"Bycie niemile widzianą"

21.01.09, 11:02
Sytuacja następująca: impreza rodzinna z okazji pierwszych urodzin dziecka.
Ojciec dziecka jedzie po swoją matkę ponad 100km w jedną stronę, bo ta jest
niezmotoryzowana i miałaby problem. Przywozi ją na tę imprezę, gdzie jest
jeszcze parę osób (w związku z powyższym uwaga gospodarzy jest rozdzielona
pomiędzy wszystkich gości), po imprezie odwozi ją na pociąg (dworzec w jej
miejscowości jest oddalony od 50m od jej domu).
Przy następnej okazji okazuje się, że "była niemile widziana".

Proszę o komentarze i opinie.
    • shachar Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 12:40
      moze myslala ze to jej urodziny, starszym ludziom wszystko sie kielbasi
      • ca-ti Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 16:25
        Czym uzasadniała swoje odczucie?
        • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 16:30
          Niewystarczająco entuzjastycznym przyjęciem.
          • ca-ti Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 16:40
            Nic na to nie poradzisz. Choćbyś czerwony dywan przed nią słała, jak
            jet uprzedzona, to tak się będzie zachowywać. A Ty rób swoje...
            • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 19:13
              Ale to moja matka, a nie teściowa mojej żony.
              • ca-ti Re: "Bycie niemile widzianą" 22.01.09, 00:14
                alterego4 napisał:

                > Ale to moja matka, a nie teściowa mojej żony.


                Za trudne, jak dla mnie... Czy przypadkiem Twoja matka nie jest
                równocześnie teściową Twojej żony?
                • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 22.01.09, 00:41
                  Owszem, ale wiesz o co chodzi.
    • gadagad Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 19:21
      No a była mile widziana,czy tylko z obowiązku?
      • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 20:13
        A dlaczego niby miała być zaproszona z obowiązku? Z zasady nie robimy nic "z
        obowiązku". Stopień "miłości widzenia" był taki sam jak innych gości, nie
        zaprasza się byle kogo na pierwsze urodziny pierworodnego syna.
        • gadagad Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 20:29
          Nie wiem - jeśli to był ewenement,czy mama ogólnie od jakiegoś czasu cierpi na
          "Syndrom niedopieszczenia".Nie wiem - czy goście byli przyjaciółmi i
          znajomymi,czy to było spotkanie rodzinne.Tak,że to,że przywiozłeś i odwiozłeś
          nie ma znaczenia dla jej ogólnego samopoczucia w towarzystwie.Może rzeczywiście
          oczekiwała większego zainteresowania swoją osobą z okazji wizyty,którego jej się
          nie dostało.Może to jakiś istniejący problem między nią a twoją rodziną.A może
          rzeczywiście akurat wyjątkowo coś się jej dotknęło.Chyba to jakiś inny problem w
          kontaktach z matką.
          • alterego4 Zapewne inny 21.01.09, 20:45
            bo podczas mojego ostatniego spotkania z nią musiałem wysłuchać pretensji
            (bardzo poważnych) z powodu rzekomego niezaproszenia jej na chrzciny syna.
            Przyznaję, to byłby dobry powód do żalu, sęk w tym, że żadnych chrzcin nie było.
            Ktoś jej powiedział, że były. Moja wersja jest mniej wiarygodna.

            Jakieś pomysły na roboczą diagnozę?
            • dekadencja1 Re: Zapewne inny 21.01.09, 21:04
              > Jakieś pomysły na roboczą diagnozę?

              Diagnoza ci nie pomoze.
              Czy matka była zawsze taka zaborcza wobec ciebie czy też tak
              ostatnio jej się porobiło? A jeśli była ,to zawsze ci to
              przeszkadzało czy teraz zaczeło ci bardziej przeszkadzac?
              I jak możesz bronić sam siebie przed wkręcaniem się w poczucie winy?
              • alterego4 Re: Zapewne inny 21.01.09, 21:08
                Chyba tak było zawsze, zaczęło mi przeszkadzać jak dorosłem.
                Ostatniego pytania nie rozumiem: pytasz, jak śmiem się bronić przed poczuciem
                winy bo powinienem je mieć czy dlaczego jestem taki głupi, że mam to poczucie winy?
                • dekadencja1 Re: Zapewne inny 21.01.09, 22:10
                  alterego4 napisał:

