Czy mozna kochać adoptowane dziecko?

09.06.09, 18:27
Bardziej mocno i silnie niż swoje własne, rodzone?
Plotkując o sławach estrady, to np. Madonna, adoptowała kolejne
dziecko. I śłusznie, jezeli chce mmieć tych dzieci więcej, a nie
moze mieć własnych. Jednak z innych informacji wynika,ze jej
rodzone dziecko, córka, ma poważne problemy i jest w kryzysie.
Wchodzi w trudny wiek dorastania i w sumie nie wiele matka angażuje
się w jej zycie i problemy. Ta adoptowana córeczka, kiedyś też
będzie dorastać, jaka wtedy będzie reakcja matki?
Czy adoptowane dziecko kocha się tak samo silnie, jak swoje
rodzone, czy jest to miłość na zasadzie, gdzie oczekuje się od
dziecka wdzięczności za to, że zostało wyrwane z Domu Dziecka? Może
się mylę, to proszę mnie uświadomić.:-*)
    • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 18:41
      Madonna adoptowala ? Wydawalo mi sie, ze jej odmowiono...
      Z gwiazdami rownie bywa, ale normalni ludzie calymi latami walcza o
      prawo do adopcji dziecka, przechodza przez sita psychologow, zeby
      uniknac ryzyka powierzenia dziecka ludziom nieodpowiedzialnym i
      niedojrzalym emecjonalnie do adopcji. adoptowane dzieci sa dziecmi
      kochanymi. czy kochajacymi ? to zalezy od wielu czynnikow.
      • amor_anieli Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 19:08
        Madonna adoptowała dziewczynkę z Malawi, Mercy. Kto wie na kogo
        wyrośnie, moze nowa gwiazda estrady, a moze po prostu jeszcze jedno
        dziecko, bogatych rodziców.
        Mnie zastanawia,ze rodzona córka Madonny, jest negatywnie
        nastawiona do matki. Ponoć są skłócone?
        • tor-tilla Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 10.06.09, 01:01
          Na Pudelku ponoć pisali, że się pobiły o to, że były mąż Madonny chciał
          adoptować dziecko z Madagaskaru nieustalonej płci, które już stanowi realną
          konkurencję dla przyszłej gwiazdy estrady Mercy
      • mitja74 nie tak jak swoie,co czasem tez jest trudne 12.06.09, 13:11
        jestem poladoptem i leddwo zaakceptowanym przez wlasna mame,wiec
        wiem ze to jest niemozliwe.nie ma wiezi bilogicznej i tak naprawde
        nic ich nie obchodzisz.kazdy obowiaek z ich strony jest jak
        ogladanie filmu ktorego sie nie lubi.
        • alexrener Re: nie tak jak swoie,co czasem tez jest trudne 09.09.15, 18:57
          Bzdura totalna. Jestem Adoptowany jak miałem 10 miesięcy. Kocha się tak samo, a nawet mocniej. True. Rodzice mnie kochają najbardziej na świecie, byli wręcz mną zauroczeni. Obecnie mam 19 lat.
    • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 19:00
      Nie wiem czy można porównywać adopcję dziecka przez Madonnę, czy Angelinę do
      adopcji dziecka przez nie/bezpłodną parę z przeciętnymi dochodami. IMO optyka
      jest w obu przypadkach zupełnie inna.
      W pierwszym przypadku (mam nadzieję) jest to przede wszystkim chęć pomocy
      dziecku, które jest w tragicznej sytuacji.
      W drugim przypadku jest to ogromna potrzeba dawania miłości, realizowania się w
      roli rodzica, stworzenie ciepłego domu, pełnej rodziny.
      Czy dziecko adoptowane kocha się jak "swoje rodzone"? Nie wiem. Czasami myślę,
      że jeśli można to nawet bardziej. Jest coś w tym, że adoptowanemu dziecku często
      rodzice chcą wynagrodzić fakt odrzucenia (czasami podświadomie), rozpieszczają
      dziecko, ale dają mu uczucia szczere i gorące.
      Dziecko adoptowane dla rodzica adopcyjnego to jest dziecko SWOJE, własne, nie
      jest biologiczne, ale nie jest obce, cudze.
      Nie trzeba kochać dziecka adoptowanego mocniej niż rodzone, bo dziecko się kocha
      i już, i chyba każdy kto ma więcej niż jedną pociechę przyzna, że każde dziecko
      kocha się inaczej.
      Inaczej się kocha dziecko adoptowane, inaczej biologiczne, inaczej pierwsze,
      inaczej drugie, inaczej syna, inaczej córkę.
      Ważne to kochać...
      • amor_anieli Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 19:21
        Napewno nie idzie porównać zycia tych gwiazd z życiem zwykłych
        smiertelników.:-)Mają cały szereg niań, kucharek, sprzątaczek itp.
        Moje podejście do sprawy adopcji jest dość specyficznie, a wynika
        ono zapewne z faktu, ze kiedyś przed laty pracowałam w szkole z
        małymi dziećmi. I jak, które narozrabiało, to miałam do tego
        dziecka pewien emocjonalny dystans, cos jak zimno.Zwyczajnie nie
        lubiłam tego dziecka.
        Natomiast, gdy moja pociecha narozrabiała, to tego typu uczuć nigdy
        nie miałam. W sumie, o wiele łatwiej jest wybaczyć swojemu dziecku,
        niz obcemu? No tak jest chyba u mnie, stąd moje pytanie, czy mozna
        jednak adoptowane dziecko pokochać miłością bezwarunkową i na 100%
        rodzicielską? Ja się przyznam,ze u mnie poprzez ten dystans, to nie
        działa.
        • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 20:12
          Emocjonalny dystans masz do OBCEGO, CUDZEGO dziecka, do dziecka, które ma innych
          rodziców, które wychowują inni ludzie niż Ty, do dziecka, które reprezentuje
          inny system wartosci niż ten, który Ty przekazujesz swojemu dziecku. Oceniasz,
          chcesz czy nie lęgna się w głowie pytania "ja rodzice ją/jego wychowują?". To z
          nastawieniem do adopcji nie ma nic wspólnego moim zdaniem. Myślę, że inne
          nastawienie, być może pozbawione emocjonalnego chłodu miałabys gdybyś wiedziała,
          że postępku dopusciło się dziecko, które nie ma rodziców (jest wychowankiem domu
          dziecka, w inny sposób szuka się przyczyn takiego zachowania.

