
              dobra:
              > choć w innej dziedzinie.

              Oooo, to jest ciekawy problem - rywalizacja w małżeństwach naukowych, ale
              przecież nie tylko naukowych. W wielu jest chyba rywalizacja o różne rzeczy, a
              w "naukowych" jeszcze o tak błyszczące "zabawki", jak prestiż, stanowiska,
              poważanie itp., itd. W naszym małżeństwie - chyba nie. Znaleźliśmy
              swoje "nisze" (że biologicznego terminu użyję) i chyba unikamy konkurencji, bo
              tak naprawdę chociaż konkurencja napędza, to zabiera też czas, powoduje
              trwonienie energii, no i zawiera ryzyko urazów... A poza tym, konkurowanie ma
              sens , gdy są szanse powodzenia, a jak tu można konkurować, gdy się ma sześć
              lat "wyrwanych" z naukowego życiorysu, w przeznaczeniu na urlop wychowawczy?
              Nie lepiej współpracować, uznając że osiągnięcia naukowe są RÓWNIE ważne, jak
              inne? Ale faceci w większości chyba mają "wbudowaną" konkurencyjność, chęć
              dominacji, uzyskiwanie wszelakich przewag itp. I nic się tu nie poradzi.
              Biologia po prostu.
              A po za tym: konkurencja w małżeństwie? O co i po co? To ma sens w ogóle?

              Pozdrawiam
              Fan_gazety

              > Marcinku nie wściekaj się:))))
              > Agnieszka
          • Gość: maika7 próba rozplątania wątków-do Marcina, IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 11.11.03, 11:52
            Matko jedyna, no nie dowiem się od Ciebie nic... To co robi F_G znam i widzę
            jak się może przełożyć na praktykę. O Twojej działce nic nie wiem i chodzi mi o
            JEDEN chociaż PRZYKŁAD zagadnienia czy problemu przekładalnego...

            >humanistka jest historykiem (moja żona)

            Dzięki za informację, choć bawiło mnie wymyślanie i dlatego nie spytałam
            wprost...

            Uspokuj mnie, proszę - Twoja rodzina nie miała dóbr w Wielkopolsce??? Mieszkamy
            sobie w jednym takim "dobrze"...

            Z zazdrością niejaką czytam o rodzinach znających swoje korzenie i
            pielęgnujących tradycje rodowe. Ja jestem "nieukorzeniona". Zbieram okruchy
            historii rodzinnej, ale raczej żeby ocalić pamięć o bliskich dla moich dzieci
            niż żeby odkryć znaczenie mojej rodziny w historii, bo takowego znaczącego nie
            było.

            >w naukach scisłych nie jest tak łatwo; od 10 lat zmagam się z jednym problem i
            jak już go uchwycę to się wymyka znowu - przy okazji powstał doktorat i
            habilitacja, ale problem nie rozwiązany wciąż)

            Zawsze zadaję sobie pytanie - jeśli ten problem, przed którym stoję pozostanie
            nierozwiązany to czy to ktoś zauważy? A jak zostanie rozwiązany to zauważy??
            Niezależnie - jeśli coś sprawia mi przyjemność i jeszcze dostaję za to pensję
            to to robię. Ale to już inna sprawa.
            Życzę Ci rozwiązania (albo tylko przyjemności w rozwiązywaniu) i pojawienia się
            innych problemów budzących ciekawość świata tego...

            >Agnieszka w archiwum dłubie dalej: bo się tego obija trochę: )))))))

            Ech, co ja będę komentować.... :-)

            >Tyle, że ma trudniej bo nie zna powyzszych opowieści (chłopaki je uwielbiają
            za to:))) jak im moja babcia a ich prababcia opowiada - widać ja za 40, 50 lat
            też będę musiał opowiadać podobne bajki - ciekawe na ile się wtedy obraz
            zniekształci)

            Ciekawe, ciekawe, tym bardziej, że podobno relacje rodzinne ulegają swoistemu
            filtrowi i uwypuklane są jedne cechy, a zapominane bądź wypierane z historii
            rodzinnych drugie, które zacierają w efekcie różnorodność postaw występujących
            w danej rodzinie. I wychodzi, że rodzina była spójna i bohaterska na jakimś
            froncie. Obcinany jest jej koloryt...

            Namieszało się z tymi postami, gadamy jeden przez drugiego... Wątek się zatarł,
            tematy poboczne porobiły, dyskusje na tematy inne zeszły... śmiesznie tak...
            Majka
            • Gość: Marcin32 Re: próba rozplątania wątków-do Marcina, IP: *.toya.net.pl 11.11.03, 15:42
              Ano tak: uspokoję Cię. W Wielkopolsce to raczej nie. Tzn. ani po kądzieli ani
              po mieczu bezpośrednim: a zagłebiając sie to i owszem.....
              ale to taka jedensta woda po kisielu...
              Problemu rozwiąznego niewielu zobaczy.. kogo to....
              Z przykładem z "real-life" będzie trudno.. uuu trudno...
              modele chemioterapii raka - uboczna działalność w ramach grantu EU.
              Marcin
              • Gość: maika7 Majka do Marcina kolejne pytanie... IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 11.11.03, 18:59
                Nie będę Cię już męczyć z tymi przykładami. Wymiękłam.

                Mam jeszcze jedno pytanie do Ciebie jako faceta naukowca. Czy myślisz, że
                byłbyś bardziej twórczy jako wolny (bez rodziny - w tym sensie wolny) człowiek?
                Rozmawialiśmy sobie kiedyś z F_G na ten temat. I ciekawi mnie zdanie innego
                pana (naukowca z rodziną i to już w miarę stabilną- kilkuletnią). Czyli pytanie
                brzmi: po latach związku uważasz, że rodzina Cię
                - dopinguje,
                - blokuje,
                - jest obojętna
                - inne...

                Majka
                • Gość: Marcin32 Re: Majka do Marcina kolejne pytanie... IP: *.toya.net.pl 11.11.03, 21:16
                  Twórczość to stan umysłu, niezależny od otaczających warunków życiowych
                  materialnych etc.. nie byłbym ani mniej ani bardziej twórczy...
                  może byłbym dokładniejszy w tym co robię - ale wątpię, zamiast zajmować się
                  rodziną robiłbym wiele innych rzeczy niekoniecznie służacych pogłebianiu
                  obiektywnej prawdy o świecie:)))))))))))0
                  a sama rodzina własna - bardzo dopinguje, nakręca, pomaga przeżyć chwilowe
                  depresje, chce się żyć i jest dla kogo żyć (jak któryś chłopak przyjdzie się
                  przytulić, to zaraz jest lżej, szybciej myśli płyną)
                  małżeństwo - tu podzielam w pełni poglądy Lewina z "Anny Kareniny"
                  ogólnie - na plus
                  Marcin
    • Gość: maika7 Majka do F_G-zaskoczenie IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 07.11.03, 14:12
      Strasznie źle się czyta DRUKOWANYMI LITERAMI... wydaje mi się, że się znamy..
      ten Krzywiń... też gdzieś w leszczyńskim hę... fajnie, że się włączyłeś,
      witaj... Lubię Twoje wyważone sądy..
      M.
      • Gość: fan_gazety Re: Majka do F_G-zaskoczenie IP: *.krzywin.sdi.tpnet.pl 07.11.03, 14:25
        Ach, ta technika! A myślałem, że mogę być anonimowy!. Żadnej anonimowości na
        tym zglobalizowanym świecie!
        Fajnie, że uważasz moje sady za wyważone!
      • Gość: fan_gazety Re: Majka do F_G-zaskoczenie IP: *.krzywin.sdi.tpnet.pl 07.11.03, 14:32
        Jasne, faktycznie, juz nie będę tymi drukowanymi pisał.
        • Gość: Ana Re: Fantastyczny wątek! IP: *.rzeszow.mm.pl 09.11.03, 23:25
          Pozwolę sobie włączyć się. Z wielką przyjemnością przeczytałam i ... skąd ja
          to znam...
          Właśnie jestem przed obroną (pracy doktorskiej) i to wszystko, o czym piszecie
          jest mi bardzo bliskie.
          Nigdy nie zamieniłabym swojej pracy na coś innego - i szczerze mówiąc
          zdecydowanie bardziej wolę właśnie to poszukiwanie materiałów, te konferencje,
          pisanie artykułów, myślenie wreszcie itp. od zajęć dydaktycznych. To po prostu
          szalenie wciąga.
          Czy da się pogodzić karierę i życie rodzinne? Trudna sprawa - gdybym nie miała
          do dyspozycji rodziców, to byłoby to niewykonalne. A tak byłam na dwóch
          stażach. Na jednym(zagranicznym) jeszcze przed urodzeniem córki. A na drugim
          kiedy miała ok. 1,5 roku. O konferencjach nie wspomnę - 2-3 w roku. (Na więcej
          uczelnia nie ma pieniędzy). Ale gdyby nie rodzice, to byłoby to niemożliwe. Na
          męża nie mogę liczyć, bo też zajęty swoimi sprawami (radca prawny). Kiedy
          kończyłam pisanie pracy, dochodziło prawie do walki o to, kto kiedy ma
          siedzieć przy komputerze. Ja uważałam, że moja praca jest ważniejsza, on, że
          jego. W końcu - z różnych powodów - zamieszkał u siebie (ma własne mieszkanie
          w innym mieście). Oddałam mu komputer. Kupiłam sobie nowy. Widujemy się 2-4
          dni w tygodniu. Zresztą to nasze małżeństwo wisiało na włosku, ale teraz nie
          jest najgorzej. On sam potrafi gotować, prać itd. Więc nie "obsługuję" go jak
          jest u nas. Ja się nie przejmuję obiadami. Gotuję na dwa dni (o ile to można
          nazwać gotowaniem), a on, całkowite moje przeciwieństwo, nie wie rano, co
          będzie chciał na obiad. Ja kupuję w piątek jedzenie aż do poniedziałku
          włącznie, bo mi szkoda czasu na takie przyziemne sprawy, jak myślenie o
          tym , "co jutro na obiad". Jedzenie dostosowuję do córki - a ta ma stały
          repertuar jedzeniowy, więc nie ma problemu. Co będzie dalej? Najpierw obrona.
          A jak będzie wyglądać nasze życie? Nie wiem. Wiem, ze mu to imponuje - żona
          wkrótce (naprawdę kilka dni do obrony) doktor. Ale wiem też, że chciałby żebym
          od czasu do czasu była taką klasyczną żoną - i spodnie, czy koszulę
          wyprasowała itp. No i jak to z wami, mężczyznami, jest?
          Pozdrawiam
          PS. Swoją drogą poradźcie, czego ja się mam uczyć? Może najlepiej swojej pracy
          doktorskiej się przyjrzeć? Dodam, że wszystkie egzaminy mam zdane, włącznie z
          egz. przedmiotowym. Czekam na samą obronę. Dzięki za ew. pomoc.
          • Gość: Marcin32 Re: Fantastyczny wątek! IP: *.toya.net.pl 10.11.03, 10:57
            Też mam nieklasyczną żonę; koszule trzeba prać i prasować samemu (żeby tylko
            swoje, jeszcze synom wypada tez wyprasować.)
            Walki o kumputer zakończymy chyba kupnem laptopa ( z Grantu jakiegoś mam
            nadzieję).
            Przed doktoratem warto wyszukać słabe punkty swojej rozprawy i pomyśleć o co
            by się mógł recenzent zahaczyć - nie wiem czy znasz recenzje. Jeśli tak: to
            tam między wierszami jest napisane o co Cię zapytają. Najważniejszy jest
            egzamin przedmiotowy. Po nim obrona to "formalność" przynajmniej na moim
            wydziale. Ale ten egzamin jest naprawdę trudno zdać i sporo ludzi podchodzi
            kilkakrotnie.
            Mieszkanie oddzielnie to średnie wyjście. Chyba.
            A oprócz żony doktora, czasem warto mieć też zwykłą żonę: która obiadek poda,
            herbatkę zrobi. No niecodziennie, bo się znudzi. Ale od czasu do czasu?
            Marcin
          • fan_gazety Re: Fantastyczny wątek! 10.11.03, 12:08
            Gość portalu: Ana napisał(a):

