jane_eye
24.03.09, 11:32
Problem pierwszy - bezsensowna ja
Nigdy wcześniej się nie poddawałam, zawsze szukałam wyjścia z
sytuacji, choćby najtrudniejszej, tak postrzegałam siebie ja, tak
postrzegali mnie inny, optymistka do bólu. Mijały lata i kolejne
niepowodzenia w życiu prywatnym sprawiły, że frusracje z dzieciństwa
zbierać zaczęły żniwa. Zawsze poszukiwałam ciepła i nie umiałąm go
odnaleźć. Przecież od zawsze wiem że los jest przewrotny. Małżeństwo
nie udało mi się, to był może dobry ale bez ikry człowiek,
potrzebował matki, siostry, kierowniczki a nie żony. Zmęczyłam się
tym, że wszystko jest na mojej głowie, chciałam być księżniczką od
czasu do czasu, chciałam żeby ktoś zadbał o mnie - zadbał
emocjonalnie . Kiedy straciłam dziecko, mąż nie umiał zadbać o to
bym poczuła się znów kobietą, bym uwierzyła w pryszłośc, rozstaliśmy
się. Czas mijał, kolejny niedopowiedni mężczyzna, oszust , który
omamił nie tylko mnei ale i moich krewnych oraz znajomych. Na
szczęście obyło się bez spłacania jego długów, ale na zszargane
nerwy i zniszczoną jego machlojkami reputację nie ma ceny. Wstalam z
kolan kolejny raz, chociaż los co rusz dawał o sobie znać,
konieczność zmiany pracy, śmierć ojca to kolejne progi do
przeskoczenia. Tylko zaczęło mi brakować sił.
Problem drugi - ja i ....
Poznałam kogoś, świetny człowiek, ale okazało się , że nie do końca
jest wolny, i to nie w sensie o tyle prawnym co mentalnym. Po
rozstaniu są kłopoty z jego dziećmi, regularnie mają: on, dzieci
i "prawie eks" (jeszcze nie mają sprawy zakończonej) wizyty u
psychologa,tez pedagoga w szkole, ze względu na dolegliwości
somatyczne u dzieci na podłozu psychicznym oraz zaburzenia w
zachowaniu. Spotkania ze względu na dzieci nie łaczą rozstających
się małżonków ale tylko napinają relacje między nami w ogóle -
dzieci przeżywają rozpad rodziny, co jest naturalne, choć kłotnie
i bijatyki ( żona męża ) trwały tam wiele czasu, on ma wyrzuty
sumienia wobec dzieci choć i tak owlekał mimo nakłaniania rodziny,
pedagoga w szkole oraz psychologa do rozwodu . On ma poczucie winy
wobec dzieci, dla ich dobra to ciągął mażłeństwo wbrew logice, radom
rpdzony i specjalostów, dzieci są znerwicowane a to wsystko zaś
wpływa na relacje między mną a nim. Czuję się czasem jak idiotka
pomiędzy młotem a kowadłem, dziś np. po kolejnej wcozrajszej jego
wizycie u psychologa nie umieliśmy porozmawiać z soba na luzie
normalnie, ale to ja nie chyba mam większy z tym kłopot, bo czuję
się jakoś...obok, bo nie wiem, czy on chce tego rozwodu tak
naprawdę, bo nie rozumiem czego tak bardzo się boi, dlaczego tak
długo tkwił w tym i mimo porad fachowców po sowjemu uważa ze dzieci
ucierpią za bardzo prze ten rozwód, choć to właśnie dysfunkcja
rodziny sprawiła obecne problemy u dzieci.
Co robić, czekać, milczeć, rozmawiać...Pogubiłam się.