          Nie łączyłabym faktu adopcji dziewczynki przez Madonnę do jej konfliktów z córką
          biologiczną.
          • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 20:14
            Jeszcze jedno.
            Może gdyby dziecko z domu dziecka coś zrobiło nagannego poczułabyś nie
            emocjonalny chłód ale chęć niesienia pomocy temu dziecku.
            A na swoje dziecko (czy z brzucha czy z serducha) zawsze będę patrzeć inaczej
            niż na dziecko sąsiadki :) Bo... to jest dziecko sąsiadki...
        • samson.miodek Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 13:37
          A Ty nie widzisz roznicy w tym ze masz dystans bo dziecko
          narozrabialo, ale to twoj podopieczny ze szkoly, jakiegos osrodka, a
          Twoje wlasne dziecko?Dzieci z ktorymi pracujesz, jestes opiekunka nie
          musisz wszystkich darzyc wielkim uczucie.
          Uwierz mi jak adpotujesz dziecko to kochasz i juz.NIe ma ze nie
          rodzilam.Urodzic dziecko to czasami tzw bulka z maslem.Byc matka to
          troche bardziej odpowiedzialne zajecie.
          Znam przypadek osoby ktora zaadoptowala dziecko.Zostali teraz
          dziadkami i swiata poza tym wnukiem nie widza a w sumie to przeciez
          nie ich krew, idac twoim tokiem rozumowania.Dziecku a teraz juz
          doroslej osobie tez niczego nie zbywalo.I uwierz nie oczekiwali zeby
          im bylo wdzieczne bo wzieli z bidulca.
    • delayla Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 19:52
      Oczywiście, że tak!
      Co to za głupie pytanie?
      Ale chyba nie każdy się nadaje do adopcji...
      Ja osobiście chciałabym jedno dziecię urodzić i jedno adoptować właśnie:)
      Takie tam młodzieńcze marzenia..
      • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 20:36
        znam kobiete, ktora adoptowala mala Wietnamke. byla z mezem w
        Wietnamie w sprawach biznesowych i wpadla na pomysl zwiedzenia
        porodowki. tam jest mnostwo kobiet, ktore nie sa w stanie wychowac
        dziecka, bo sa same czyli napietnowane, biedne, itp. moja znajoma
        prosto z mostu powiedziala, ze chce noworodka, dziewczynke czy
        chlopaka, wszystko jedno. od razu zglosila sie jedna matka, ktora
        chetnie im dziecko oddala. to mialo miejsce 10 lat temu. moja
        znajoma jak tylko wziela dziecko w ramiona, poczula sie jak matka.
        miala wowczas ok. czterdziestki i marne szanse na prokreacje
        naturalna. okazalo sie , ze dziewczynka ma wrodzona bardzo powazna
        wade serca, jak co drugie dziecko w rodzinie jej matki. moja znajoma
        rozplakala sie i powiedziala, ze nie pozwoli jej umrzec, bo to jest
        jej corka. to wszystko w ciagu godziny. sprawy papierowe poszly w
        miare gladko, dziewczynka zostala przetransportowana do francji
        specjalnym samolotem i jak tylko bylo mozna, przeprowadzono operacje
        serca. byla bardzo malutka jak ja operowali. No i rosnie, jest
        rozwydrzona i pyskata ;) i.... tutaj jest cos niesamowitego :
        kazdego roku odwiedza z rodzicami swoja matke biologiczna, bo tak
        zostalo ustalone na porodowce. moja znajoma jest osoba o wielkim
        sercu, jest to najszlachetniejsza kobieta pod sloncem, dlatego
        niepokoje sie troche, bo pewnego dnia moze definitywnie utracic
        swoja ukochana corke, ktorej chyba tez nie bedzie latwo rosnac w
        takim rozdarciu... nie wiem...
        • amor_anieli Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 21:29
          Ciekawe to bardzo, sankanda. Rzeczywiscie ta kobieta widac bardzo
          chciala miec dziecko. Ja mysle,ze ona jej nie straci, jako corke.A
          corka ma dwie mamy, ktore kocha i ktore ja kochaja. Szczesciara!
        • delayla Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 22:04
          sankanda - piękna historia, tez tak chcę:)
          • amor_anieli Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 09.06.09, 22:49
            ja jednak jestem ciekawa odczuć osób adoptowanych. Jakie są ich
            opinie, jakie zdanie?
            Znałam jedynie dwie osoby adoptowane. Ten jeden nie miał dobrych
            wspomnień. Został wydziedziczony z majątku i z testamentu.Druga
            osoba nigdy nie doszła do siebie, po stracie rodziców. Mimo, że
            dziś to kobieta 73 letnia i rodziców starciła podczas wojny.
            • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 10.06.09, 00:46
              "Ciekawe to bardzo, sankanda. Rzeczywiscie ta kobieta widac bardzo
              chciala miec dziecko. Ja mysle,ze ona jej nie straci, jako corke.A
              corka ma dwie mamy, ktore kocha i ktore ja kochaja. Szczesciara! "