                  > Ostatniego pytania nie rozumiem: pytasz, jak śmiem się bronić
                  przed poczuciem
                  > winy bo powinienem je mieć czy dlaczego jestem taki głupi, że mam
                  to poczucie winy?
                  Ani jedno, ani drugie. Pytanie brzmi jak możesz znaleźć sam ( lub
                  przy pomocy kogoś) dobre dla siebie sposoby uwolnienia się od
                  poczucia winy wobec matki. I nie oczekuj od siebie fajerwerków w tej
                  sprawie, to wymaga trochę czasu i chwilami bywa trudne. Jeśli jesteś
                  jedynakiem tym bardziej.
                  A tak na marginiesie potrzeba harmonii z rodzicami jest taka
                  normalna i zwyczajnie ludzka. Poszukanie nowych sposobów, kiedy
                  tylko jedna strona ma apetyt na "nowe" , wymaga czasami niezłego
                  pokombinowania. Powodzenia
            • gadagad Re: Zapewne inny 21.01.09, 21:08
              Co tu diagnozować, jakieś poczucie osamotnienia i braku ważności własnego życia.
              • alterego4 Re: Zapewne inny 21.01.09, 21:11
                Ale co ma z tym wspólnego moje dziecko?
                • gadagad Re: Zapewne inny 21.01.09, 21:24
                  Może chciała by być teraz niezastąpiona w jego wychowywaniu.Może jej chęć
                  wpędzania w poczucie winy będzie eskalować.Bo może tak sobie zorganizowała życie
                  ,że nic innego jej nie pozostaje.
                  • alterego4 Re: Zapewne inny 21.01.09, 21:30
                    Może to zabrzmi okrutnie, ale jako ojciec chronię swoje dzieci w dość radykalny
                    sposób: przez całkowite odcięcie. Ich i siebie.
                    • gadagad Re: Zapewne inny 21.01.09, 22:00
                      Odcięcie polega na odcięciu się od cudzych manipulacji emocjonalnych.Nikt nie
                      ma wpływu na to co ktoś -chce przeżywać.Jeśli twoja matka chce mieć taki problem
                      -to ona chce.Może nie chcieć - ale TO JEJ PROBLEM I JEJ DECYZJA.W takim wypadku
                      się tylko używa się kogoś jako paliwa do własnych przeżyć.Tak,że nie myśl o
                      okrucieństwie,bo to ktoś jest okrutny dla siebie.Ty jesteś rozsądny.Powiedz
                      sobie - no,nie miłe,ale trudno.Staram się o własne bezpieczeństwo pełnym
                      prawem.Pomogę jak ktoś mi pozwoli sobie pomóc.Jeśli nie pozwala,trudno,jego
                      problem.Jego odpowiedzialność wobec swojego życia.Nie moja.
                      • alterego4 Re: Zapewne inny 21.01.09, 22:06
                        No to wszystko prawda, tylko chciałbym jeszcze przestać o tym rozmyślać.
                        • gadagad Re: Zapewne inny 21.01.09, 22:29
                          Ponieważ nie umiesz uwierzyć sobie,że dobrze robisz,potrzebujesz kogoś kto ci to
                          autorytatywnie potwierdzi.Kogo - jesteś dorosły, inteligentny,jesteś w stanie
                          znaleźć sam.Tak aby móc sobie powiedzieć - no kurcze,smutne,ale co ja z tym?I
                          twoje życie sprawia ci przyjemność,a "to" nie włazi do środka.Relacje z
                          ludźmi,to trudna sztuka i jak się stwierdza,że spontanicznie się ta nauka
                          całkiem nie udała,to po prostu trzeba się dokształcić.Nie jest to nic innego niż
                          " douczenie się".W każdym razie,uwierz,że to że to jest twoja matka,jeszcze nie
                          jest autorytetem etycznym,który ma ostatnie słowo.Jest tylko człowiekiem,może
                          tylko malutkim i nieszczęśliwym,bo nie poradził sobie z własnym życiem.
    • cara.mordsith Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 23:32
      A można prosic wiecej szczegułów?
      • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 23:37
        Chętnie, tylko jakich?
        • cara.mordsith Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 23:41
          Jak uargumentowała to, że "była niemile widziana"? Skąd takie wnioski jej się nasunęły?
          • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 23:45
            Moja matka nie argumentuje tylko oznajmia. Może moja żona nie rzuciła jej się na
            szyję? Pewnie tego typu pierdoły. Nie stało się nic takiego co można by
            podciągnąć pod "bycie niemile widzianą" - ot, zwykła rodzinna popołudniowa
            impreza z garden party.
            • cara.mordsith Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 23:47
              Twoja matka mieszka sama?
              • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 23:49
                Nie wiem, od prawie 3 lat nie mam z nią kontaktu. Wtedy mieszkała sama, teraz
                być może mieszka z nią moja siostra ze swoim mężem, chociaż wątpię.
                • cara.mordsith Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 23:53
                  Aha... to chyba rozumiem. Twoja matka po prostu czuje sie samotna, a skoro nie macie ze sobą raczej kontaktu to w momencie tej rodzinnej nasiadówy poczuła sie.. hmmm... odrzucona bo nikt nie wykazał jakiegos entuzjazmu z powodu jej obecności. A powiedz mi, zaproponowaliście jej (tzn Ty i Twoja żona) żeby została na dłużej?
                  • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 21.01.09, 23:54
                    Nie mamy ze sobą kontaktu od 3 lat, impreza o której tu rozmawiamy miała miejsce
                    prawie 5 lat temu.
                    • cara.mordsith Re: "Bycie niemile widzianą" 22.01.09, 00:10
                      Więc po co tak właściwie teraz o tym piszesz? To było pięć lat temu. Ale az sie boje pomysleć, co tez teraz ta kobieta może myśleć... W końcu teraz najprawdopodobniej została sama.
                      • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 22.01.09, 00:11
                        Ma córkę.
            • gadagad Re: "Bycie niemile widzianą" 22.01.09, 00:01
              Zmuś ją do argumentów.Np. nie tłumacz,że nie było chrztu,nie podtrzymuj tego co
              się z niej sypie,tylko na wszystko jedno do koła pytanie - dlaczego myśli,że
              byście jej zaprosili na chrzest?Dlaczego była nie mile widziana?A jak nie wie,
              to ty też nie wiesz.A może coś się w końcu wyjaśni.Nie wolno nikomu pozwalać na
              - "no ty wiesz co myślę".Na to się odpowiada,dopóki nie padną argumenty - nie
              wiem,nie rozumiem.Bo dla poczucia winy się wymyśla jeszcze więcej niż chciał
              dany człowiek zasugerować.
              • alterego4 Re: "Bycie niemile widzianą" 22.01.09, 00:08
                Ja nie mam poczucia winy, pozbyłem się go. Tło całej tej historii jest takie
                pogmatwane i ciągnie się tka długo, że musiałbym napisać jakiegoś sążnistego
                posta. Właściwie nie po to, żeby szukać tu porad (bez urazy), tylko żeby się
                wygadać; taka forma psychoterapii.

