wentyl77
19.05.09, 12:31
Dzisiejszy wpis postanowiłem poświęcić zjawisku, które - jak
większość naszych odchyłów - jest uprawiane powszechnie, choć nie do
końca świadomie. Kusi mnie, aby właśnie teraz zapoczątkować cykl
tekstów ukazujących, w jaki sposób panosząca się w naszych (tak,
tak - ten syndrom dotyczy po części wszystkich, nie wykluczając
piszącego te słowa) łbach niezaleczona neuroza psuje nie tylko
klimat stosunków społecznych, ale i nasze prywatne, uczuciowe
relacje z bliskimi osobami.
Jest to problem, który w sumie nie powinien mnie obchodzić: jako
typowy, niereformowalny samiec nie mam na horyzoncie kandydatek,
które zaryzykowałyby stały związek. Ale każdy, kto w takowym się
znajdował, pewnie czasem słyszał takie albo podobne teksty:
- 'mógłbyś ubrać inne spodnie', lub
- 'a może zamiast ..., najpierw kupimy ...' (wstaw pasujące
przedmioty ;), lub
- 'to twoje ... piwo' (wstaw liczebnik).
Jeśli jesteś facetem i nie dane ci było słyszeć takich słów,
gratuluję: albo żyjesz w innym kraju, albo jeszcze się nie
urodziłeś. Pierwszy przykład jest typowy i wyraża delikatnie
sugestię, że nie znamy się na modzie, lub ubolewanie, że jesteśmy
flejami. Jeśli dotyczą cię oba przypadki (tzn., że w obu wypadkach
jest to prawda), twoja laska faktycznie ma problem. W każdym innym
razie radzę podnieść poziom alarmowy, bo szykuje się toksyczny
związek. Palenie szkodzi twoim plemnikom.
Drugi przykład jest groźniejszy, bo sygnalizuje początkowe stadium
syndromu wpieprzania się w twój portfel. Oczywiście nie piję tu do
małżeństw ze wspólnym kontem, ale prawda jest smutna: to facet jest
od zarabiania, kobiety są od wydawania. (Nie tworzę faktów
medialnych - na dowód tych słów można przejść się po dowolnej
galerii handlowej, licząc sklepy z odzieżą. 90 proc. z nich to
sklepy dla znudzonych damulek {eh, żeby chociaż wróciła moda na
sukienki...}). Jeśli zaakceptowałeś taki stan rzeczy, jesteś ciężkim
frajerem. Ale nie współczuję ci, bo pewnie stać cię na taki kaprys.
Trzeci przykład jest najbardziej typowy i nawet nie chce mi się o
tym rozprawiać. Tylko proszę wyobrazić sobie taką scenkę: Facet
siedzi na imprezie, gra muzyczka, obok jego ukochana. On musi się
nieźle bawić, bo pije już któreś z rzędu piwo. A co robi ona,
zamiast bawić się solidarnie ze swym facetem? Liczy mu piwa. Ta para
musi być naprawdę ciulowo dobrana.
Nie ważne, który przykład jest najtrafniejszy, ważne, że wszystkie
łączy głupia i bardzo szkodliwa intencja "poprawiania" mężczyzny,
ubrana w pozory troskliwości i dbania o dobry image. Pomijając
oczywiste, patologiczne typy męskich charakterów, trzeba powiedzieć,
że takie i podobne zachowania stoją u źródeł rozpadu wielu
małżeństw, nawet tych fajnie się zapowiadających. Po pierwsze, u
podstaw intencji "naprawiania" faceta leży idiotyczne przekonanie,
że jego charakter da się zmienić czynnym, uporczywym wychowywaniem,
podczas gdy najskuteczniej zmieniamy się z WŁASNYCH, wewnętrznych
impulsów, najczęściej pod wpływem miłości. Innymi słowy, zakochany
mężczyzna sam wie najlepiej, jak dostosować się do potrzeb
ukochanej, przy okazji zmieniając siebie (i warto podkreślić, że
zrobi to z przyjemnością). Jeśli uważasz, że potrzebuje do tego
TWOICH motywacji, uważasz go też za debila. Na takim myśleniu można
wychodować tylko toksyczną roślinkę.
Drugą przesłanką, przemawiającą za głupotą kobiet "naprawiających"
swoich partnerów, jest właśnie ozdobny abażur pozorów, mający
usprawiedliwić te i podobne zabiegi. Przymuszone do szczerości,
panie-retuszerki powiedzą, że robią to tak naprawdę z miłości, czyli
że u podstaw stoi troska, opiekuńczość, chęć stałego doskonalenia
osobowości itp. Po części jest to prawda, ale wiadomo, że jak coś
jest pół-prawdą, to jest to gó...-prawda. U źródeł ciągłego,
uporczywego "poprawiania", leży w sumie mniej lub bardziej
uświadomiona chęć manipulacji, przy czym istotny jest fakt, że
strona dopuszczająca się takich praktyk jest stroną słabszą - strona
pozwalająca na manipulację jest silniejsza, a więc to ona aprobuje
stosowanie takich technik na sobie. Najczęściej manipulowania
dopuszczają się osoby przekonane w głębi duszy o upośledzeniu swej
płci, czujące się niepewnie w roli kobiety/obiektu miłości; ale co
najważniejsze - osoby tak naprawdę nie wierzące w miłość i wzajemne
zaufanie. Kobiety, które uzyskują poprzez manipulację władzę nad
partnerem, zdobywszy pozycję dominującą, jednocześnie nieświadomie
zamykają sobie drogę do szczęścia. Nie wiedząc o tym (a nawet
osiągając przy okazji pełnię zawodowego i społecznego sukcesu),
dopuszczają do tego, by ich neuroza rozkwitła na dobre.
Trzecim dowodem na kretynizm leżący u podstaw chęci "naprawiania"
jest fakt, że takie zabiegi często kończą się fiaskiem, a nawet
jeszcze gorzej, prowadząc do trwałego zwichnięcia osobowości. Żeby
bawić się w wychowawcę, trzeba ZNAĆ obiekt swych starań. Wiele
przypadków alkoholizmu, prowadzącego w ostatecznym rozrachunku do
przemocy i rozpadu rodzin, ma w swym praźródle właśnie związek z
manipulującym partnerem.
Wreszcie ostatnim powodem do powiedzenia "nie" temu zjawisku jest
to, że kobieta, stawiając się w roli wychowawcy, żywi w głębi duszy
przekonanie o swoich wyższych kwalifikacjach moralnych,
pozwalających jej kształtować rzekomo głupszego, bardziej
niedojrzałego partnera. Największy problem z "poprawianiem" polega
właśnie na tym, że uprawiają go osoby pozbawione duchowych,
zawodowych i uwarunkowanych tradycją kwalifikacji do tego, aby
uważać się za autorytet w tej dziedzinie. Podchodząc do sprawy
naukowo okaże się, że nawet psychologiczne metody rozwoju człowieka
(psychologia poznawcza) opracowali w większości mężczyźni. Wśród
odkrywców i propagatorów "inteligencji emocjonalnej" są sami faceci.
Ps. Temat do dyskusji, podrzucony z mojego bloga.
Co o tym sądzicie?