              Bo adopcja właśnie tak powinna wyglądać, że się bardzo chce mieć dziecko. Jak
              można chcieć "trochę"? Jak ładne szczenię, które się zostawia w lesie jak się
              znudzi? Adopcja to ludzkie losy, adopcję poprzedza tragedia dziecka, do adopcji
              trzeba być naprawdę dojrzałym. Pewności, że się pokocha dziecko nie ma chyba
              nikt kto rozpoczyna proces adopcyjny, ale każdy kochać chce (przynajmniej
              powinien chcieć inaczej nie ma to sensu), przyszły rodzic adopcyjny jest zwykle
              bardzo otwarty na dziecko, na jego potrzeby, na walkę z deficytami i z chorobą
              sierocą.

              > ja jednak jestem ciekawa odczuć osób adoptowanych. Jakie są ich
              > opinie, jakie zdanie?


              to w końcu pytasz czy można pokochać, czy może jednak czy czują się kochane?

              > Znałam jedynie dwie osoby adoptowane. Ten jeden nie miał dobrych
              > wspomnień. Został wydziedziczony z majątku i z testamentu.Druga
              > osoba nigdy nie doszła do siebie, po stracie rodziców. Mimo, że
              > dziś to kobieta 73 letnia i rodziców starciła podczas wojny.


              Adopcja dzisiaj wygląda zdecydowanie inaczej niż 40 lat temu, a jeszcze inaczej
              wyglądała przed wojną.
              Przede wszystkim motywy były inne, no i nie było takiego maglowania kandydatów.
              Kiedyś często przypadkowi ludzie adoptowali dziecko, bo wydawało im się, że ktoś
              się musi nim zająć, a później... właśnie oczekiwali wdzięczności ("Gdyby nie
              my...") i nie traktowali dzieci adoptowanych jak własne, do końca pozostały
              "podrzutkami", "przygarniętymi", "sierotami". W lekturze można się zetknąć z
              opisem "wychowywali sierotę" czyli nie swoje dziecko.
              Dzisiaj w ośrodkach adopcyjnych skutecznie "odławia się" osoby, których pobudki
              nie są dobre dla dziecka (np. pomoc w gospodarce czy "komu my to zostawimy") W
              obecnych czasach jest tak wiele bezdzietnych małżeństw, które chcą się spełniać
              w roli rodzica, dla których nie są ważne geny, że dobranie odpowiednich
              kandydatów dla dziecka nie jest tak bardzo ryzykowne, a przynajmniej ośrodki
              starają się to ryzyko, ryzyko, że dziecko w przyszłości zostanie odrzucone,
              minimalizować.
              Dzisiaj rodzic adopcyjny nie powie o adoptowanym dziecku, że nie jest jego, że
              wychowuje czyjeś dziecko.
              • leda16 Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 10.06.09, 07:32
                Kiedyś często przypadkowi ludzie adoptowali dziecko, bo wydawało im się, że kto
                > ś
                > się musi nim zająć, a później... właśnie oczekiwali wdzięczności


                Czyżbyć uważała, nawet wbrew polskiemu prawu, że adoptowany bachor ( najczęściej miot młodocianej puszczalskiej z rodziny alkoholowej i przygłupa po zawodówce) NIE MA OBOWIĄZKU zająć się swoimi starymi, niedołęznymi rodzicami (nieważne, biologicznymi bądź adopcyjnymi), którzy go wykarmili, wykształcili i wychowali, sobie od ust odejmujac, nie ma obowiązku wdzięczności wobec rodziców?!


                Dzisiaj w ośrodkach adopcyjnych skutecznie "odławia się" osoby, których pobudki
                > nie są dobre dla dziecka (np. pomoc w gospodarce czy "komu my to zostawimy")

                Bzdury piszesz, bo to są właśnie motywy dla dziecka najlepsze: dzieciaka nalezy od maleńkości wytresować do świadczenia rodzicom pomocy w gospodarstwie domowym. Zaczyna się zwykle od pomocy w sprzątaniu zabawek, wynoszeniu śmieci, a kończy na alimentacji. A wiadomo, iż swój dorobek życiowy rodzice mają obowiązek (nakazany prawem) zostawić właśnie dzieciom ( o ile go nie roztrwonia przed śmiercią, do czego też mają prawo).


                W
                > obecnych czasach jest tak wiele bezdzietnych małżeństw, które chcą się spełniać
                > w roli rodzica, dla których nie są ważne geny


                A cóż to dla Ciebie znaczy "spełnić się w roli rodzica"? Dla normalnych ludzi dziecko nie stanowi żadnego "spełnienia" , tylko po prostu założenie rodziny z jej pełnią praw społecznych i zależności uczuciowych, które trwają do końca życia. A właśnie geny np. matki-narkomanki i tatusia-przygłupa powodują, że oczekiwania rodziców adopcyjnych wobec adoptowanego nie mają szans na realizację. Kończą się w sądzie zniesieniem adopcji.


                Ten jeden nie miał dobrych
                > > wspomnień. Został wydziedziczony z majątku i z testamentu



                O wydziedziczeniu decyduje sąd. Jest zawsze orzekane tylko z jednego powodu RAŻĄCEJ NIEWDZIĘCZNOŚCI DZIECKA WOBEC RODZICA.



                dobranie odpowiednich
                > kandydatów dla dziecka nie jest tak bardzo ryzykowne, a przynajmniej ośrodki
                > starają się to ryzyko, ryzyko, że dziecko w przyszłości zostanie odrzucone,
                > minimalizować.