            > Pozwolę sobie włączyć się. Z wielką przyjemnością przeczytałam i ... skąd ja
            > to znam...
            > Właśnie jestem przed obroną (pracy doktorskiej) i to wszystko, o czym
            piszecie
            > jest mi bardzo bliskie.
            > Nigdy nie zamieniłabym swojej pracy na coś innego - i szczerze mówiąc
            > zdecydowanie bardziej wolę właśnie to poszukiwanie materiałów, te
            konferencje,
            > pisanie artykułów, myślenie wreszcie itp. od zajęć dydaktycznych. To po
            prostu
            > szalenie wciąga.
            > Czy da się pogodzić karierę i życie rodzinne? Trudna sprawa - gdybym nie
            miała
            > do dyspozycji rodziców, to byłoby to niewykonalne. A tak byłam na dwóch
            > stażach. Na jednym(zagranicznym) jeszcze przed urodzeniem córki. A na drugim
            > kiedy miała ok. 1,5 roku. O konferencjach nie wspomnę - 2-3 w roku. (Na
            więcej
            > uczelnia nie ma pieniędzy). Ale gdyby nie rodzice, to byłoby to niemożliwe.
            Na
            > męża nie mogę liczyć, bo też zajęty swoimi sprawami (radca prawny). Kiedy
            > kończyłam pisanie pracy, dochodziło prawie do walki o to, kto kiedy ma
            > siedzieć przy komputerze. Ja uważałam, że moja praca jest ważniejsza, on, że
            > jego. W końcu - z różnych powodów - zamieszkał u siebie (ma własne mieszkanie
            > w innym mieście). Oddałam mu komputer. Kupiłam sobie nowy. Widujemy się 2-4
            > dni w tygodniu. Zresztą to nasze małżeństwo wisiało na włosku, ale teraz nie
            > jest najgorzej. On sam potrafi gotować, prać itd. Więc nie "obsługuję" go jak
            > jest u nas. Ja się nie przejmuję obiadami. Gotuję na dwa dni (o ile to można
            > nazwać gotowaniem), a on, całkowite moje przeciwieństwo, nie wie rano, co
            > będzie chciał na obiad. Ja kupuję w piątek jedzenie aż do poniedziałku
            > włącznie, bo mi szkoda czasu na takie przyziemne sprawy, jak myślenie o
            > tym , "co jutro na obiad". Jedzenie dostosowuję do córki - a ta ma stały
            > repertuar jedzeniowy, więc nie ma problemu. Co będzie dalej? Najpierw obrona.
            > A jak będzie wyglądać nasze życie? Nie wiem. Wiem, ze mu to imponuje - żona
            > wkrótce (naprawdę kilka dni do obrony) doktor. Ale wiem też, że chciałby
            żebym
            > od czasu do czasu była taką klasyczną żoną - i spodnie, czy koszulę
            > wyprasowała itp. No i jak to z wami, mężczyznami, jest?

            Dla mnie - jest dokładnie tak, jak napisałaś. Po pierwsze, radość z powodu
            sukcesów żony. Nie powiem - trochę zaprawiona egoizmem, no bo to w końcu MOJA
            żona, więc trochę tego splendoru może i mi, hm, przypadnie :-) ? A z drugiej
            strony - chęć by jednak mieć oparcie w niej w sprawach domowych (ale już bez
            tego prasowania na przykład - sam się zajmuję swoją odzieżą, a bywa że i
            ubraniami żony...) o czym pisałem już wcześniej na tym wątku, bo trudno
            pogodzić dwoje prących do przodu zawodowo cały czas w tym samym tempie ludzi
            bez szkody dla nich samych, no i dla dzieci. Tak się mi zdaje. Ale to się i tak
            okaże co z tego wyszło, dopiero jak te dzieci będa miały swoje dzieci... Może i
            dobrze, będzie czas zapomnieć o swoich błędach?

            > Pozdrawiam
            > PS. Swoją drogą poradźcie, czego ja się mam uczyć? Może najlepiej swojej
            pracy
            > doktorskiej się przyjrzeć? Dodam, że wszystkie egzaminy mam zdane, włącznie z
            > egz. przedmiotowym. Czekam na samą obronę. Dzięki za ew. pomoc.

            Jasne, że trzeba sie przyjrzeć swojej pracy doktorskiej przede wszystkim. Z
            mojego doświadczenia (własnego i znajomych, z różnych zreszta dziedzin) wynika,
            że kluczowe są recenzje. Jeśli były dobre, a moge sądzić po Twoim
            zaangażowaniu, że tak, to w zasadzie chyba sprawa będzie prosta. A jeśli nie,
            no to trzeba się przygotować głównie na odparcie zarzutów. Czasem też bywa, że
            recenzenci, by nie stresować za bardzo delikwenta, tuż przed obrona szepną
            słówko (zwłaszcza jeśli znają trochę lepiej doktoranta), o co będą pytać. U
            mnie było w każdym razie bezboleśnie, potoczyło się wszystko wg scenariusza: b.
            dobre recenzje wszystkich recenzentów (w zasadzie "guru" w Polsce) w mojej
            działce, więc nie ma co ciągnąć tego, bo po co. Było miło i sympatycznie, czego
            i Tobie życzę.
            Pozdrawiam


            • Gość: maika7 Re: Fantastyczny wątek! IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 10.11.03, 17:49
              Witaj w tym wątku Ano. Hm... kolejna "baba", która chce być naukowcem, a nie
              wie, że baby naukowcami nie mogą być (złośliwię się na Marcina...).

              O, znam podobny układ, tylko odwrotny (on-naukowiec, ona prawnik).
              Co będziesz robić po doktoracie? Masz już jakieś plany?

              Też myślę (jak Marcin), że mieszkanie osobno to średnie wyjście, ale może dla
              Was jest to wyjście satysfakcjonujące.
              Będę trzymać kciuki na obronie, kiedy ją masz??

              A jakiej dziedziny zgłębiasz tajniki?? Mamy już tu geografa, biologów,
              matematyka i bliżej niezidentyfikowaną humanistkę, którą podejrzewam o jakąś
              filologię.. A Ty??

              Zakupy robimy raz w tygodniu... po co tracić czas na sklepy częściej??
              Majka
              • Gość: Ana Re: Fantastyczny wątek! IP: *.rzeszow.mm.pl 10.11.03, 19:50
                Witajcie moi mili! Miło, ze się odezwaliście.
                Egzamin przedmiotowy już zdałam, jak już wczoraj wspominałam .
                Recenzje,oczywiście, znam - sa bardzo dobre (drobne błędy stylistyczne itp.
                bez znaczenia, kilka uwag - bo przecież coś musi być). Odpowiedzi mam
                napisane - w sumie wyszło mi cztery strony, bo właściwie to nie było
                specjalnie na co odpowiadać. U nas muszą minąć trzy tygodnie od egzaminu
                przedmiotowego, by można było przystąpić do obrony. Niby wszyscy tak mówią, że
                to zwykła formalność, ale jednak. Pytania zadaje przeważnie Komisja - i nie
                wiadomo, o co może zapytać. Jeśli członek Komisji nie czytał, ani nawet nie
                przeglądał pracy (a tak właśnie bywa zazwyczaj), to albo zada pytanie
                powiązane ze swoją dziedziną, albo na temat mojej pracy - po ew. pobieżnym
                przeglądnięciu już w czasie obrony. Recenzenci pytań nie zadają - myślałam, ze
                tak jest wszędzie - a nie jest? A mój temat jest praktyczny - może (i
                powinien) zainteresować i studentów i nauczycieli akademickich.
                Moja dyscyplina to glottodydaktyka, a właściwie językoznawstwo stosowane. Ja
                się językoznawcą "nie czuję" - jestem glottodydaktykiem lub (jak kto woli)
                metodykiem nauczania języków obcych (konkretnie jednego języka obcego).
                Egzamin przedmiotowy rzeczywiście mnie wykończył. Czułam się, jak na
                przesłuchaniu, i tak dobrze, że wszyscy członkowie Komisji nie raczyli byli
                przyjść...
                Od kilku dni próbuję postawić się w roli stawiającego pytania i sama je
                wymyślam, i, oczywiście, sama sobie odpowiadam. Na głos! Może to jest jakaś
                metoda?
                został mi tydzień czasu...
                Co będę robić po doktoracie? Dalej pracować na uniwersytecie na etacie
                dydaktyczno-naukowym. I będę więcej pisać. Aha - i wiele planów pozanaukowych -
                jakieś wyprawy w kraje dalekie...
                A życie małżeńskie? bywam tez i zwyczajną żoną, ale to tak tylko w weekendy,
                dość skomplikowane i nietypowe to nasze życie małżeńsko-rodzinne.
                MAjko - też robiłabym zakupy raz w tygodniu! Ale z moim mężęm się nie da!
                Pozdrawiam
                Ana
                • fan_gazety Re: Fantastyczny wątek! 11.11.03, 10:54
                  Gość portalu: Ana napisał(a):

                  > Witajcie moi mili! Miło, ze się odezwaliście.
                  > Egzamin przedmiotowy już zdałam, jak już wczoraj wspominałam .
                  > Recenzje,oczywiście, znam - sa bardzo dobre (drobne błędy stylistyczne itp.
                  > bez znaczenia, kilka uwag - bo przecież coś musi być). Odpowiedzi mam
                  > napisane - w sumie wyszło mi cztery strony, bo właściwie to nie było
                  > specjalnie na co odpowiadać. U nas muszą minąć trzy tygodnie od egzaminu
                  > przedmiotowego, by można było przystąpić do obrony. Niby wszyscy tak mówią,
                  że
                  > to zwykła formalność, ale jednak.
                  Też uważam, że to formalność, chyba że macie inną tradycję u siebie! Ja jednak
                  nie słyszałem o żadnym przypadku nie obronienia pracy. O przepraszam, jednak
                  jeden był, z powodu ... omdlenia delikwenta (ale nie z powodu stresu raczej, a
                  z powodu choroby!). Potem zaliczył to w cuglach.

                  Pytania zadaje przeważnie Komisja - i nie
                  > wiadomo, o co może zapytać. Jeśli członek Komisji nie czytał, ani nawet nie
                  > przeglądał pracy (a tak właśnie bywa zazwyczaj), to albo zada pytanie
                  > powiązane ze swoją dziedziną, albo na temat mojej pracy - po ew. pobieżnym
                  > przeglądnięciu już w czasie obrony. Recenzenci pytań nie zadają - myślałam,
                  ze
                  > tak jest wszędzie - a nie jest?
                  Nie, dlaczego? Ale to może być ten element tradycji zależnej od wydziału,
                  uczelni itp. W końcu, forum dyskusyjne jest na obronie otwarte, i recenzentowi
                  może jeszcze przyjść coś do głowy.
                  A mój temat jest praktyczny - może (i
                  > powinien) zainteresować i studentów i nauczycieli akademickich.
                  > Moja dyscyplina to glottodydaktyka, a właściwie językoznawstwo stosowane. Ja
                  > się językoznawcą "nie czuję" - jestem glottodydaktykiem lub (jak kto woli)
                  > metodykiem nauczania języków obcych (konkretnie jednego języka obcego).

