cytrynka4
21.11.03, 12:20
Wczoraj przyszłam o 17:00. Cały wieczór "odreagowywałam". Nigdzie nie
wychodziłam, położyłam się do łóżka. Trochę płakałam, słuchałam muzyki, bo to
mnie releaksowało. Znowu trochę "powietrza" ze mnie uszło. Jest mi trochę
lżej, dziś. Ale to na pewno do czasu, dziś siedzę sama, nie ma wokół mnie
żadnych ludzi, poza tym jest słoneczny dzień to też poprawia mi humor.
Nie lubię kontaktu z ludźmi(co nie znaczy, że nie lubię ludzi...). Zaczyna
mnie męczyć, spina mnie potwornie.
Ostatnio zaczęłam liczyć jak gdzieś wychodzę, żeby zahamować potok moich
negatywnych myśli. To trochę pomaga, to chyba trochę jak medytacja.
Tylko to wszytsko nie mam sensu spalam na coś całą moją energię. Zaplątałam
się paskudnawo w siebie. Utrwalone mechanizmy we mnie. Ciągła krytyka w
środku. Po godzinie pobytu wśród ludzi czuję się już bardzo źle. Chcę iść do
miejsca gdzie nie ma zadnych ludzi.
Dzisiaj jest trochę lepiej upuściłam trochę swoich emocji wczoraj i dziś.
A teraz znów będzie się wszytsko zbierać we mnie, znów będę stawał się
zaciśniętą piąstką.
Czuję się tak jakbym musiała w sobie coś złamać, stłuć, podpalić, bo tak
mocno jest to we mnie wrośnięte...
tylko jak to zrobić?
Już nie wiem jak sobie pomóc...