                A to dziecko nie musi być "odpowiednio dobrane" do rodziców? Niesamowite! Można więc im wcisnąć każdą debilną pokrakę, upośledzoną umysłowo i uczuciowo, zdefektowaną genetycznie??? Niech się przez całe życie szarpią z agresywnym matołem, który nawet zawodówki nie skończy i do 40-stki będzie chciał na nich pasozytować? A gdy już ich zamęczy, powinien naturalnie odziedziczyć cały ich majątek ;).

                W
                > obecnych czasach jest tak wiele bezdzietnych małżeństw, które chcą się spełniać
                > w roli rodzica,
                • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 10.06.09, 14:15
                  > Czyżbyć uważała, nawet wbrew polskiemu prawu, że adoptowany bachor ( najczęście
                  > j miot młodocianej puszczalskiej z rodziny alkoholowej i przygłupa po zawodówce
                  > ) NIE MA OBOWIĄZKU zająć się swoimi starymi, niedołęznymi rodzicami (nieważne,
                  > biologicznymi bądź adopcyjnymi), którzy go wykarmili, wykształcili i wychowali,
                  > sobie od ust odejmujac, nie ma obowiązku wdzięczności wobec rodziców?!

                  Nie, nie ma.
                  1. Jeśli dziecko coś ma oddać to w przód a nie wstecz.
                  2. Jeśli rodzice wymagają pomocy na starość to kochające dziecko im pomoże,
                  pochyli się nad nimi, ale nie będzie tego robić z wdzięczności.

                  Skąd masz takie dokładne info o pochodzeniu adoptowanych dzieci?

                  > Bzdury piszesz, bo to są właśnie motywy dla dziecka najlepsze: dzieciaka nalezy
                  > od maleńkości wytresować do świadczenia rodzicom pomocy w gospodarstwie domowy
                  > m. Zaczyna się zwykle od pomocy w sprzątaniu zabawek, wynoszeniu śmieci, a końc
                  > zy na alimentacji.

                  No jestem zawiedziona. A gdzie po drodze tęgie lanie od czasu do czasu? Chyba,
                  że zawiera się w "tresurze"?
                  Jak chcesz poznać stanowisko ośrodków adopcyjnych odnośnie motywów jakimi
                  powinni kierować się rodzice adopcyjni to najprościej zadzwonić do jakiegoś OAO.

                  > A cóż to dla Ciebie znaczy "spełnić się w roli rodzica"? Dla normalnych ludzi d
                  > ziecko nie stanowi żadnego "spełnienia" , tylko po prostu założenie rodziny z
                  > jej pełnią praw społecznych i zależności uczuciowych, które trwają do końca życ
                  > ia.

                  Nie wiesz co znaczy "spełniać się w roli"?
                  Czerpać radość z posiadania dziecka, dobrze wypełniać obowiązki wobec niego,
                  mądrze wychowywać, bawić się z nim, poświęcać mu czas, czekać z utęsknieniem na
                  pierwsze "mama", tulić w płaczu.
                  Dziecko nie jest po prostu, a jeśli jest to szkoda dla niego. Dziecko winno być
                  owocem miłości dwojga ludzi, dopełnieniem związku.

                  > ia. A właśnie geny np. matki-narkomanki i tatusia-przygłupa powodują, że oczeki
                  > wania rodziców adopcyjnych wobec adoptowanego nie mają szans na realizację. Koń
                  > czą się w sądzie zniesieniem adopcji.

                  IMO właśnie to, że rodzice mają oczekiwania wobec dziecka są powodem konfliktów
                  w rodzinach.
                  Wychowywać przede wszystkim, a to trudniejsze niż założyć, że dziecko będzie
                  lekarzem i nic nie robić, bo przecież już wiadomo: Będzie lekarzem.


                  > A to dziecko nie musi być "odpowiednio dobrane" do rodziców?
                  Dokładnie odwrotnie, dobiera się rodziców dla konkretnego dziecka.

                  Niesamowite! Moż
                  > na więc im wcisnąć każdą debilną pokrakę, upośledzoną umysłowo i uczuciowo, zd
                  > efektowaną genetycznie??? Niech się przez całe życie szarpią z agresywnym mato
                  > łem, który nawet zawodówki nie skończy i do 40-stki będzie chciał na nich pasoz
                  > ytować? A gdy już ich zamęczy, powinien naturalnie odziedziczyć cały ich mająte
                  > k ;).

                  Ano można "wcisnąć pokrakę", bo wiele małżeństw decyduje się na adopcję dziecka
                  z deficytami, chorego, upośledzonego, te dzieci także potrzebują miłości.
                  Znam wiele dzieci adoptowanych, niektóre mają kilka lat, inne kilkanaście, a
                  niektórzy maja już swoje rodziny. Ci, którzy są już dorośli kochają swoich
                  adopcyjnych rodziców, kończą bądź ukończyli szkoły. Są to bardzo wartościowi
                  ludzie, nie dlatego, że ich rodzice biologiczni to absolwenci wyższych uczelni,
                  ale dlatego, że rodzice adopcyjni potrafili ich wychować na takie osoby.
                  Jak wolisz myśleć, że adopcja jest skazana na porażkę Twoja sprawa i nie życzę
                  Ci (a właściwie dzieciom w domach dziecka), żeby kiedykolwiek myśl o
                  zaadoptowaniu dziecka stała się Twoim udziałem.
                  • moon_witch A jednak cos co piszesz 10.06.09, 15:20
                    Czerpać radość z posiadania dziecka, dobrze wypełniać obowiązki
                    wobec niego,
                    mądrze wychowywać, bawić się z nim, poświęcać mu czas, czekać z
                    utęsknieniem na
                    pierwsze "mama", tulić w płaczu.
                    Dziecko nie jest po prostu,
                    ..............................................................