                Nie mam okazji dyskutować o domniemanym chrzcie (to jest de facto drobiazg,
                takie kuriozum, możemy je pominąć, podałem je jako przykład typowego problemu),
                bo zerwałem kontakty. Czytam, co tu do tej pory nawpisywałem i nie mogę się
                nadziwić, że od tylu lat borykam się... właściwie nie borykam, tylko sam siebie
                obciążam problemami, na które nie mam wpływu. Teraz i tak jest lepiej niż było,
                tzn. problemy z moją matką przestały być dyżurnymi zmartwieniami, mam czyste
                sumienie, zacząłem żyć własnym życiem. Przelanie tego na bity (bo chyba nie na
                papier) sam w sobie jest dla mnie dość pomocne. A cały ten temat wrzuciłem tu
                dlatego, że w luźnej rozmowie rano zastanawialiśmy się z moją żoną, czy może
                przypadkiem to my jesteśmy dziwakami.
                • gadagad Re: "Bycie niemile widzianą" 22.01.09, 00:40
                  Do rodziców należy mieć w dorosłym życiu wypracowany, spokojny stosunek
                  emocjonalny i jasne spojrzenie, by móc zdrowo budować własne życie. Jeśli
                  autorytet,to już ludzki,nie rodzicielski,jeśli pogarda, to już nie bezsilnego
                  dziecka,jeśli obojętność, to świadoma.A jeśli jest możliwa wzajemna sympatia i
                  pomoc,bez uzurpacji,to najlepiej.
                  • alterego4 Life story 22.01.09, 01:28
                    A co mi tam, dorzucę więcej.