                  No, proszę, człowiek cały czas się uczy, nawet nowych nazw dyscyplin. Nie
                  znałem tej nazwy - dzięki. Ale ciekawe dla mnie, laika w tej dziedzinie, jest
                  to że ciągle można cos nowego w metodyce nauczania opisać, odkryć, wymyśleć?

                  > Egzamin przedmiotowy rzeczywiście mnie wykończył. Czułam się, jak na
                  > przesłuchaniu, i tak dobrze, że wszyscy członkowie Komisji nie raczyli byli
                  > przyjść...
                  > Od kilku dni próbuję postawić się w roli stawiającego pytania i sama je
                  > wymyślam, i, oczywiście, sama sobie odpowiadam. Na głos! Może to jest jakaś
                  > metoda?
                  Wszystko będzie dobre, co zwiększy pewność siebie.
                  > został mi tydzień czasu...
                  > Co będę robić po doktoracie? Dalej pracować na uniwersytecie na etacie
                  > dydaktyczno-naukowym. I będę więcej pisać.
                  Życzę spełnienia planów, łącznie z tym najbliższym, za tydzień!


                  Aha - i wiele planów pozanaukowych -
                  > jakieś wyprawy w kraje dalekie...
                  > A życie małżeńskie? bywam tez i zwyczajną żoną, ale to tak tylko w
                  weekendy,
                  > dość skomplikowane i nietypowe to nasze życie małżeńsko-rodzinne.
                  > MAjko - też robiłabym zakupy raz w tygodniu! Ale z moim mężęm się nie da!
                  > Pozdrawiam
                  > Ana
    • Gość: maika7 próba rozplątania wątków 2- do F_G IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 11.11.03, 11:54
      Pogadamy w domu...
      Majka
    • Gość: maika7 próba rozplątania wątków 3- do Any IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 11.11.03, 11:55
      O, jak różnorodnie się zrobiło z tymi dziedzinami... Chłopcy (Marcin i F_G) już
      Cię chyba powspierali duchowo. Trzymaj się mocno i nie daj sie żadnej komisji
      (mniej lub bardziej szacownej).

      Majka
      • Gość: Ana Re: wsparcie wskazane - dzięki za nie IP: *.rzeszow.mm.pl 11.11.03, 12:04
        Wielkie dzięki za wsparcie - tego najbardziej trzeba. JAk juz będzie "po" to
        się odezwę, oczywiście. A pytania, rzeczywiście, mogą zadawać wszyscy.
        Jest taka zasada: przewidzieć nieprzewidziane - i to chyba dotyczy takich
        sytuacji, która mnie czeka za tych kilka dni.
        Pozdrawiam
    • Gość: Richelieu* do Agnieszki35 IP: *.localdomain / 192.168.0.* 11.11.03, 14:51
      Mam jeszcze jedno, pytanie

      Mówiłaś, że poznałaś Marcina gdy on był Twoim studentem. Że w paźżdzierniku on
      przyszedł do Twojej grupy, a w listopadzie już Cię wzięło ;) Przepraszam, że
      tak obcesowo.
      Więc
      Czy nie miałaś oporów przed "zadawaniem" się ze studentami choćby z tego
      powodu, który mnie najbardziej dręczy, że może wtedy Twoje ocenianie być
      bardzo nieobiektywne, no bo jak tu dać dwójkę komuś komu chciałoby się same
      piątki.

      Mam jeszcze kilka innych, ale chyba są zbyt niedyskretne na forum
      • Gość: Agnieszka35 Re: do Agnieszki35 IP: *.toya.net.pl 11.11.03, 15:49
        Przepisał się do innej grupy, bo mu "zajęcia kolidowały" z tymi z pierwszego
        kierunku; zaraz na początku grudnia. Zwariowalibyśmy oboje inaczej. Czy nie
        miałam oporów? Nie wiedziałam jak "się mam", opory były cały czas (student
        wciąż, 3 lata młodszy, o wiele zdolniejszy, etc). Domyslam się tych
        niedyskretnych pytań :)))))))))))
        Agnieszka
        • Gość: Richelieu* Re: do Agnieszki35 IP: *.localdomain / 192.168.0.* 11.11.03, 18:43
          Gość portalu: Agnieszka35 napisał(a):

          > Przepisał się do innej grupy, bo mu "zajęcia kolidowały" z tymi z pierwszego
          > kierunku; zaraz na początku grudnia. Zwariowalibyśmy oboje inaczej. Czy nie
          > miałam oporów? Nie wiedziałam jak "się mam", opory były cały czas (student
          > wciąż, 3 lata młodszy, o wiele zdolniejszy, etc). Domyslam się tych
          > niedyskretnych pytań :)))))))))))
          > Agnieszka



          No tak. Właśnie nie mogłam sobie wyobrazić jak można swobodnie produkować się
          na środku kiedy między słuchaczami siedzi On. Ale to pół biedy, gorzej ze
          wstawieniem oceny odpowiadającej jego wiedzy, jeśli nie umie na pięć albo
          postawienie pięć i nie banie się, że ktoś posądzi o mawersacje ;)

          A niedyskretne pytania..
          nie dotyzcą domu, a tym bardziej sypialni, nie wiem czy to Tobie właśnie
          przyszło do głowy. Bo te sprawy guzik powinny mnie obchodzić. Inne zresztą
          też, i dlatego traktuję je jako dość delikatne. Czy łatwo Ci było zaakceptować
          to, że Twój były student, młodszy w dodatku, poleciał z tymi tytułami i że on
          zbiera więcej laurów. Wiem, że Ty większy nacisk kładziesz na dydaktykę itd,
          ale.. Ja chyba kobietą nie jestem ;) Skąd przyznanie, że on jest zdolniejszy i
          kiedy.. czy już wtedy gdy siedział w ławkach u Ciebie na zajęciach i błyszczał
          erudycją?
          Nie, to tak tylko. Nawet nie musisz się do tego ustosunkowywać ;)
          • Gość: Agnieszka35 Re: do Agnieszki35 IP: *.toya.net.pl 11.11.03, 21:32
            No tak. Właśnie nie mogłam sobie wyobrazić jak można swobodnie produkować się
            > na środku kiedy między słuchaczami siedzi On. Ale to pół biedy, gorzej ze
            > wstawieniem oceny odpowiadającej jego wiedzy, jeśli nie umie na pięć albo
            > postawienie pięć i nie banie się, że ktoś posądzi o mawersacje ;)

            Tego się własnie obawiałam - nikt o nas nie wiedział przecież, ale i tak sie
            obawiałam.

            A niedyskretne pytania..
            > nie dotyzcą domu, a tym bardziej sypialni, nie wiem czy to Tobie właśnie
            > przyszło do głowy. Bo te sprawy guzik powinny mnie obchodzić. Inne zresztą
            > też, i dlatego traktuję je jako dość delikatne. Czy łatwo Ci było
            zaakceptować
            > to, że Twój były student, młodszy w dodatku, poleciał z tymi tytułami i że
            on
            > zbiera więcej laurów. Wiem, że Ty większy nacisk kładziesz na dydaktykę itd,
            > ale.. Ja chyba kobietą nie jestem ;) Skąd przyznanie, że on jest zdolniejszy
            i
            > kiedy.. czy już wtedy gdy siedział w ławkach u Ciebie na zajęciach i
            błyszczał
            > erudycją?

            Wiesz z tymi laurami to jest tak. Początkowo mnie wkurzało, i to bardzo. Ale
            jedno: wiem, że on jest zdolniejszy po prostu. Drugie: to mój mąż, ojciec
            moich dzieci, zarabiający na nasza rodzinę, w końcu to Marcin nas utrzymuje
            (ja mam "gołą" pensję adiunkta, czasami jakiś ochłap za publikacje, ale na
            moim wydziale to rzadkość, na wydziale Marcina pieniądze są inaczej
            rozdzielane). Więc lepiej chyba, zeby zaszedł jak najdalej. W czwartki
            jeżdzimy razem do pracy. Ja zostawiam M_rcina po drodze i jadę dalej. Jak
            wracam to go zabieram. W ostatni czwartek przyszło mi na myśl, że fajnie by
            tak było po pana dziekana albo rektora kiedyś podjeżdżać. A że mnie to czasem
            wkurza? Życie po prostu.
          • Gość: Agnieszka35 Do Majki i F_G IP: *.toya.net.pl 11.11.03, 21:33
            Marcin obliczył, że macie co najmniej po 36 i co najwyżej po 38 lat. Czy to
            prawda?
            Ag.
            • Gość: Fan_Gazety Do Agnieszki - od F_g o wieku IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 12.11.03, 07:16
              No tak, nic się tu nie ukryje. Ale jednak drobny błąd - mamy po 39 lat.
              • Gość: maika7 Re: Do Agnieszki - od Majki o wieku IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 12.11.03, 08:42
                Marcinie, fajnie piszesz o tej rodzinie. Myślimy podobnie (ja i F_G).

                Agnieszko i Marcinie, do obliczenia naszego wieku brakowało kilku danych (mimo,
                że zaczęliśmy pracować na piątym roku studiów - jesteśmy takim studenckim
                małżeństwem). F_G od początku zdeterminowany: on chce być naukowcem, chce
                odkrywać świat i rządzące nim prawa itp... ja - nie widząca się w tym zawodzie.
                Samo zbieranie danych do doktoratu to 4 lata (i w przypadku F_G i w moim).
                Pisanie to kolejny rok, a jeszcze trochę czasu minęło do obrony (F_G).
                Zbieranie danych do habilitacji - kolejne 4 lata. Opracowanie ich (masa
                zmiennych...) to kolejny rok (w międzyczasie ileś tam artykułów, ekspertyzy,
                wyjazdy, inne badania). Teraz F_G pisze - już ma wstepną wersję, ale dzieło
                jest okazałe i będzie nad nim jeszcze czas jakiś siedział. Ja nie
                chciałam "bawić się w naukowca". Tym bardziej, że nie umiem pogodzić pracy
                terenowego biologa (czasem praca po kilkanaście godzin- i nie da sie tego
                ominąć...) z opieką nad małymi dziećmi. Dziadkowie, niańki, żłobek itp.
                odpadały z różnych powodów. Po powrocie do pracy też sobie siedziałam przez
                pewien czas na etacie technicznym i było mi miło, bezpiecznie i nawet trochę
                twórczo, bo szef powierzał mi różne prace wymagające samodzielności (w mysleniu
                przede wszystkim). A któregoś roku coś się stało i pomyślałam dlaczego nie ja?
                I dzisiaj jestem chyba najstarszą doktorantką w kraju (ale nie z musu tylko z
                chęci...). Mam jedynie satysfakcję, że pomysł doktoratu jest od początku do
                końca mój, wszystko jest w nim moje (i żadne tam "bo kazali"...). W tym roku
                skończyłam zbierać dane. Jeszcze mozolne opracowywanie i pisanie. Może uda mi
                się obronić w 2005. A potem - zobaczymy.