                    Chyba nie jest tez i twoim udzialem.
                    Mysle, ze ty sama nie masz, ani dzieci, ani rodziny, tylko sama
                    mozliwe, ze marzysz o tym.A moze planujesz.
                    Nie bierz mojego postu jako atak na twoje granice, bo tak nie jest.
                    Jedynie bardziej do mnie trafia twardy brutalny, realizm tego co
                    pisze leda16, niz twoje sielankowe obrazki o zyciu.
                    To jest sielanka daleko od realizmu.

                    Kazda adopcja to potworne ryzko, z obu stron. Zaluzmy, ze wiekszosc
                    populacji ludzi jest normalna, wiec nie ma obaw - dziecko trafi do
                    normalnej rodziny, ale i w takiej rodzinie dziecko, o specjalnych
                    potrzebach bedzie sprawiac trudnosci.

                    Pare lat temu glosna byla historia chlopca adoptowanego do rodziny
                    lekarzy mieszkajacych w Szwecji. Wszystko bylo ok, do moment, gdy w
                    rodzinie nrodizla sie corka. Chlopak byl tak zazdrosny, ze az
                    niebezpieczny dla noworodka. Gorzej, w szkole i na podworku bil
                    inne dzieic, klamal i zaczal krasc.
                    Rodzice udali sie po pomoc do psychologa. Ten dal im rade, aby
                    dziecku powiedziec prawde,ze jest adoptowany. Zamiast poprawy bylo
                    coraz gorzej. Chlopak bil dzieci i jak sam ojciec opowiadala w
                    programie radiowym, wyczekiwal jedynie dzwonka u drzwi ze skargami
                    ssiadow na chuliganskie zachowanie ich adotowanego syna. Wtedy za
                    porada psychologa rodzice czujac, ze nie dadza rady...odeslali
                    owego chlopca z powrotem do Domu Dziecka w Warszawie. Oczywiscie
                    wybuchla ogromna awantura, glosna na cale EU. Rodzicow sad szwedzki
                    oblozyl obowiakiem placenia chlopcu dodatku na dziecko do czasu
                    pelnoletnosci co to w Szwecji jest chyba okolo 1500 kr/m.
                    (Dokladnie nie wiem, bo nie biore czegos takiego.)
                    I zapewniam cie, ze takich rodzin jest duzo. Bardzo duzo. W tym
                    wypadku rodzicow bylo stac na pokrycie adwokata i rozpraw sadowych
                    a wielu wypadkach tego typu tragedie rozgrywaja sie za drzwiami
                    zamknietymi domow.

                    Adopcje sa trudne, bardzo ryzykowne i wielu ludzi, gdyby moglo to
                    te dzieci by oddali z powrotem stamatd skad je wzieli.
                    Sa sytuacje zyciowe, ze swojego rodzonego dziecka masz serdecznie
                    dosc, a co dopiero cudze, gdy sprawia trudnosci.

                    Wiec please, nie pisz bajek, bo i tak nie uwiezre w te sielanke.
                    • deminiminis Re: A jednak cos co piszesz 10.06.09, 15:29
                      Mam dzieci, dwoje.
                      Dziecko to ciężka praca każdego dnia i wcale nie piszę o sielance.
                      Tylko ja mam wrażenie, że dla Ciebie dziecko to przede wszystkim jakiś smutny
                      obowiązek, same problemy i zero radości z faktu ich posiadania.

                      > Adopcje sa trudne, bardzo ryzykowne i wielu ludzi, gdyby moglo to
                      > te dzieci by oddali z powrotem stamatd skad je wzieli.

                      Nie wiesz, zupełnie nie wiesz o czym piszesz.
                      Nie zrozumiesz jak wielką miłością darzy się adoptowane dziecko, ale jak się
                      karmisz samymi makabrycznymi historiami to nie mój problem.
                      Rodziny biologiczne też potrafią być okrutne dla swoich dzieci. Sama znam matkę,
                      która zawiozła swoją córkę do pogotowia opiekuńczego, bo "ja jej już nie
                      wychowam, może wam się uda"
                      Więc nie wmawiaj mi, że rodzina biologiczna jest cudownym tworem.

                      Poza tym nie dawać szansy dzieciom z dd na dom a rodzinom bezdzietnym na
                      rodzicielstwo?
                      Brawo, jeśli uważasz, że dd lepiej wychowa dziecko niż pełna rodzina.
                      • Gość: leln Re: A jednak cos co piszesz IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.09, 22:51
                        W ogóle życie to nie bajka. My rodzice tacy czy tacy popełniamy tyle
                        błędów. Nie umiemy sami żyć normalnie,spokojnie ,w miłości, radośnie.
                        Obserwujące nas dzieci wszystko dokładnie to widzą i uczą się.
                        Jak ojciec wraca pijany, matka się wścieka , awantury, kochanki ,
                        kochankowie, zdrady , brak sukcesów w pracy, brak pieniędzy .
                        I w tym wszystkim małe zagubione dziecko, które otrzymuje tyko
                        nagany , nakazy , zakazy i kary9 cielesne również) jeśli będzie
                        nieposłuszne albo przynosiło złe oceny ze szkoły.
                        Koszmar.
                        W takiej rodzince( atakich rodzin jest naprawdę bardzo , bardzo
                        dużo) to każde dziecko przeżywa koszmar i na pewni ono szczęśliwe
                        to nie będzie, nieależnie od tego czy ono jest adoptpwane czy
                        wychowywane przez biologicznych rodziców.
                    • deminiminis Re: A jednak cos co piszesz 10.06.09, 15:36
                      W obliczu tego co tu czytam bardzo się cieszę, że ośrodki adopcyjne tak
                      dokładnie starają się zbadać kandydatów na RA.