                    Moja siostra (starsza ode mnie o 3 lata) wyszła za mąż jakieś 8 lat temu i razem
                    z mężem zamieszkała u mojej matki. Po początkowej sielance ich stosunki w
                    krótkim czasie nie tyle się ochłodziły, co przekształciły się w coś w rodzaju
                    piekła na ziemi. Matka miała wydzieloną własną półkę w lodówce, swój oddzielny
                    kosz na śmieci, całymi dniami po pracy siedziała sama w pokoju gapiąc się w TV,
                    a młoda para korzystając z jej mieszkania oglądała Big Brothera czy co tam wtedy
                    było na topie w swoim pokoju. Szwagier jako pracowni Tepsy (nb. pracę załatwiła
                    mu moja matka) przepisał na siebie jej numer telefonu (taki "od zawsze"), po
                    czym go zmienił i zastrzegł. Takie klimaty. I trwałoby to pewnie do dziś, gdyby
                    matka nie zaczęła mnie prosić, żebym coś z tym zrobił. Zbierałem się przez rok -
                    z natury jestem osobą spokojną i myślę głową, a nie gruczołami dokrewnymi - ale
                    każda moja wizyta u matki kończyła się jej i moim płaczem podczas spaceru, bo w
                    domu nie mogliśmy spokojnie porozmawiać. Tak czy inaczej do tamtej pory moje
                    stosunki z matką nie należały do najwylewniejszych, ale przynajmniej raz w
                    miesiącu bywałem u niej, w międzyczasie dzwoniąc co 2-3 tygodnie.
                    Któregoś dnia zadzwoniłem do mojego szwagra (który wraz ze swoją żoną z jakiegoś
                    powodu sądził wówczas, że wtrącam się w ich życie) i zaproponowałem, że jeżeli
                    uporządkują stosunki z matką, to nie będzie zmuszony do oglądania mnie (chyba za
                    sobą nie przepadaliśmy). Jego odpowiedź w dość prostych słowach roztaczała
                    przede mną wizję dostania po ryju, jak mnie tam zobaczy. Nie bardzo mając wybór
                    wsiadłem w pociąg i przyjechałem.

                    Rozmowa w domu mojej matki (starałem się załatwić to wszystko przed jej powrotem
                    z pracy) była krótka: to mój szanowny szwagier powinien zostać przeproszony
                    przez moją matkę za jej niestosowne zachowanie.
                    Wobec takiego obrotu spraw poszedłem do siostry mojej matki, która dotychczas
                    tylko domyślała się jaka jest sytuacja i opowiedziałem jej, jak się sprawy mają.
                    Potrzebowałem kogoś w rodzaju świadka. Potem odebrałem matkę z pracy i w trójkę
                    poszliśmy do domu przemówić szwagrowi i siostrze do resztek rozumu. Niestety,
                    oboje byli zbyt zajęcie oglądanie wspomnianego Wielkiego Brata, żeby pociągnąć
                    temat.

                    Następnego dnia, już nieco nabuzowany, wręczyłem szwagrowi pismo nakazujące mu
                    opuszczenie lokalu (takie tam prawnicze pitu-pitu, ale mające oparcie w
                    przepisach) z powodu rażącej niewdzięczności itd. Po chwili znajdowałem się na
                    podłodze salonu w moim rodzinnym domu, bo mój szwagier to raczej prosty chłopak
                    jest i słów mu zabrakło, to posłużył się pięścią. Ja jako inkarnacja Gandhiego
                    mu nawet nie oddałem (w sumie szkoda). Za chwilę razem z moją siostrą wyszli z
                    domu, na odchodnym informując mnie, że idą zgłosić na Policję, że ja ją pobiłem.