                Majka
              • Gość: Agnieszka35 Re: Do Agnieszki - od F_g o wieku IP: *.toya.net.pl 12.11.03, 17:30
                Mówiłam Marcinowi, że za prosto do tego podszedł, bo to PAN a nie "zwykła"
                uczelnia. Nawet na Politechnikach bywają "etaty techniczne" i też można wpadę
                zrobić wiek obliczając. Ale i tak trafił prawie : liczył prosto: skoro się
                bronisz niedługo to 8 lat +6 lat na urlopy + 24 na ukończenie studiów - 2 na
                ewentulane - rok wcześniej do szkoły albo dzieciaczek na studiach. Co do wieku
                doktorantek to bez przesady. Nie jest tak źle. Marcin ma "babę" dzieciątą po
                40-stce. Nauczycielkę ze szkoly, która kiedyś przerwała doktorat u jego
                nieboszzczyka promotora. I teraz chce wrócić do pracy naukowej. No i jak tu
                takiej powiedzieć: "jajka sobie Pani ze mnie robi"? (a zwykłego doktoranta
                werbalnie nie oszczędza, słyszę przez telefon jak nadaje). Bo u Marcinka
                trzeba po prostu też "gonić", szybko i błyskotliwie. Jak mu się chłopak
                tłumaczył, że ma imieniny narzeczonej to Marcinek uciął: to wstanie pan o 3.30
                rano i Pan przeliczy. Fakt: jak Marcin pisał habilitację to tak wstawał,
                czasem o 4.30 ale to jak chciał pospać.:))))))))))))))
                Agnieszka
                • Gość: maika7 Re: Do Agnieszki - od Majki o wieku cd IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 12.11.03, 19:47
                  A na Uniwersytecie "technicznych" nie ma?? Poza tym-dlaczego liczył mi wiek, a
                  nie F_G ?? F_G też co roku ma inne lata...

                  A asystentem jestem od chyba 3 lat - przeszłam na ten etat jak sobie wymyśliłam
                  ten doktorat i to nie od razu. A za moment będę "dzieciatą babą po 40-tce"...
                  Ale chyba nie mam na to jakiegoś szczególnego wpływu. A ta Marcinowa "baba" po
                  40-stce to może błyskotliwa jakaś i docenić by warto...

                  Chyba dobrze, że u mnie gonić się nie da. Kilka lat jest potrzebne na
                  opanowanie tzw. warsztatu czyli naukę opracowywania materiału. I tego też się
                  nie przeskoczy - ot taka specyfika kierunku..
                  A ja mam świadomość tych 6 lat do tyłu. Pomyślę z czasem o robieniu miejsca
                  młodszym.. Tyle, że u nas nie tyle liczy się pomysłowość co doświadczenie.
                  Pomysłowość i świeżość ważna, ale chyba na równi z doświadczeniem... więc mam
                  jeszcze kilka lat czasu-tak sobie myślę.

                  Dzieciaczki nam się już po studiach narodziły, teraz już duże - 12 lat (córka)
                  i 15 lat (syn).
                  Majka
                  • Gość: Agnieszka35 Re: do Majki o wieku i innych rzeczach IP: *.toya.net.pl 12.11.03, 20:50
                    Technicznych nie ma. Są wykładowcy za to i st. wykładowcy (marzenie osób bez
                    habilitacji - etat st. wykładowcy na stałe).
                    W moim kierunku też doświadczenie jest ważne. U M_rcina pomysły się liczą
                    najbardziej - najlepszy jest ten kto ma najlepsze pomysły.
                    "baba" M_rcinowa to "zawzięta jakaś baba jest" ale "nawet przy otwartym oknie
                    nie wyleci" jak twierdzi mój szanowny małżonek - a mnie tej kobiety szkoda,
                    zaczęła rodzić dzieci, musiała się wynieść na prowincję , gdzie mąż dostał
                    pracę, miała jakieś marzenia, pragnienia i wszystko ot tak poszło....
                    Świeżości podobno nie ale jest b.pracowita, solidna, kobieta po prostu. No
                    ale ma wadę - nie pracuje na uczelni (wciąż w szkole) więc jej M_rcin nie
                    może w swój feudalny system wciągnąć - pilnowania na kolowkiach, kserowania,
                    robienia obliczeń do zajęć "bo tak mi się wydaje że to wyjdzie, ja to umiem
                    b.dobrze liczyć, ale kurka wodna zabiegany taki jestem...", porządkowania
                    notatek etc... To wada M_rcinowa.
                    A mnie osobiście nie odpowiada bo jest zbyt "egzaltowana" i "swobodna". A
                    Marcinek się po prostu rozpływa. Była raz w wakacje u nas w domu. Wolę jednak
                    jak M_rcin ma doktorantów. No niedługo zejdziemy na temat zazdrości - jestem
                    piekielnie zazdrosna. Pan mąż milczy bo pojechał był "za chlebem" za granicę
                    wykładać. I teraz pewno się włóczy gdzieś. Przynajmniej wojny o komputer nie
                    ma. Ale jest i wada: zainstalowana teściowa. Na szczęscie w wersji demo i po
                    tygodniu sama się odinstaluje. To próbka języka M_rcina i jego kolegów. Mam
                    spokój bo chłopaki (lat 8 i 4 męcza babcię) i mogę choć trochę w siecie
                    pobuszować.
                    Agnieszka
                    • Gość: maika7 Re: do Agnieszki - poranne pogawędki.. IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 13.11.03, 08:20
                      Męczą mnie ci techniczni, bo znam Uniwerstytet, gdzie takie etaty są. Chyba, że
                      mam stare dane...
                      Hm.. chyba będę "duchowo wspierać" tę "zawziętą Marcinowa babę". Lubię takie
                      zawzięte i realizujące się niezaleznie od przeciwności losu matrializujacych
                      się w postaci choćby promotorów...
                      Hm.. ja też nie jestem na żadnych studiach doktoranckich i nie obowiązują mnie
                      różne takie formalności - fajne to.. żadnych kolokwiów (nawet mi do głowy nie
                      przychodzi, że coś tak przykrego mogłoby mnie spotkać...) itp..
                      Ciekawe co to znaczy "egzaltowana" i "zbyt swobodna".
                      Chyba tylko bywam zazdrosna. Ale nie wiem co by było, gdyby jakieś wianuszki
                      magistrantek się wokół F_G wiły... Tak, PAN ma niewątpliwie swoje plusy...
                      Hm.. do nas też lada moment zawita mama, ale bez związku z wyjazdami.
                      Majka
                      • Gość: Agnieszka35 Re: do Agnieszki - poranne pogawędki.. IP: *.toya.net.pl 13.11.03, 22:58
                        Czasami są etaty techniczne ale nie wydziałach które znamy.
                        Babę Marcinową wspierać należy - dzielna kobieta po prostu. Ale powinna być
                        mniej swobodna i mi Męża nie uwodzić nawet nieświadomie (no jemu to oczywiście
                        pasuje).
                        Kolokwia to makabra: mam 120 prac do poprawienia na przyszły tydzień. Marcin
                        przeliczył 120 razy 3 minuty (bo on tyle prace sprawdza, "męska solidność") to
                        360 minut czyli jeden solidny dzień pracy. Ja prace sprawdzam 20 minut. Nie
                        będę liczyła czasu.
                        A wianuszek magistrantek. Koszmar. Z jedną taką lafirynda rozmawiałam : obie
                        czekałyśmy na Marcina pod pokojem. W końcu się wysmyknęło, że jestem żoną; a
                        ona na to: o to pani na fantastycznego faceta trafiła; chyba pani nie
                        narzeka... i jak tu nie być zazdrosną....
                        Mama (Marcina) jest. Starszy syn je z książkami po pachami, myje ciągle ręce,
                        młodszy też tak chce...jeszcze parę dni i będą wspaniale ułożeni... aż wróci
                        Marcin i zapanuje zwyczajne "rozhołowie".
                        Agnieszka.
                        • fan_gazety F_g do Agnieszki: kolokwia, zazdrość 14.11.03, 07:49
                          Gość portalu: Agnieszka35 napisał(a):

                          > Babę Marcinową wspierać należy - dzielna kobieta po prostu. Ale powinna być
                          > mniej swobodna i mi Męża nie uwodzić nawet nieświadomie (no jemu to
                          oczywiście pasuje).

                          Agnieszko, rozumiem zazdrość, ona nie jest mi obca również. Ale, jestem ciekaw,
                          czy z drugiej strony nie jest Ci miło, że to właśnie Twój Wybranek jest
                          atrakcyjny dla innych kobiet?

                          > Kolokwia to makabra: mam 120 prac do poprawienia na przyszły tydzień. Marcin
                          > przeliczył 120 razy 3 minuty (bo on tyle prace sprawdza, "męska solidność")
                          > to 360 minut czyli jeden solidny dzień pracy. Ja prace sprawdzam 20 minut.
                          > Nie będę liczyła czasu.

                          Hm... trochę to znam, z nauczycielskiej pracy. Faktycznie koszmar. Najgorsze
                          jest to że towarzyszą temu sprawdzaniu sprzeczne uczucia. Cieszę się, gdy prace
                          są długie, pełne i ciekawe, a z drugiej strony one zabierają mnóstwo czasu
                          (czasem i 20 min) i wtedy z dziwną radością widzę nastepna pracę pustą, czyli 5
                          sek. sprawdzania. Masz też tak. Chociaż pewnie nie, bo te prace kolokwialne są
                          pewie twórcze, czasem i zaskakujące. Ale, ale... i ja czasem mam o czym mysleć
                          ( o poziomie swojego nauczania)! ostatnio przeczytałem, że "płazy są nazywane
                          zwierzętami wodno-lądowymi, bo ... mają skzrydła". Aż się prosiło skomentować -
                          aaaa, faktycznie dzis po drodze do pracy widziałem takie stadko ropuszek
                          lecących na zimę do Afryki. Miewasz na poziomie studenckim aż takie nonsensy w
                          tych pracach??

                          > A wianuszek magistrantek. Koszmar. Z jedną taką lafirynda rozmawiałam : obie
                          > czekałyśmy na Marcina pod pokojem. W końcu się wysmyknęło, że jestem żoną; a
                          > ona na to: o to pani na fantastycznego faceta trafiła; chyba pani nie
                          > narzeka... i jak tu nie być zazdrosną....

                          No, powtórze pytanie powyższe. Lafirynda... to takie rzadkie dziś słowo. "Moje"
                          dzieciaki z LO na pewno w 98% go nie znają (jak wielu innych :-) ). A używała
                          go często w żartach moja mama, która tak nazywała panie, które ewentualnie
                          chciałyby sie zakręcić koło mojego taty, który spędził, jak wyliczył na końcu
                          pracy, około 1/3 życia zawodowego poza domem (choć w kraju).

                          > Mama (Marcina) jest. Starszy syn je z książkami po pachami, myje ciągle ręce,
                          > młodszy też tak chce...jeszcze parę dni i będą wspaniale ułożeni... aż wróci
                          > Marcin i zapanuje zwyczajne "rozhołowie".

                          Taaak, to ciekawe, jak przyjazd tesciów zmienia pewne zwyczaje, zasady domowe.
                          U nas np. konczy się wtedy mycie naczyń przez dzieci (ich "normalny" obowiązek)
                          i parę innych rzeczy. Ale mam nadzieję, że przynajmniej ja nie powoduję
                          takiego "rozhołowia". No, może czasem...
                          > Agnieszka.
                          • Gość: maika7 i majkowe co nieco... IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 14.11.03, 08:25
                            O, widzę, że F_G dzisiaj rozpoczął dzień od pogawędek... Piewszy przychodzi do
                            pracy, bo wstaje wcześniej - z synem, który przed 7-mą ma autobus do szkoły, a
                            ja wstaję później i towarzyszę córce..
                            W większości zgadzam się z F_G, bo dość obiektywnie pisze np. o naszej domowej
                            sytuacji..
                            Z uwodzeniem lubię myśleć sobie tak: dla F_G jestem najważniejsza (jak do tej
                            pory...), co mi tam inne baby... A zainteresowanie innych pań miło głaszcze
                            męskie "ego", niech sobie będzie od czasu do czasu pogłaskany (po ego
                            tylko...)...
                            Kolokwia to rzecz już zapomniana przeze mnie. Cieszę się bardzo...