                      Nie każdy musi byc rodzicem adopcyjnym, nie każdy musi być rodzicem.
                      A to, że skreślacie szanse powodzenia w rodzinie adopcyjnej świadczy tylko o
                      tym, że sami nie radzicie sobie z własnymi dziećmi. Macie zbyt wiele problemów,
                      a każdy następny prowadzi... no właśnie do czego? Współczuję dzieciom, których
                      rodzice postrzegają je jako "kłopoty".
                      • moon_witch Re: A jednak cos co piszesz 10.06.09, 16:23
                        że sami nie radzicie sobie z własnymi dziećmi. Macie zbyt wiele
                        problemów,
                        a każdy następny prowadzi... no właśnie do czego? Współczuję
                        dzieciom, których
                        rodzice postrzegają je jako "kłopoty".
                        ................................................
                        W sumie nie odpowiedzilas na glowne pytanie, czy sama masz dzieci?
                        Zarzucasz swoim oponetom,ze sa zlymi rodzicami, bo postrzegaja
                        dzieci jako - 'klopot'. Ale jako jaki klopot?
                        Unosisz sie i tracisz cierpliwsc, wiec wnioskuje, na podstawie tego
                        co czytam,ze w przedbiegach sama bys najszybciej odpadla jako
                        rodzic adopcyjny. Bo do dzieci potrzebne jest nie tylko zelazne
                        zdrowie ale i cierpliowsc.

                        I ta cierpliwosc maja ludzie zazwyczaj do swoich rodzonych
                        dzieci, bilogicznych, ale z cudzymi roznie to bywa. Najczesciej
                        taki rodzic nagle podrapie sie po gloiwe i gdzies ma taki bizness
                        rodzicielki i meke oraz utrate zdrowia z powodu trudnosci
                        wychowawczych cudzego bachora.

                        A, ze przyszli rodzice maja jakies tam kursy przygotowawcze, ha!
                        Smiechu warte. Jakie to kursy? Gdzie sie troche psycholgii poducza?
                        Testy? Kolejna bzdura.
                        Niech taki ktos wyobrazi sobie ze rok - 2- 3 nie ma ani jednej
                        spokojnej nocy, aby sie wyspac. Przezyc wszystkie choroby dziecka,
                        pamietac o 1000 spraw zwiazanych z dzieckiem i wokol dziecka.
                        Dodaj do tego prace matki i ojca gdzie wypluci ze wszystkich sil
                        wracaja do domu, praca w domu i wokol domu, pranie sprzatanie
                        gotowanie itp. I jak myslisz kto to wszystko robi?Samo sie robi?
                        I po nie przespanej nocy przepracowanym dniu isc i obcierac lezki
                        dzieciatku w piaskownicy? To ten ojciec, czy matka to oni sa jacys
                        ponadludzie.
                        Nie, widze, ze pojecia nie masz o rzeczywistosci.

                        I oby ta rozmowa nie pozostawila niejasnosci, to powiem ci ze moje
                        dzieci sa juz dorosle. I wszystko z nimi jest ok, a to dlatego, ze
                        stac mnie bylo na dzieci, mialam dobre warunki ku temu. Inaczej bym
                        sie nigdy na dzieci nie zdecydowala.
                        • deminiminis Re: A jednak cos co piszesz 10.06.09, 16:40
                          Prowokujesz.
                          Odpowiedziałam, na pytanie: Mam dwoje dzieci (post powyżej).
                          Cierpliwości mi nie brakuje i jej nie straciłam, podzieliłam się wnioskiem jaki
                          mi się nasunął co tylko znalazło potwierdzenie w następnym Twoim poście
                          (postrzeganie dziecka jak kłopotliwy obowiązek. Biedna pracuje po nocach nie śpi
                          a jeszcze trzeba do piaskownicy z dzieciakami iść, no koszmar po prostu, gdyby
                          nie te dzieci byłoby tak pięknie... noce przespane, po pracy sam relaks,
                          sprzątanie tylko po sobie, więcej kasy na wymarzone wakacje, ba może by
                          wystarczyło, żeby tylko mąż pracował, a wtedy to już żyć nie umierać!).
                          Przeszłaś testy i kurs na RA?
                          Ja przeszłam.
                          Mam ukończony kurs na RA i na ZRZ (zawodowa rodzina zastępcza).
                          Moim dzieciom do dorosłości jeszcze trochę brakuje, na razie są i czują się
                          kochane.

                          Poza tym, czy naprawdę macie takie wspaniałe geny? Wyrosną z nich tylko i
                          wyłącznie porządni ludzie? W rodzinach nie ma odchyleń, chorób? Tylko pozazdrościć.

                          A rzeczywistość dla mnie to nie tylko, praca, pranie, sprzątanie, gotowanie te
                          rzeczy to zwykła codzienność, o której nie myślę, nie roztrząsam tego, bo tak
                          jest, było i będzie, że o dom trzeba dbać. Zdecydowanie ważniejsze jest
                          pogodzenie tego z opieką nad dziećmi, z byciem z nimi, z uczeniem ich świata, z
                          budowaniem systemu wartości. I nie idealizuję. Ja mogę poodkurzać w domu jutro,
                          ale jak dziecko przytrzasnęło palce szufladą to MUSZĘ je utulić i otrzeć łzy.