                    Zrobiło się niewesoło, więc sam w te pędy poszedłem na Policję, wcześniej robiąc
                    obdukcję. Mili panowie policjanci zrobili mi herbatę, wysłuchali całej historii,
                    poradzili parę rzeczy, ostatecznie nie złożyłem zawiadomienia, umówiliśmy się
                    tylko, że za tydzień - dwa do matki przyjdzie dzielnicowy zobaczyć jak się
                    sytuacja rozwija.

                    Rozwinęła się tak, że ze 2 tygodnie póżniej siostra i szwagier się wyprowadzili,
                    na odchodnym wykrzykując matce na klatce schodowej (podaję to żeby przypomnieć,
                    ze rzecz ma miejsce w prowincjonalnym mieście, to taki bonus na koniec był),
                    sistra wykrzyczała matce, czy nie pomyślała wyrzucając ich z domu, że może ona
                    jest w ciąży. I powędrowali za szczęściem najpierw do wynajętego na miejscu
                    mieszkania, a później do Warszawy, o czym moja matka dowiedziała się 4 miesiące
                    po fakcie przypadkowo od wspólnego ginekologa.

                    Po 2 latach okazało się, że siostra urodziła (zdaje się że napisała list w
                    tajemnicy przed mężem nie podając zwrotnego adresu). Mój syn urodził się pół
                    roku później. Moje stosunki z matką przez ten czas układały się raz lepiej, raz
                    gorzej, ale na pewno daleko od takich dramatycznych sytuacji. Od zabrania matki
                    na urlop nad Morze Śródziemne wkrótce po tych wydarzeniach, po niedzwonienie
                    przez miesiąc. Bez tragedii. Faktem jest jednak, że mojego syna widziała kilka
                    razy w życiu (powiedzmy, że powodem takiego stanu rzeczy było wspomniane przeze
                    mnie nie dość entuzjastyczne powitanie).

                    I tu przechodzimy do sedna, czyli incydentu sprzed 3 lat, kiedy niezapowiedziany
                    przyjechałem do matki w niedzielę wielkanocną. I jakież było moje zdziwienie,
                    kiedy w domofonie usłyszałem moją siostrę. Wchodziłem do klatki schodowej jak
                    skazaniec, na parterze byłem wku...ony, na I piętrze zastanawiałem się, czy nie
                    zawrócić, na II stwierdziłem, że to by była żenada, a na III uznałem, że skoro
                    okazja do poprawy stosunków w rodzinie sama się urodziła, to chyba nie mam
                    wyjścia i muszę z niej skorzystać. Zapukałem, ale niestety moja siostra nie
                    doszła do tych samych wniosków. Ominęła mnie szerokim łukiem, nie odezwawszy się
                    do mnie ani słowem podczas całego mojego pobytu, matka zaczęła mnie molestować o
                    te domniemane chrzciny i wygarniać jakieś błahe historie sprzed lat. Bawiłem się
                    równie dobrze jak Tycho Brahe na swojej ostatniej imprezie. W przerwie między
                    połajankami do pokoju wpadła siostra mówiąc, że dzwoniła do męża i że ten nie
                    przyjdzie na śniadanie, póki ja tam jestem. Jako że pracuję w systemie
                    zmianowym, skorzystałem z okazji, powiedziałem, że muszę i tak jechać bo muszę
                    lecieć do pracy na popołudnie, i poszedłem. Śniadanie wielkanocne zjadłem po
                    drodze do domu na stacji BP. No i tak mi się jakoś zrobiło po tej Wielkanocy, że
                    całkowicie zrewidowałem swoją opinię. Trochę to czasu zajęło, ale przestałem
                    patrzeć na moją matkę jako biedną ofiarę (choć wcześniej nie umiałem inaczej). O
                    urodzinach córki rok temu w ogóle jej nie poinformowałem. I nie mam z tego
                    powodu wyrzutów sumienia. Tyle, cała historia w telegraficznym skrócie.