                            Jak wspomniałaś o tym Marcinowym pochodzeniu pomyślałam sobie w pierwszym
                            rzędzie o tzw. kindersztubie... U nas mamy raczej powodują pewne rozluźnienie,
                            dzieci zapominają wtedy, że mają jakiekolwiek obowiązki. Ale babcie są rzadko i
                            właściwie cieszę się, że świata poza wnukami nie widzą..
                            Koniec "poranności". Jadę do "wielkiego miasta" (siedziba naszej placówki)
                            słuchac krytycznych uwag do pierwszej wersji doktoratu koleżanki. Oj, marnie go
                            napisała, burzliwie będzie...
                            Majka
                            • Gość: Agnieszka35 Re: i majkowe co nieco... IP: *.toya.net.pl 14.11.03, 10:28
                              Pochodzenie to cały delikatny system naczyń powiązanych. Tzw. dobre
                              wychowanie, delikatny dystans, niepotrzebny czasami chłód emocjonalny (wielu
                              rzeczy "nie wypada" powiedzieć, a powiedzenie ich przynosi ulgę, likwiduje
                              stres, tego muszę Marcina uczyć). Ale i cały kosmiczny system wartości: typu
                              wartość danego słowa, dążenie do doskonałości intelektualnej, tzw.
                              inteligenckie tradycje, absolutna wolnośc duchowa, nieuleganie zwodniczym
                              iluzjom. Tego ja nie wyniosłam z domu. Ale za to ciepło, spontaniczna radość i
                              takie tam zwyczjane rzeczy. Więc babcie obie sie uzupełniają w działaniu na
                              wnuki, obie ich uczą innych rzeczy. Moja Mama ich rozpuszcza, rozpieszcza,
                              Tesciowa raczej "wychowuje". Ale najbardziej lubią babcię Marcina (oni
                              się "szybko" z dziećmi uwiajli, więc babcia Marcina jest niewiele (9 lat) od
                              mojej Mamy starsza) - rozsiadają sie i godzinami snuja opowiesci których w
                              domu już nikt nie chce słuchać bo je każdy zna na pamięć (sakramentalne" w
                              1938 jak z nieboszczykiem ojcem moim ś.p.). Ale swoje też musiałam
                              wysłuchać:)))))))).
                              Agnieszka

                              Agnieszka
                          • Gość: Agnieszka35 do F_g : kolokwia, zazdrość i Teściowa IP: *.toya.net.pl 14.11.03, 10:16
                            Pewno, że się cieszę że Marcin się podoba:))) tyle, że jemu się za bardzo
                            podoba to , że on się podoba:)))) no ale to taka zazdrość drobniutka. Marcin
                            b.młodo wygląda - wciąż na jakieś 26, 27 lat, w każdym razie nie na ojca
                            swoich dzieci:))))))))))).
                            Lafirynda to słowo mojej teściowej; inne określenia to obździdrąg (tak mówi na
                            Marcina po "paru głębszych", zambruder ("Marcin cztery dnie nieoogolny") i
                            wiele wiele innych, których nauczyła się (Teściowa) od swojej prababci a ta
                            pewno znówmod jakiejś babci i tak dalej aż do pierwszych Piastów.
                            Głupoty studenckie to makabra. Pełno ich w pracach. Wolę nie cytować.
                            Przyjazd Teściowej to rewolucja zawsze: muszą być talerzyki, filiżanki,
                            łyżeczki, które ciągle nie wiem w jakiej kolejności układać (żeby się
                            nie "zdeklasować"), czytanie codziennie wyborczej, i zaległych noblistów. Ale
                            odbieram to pozytywnie. Teściowa ma dobry wpływ na chłopców (swoich trzech
                            wychowała twardą ręką). Stają się wtedy jeszcze bardziej samodzielni niz przy
                            Marcinie. A jak to miło jak taki mały synek otwiera mi drzwi i mówi 'proszę,
                            wejdź". Nawet codzienną prasówkę wieczorem przeżyję:))))))
                            Agnieszka
                            • fan_gazety F_g do Agnieszki: kindersztuba, deklasacja 14.11.03, 11:43
                              > Marcin
                              > b.młodo wygląda - wciąż na jakieś 26, 27 lat, w każdym razie nie na ojca
                              > swoich dzieci:))))))))))).

                              Hmm... mi też mówią że trochę młodziej wyglądam, ale nie aż tak! Za to do Maiki
                              jeszcze nie dawno zwracano się na ulicy per "ty", bo ktoś myślał, że to jakaś
                              studentka, a może i licealistka...

                              > Lafirynda to słowo mojej teściowej; inne określenia to obździdrąg (tak mówi
                              na
                              > Marcina po "paru głębszych", zambruder ("Marcin cztery dnie nieoogolny") i
                              > wiele wiele innych, których nauczyła się (Teściowa) od swojej prababci a ta
                              > pewno znówmod jakiejś babci i tak dalej aż do pierwszych Piastów.

                              Lubię te stare słowa, ale i widzę jak po kolei "wypadają" z obiegu.

                              > Głupoty studenckie to makabra. Pełno ich w pracach. Wolę nie cytować.

                              No właśnie - teraz moi piszą klasówę, a ja zamiast pilnować, to piszę
                              ten "post". Może dzięki temu ilość głupot będzie mniejsza :-)

                              > Przyjazd Teściowej to rewolucja zawsze: muszą być talerzyki, filiżanki,
                              > łyżeczki, które ciągle nie wiem w jakiej kolejności układać (żeby się
                              > nie "zdeklasować"),

                              o, ja to mam podobnie, ale nie w obecności "dziadków" (choć może w obecności
                              Teściowej trochę ;-) ), tylko na jakichś oficjalnych spotkaniach za granicą i w
                              Polsce . Dobrze, że nie ma ich zbyt wiele. Nie lubię tej napuszoności i
                              sztywności, protokołu itp. No, właśnie, te łyżeczki, małe, duże, co do czego...
                              kto to wie?? Peszy mnie to, w dodatku nie widze sensu znajomości takich detali.
                              Pewnie juz nie raz się "zdeklasowałem"...

                              czytanie codziennie wyborczej, i zaległych noblistów. Ale
                              > odbieram to pozytywnie. Teściowa ma dobry wpływ na chłopców (swoich trzech
                              > wychowała twardą ręką). Stają się wtedy jeszcze bardziej samodzielni niz przy
                              > Marcinie. A jak to miło jak taki mały synek otwiera mi drzwi i mówi 'proszę,
                              > wejdź". Nawet codzienną prasówkę wieczorem przeżyję:))))))

                              Ten 4-latek tak mówi?? Czasem mamy wrażenie, że może za mało czasu poświęcamy
                              kindersztubie?? A czasem, o zgrozo, nawet buntujemy dzieci przed
                              niepotrzebnymi, naszym zdaniem, nakazami. Ot, ostatnio, syn dostał ochrzan w
                              szkole, bo nie miał na apelu uroczystym takiegoż ubrania. Powiedział nam.
                              Zapytaliśmy gop, czy wie jakie mamy zdanie na temat przymusowego "szacunku".
                              Wiedział... Dla nas to co przymusowe - traci wartość po prostu. Nauczyciele
                              raczej nie znajdą wsparcia w nas w przymuszaniu dzieci do "ładnego" ubierania
                              się.

                              f_g
    • Gość: Loki Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.nd.e / *.e-wro.net 12.11.03, 20:11
      Mój ojciec - profesor po wielu latach pracy na uczelni stwierdził: "Kobieta
      naukowiec jest jak świnka morska. Ani świnka, ani morska". Po czym rzetelnie
      dodał, że system kobiet nie promuje, a wręcz odwrotnie.
      • Gość: maika7 Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 13.11.03, 08:22
        >Mój ojciec - profesor po wielu latach pracy na uczelni stwierdził: "Kobieta
        naukowiec jest jak świnka morska. Ani świnka, ani morska". Po czym rzetelnie
        dodał, że system kobiet nie promuje, a wręcz odwrotnie.

        No jak ma promować skoro nauka jest zdominowana przez panów i podejrzewam, że
        większość ma takie właśnie poglądy. Basiton nie do obalenia - przynajmniej na
        razie...
        Majka
      • Gość: Richelieu* Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.localdomain / 192.168.0.* 13.11.03, 13:00
        Gość portalu: Loki napisał(a):

        > Mój ojciec - profesor po wielu latach pracy na uczelni stwierdził: "Kobieta
        > naukowiec jest jak świnka morska. Ani świnka, ani morska". Po czym rzetelnie
        > dodał, że system kobiet nie promuje, a wręcz odwrotnie.



        Pewnie, że przeszkadza system męskich szowinistycznych profesorów. ;))
        Zawsze się będzie trzymać swoje miejsce dla swoich, a zaakceptowanie baby
        naukowca od razu przeznacza połowę miejsc facetom.
        Nie dziwię się. Gdybym była facetem też pewnie gryzłoby mnie kurczący się
        zasób miejsc dla mężczyzn.

        jednak profesorowie jak Twój ojciec to wymierający gatunek
        na szczęście i mam coraz większą nadzieję
        • Gość: fan_gazety Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 13.11.03, 14:24
          Jaki system? Nie mażadnego systemu! To biologia po prostu. Jeśli ktoś (pani,
          pan, łysy, itd.) uwierzy, że jest jakis system przeciwko niemu, no to będzie
          stale "do tyłu". ale to z własnego wyboru trochę. Bardzo zdolni zawsze się
          wybiją, niezależnie od płci...
          • Gość: Agnieszka35 Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.toya.net.pl 13.11.03, 22:50
            Masz rację F_G, to biologia. Ja teraz siedzę w domu z dziećmi, Marcin za
            granicą, "niby wykłada" ale też rozwija się naukowo, buszuje w bibliotekach,
            czyta, dyskutuje. Przy dzieciach w wieku 8 i 4 takie wyjazdy to nie dla mnie.
            Obowiązkami się dzielimy. Ale wiadomo: wszystkie choroby, kłopiciki to na mnie
            spada. Potem nie udaje się już być tak dobrą po prostu. A system promuje w
            taki a nie inny sposób. Chociaż na wydziałach humanistycznych i nauk o ziemi,
            biologii to jest jeszcze o.k. Najgorzej jest w naukach ścisłych. Tam to się
            jest "babą", która wiadomo od żadnego faceta nie będzie lepsza bo musi dzieci
            rodzić a jak urodzi to mózgu zachodzą zmiany, przestaje bujać w obłokach i
            koniec......tzw pracy twórczej.
            Pomarudziłam.
            Agnieszka
            • fan_gazety Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i 14.11.03, 08:02
              Gość portalu: Agnieszka35 napisał(a):

              > Masz rację F_G, to biologia.

              Czuje sarkazm, rezygnację smutną? czy tez chłodne stwierdzebie faktu?

              > Ja teraz siedzę w domu z dziećmi, Marcin za
              > granicą, "niby wykłada" ale też rozwija się naukowo, buszuje w bibliotekach,
              > czyta, dyskutuje. Przy dzieciach w wieku 8 i 4 takie wyjazdy to nie dla mnie.
              > Obowiązkami się dzielimy. Ale wiadomo: wszystkie choroby, kłopiciki to na
              mnie
              > spada.

