crystalship
19.02.09, 03:55
W moim domu zawsze mówiło się,że trzeba być w życiu wrażliwym i
dobrym człowiekiem.Te przekonania wpajano mi od kołyski,z nimi
szybko się zrosłam i stały się nieodłączną cechą mnie samej.Przez
pierwsze lat życia być może to się sprawdzało, bo żyłam na łonie
rodziny,tutaj miałam wiele bezpieczeństwa i ciepła.Pewnie byłoby tak
nadal, gdybym nie poszła do szkoły.Tam pierwszy raz spotkałam się z
czymś takim jak zło.Zło wymierzone w moją osobę.Klasa szybko wybrała
sobie swoją nieśmiałą i miłą koleżankę na kozła ofiarnego,widząc jak
łatwo się boję i ulegam ich szantażowi.Całą podstawówkę i gimnazjum
miałam przechlapane,bo mnie bito,upokarzono i wyśmiewano każdą moją
gafę.Wkrótce cała szkoła mówiła o mnie bzdury wyssane z palca i nie
mogłam spokojnie przejść korytarzem.Cały czas czułam spojrzenia tych
ludzi-pełne nienawiści,pogardy, wyższości nade mną.Gdyby nie to, że
w gimnazjum kilka osób podało mi pomocną dłoń,to bym nie dała rady z
tym wszystkim.Swego rodzaju pomocą była też nauka i mój własny
świat,w którym wygospodarowałam sobie czas na to, co lubię.
W liceum było ciut lepiej, być może dlatego,że w szkole trzymano
dyscyplinę i przemoc była nie do pomyślenia.Klasa co prawda nie
pałała do mnie miłością i plotki się zdarzały,ale ja nie okazywałam
tego,że sprawiają mi one przykrość.W środku oczywiście byłam nadal
tak samo krucha,ale przyjęłam postawę wojowniczki,która nie da sobie
w kaszę dmuchać.Może nie mówiłam tego wprost,jednak swoim buntem i
niezależnością manifestowałam niezgodę na pewne reguły rządzące w
tym środowisku.Z szarej myszki stałam się więc outsiderką.Dobrze się
uczyłam,udzielałam się pozalekcyjnie i dlatego w liceum nie było już
tak strasznie jak w poprzednich latach edukacji.Z klasą co prawda do
teraz nie znalazłam wspólnego języka,ale miałam więcej znajomych w
innych klasach,na jakichś spotkaniach.Cieszyło mnie to bardzo,choć z
drugiej strony nadal pamiętałam o przeszłości i prześladowały mnie
ponure wizje z moim udziałem.Długo nie ufałam ludziom,trzymałam na
dystans tych,którzy próbowali się do mnie zbliżyć,bo bałam się tego,
że ktoś pozna prawdę o moim wrażliwym serduchu i mnie skrzywdzi.Może
po jakimś czasie w końcu dopuszczałam ich do siebie,ale przychodziło
mi to z wielkim trudem.Takie rzeczy jednak się pamięta.
Na studiach na pewno jest mi łatwiej,tam jest garstka ludzi bliskich
mi pasją i celem, na ogół też są to ludzie sympatyczni i otwarci na
drugiego człowieka.Nie zmienia to faktu,że moja przeszłość nie daje
mi o sobie zapomnieć.Co gorsza,dochodzi do stanów tak drastycznych,
że nie potrafię odróżnić prawdy od "wydawania się".Na przykład idę
sobie korytarzem i nagle mam wrażenie,że to te gimnazjum,że wszyscy
się na mnie gapią i śmieją się za plecami.Często uśmiech w moją
stronę odbieram jako wyraz kpiny ze mnie.Wtedy natychmiast ogarnia
mnie lęk i chcę uciec, schować się jak najdalej stąd.Przykro mi o
tym pisać, gdyż nie jest to raczej słuszne,lecz przestałam już ufać
komukolwiek, nawet ludziom, których uważałam za bliskich.A wszystko
przez to,że mam takie stany "wydawania się".To straszne.Nie jestem
co prawda dla nikogo wredna,choć też coraz bardziej zamykam się w
sobie i już za młodu gorzknieję.Czuję się uwięziona w świecie mar i
przywidzeń, a stany lękowe wracają.Przez to straciłam radość życia i
myślę o samobójstwie.Kiedyś byłam wesołą,uśmiechniętą osobą, teraz
przypominam cień dawnej siebie.Czuję się samotna, choć wiem,że są
osoby,które mnie zawsze wspierają.Tyle,że ja już sama nie wiem, czy
mam komuś ufać.Nigdy z tego powodu nie miałam faceta, bo kiedy na
kimś mi zależało, to ta osoba okazywała się przysłowiową zakazaną
miłością lub zwykłym łajdakiem.Stąd mój brak zaangażowania.Wcale nie
jest to dla mnie dobre,bo nie mam do nikogo zaufania.Nawet do samej
siebie.Jedyne,co wiem o sobie, to tyle,że mam dobre,wrażliwe serce,
że mogłabym obdarzyć przyjaźnią i miłością wielu ludzi.Jednak boję
się,że to coś (schizofrenia?depresja?) może mi przekreślić szanse na
normalne życie w poczuciu bezpieczeństwa i samoakceptacji.Tak teraz
się czuję.Chciałabym umrzeć, bo nie widzę nadziei dla siebie.Ale coś
wciąż mi nie pozwala...Może resztki nadziei na dnie duszy ?