                    Dziękuję za uwagę :)
                    • ca-ti Re: Life story 22.01.09, 08:28
                      W tej historii - podobnie jak w milionach innych (nie umniejszam
                      problemu, mam na myśli tylko skalę) tzw. obiektywne fakty nie
                      istnieją. Są tylko pretekstem do wyrażenia nabrzmiałych emocji,
                      zwykle negatywnych. Problemy z komunikacją, z odczytaniem schematu
                      (skryptu) rodzinnego powodują, że rodzina tańczy swój chcocholi
                      taniec. Ludzie ranią się nawzajem, cierpią i... żyć bez siebie nie
                      mogą. Nawet jeśli odseparowują się fizycznie, niosą ze sobą
                      nierozwiązane sprawy, przeżywają stare emocje.
                      Zdarza się, że któryś z członków rodziny wyłamie się i próbuje żyć
                      inaczej, wtedy dopiero zaczyna sie piekło. Rodzina w swojej własnej
                      wewnętrznej dynamice dba o to, aby nic sie nie zmieniło, a
                      taki "dezerter" zaburza jej staus quo. Staje się wtedy zwykle czarną
                      owcą, odrzuconą i napietnowaną przez resztę, która paradoksalnie
                      wzmacnia jeszcze swoją patologię.
                      Na poziomie deklaratywnym nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że
                      chciałby zyć w piekle, na poziomie emocjonalnym, może tego łaknąć
                      jak kania dżdżu... Bo inaczej nie umie.

                      Nie wiadomo kto w tej historii jest ofiarą, kto katem. Osoby dramatu
                      rodzinnego często zresztą zamieniają się rolami (nieświadomie).
                      Nic Ci nie pomoże znalezienie "winnego". Postaraj się rozpracować
                      system, najlepiej z pomocą dobrego terapeuty, może metodą tzw.
                      ustawień rodzinnych, a następnie idź dalej w swoim własnym życiu...
                      • alterego4 Re: Life story 22.01.09, 10:13
                        Ja w zasadzie nie tyle szukam winnego, co odmawiam bycia winnym. I faktycznie,
                        dalej to już poszedłem inna drogą.
                        Wiem, że każdy ma swoją wersję, mnie po prostu cholernie zabolała ta wisienka na
                        torcie (o której zapomniałem napisać), że matka na wieść że jej zięć nie
                        przyjdzie z ulgą przyjęła to, że wychodzę i poprosiła siostrę o przekazanie mu
                        tej radosnej nowiny. Całą ta historia ostatnich lat zaczęła w tym momencie
                        inaczej wyglądać. W sumie ja też poczułem ulgę, że nie muszę być zobowiązany do
                        brania odpowiedzialności za matkę, tylko mogę robić swoje.

                        Moi rodzice rozwiedli się kiedy miałem 7 lat (teraz mam 35), matka chyba
                        nienawidzi mężczyzn a moja siostra powtarza ten sam schemat, który przydarzył
                        się matce. Ja z kolei z powodu mojej płci byłem traktowany jako coś
                        pośledniejszego. Dopiero rok temu odważyłem się nawiązać kontakty z ojcem -
                        wcześniej nie mogłem bo "matce by to serce złamało".
                        • ca-ti Re: Life story 22.01.09, 14:01
                          alterego4 napisał:

                          > mnie po prostu cholernie zabolała ta wisienka n
                          > a
                          > torcie (o której zapomniałem napisać), że matka na wieść że jej
                          zięć nie
                          > przyjdzie z ulgą przyjęła to, że wychodzę i poprosiła siostrę o
                          przekazanie mu
                          > tej radosnej nowiny.


                          Poczułeś się zdradzony przez matkę, zresztą wcale Ci się nie
                          dziwię...



                          Całą ta historia ostatnich lat zaczęła w tym momencie
                          > inaczej wyglądać. W sumie ja też poczułem ulgę, że nie muszę być
                          zobowiązany do
                          > brania odpowiedzialności za matkę, tylko mogę robić swoje.