              No, cos w tym jest chyba. U nas jest podobnie. "Normalne" obowiązki - bardziej
              po równo, ale jak cos się dzieje 9choroby, przyjazdy kogoś, to od razu Maika
              bierze wiecej na siebie, jakoś tak ... automatycznie.

              > Potem nie udaje się już być tak dobrą po prostu. A system promuje w
              > taki a nie inny sposób. Chociaż na wydziałach humanistycznych i nauk o ziemi,
              > biologii to jest jeszcze o.k. Najgorzej jest w naukach ścisłych. Tam to się
              > jest "babą", która wiadomo od żadnego faceta nie będzie lepsza bo musi dzieci
              > rodzić a jak urodzi to mózgu zachodzą zmiany, przestaje bujać w obłokach i
              > koniec......tzw pracy twórczej.

              Chce wierzyć, że nie musi być tak. Ale w większości przypadków chyba nie ma
              rady. A tomz powodu wszechobecnej konkurencji - między ludźmi, grupami,
              państwami. Co by nie mówić, to właśnie z powodu większego "uwiązania" kobiety
              do dziecka (strywializuję to do karmienia, ale to przeciez dużo, dużo
              więcej!), to mężczyźni są siłą pociągową (zgoda, czasem chaotyczną, czasem nie
              dość rozumną), ale jednak. No to z powodu tej konkurencji, przecież nikt nie
              będzie zmniejszał (prawnie lub obyczajowo) efektywności tej siły... dla
              zmniejszenia różnic w tempie rozwoju zawodowego kobiet i mężczyzn. To nie
              realne.
              > Pomarudziłam.

              Eeee tam, mało...


              Acha te róznice między naukami a rola a nich kobiet. Nie mam danych
              ogólniejszych, ale co do biologii, to na naszym roku było chyba 110 osób, w
              tym 10-12 chłopaków. O ile pamiętam, 8-9 miało co najmniej przygodę z praca
              naukową, a połowa jest do dziś w nauce. Z dziewczyn - może też z pięć ... ?
              • Gość: Agnieszka35 Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.toya.net.pl 14.11.03, 10:36
                Sam widzisz:( Kobiecie jest trudniej po prostu. Mam słabszy organizm (nie
                potrafię tak jak Marcin wstawać o 3.30 i pracować, albo siedzieć do 3.00 w
                nocy, zależy od nastroju u niego) i potem udawać na wydziale jaki to on jest
                leniwy (to w dobrym tonie jest u nich). Nie umiem wyłaczać myślenia o
                rodzinie, o kłopotach chłopców, chorobach rodziców. Nie umiem po prostu.
                Kobiety chyba nie umieją tego. Marcin owszem- nawet jak jego Mama miała
                operację to siedział godzinami w szpitalu (karmienie, mycie, użeranie się z
                lekarzami) a potem wracał do domu, brał prysznic i wyciszał nad książkami się
                absolutnie. To chyba "biologia" ma tu najwięcej do rzeczy:)))
                Agnieszka.
                • fan_gazety Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i 14.11.03, 11:25
                  Gość portalu: Agnieszka35 napisał(a):

                  > Sam widzisz:( Kobiecie jest trudniej po prostu. Mam słabszy organizm (nie
                  > potrafię tak jak Marcin wstawać o 3.30 i pracować, albo siedzieć do 3.00 w
                  > nocy, zależy od nastroju u niego) i potem udawać na wydziale jaki to on jest
                  > leniwy (to w dobrym tonie jest u nich).

                  Pewnie, że trudniej! Ale nie z powodu jakiegoś "systemu". Faktycznie -
                  wspomniałas o sile organizmu. Maika tez mówi, że nie mogła by pracować tak jak
                  ja intensywnie (wspomniałem już o urokach pracy ornitologa terenowego). No to
                  znalazła swoją działkę - która nie wymaga tak wczesnego wstawania. Chyba po
                  prostu każdy może znaleźć swoją "niszę" i swoje tempo rozwoju. A i tak chyba
                  nie da się uniknąć czasowych konfliktów na tle podziału obowiązków
                  (przynajmniej u nas - dobrze, że nie częstych)

                  > Nie umiem wyłaczać myślenia o
                  > rodzinie, o kłopotach chłopców, chorobach rodziców. Nie umiem po prostu.
                  > Kobiety chyba nie umieją tego. Marcin owszem- nawet jak jego Mama miała
                  > operację to siedział godzinami w szpitalu (karmienie, mycie, użeranie się z
                  > lekarzami) a potem wracał do domu, brał prysznic i wyciszał nad książkami się
                  > absolutnie. To chyba "biologia" ma tu najwięcej do rzeczy:)))

                  Sedno sprawy! Maika tez mówi to samo - że ja po prostu czasem jakichś rzeczy
                  domowych po prostu nie słyszę. Ułomność jaka, czy co?? Raczej "inne"
                  postrzeganie świata, zatapianie sie w swoich myślach itd. Ale to przeciez jest
                  możliwe, bo ... obok jest ta druga, która słyszy wszystko.
                  f_g
                  • Gość: Agnieszka35 Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.toya.net.pl 14.11.03, 13:12
                    No właśnie.Żaden system ale biologia po prostu. Podział " równy" mimo chęci
                    najlepszych nie jest możliwy; zawsze i tak więcej (choć może nie fizyczne,
                    rzeczywiste więcej) spada na kobietę:) ile rzeczy robi w domu Marcin widzę
                    dopiero gdy go nie ma i jestem sama z dziećmi: wtedy to kompletnie z niczym
                    nie nadążam:)
                    A też toczycie "wojny" o samochód? U nas wiecznie; zwlaszcza w te dnie w które
                    wychodzimy razem z domu. Teraz jestem bez samochodu; M_rcin pojechał na dwie
                    zagraniczne uczelnie..... a od komunikacji miejskiej trochę odwykłam...
                    Agieszka
                    • Gość: fan_gazety Re: Kobiety-naukowcy praca czy rodzina czy i to i IP: *.krzywin.sdi.tpnet.pl 14.11.03, 13:55
                      Dokłądnie takie samo odczucie mam, gdy Maiki nie ma w domu - z darza sie to
                      rzadko, więc nie mam szans na przywyknkięcie. Kiedys nie było jej cały tydzień.
                      Ciężko było... Ale i satysfakcjonująco.
                      Nie toczymy wojen o samochód, ale może teraz będzie gorzej, bo właśnie
                      pozbyliśmy się naszego drugiego (pordzewiałego poloneza, który grał role
                      auta "w teren"). A;e i z jednym nie będzie źle, bo to ja głównie jestem
                      ruchliwy, a ona mniej. W razie czego - sa uczynnik koledzy i koleżanki, u nas
                      bez auta nie da się funkcjonowac normalnie. Komunikacja z naszej wioski do
                      pobliskich miast jest ubożuchna. Najgorsze, że już trzecia osoba dobija sie o
                      swoje prawa jako kierowcy (syn - uczy się jeździc po polnych drogach, co
                      uwielbia, poza siedzeniem przy kompie).
                      f_g
                      • Gość: maika7 popołudniowości - Majka do Agnieszki IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 14.11.03, 16:59
                        W tym, co piszesz o Marcinowej "spuściźnie rodzinnej" najbardziej chyba
                        frapująca jest dla mnie ta "absolutna wolność duchowa". Jak to właściwie
                        rozumieć?

                        Mówi się, że kobiety mają większą podzielność uwagi, że potrafią zauważać
                        więcej rzeczy, że potrafią jednocześnie wykonywać kilka czynności. To dlaczego
                        tak słabo to wykorzystujemy?? (to tak a propos biologii...)

                        Wojny o samochód... Warunki nasze łagodzą sprawę samochodu. Mieszkamy na wsi i
                        to w budynku, w którym pracujemy... Na dojście do pracy tracimy hm... 2 minuty.
                        To jest ogromny plus naszej pracy. Samochód nie jest nam potrzebny codziennie
                        (do służbowych wyjazdów wykorzystujemy służbowy samochód). Rzadko samochód jest
                        nam potrzebny jednocześnie stąd i wojny rzadkie..

                        Majka
                        • Gość: Agnieszka35 Re: popołudniowości - Majka do Agnieszki IP: *.toya.net.pl 15.11.03, 17:42
                          Bo tę wolność duchową trudno wyjasnić - nieskrępowanie żadnym schematycznym
                          myśleniem..przełaywanie barier poznawczych...nieuleganie złudzeniom.
                          podzielność uwagi? oni mają mniejszą, ale umykają im szczegóły, drobiazgi i
                          widzą więcej, w szerszej persperktywie.
                          wojny o samochód? macie super. Nasz przeważnie parkuje na moment pod domem
                          tylko. Najgorzej jest gdy oboje musimy wyjść - wtedy jest wojna, wygrywam
                          najczęsciej, potem najczęsciej samochód trochę zarysowuję i Marcin może się
                          powściekać całkiem legalnie.
                          Nie odpisałam wczoraj, bo Marcina nadal nie ma, a Teściowa poszła do
                          filharmonii. Wszak to piątek. Dziś idzie do teatru. Korzysta z okazji pobytu
                          w "dużym" mieście. Jutro bierze do teatru chłopców i będę miała spoookóóóój.
                          Ag.
                          • Gość: maika7 wieczorności - Majka do Agnieszki IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 15.11.03, 18:23
                            Wiesz co Agnieszko, może wyjdźmy już z tego wątku - wypalił się (już nie
                            dochodzą nowi ludzie, tylko sobie pogadujemy we czwórkę (w porywach). Chętnie
                            jeszcze bym pogadała z Tobą i dlatego mam propozycję. Jeśli chcesz to odpisz mi
                            na gazetową skrzynkę (maika7@gazeta.pl - tylko nie majka7 - bo wtedy listy
                            dochodzą do jakiejś niezidentyfikowanej Majki i giną...). Zaletą tego będzie
                            mniejsze upublicznienie naszych listów. Co Ty na to?

                            Wolność duchowa w wydaniu szlacheckim mnie nurtuje nadal. Na ile jest się
                            wolnym mając za sobą taki rodzinny bagaż, na ile jest się wolnym nie
                            mogąc "splamić honoru rodziny"? czy takie coś jeszcze funkcjonuje. Czy nazwisko
                            zobowiązuje? Bo tak nieco skrępowanie wygląda mi ta wolność (skoro tylko ducha
                            ma dotyczyć..). Nie łapię tego.

                            Porysować samochód? Jej, mielibyśmy długą rozmowę na temat róznic między
                            kierowcami kobietami i kierowcami mężczyznami... Każde z nas twierdzi w takiej
                            chwili, że ma bardzo pragmatyczne podejście do samochodu, tylko zupełnie
                            inaczej ten pragmatyzm rozumiemy jak się potem okazuje...

                            A chłopcy do teatru lubią???