                          • moon_witch Re: A jednak cos co piszesz 10.06.09, 17:07
                            W niczym cie nie prowokuje. To sa twoje subiektywne odczucia.
                            Piszesz,ze jestes matka dwojga adoptowanych dzieci,o ile
                            zrozumialam dobrze, przeszlas kursy sa jeszcze male itp. I coz ja
                            moge... zycze ci szczescia, trzymaj tak dalej. Ale po formie w
                            jakiej piszesz, wyczuwam, ze twoja odpornosc na stres jest dosc
                            slaba wiec, prosze nie bajeruj ludzi! Jeszcze jakas naiwna osoba
                            zalapie sie na twoja idealna bajke.
                            Poza tym jezeli ironizujesz tam gdzie jest mowa o: " Biedna pracuje
                            po nocach nie śp
                            > i
                            > a jeszcze trzeba do piaskownicy z dzieciakami iść, no koszmar po
                            prostu, gdyby
                            > nie te dzieci byłoby tak pięknie... noce przespane, po pracy sam
                            relaks,
                            > sprzątanie tylko po sobie, więcej kasy na wymarzone wakacje, ba
                            może by
                            > wystarczyło, żeby tylko mąż pracował, a wtedy to już żyć nie
                            umierać!)."
                            Czyli o m.in glownych potrzebach czlowieka jak potrzeba snu,
                            wypoczynku i relaksu, dobra ekonomia itp. to...nie nalezysz do
                            ludzi zdrowych psychicznie i prawdopodobnie fizycznie.

                            Poza tym nigdzie nie pisalam, ze postrzegam dzieci jako
                            klopot.Raczej jako ogromny obowiazek, ktory moze okazac sie ponad
                            oczekiwana norme, zbyt duzy.

                            Acha i jezeli biegasz i pocieszasz dziecko wtedy gdy przytrzasnie
                            sobie palce, bo MUSISZ! To jestes nadopiekuncza, a to z
                            miloscia, do dzieci nie ma nic wspolnego!

                            • deminiminis Re: A jednak cos co piszesz 10.06.09, 18:57
                              Nie napisałam, że jestem matką adoptowanych dzieci (nadinterpretacja).
                              A już ocenianie po wpisach na forum, jaka jest moja odporność psychiczna to
                              spora przesada. Czytasz między wierszami coś czego tam nie ma.
                              Ironizuję, bo właśnie uważam, że żarcie (ekonomia) i dobry sen (relaks) jest tak
                              samo ważne jak dobry kontakt z dzieckiem, to są bardzo rózne płaszczyzny naszego
                              życia. Zbudowałaś tezę, że jeśli matka z ojcem nie śpią po nocach a w dzień się
                              zapracowują to nie można od nich wymagać opieki nad dzieckiem (opieki w sensie
                              budowania wspólnych relacji), tak zrozumiałam. Mało tego miało mi to uzmysłowić
                              jak ciężką pracą jest utrzymanie i wychowywanie dzieci.

                              No popatrz i chorej wariatce dali kwalifikację na RA i RZ... ot zagwozdka.

                              Pocieszam dziecko, bo od tego jestem. Widzisz wyznaję teorię, że nie jestem od
                              tego, żeby pilnować, żeby sobie palca szufladą nie przytrzasnęło (ostrzegać
                              tak), ale od tego, żeby pocieszyć jak palec juz zaboli.
                              Ty zostawiałaś dziecko samemu sobie, może ze słowami "nic się nie stało"? Dla
                              mnie: stało się, palec został przytrzaśnięty i boli, z tym bólem trzeba sobie
                              poradzić, najlepiej podzielić go z kimś, wtedy boli mniej ;)

                              A jeśli jakaś biedna naiwna osoba złapie się na moją bajkę i trafi do OAO,
                              przejdzie kurs i testy, zostanie rodzicem adopcyjnym to nic tylko się cieszyć,
                              że kolejne dziecko znalazło dom.
                              • leda16 Re: A jednak cos co piszesz 12.06.09, 08:14
                                Nie napisałam, że jestem matką adoptowanych dzieci (nadinterpretacja).


                                Widać moon with jako wiele lat mieszkająca w Szwecji nie zna polskich realiów skoro myli rodzinę adopcyjną z rodziną zastępczą, ale dla mnie róznica jest kolosalna i zasadnicza, choćby w fakcie finansowania rodzin zastępczych przez PAŃTWO POLSKIE, z naszych podatków oczywiście. Dzieci wzięte do adopcji utrzymywać musisz sama, zaś na każde dziecko zastępcze Państwo wyposaża Cię co miesiąc w kwotę daleko wyższą niż ma wiele rodzin biologicznych na utrzymanie własnych dzieci. Co więcej, za siedzenie w piaskownicy również dostajesz sowitą pensyjkę. W sytuacji powiększającego się bezrobocia i braku zawodu jest to jakiś, całkiem wygodny sposób na życie :). Wystarczy skończyć jakieś tam kilkumiesięczne kursiki i już szarpać kasiorę za swoją "miłość". W piaskownicy siedzieć wygodniej niż w pocie czółka wywijać po maturze miotłą, bo innej pracy dla tych "wysoce" wykształconych pieknoduchów w Polsce już nie ma. Mąż zamiast cegły na budowie podawać, odpłatnie robi za tatusia. Ot, i taka to "rodzina" :))). W niektórych wypadkach (10-cioro dzieci) rodzina zastępcza dostaje elegancko wyposażoną i w pełni finansowaną willę na potrzeby swoje, swoich biologicznych dzieci i oczywiście tych, zabranych z DD.