                          I tu chyba dotarłeś do sedna swojego problemu. Na początku pytałeś
                          czy to co zaoferowaliście matce podczas urodzin syna mogło być przez
                          nią odebrane jako afront. No i patrząc na "gołe" fakty, oczywiście
                          nie. A jednak ona czuła się nie dość hołubiona, bo pod tym gołymi
                          faktami czuła Twoją awersję (żal, ból,złość itd.). Prawdziwych uczuć
                          nie da się zamaskować. Są jakie są.
                          Twoja matka manipulując całą rodziną przez lata nie wzięła pod uwagę
                          takiej możliwośći, a mianowicie, że straci Twoje zaufanie, szacunek,
                          a zyska właśnie to co ma teraz, uprzejmą rezerwę.


                          >
                          >
                        • gadagad Re: Life story 22.01.09, 21:39
                          Dorosły, przeciętnie inteligentny człowiek nie ma poczucia winy,jeśli widzi, że
                          czyjeś zachowanie jest nieodpowiednie.Na rozum ocenia je racjonalnie,a tym samym
                          się od niego dystansuje.To co mylnie bierze się za poczucie winy, jest potrzeba
                          akceptacji.Wpojony strach,że jeśli ktoś nas nie akceptuje,tracimy poczucie
                          własnej wartości i poczucie bezpieczeństwa,bo wtedy - ktoś,świat - ma prawo nam
                          zrobić coś złego,ukarać,coś odebrać.Jeśli matka wychowywała cię tak jak
                          opisałeś,musiałeś starać się by cię doceniła,zaakceptowała.Pewnie cały problem w
                          instynktownym "roztrzęsieniu" kiedy trafiasz na jej nie akceptację.Wdziera się w
                          twoje poczucie własnej wartości.To reakcja wpojona,instynktowna.Ona znowu walczy
                          o akceptację zięcia.Faceta,który na jej akceptację gwiżdże,jak wynika ze sposobu
                          jego mieszkania u niej.Pewnie coś jej się instynktownie kojarzy z mężem,który ją
                          opuścił.Uwierz w swoje przekonania na tyle,by nie akceptacja matki wywoływała
                          wyłącznie reakcję - no nic na to nie poradzę,potrzebuję,chcę,mam, robić
                          "swoje", bo to jest na prawdę wartościowe i ważne.
                          • alterego4 Re: Life story 24.01.09, 01:14
                            Pozostaje jeszcze jedna kwestia na którą nie mam wpływu: moja matka nie będzie
                            żyć wiecznie. Myślę, ze główny podtekst tkwi w tym, że boję się pozostania z
                            nierozwiązanym i już nierozwiązywalnym problemem.
                            • gadagad Re: Life story 24.01.09, 15:19
                              Oczywiście.Tego,że ma się emocjonalny stosunek do rodziców, nie przeskoczy się i
                              nie wyeliminuje,nawet jeśli się go zepchnie pod pozorną obojętność.Fizyczna
                              eliminacja kontaktów,to takie "uciekanie do Damaszku,czy tam
                              Samarkandy".Powszechnym błędem jest oczekiwanie,że aby sobie z tym poradzić
                              należy dążyć do zmiany zachowania tego człowieka i mu to
                              wyjaśniać,naciskać,tłumaczyć.Należy zmienić własny sposób reagowania.Zmiany
                              jakie następują w sposobie zachowywania się osób,na których zachowaniu nam
                              zależy są często zadziwiające,i to niby bez naszego udziału,bo przecież my żeśmy
                              już tylko zachowywali odpowiednią postawę.Utrzymanie takiej postawy jest z
                              początku,trudne,bo jest wbrew wewnętrznym emocjom i schematowi reakcji,które są
                              już dla nas naturalne(choć tak na prawdę zupełnie błędne).Ale literatury na
                              temat toksycznych relacji jest tyle,że wystarczy odrobina wysiłku i poświęcenia
                              temu trochę czasu,by znaleźć coś - o to właśnie chodzi.No, albo dalej się z tym
                              kisić na własny rozum i nieść całe życie jątrzącą się,często podskórnie, zadrę
                              psychiczną.
    • moon_witch Ludzie sa tacy zdolni 24.01.09, 15:59
      z igly robia widly.
Pełna wersja