                            Majka
                            • Gość: Ana Re: Witam! Tu Ana! Już DOKTOR! IP: *.rzeszow.mm.pl 20.11.03, 21:21
                              Witajcie! Obiecałam, że dam znać, jak już będzie "po". Właśnie jest! Już
                              jestem DOKTOR, a nie mgr. To bardzo miłe uczucie (to chyba nawet za mało
                              powiedziane...). Jeszcze chyba nie całkiem dotarło...
                              Poradźcie, co kupić promotorowi??? Na pewno macie jakąś wiedzę o tym. Mam
                              tylko kilka dni na kupienie prezentu, trzeba się zatem śpieszyć. Proszę,
                              pomóżcie!!! Może jakiś zegar? Album odpada, bo to kolejna "cegła", którą
                              trzeba gdzieś upchać.
                              Pozdrawiam Was serdecznie i czekam na Wasze propozycje!
                              Ana
                              PS. Wiem, że wątek już zakończony, ale mam nadzieję, że tu "wpadniecie".
                              • Gość: Agnieszka35 Re: Witam! Tu Ana! Już DOKTOR! IP: *.toya.net.pl 20.11.03, 22:33
                                Gratuluję. Powinnaś kupić kwiaty po obronie i to wszystko. To w końcu jego
                                Promotora psi obowiązek. Marcin i ja kupiliśmy tylko kwiaty - Marcin więcej
                                niż skromne ja normalne. Z innymi by go chyba jego promotor wyrzucił. Marcin
                                zaprosił go potem na obiad. A jak przyszło do płacenia rachunku to Profesor
                                powiedział: ja zarabiam znacznie więcej a Pan ma małe dziecko i drugie w
                                drodze. I Marcinek musiał siedzieć cicho. Ja zaprosiłam i promotora i
                                członków komisji na obiad. Przyszli wszyscy, płaciłam ja. Na Marcina wydziale
                                się takich imprez nie wyprawiało.
                                Marcin magistrantom nie pozwala nawet kwiatów kupować. Maja przekazać
                                pieniądze na jakiś dom dziecka najwyżej jeśli chcą.
                                Agnieszka
                              • Gość: fan_gazety Re: Witam! Tu Ana! Już DOKTOR! IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 21.11.03, 08:12
                                Witam, witam!
                                Gratuluję serdecznie! I jak było na obronie? Nie myliłem się, przypuszczając,
                                że będzie lekko, łatwo i przyjemnie?
                                A co ja kupiłem promotorowi? Zaraz, zaraz, kurcze, dawno to było, a ja z
                                pamięcią do takich zdarzeń nie bardzo... Śmieszne to, bo promotor jest w
                                pracowni za drzwiami, ale może dlatego nie pamiętam? Moja żona (z lepszą
                                pamięcią) mówi że to były kwiaty. Chyba tak...
                                Ale jeśli znacie się lepiej, to może coś z humorem?

                                Bardzo cenię takie podejście do rzeczy jak u Marcina. Ale wiem, że bywa różnie.
                                Znam opowieśc o pewnym doktorze AM, który musiał wziąć pożyczkę, by tradycji
                                wydziału stało się zadość...
                                • Gość: Agnieszka35 Re: Witam! Tu Ana! Już DOKTOR! IP: *.toya.net.pl 21.11.03, 09:39
                                  Pożyczkę!!!!! A gdzież tu etyka zawodowa? Jakieś zasady?
                                  Kurka wodna - jak powiedziałby Marcin.
                                  U nas było tak: jak braliśmy ślub to jedynym dochodem było moje stypendium
                                  doktoranckie -Marcin miał mieć etat od września dopiero.
                                  Więc pamiętam Profesor (jego nieboszczyk promotor magisterski wtedy) przyszedł
                                  do naszego pokoju w hotelu asystenckim niby zobaczyć jak nam się mieszka. I
                                  wyciąga kopertę ze słowami: to jest pożyczka. Spłacicie państwo za dwa lata.
                                  Na razie wam są potrzebne te pieniądze. Widać było że to strasznie przeżywa i
                                  że to dla niego ważne. Nie zdążyliśmy spłacić bo umarł. Marcin poszedł do jego
                                  żony oddać te pieniądze. Bardzo się wzruszyła, bo nic nie wiedziała. Równo w
                                  dwa lata po otrzymaniu pożyczki.

                                  To tyle o naszych obyczajach. Tzn z wydziału Marcina bardziej. U nich składki
                                  są wyliczane wg pesnji: asysetn płaci najmniejsze a Profesor najwieksze. Jeśli
                                  jakieś katedralne pieniądze sa potrzebne. Marcin sie teraz zżyma, ze musi
                                  coraz wyższe skąłdki płacić:))))))))))))))))))
                                  • fan_gazety Od F_G do Agnieszki o tradycjach 21.11.03, 12:18
                                    > Pożyczkę!!!!! A gdzież tu etyka zawodowa? Jakieś zasady?

                                    Czekaj, czekaj, nie łapię... nie bardzo widzę tu łamanie zasad i naruszanie
                                    etyki. To było już "po". Tam takie wystawne przyjęcia są tradycją. Oczywiście,
                                    można łamać tradycje, ale wszyscy wiemy , że nie zawsze to łatwe...
                                    szczególnie, gdy sie chce dalej w danej instytucji być. A Ty, jako żona
                                    mężczyzny z rodziny o tradycjach pielęgnowanych, pewnie znasz to dobrze,
                                    prawda??

                                    > Kurka wodna - jak powiedziałby Marcin.
                                    > U nas było tak: ... to jest pożyczka. Spłacicie państwo za dwa lata.
                                    > Na razie wam są potrzebne te pieniądze. Widać było że to strasznie przeżywa i
                                    > że to dla niego ważne. Nie zdążyliśmy spłacić bo umarł. Marcin poszedł do
                                    jego
                                    > żony oddać te pieniądze. Bardzo się wzruszyła, bo nic nie wiedziała. Równo w
                                    > dwa lata po otrzymaniu pożyczki.
                                    >

                                    Piękne...! Lubię słuchać takich opowieści, bo jakos tak mi sie zdaje, że ten
                                    czarno malowany obraz o Polsce i Polakach typu "co to się teraz, panie,
                                    porobiło..." nie jest prawdziwy wszędzie i zawsze.

                                    • Gość: maika7 do F_G - oburzona!!! IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 21.11.03, 12:38
                                      F_G, miałeś pracować....
                                      Zgadzam się, że tradycja wyrażająca się wystawnymi obiadami organizowanymi
                                      przez obronionego doktora w wystawnej restauracjijest po prostu nieetyczna,
                                      jest bzdurą, wyrazem zakłamania, sztucznej pompy itd... Co z tego, że było
                                      już "po"??? Tak jak i stosunki panujące na wspomnianej przez Ciebie uczelni w
                                      niektórych jej Zakładach... czyż nie o tym rozmawialiście kilka lat temu z PD???

                                      Podejście, które opisuje Agnieszka mogłoby się wydarzyć u PD???

                                      F_G myslałam, że znam Twoje zdanie na ten temat. Naprawdę uważasz, że wszystko
                                      jest OK, bo obiad był "po"????
                                      Maika
                                      • fan_gazety Re: do F_G - oburzona!!! 21.11.03, 12:52
                                        Miałem, miałem, ale konkurencja innych osób do papierów, które były mi
                                        potrzebne, spowodowała, ze moge się na troche oddać tej przyjemności.
                                        Przecież wiesz, jakie mam zdanie na tem "pomp" - tyle razy byliśmy na froncie.
                                        Chodzi mi tylko o to, że taką tradycję nie łatwo łamać. Nikt nikogo pewnie nie
                                        zmusza do wystawnych kolacji, tylko... to samo się dzieje, bo uniformizacja
                                        jest powszechna tam, gdzie podległość silna. Myślę, że model Agnieszki może być
                                        realizowany wszędzie - to zależy od inicjatora, a nie od otoczki, tradycji.
                                        Pewnie Ciebie (jeśli Cię znam :-) ) byłoby stać na złamanie takiej tradycji.
                                        Ale nie każdy chce sobie psuć te radosne chwile po obronie krzywymi
                                        spojrzeniami innych. To - wierzę - wolność wyboru. Wystawność więc - czemu
                                        nie? W gronie ludzi, którzy tego chcą, którzy lubią się i chcą w ten sposób
                                        wydać trochę pieniędzy? Dlaczego nie? Sugerujesz, że profesorowie nakręcają
                                        liczbę doktorantów, żeby mieli gdzie sobie porządnie pojeść?
                                        • Gość: Agnieszka Do F_G i Maiki o tradycji IP: *.toya.net.pl 21.11.03, 13:06
                                          Fakt mam męża z rodziny o dużych tradycjach - może dlatego łatwiej nam
                                          niektóre łamać. Tradycje mają sens o ile wpisują się w pewien system wartości.
                                          U nas tradycją jest wizyta we wszystkich świętych w ich rodowej posiadłości -
                                          wszyscy tam podchodzą do Marcina, witaja się mówią panie hrabio (Ojciec
                                          Marcina nie żyje, za "komuny" Marcin i jego bracia tłukli się tam pociągami z
                                          Babcią Marcina), potem idziemy do kogoś na obiad; ale wcale nie wystawny, taki
                                          normalny, ot żeby dzieci nie marzły. Ta tradycja ma sens: pdobnie jak taka, ze
                                          Marcin wrecza nagrody w szkole, która jest w ich dawnym pałacu. Sam je
                                          zresztą "funduje" (na ile mu wrodzone skąpstwo pozwala).
                                          To są tradycje które mają sens. A zbytnia wystawność? Jakoś nie przemawia do
                                          mnie. Nie lubię. To nie jest tradycja.
                                          Agnieszka
                                          • Gość: fan_gazety Re: Do F_G i Maiki o tradycji IP: *.krzywin.sdi.tpnet.pl 21.11.03, 13:52
                                            Myślę dokładnie tak jak Ty, ale co grupa ludzi to inna tradycja... Czy mamy
                                            prawo je wartościować? Przyznawać jednym sens , a innym nie? Osobiście nie
                                            czuję sie za pewnie w takim wartościowaniu. Dla mnie to tez jest "zbytnia"
                                            wystawność, ale dla innych... pewnie śmiali by sie do rozpuku wiedząc co ja
                                            uznaje już za "wystawność". To bardzo względne. Myślę że w uczestniczeniu w
                                            tradycji najważniejsza jest szczerość, spontaniczność. ale, to w ogóle takie
                                            subiektywne i osobiste...
                                        • Gość: maika7 Do F-G - nadal oburzona!! IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 21.11.03, 14:25
                                          Jak to "Nikt nikogo pewnie nie zmusza do wystawnych kolacji, tylko... to samo
                                          się dzieje, bo uniformizacja jest powszechna tam, gdzie podległość silna."???

                                          Jak to NIE ZMUSZA, a sugestie?? Czy ktoryś z zaproszonych przez PD profesorów
                                          odmówił, albo zainteresował sie jego sytuacją finansową??
                                          To prosesorowie na omawianej przez nas uczelni nie wiedzą jakie bywają sytuacje
                                          doktorów??? To jest chore. Chora jest ta podległość, to bezsensowne czapkowanie
                                          komuś tylko z powodu jego stanowiska (w oderwaniu od tego co sobą
                                          reprezentuje). Przeciwko temu się buntuję. Jak zwykle zresztą. To właśnie jest
                                          chore, że trzeba mieć w sobie siłę, żeby odmówić, że kolacyjki (koniecznie w
                                          odpowiedniej restauracji!! i z odpowiednim menu!!) stały się tam taką
                                          PRZYMUSOWĄ tradycją. Według mnie jest to nieetyczne, bufoniaste i tyle....I
                                          przykro mi będzie jak PD zacznie tę chorą tradycję podtrzymywać. Ale chętnie
                                          wtedy usłyszę od niego argumenty za... Ciekawa ich jestem bardzo...

                                          >Myślę, że model Agnieszki może być realizowany wszędzie - to zależy >od
                                          inicjatora, a nie od otoczki, tradycji.

