hazzard
22.01.09, 13:57
zastanawiam się, jak sobie radzić z tzw. mądralą w swoim otoczeniu. Jest to
starszy brat mojego narzeczonego - inteligentny, wykształcony facet (pisał
doktorat w j.ang), zna biegle 2 języki obce, pracuje na kierowniczym
stanowisku, a przy okazji jest dobrym mężem i ojcem - ale strasznie denerwuje
mnie, kiedy zaczyna się mądrzyć. Jest to typ z gatunku tych, co to wszystko
potrafią, wszystko wiedzą najlepiej etc. W
ydaje mi się, że nas oboje uważa za niedorozwiniętych idiotów - ostatnio gdy
narzeczony zapytał go o jakąś kwestię związaną z czynszem, poradził nam,
abyśmy używali mózgu i kalkulatora. Albo inna sytuacja - mój facet został
poproszony przez mamę o skonfigurowanie laptopa na jej potrzeby typu zrobienie
przelewu on-line czy sprawdzenie poczty, czyli Windows po polsku, przeglądarka
internetowa, antywirus - takie podstawy. Szacowny brat wściekł się, gdy
okazało się, że w laptopie nie ma wgranego drivera do czytnika karty pamięci,
a potem zaczął krytykować, że Windows powinien być po angielsku, że nie ma
ustawień grafiki bla bla. Skoro taki inteligentny, to mógł sam zająć się
konfiguracją komputera, a nie wytykać błędy bratu. Któregoś dnia gdy kupiliśmy
nową kuchnię ceramiczną, skomentował, że są lepsze modele mające np.
elektroniczny zegar czy panel dotykowy. Ponieważ mój facet jest
niepełnosprawny, a ja dopiero robię prawo jazdy, to czasem zabierał nas do
rodziców poza Warszawę i też nie omieszkał się wygłosić komentarza, że
następnym razem będziemy jechać autobusikiem. Albo gdy kupiliśmy sztuczną
choinkę, on i jego zona zaczęli pytać, dlaczego nie kupiliśmy co najmniej
2-metrowej żywej jodły! Gdy powiedzieliśmy, że wyjeżdżamy w góry pod koniec
lutego, zapytał ironicznie: co tak wcześnie? - mając na myśli, że wyjazd o tej
porze może być chybiony. Nie chciało mi się mu tłumaczyć, że po nowym roku
nie byłoby nas stać na wyjazd i że dopiero możemy sobie na to pozwolić w
kolejnym miesiącu, bo ktoś, komu s=dobrze się wiedzie, nie będzie w stanie
tego zrozumieć. Wraz z bratową potrafią też przy stole dywagować, jakie to
auto zamierzają kupić za parędziesiąt tysięcy i chwalą się postępami swoich
dzieci w nauce pływania, w tenisie, języku angielskim, jeździe na nartach i
zapewne kilkunastu innych zajęciach, o których nawet nie wiemy. Że już nie
wspomnę o jednej pani opiekunce rano, drugiej po południu, sprzątaczce, pani
od angielskiego dochodzącej do domu itd. Ich dzieci muszą nosić tylko markowe
ciuchy, żadne tam poliestry, buty np. Bartka etc.
Rozumiem, że oni żyją na innym poziomie, stać ich na lepszy sprzęt, na
zagraniczne wojaże, dobre auto etc - i wiem, że my nieprędko, o ile w ogóle im
dorównamy. nie zazdrościmy im tego, w końcu na to zapracowali, i być może nie
zawsze zdają sobie sprawę z tego co mówią, epatując swoim stanem posiadania i
planami.
Czasem łapię się na myślach, że w jakimś stopniu jesteśmy od nich gorsi, że
podejmujemy jakieś próby dorównania im itd. Wręcz zaczęliśmy ich unikać z
obawy, by nie przyszli i nie skrytykowali np. naszego nowego okapu nie za
2500zł, a tylko za ok. 400zł. Nie wiem, czy to paranoja czy zaczynam wpadać w
jakieś kompleksy z ich powodu?
I jak sobie radzić z bratem, gdy zacznie nas krytykować lub komentować np.
jakiś zakup do mieszkania?