                                          To ZALEŻY od tzw "tradycji" na danym wydziale. Pamiętasz argumenty PD? Jeśli
                                          nie to zapytaj go.

                                          >Pewnie Ciebie (jeśli Cię znam :-) ) byłoby stać na złamanie takiej >tradycji.

                                          Bywam zmęczona swoją odmiennością. Nie wiem czy wojowałabym, ale gdybym musiała
                                          się zapożyczyć (nie lubię, jak wiesz) i jeszcze iść do restauracji (czego też
                                          nie lubię...) i jeszcze biesiadować w gronie osób mi obojętnych (i tego nie
                                          lubię...) to pewnie zrobiłabym coś dla swojego komfortu a nie cudzego ...

                                          >Ale nie każdy chce sobie psuć te radosne chwile po obronie krzywymi
                                          spojrzeniami innych. To - wierzę - wolność wyboru. Wystawność więc - czemu nie?
                                          W gronie ludzi, którzy tego chcą, którzy lubią się i chcą w ten sposób wydać
                                          trochę pieniędzy? Dlaczego nie? Sugerujesz, że profesorowie nakręcają liczbę
                                          doktorantów, żeby mieli gdzie sobie porządnie pojeść?

                                          F_G jaka wolność wyboru?? PD miał wolność wyboru?? Czuł tę wolność wyboru??
                                          Chciał iść w tym gronie, w którym poszedł i tak spędzić czas??
                                          Chciał w taki sposób pozbyć się kilkustet (chyba nawet więcej) złotych?? Lubił
                                          tych ludzi?? Skoro wspominasz o krzywych spojrzeniach to o jakie wolności
                                          wyboru mówisz?? Powiedz mi co mi powiesz (tylko może prywatnie...), jak będę
                                          chciała zorganizować taką uroczystą kolację (masz jak w banku, że nie, ale
                                          hipotetycznie...)??? Nie sugeruję, że profesorowie nakręcają liczbę
                                          doktorantów, żeby dać upust swoim konsumpcyjnym zachciankom, ale mówię, że
                                          ta "tradycja" jest chora...
                                          Maika

                                          • Gość: fan_gazety Re: Do F-G - nadal oburzona!! IP: *.krzywin.sdi.tpnet.pl 21.11.03, 14:45
                                            O, kurcze, ale burza! Nie chce żeby wyglądało że przerywam, ale to juz chyba
                                            nie na temat, co? Chcialem tylko powiedziec, ze pewnie niektore
                                            przyzwyczajenia, obyczaje, czy tradycje trwają, bo NIKT nie chce ich zmienić.
                                            Bo inni..., bo nie wypada... Ale i Ty i ja przecież wiemy, że to tylko czasem
                                            pozory i że sami "podlegli" wpychają sie w taka podległość i brak wybor
                                            typu "wystawna kolacja czy nie?" . Natomiast wolałbym nie uogólniać tego
                                            wszystkiego, bo nie wiemy , czy wszędzie jest tak sztucznie.
                                          • Gość: fan_gazety Re: Do F-G - nadal oburzona!! IP: *.krzywin.sdi.tpnet.pl 21.11.03, 14:49
                                            Acha, to dlaczego powstała?? Jak myślisz? Dlatego że pewien profesor
                                            powiedział, że tak ma być, czy dlatego że swiezy doktor "nie chciał być gorszy"
                                            i dlatego na wszelki wypadek jako pierwszy zaprosił wszystkich zaangażowanych
                                            do lepszej restauracji? Cos mi się wydaje., że to drugie jest bardziej
                                            prawdopodobne. pewnie ze najlepiej byłoby gdyby całe grono profesorów
                                            odmówiło, ale to tez nie jest proste i powszechne. Tak juz jest. A potem już
                                            poszło...
                                • Gość: Ana Re: Witam FG! IP: *.rzeszow.mm.pl 21.11.03, 11:42
                                  Dzięki serdeczne FG! Rzecywiście, było miło, łatwo i przyjemnie - ale stres
                                  też był - to taki stres twórczy. Pytania banalne (dla mnie znawcy tematu...)
                                  A co do prezentów - profesor na każdą obronę zakłada muchę. Może by tak kupić
                                  mu kolejną do kolekcji? oczywiście, z podtekstem, by okazja (czyli kolejna
                                  obrona) do założenia była.
                                  A tak w ogóle to mnie się podoba takie swiętowanie z pompą! A niby czemu nie?
                                  W końcu raz w życiu się doktorem zostaje.
                                  Pozdrawiam
                                  • fan_gazety FG do Any 21.11.03, 12:25
                                    No, tak na pierwszy rzut oka - świetny pomysł z tą muchą!
                                    Co do świętowania - pewnie: czemu nie? Jeśli ktoś lubi? I może?
                                    Ale, ale - czemu tylko raz! Już kilku podwójnych dr znam - Ci to mieli okazji a
                                    okazji do świętowania!
                            • Gość: Agnieszka35 Re: wieczorności - Majka do Agnieszki IP: *.toya.net.pl 20.11.03, 22:45
                              Dziękuję za pozwolenie na korespondencję:)) Bardzo mi miło. O "palmieniu"
                              nazwiska to mogę długo dywagować: Teściowa mnie ciągle poucza. No ale Teściowa
                              ma bycie bien eleve we krwi a ja się uczę:)
                              A chłopcy teatr b.lubią. Marcin grywał kiedyś w teatrze amatorskim i im
                              wiecznie urządza przedstawienia.
                              Agnieszka
                              • Gość: Ana Re: Witaj Agnieszko! IP: *.rzeszow.mm.pl 21.11.03, 06:45
                                Dzięki serdeczne za rady. Ale u nas troszke inne obyczaje. Obiad uroczysty,
                                oczywiście, był. Byli i członkowie komisji i nie tylko. I prezent też powinien
                                być. I moim zdaniem słusznie. A poza tym to ja chcę coś swojemu szefowi
                                sprezentować. No nic, będę mysleć dalej.
                                Pozdrawiam serdecznie
                                • Gość: maika7 Do Agnieszki - z radością IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 21.11.03, 08:11
                                  Agnieszko, cieszę się, że się odezwałaś. To nie było pozwolenie, tylko
                                  propozycja wygodniejszej formy korespondencji (bez wcinania sie np. komandosa,
                                  który co i rusz wsadza swoje trzy grosze). Minusem takiego pisania na skrzynkę
                                  gazetową jest zamknięcie na inne głosy... W każdym razie zapraszam nadal -
                                  jeśli chcesz oczywiście. Pytań mam dużo - bo z natury ciekawska jestem (jak to
                                  baba...). A do tego bardzo podoba mi się Twój sposób "oceny sytuacji".
                                  Majka
                                  • Gość: maika7 Maika do Any - z gratulacjami IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 21.11.03, 08:13
                                    Ana, gratulacje!! Miło było na obronie czy ciężko?? Fajnie, że masz to już za
                                    sobą. Co będziesz robić dalej, masz jakieś plany naukowe??
                                    Wątek nie jest zamknięty, chciałam tylko popisać z Agnieszką bardziej
                                    prywatnie i dlatego proponowałam jej przeniesienie się z tego wątku.
                                    Serdeczności Pani Doktor
                                    Majka
                                    • Gość: Ana Re: Dziękuję Majko! IP: *.rzeszow.mm.pl 21.11.03, 11:51
                                      Dziekuję Majko! Na obronie było miło (juz wspomniałam w poście do FG). Ale
                                      doswiadczenie jest tu potrzebne - i sposób mówienia, i sposób odpowiedzi na
                                      pytania. Przydają się bardzo doświadczenia z pracy dydaktycznej, oj bardzo. A
                                      co będę robić? To co dotychczas - dydaktyka+ sprawy naukowe tzn. teraz już
                                      habilitacja. To tak ogólnie, oczywiście.
                                      Pozdrawiam
                                      • Gość: maika7 Re: Dziękuję Majko! IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 21.11.03, 12:37
                                        A więc życzę Ci dobrych pomysłów, radości z tego, co robisz i satysfakcji z
                                        pracy (i tej naukowej i tej dydaktycznej). A i solidnego odpoczynku do nabrania
                                        oddechu na "nową drogę życia zawodowego"..
                                        Maika
                              • Gość: Agnieszka35 Agnieszka do Maiki i Any IP: *.toya.net.pl 21.11.03, 09:30
                                Będę musiał prywtanie prawda? :))))))))
                                Bardzoto miłe. Ale chwilowo jestem sama z dziećmi: Marcin wróci może we środę
                                przyszłą a najprawdopodobniej w piątek. A Teściowa jak to wdowa (lat55):
                                (wdowom wszystko wolno ale wdowy nie na wszystko pozwalają) znika ostatnio
                                popołudniamii trudno mi się zebrać do komputera.
                                I kto tu "plami nazwisko"? :))))))))))))))))))
                                Dziwią mnie te obyczaje hucznych doktoratów. Ale Ano chyba jesteś z Rzeszowa
                                chyba: to już mnie mniej dziwi (bo to wuespowo jak mawia Marcin a tam wszystko
                                inaczej).
                                Nigdy bym nie pomyślała żeby promotorowi prezent kupować, choć słyszałam o
                                takich przypadkach. chyba nie wypada po prostu. Teściowa moja też jest tego
                                zdania - a co jak co ale zachować to się ona potrafi.
                                Agnieszka
                                • Gość: Ana Re: Do Agnieszki IP: *.rzeszow.mm.pl 21.11.03, 11:56
                                  Ja chcę tylko podziękować i chcę, by miał coś co mu o tym będzie przypominało.
                                  Bo uważam, że jest za co. Ale zdania w tej kwestii mogą, oczywiście, być
                                  bardzo różne. Proponuję, by tematu juz nie drążyć.
                                  pozdrawiam serdecznie
                                • Gość: maika7 do Agnieszki- o pisaniu jeszcze... IP: *.leszno.cvx.ppp.tpnet.pl 21.11.03, 12:19
                                  Wiesz,z tym pisaniem to jest tak: kiedy weszłam sobie po raz pierwszy na forum
                                  (chyba jakoś we wrześniu tego roku), poczytałam tu i tam, popatrzyłam co się
                                  dzieje. Zainteresował mnie jeden z wątków (nie na psychologii) i tak zostałam.
                                  Zaglądam sobie tu albo codziennie, albo rzadziej. Cieszyła mnie anonimowość.
                                  Ale bardzo szybko przestałam umieć być anonimowa. Jak ktoś pogrzebie w moich
                                  wypowiedziach to wie o mnie bardzo dużo. Ale potrzeba pewnej choć anonimowości
                                  drzemie jeszcze we mnie i stąd jeśli rozmowa przybiera taki bardziej otwarty i
                                  prywatny charakter wolę stąd uciec (tak jak kiedyś uciekłam z dużego miasta na
                                  wieś...). Stąd moja propozycja do Ciebie o wspólnej ucieczce z tego wątku.
                                  Komandos sprawia, że myśl o ucieczce staje się silniejsza, bo nie chce mi się
                                  rozmawiać w jego towarzystwie, a na to nie mam wpływu. Tak normalnie, po prostu
                                  bym wyszła, bo lubię jak rozmowa daje coś pozytywnego obu stronom :-)).

                                  A swoją drogą to młoda ta Twoja teściowa bardzo. Różnica wieku między Toba a
                                  nią jest mniejsza niż między moją mamą a jej najmłodszą siostrą...
                                  Moja mama, też jeszcze u nas jest, ale jutro już wyjeżdza. I nasze życie wróci
                                  do tzw. normy...

                                  Maika
Pełna wersja