                                Zbudowałaś tezę, że jeśli matka z ojcem nie śpią po nocach a w dzień się
                                > zapracowują to nie można od nich wymagać opieki nad dzieckiem (opieki w sensie
                                > budowania wspólnych relacji), tak zrozumiałam.


                                I widać, iż Twoje rozumienie ogranicza się do tego, co Ci pasuje.


                                Pocieszam dziecko, bo od tego jestem.


                                I zapomniałaś dodać, że za to Ci płacą a Twoje teorie nie powinny się rozmijać z warunkami wykonywania czynności za które pobierasz pensję. Nam, rodzicom biologicznym nikt za to nie płaci, sami inwestujemy w swoje pociechy. Może dlatego mamy prawo wymagać od nich wdzięczności i pomocy na starość z alimentacją włącznie. Ty nie masz prawa wymagać niczego poza skromniutka emeryturką po 35-ciu latach szarpania się z cudzymi bachorami.
                                • rikol Re: A jednak cos co piszesz 12.06.09, 15:22
                                  Chyba jest oczywiste, ze nikt nie ma ochoty zajmowac sie ciezko chorymi i
                                  trudnymi dziecmi za darmo. Stad pensja dla rodzin zastepczych. Do adopcji ludzie
                                  biora dzieci najlepsze, zdrowe fizycznie i psychicznie. Reszta idzie do rodzin
                                  zastepczych i tam daja popalic swoim opiekunom. Moze jakbys codziennie
                                  musialabys prac lozko po znerwicowanym dziecku, to by dotarlo do ciebie, ze to
                                  jest ciezka praca.
                            • deminiminis Re: A jednak cos co piszesz 10.06.09, 19:12
                              To jestes nadopiekuncza, a to z
                              > miloscia, do dzieci nie ma nic wspolnego!

                              Po raz pierwszy usłyszałam (przeczytałam), że jestem nadopiekuńcza. Ja sama
                              raczej mam się za wyrodną matkę.
                              I znowu nadinterpretacja po jednym zdaniu taka ocena.
                              Ale już się przyzwyczaiłam, że najłatwiej jest oceniać innych. Cieszę się, że
                              jestem wobec siebie krytyczna.
                              • moon_witch Patrzac caloscia i czytajac twoje wypowiedzi... 11.06.09, 23:23
                                To jestes osoba jeszcze dosc mloda. Text caly, az ocieka
                                wodoslowiem, jak wodospad Niagara, do tego ta obluda i widzenie
                                siebie samej jako tam ktos.

                                Jezlei z adopocja otarlas sie na pol gwizdka, to nie wiele wiesz.
                                Problemy adopcyjne sa tak duze i powazne, ze pare lat temu w
                                telewizji szwedzkiej byly programy, ktorych celem bylo ostrzezenie
                                przed adopcja, ze w zgledu na to, ze duza liczba tch dzieci
                                popelnila samobojstwa.Albo wchodzily na droge przestpestwa.

                                Cos kolo tego napisala bardzo madrze -' leda 16'.
                                Moze nanucz sie nie tyle krytycznego myslenia, ale troche bardziej
                                otworz sie na zdanie innych. Bo padlo tu wiele madrych slow.
                                • camparis Re: Patrzac caloscia i czytajac twoje wypowiedzi. 12.06.09, 10:57
                                  Czytam i przecieram oczy z niedowierzaniem. Naprawdę piszesz to serio? Jeśli tak to szczerze współczuję. Mam adoptowaną córkę i nie mogę się doczekać drugiego dziecka (a może i trzeciego, bo zgłosiliśmy się po dwójeczkę).

                                  Tak - adopcja to wielka niewiadoma. Tak samo jak posiadanie dzieci to wielka niewiadoma. Kiedy patrzę na córkę i widzę jak bardzo się upodobniła do mnie i do męża, nie wierzę że nie jest naszym biologicznym dzieckiem. Nawet wszystkie denerwujące mnie wady to wypisz wymaluj wady męża. Jego też mam oddać, bo ma cechy które mnie wkurzają?

                                  Nawet jeśli będą jakieś problemy wychowawcze, nie oddam dziecka! Nigdy. To moje dziecko i jestem za nie odpowiedzialna! To dla niej wybierałam najlepszą szkołę (jest bardzo uzdolniona plastycznie). A przecież mogłam olać, albo zmusić ją do bycia lekarzem! Odpowiedzialność to kształtowanie charakteru dziecka, ale nie łamanie go pod własne widzimisię.

                                  Jestem szczęśliwa, mimo iż wydatki w moim budżecie podskoczyły. Jestem szczęśliwa, mimo iż zdarzało mi się być na dywaniku u wychowawczyni. Jestem szczęśliwa, pomimo awantur które wybuchają o błachostki. Bo zawsze potem córka przyjdzie się przytulić i powiedzieć jak bardzo zmnie kocha. Tylko że ja potrafię ją przeprosić, jeśli popełniłam błąd.

                                  Szczęście jakie mi to daje, jest warte trudu i problemów które pojawiają się z dzieckiem (biologicznym czy adoptowanym - bez różnicy).

                                  Zaraz pewnie napiszesz, że nie mam dzieci biologicznych i niewiele wiem. Ale moja siostra, z którą jestem bardzo blisko, ma dwóch synów biologicznych. I problemy te same. Szczególnie z pierworodnym. Ma takie same zachowania jak moja jedynaczka. Więc wierzę, że to wina wychowania rodziców, a nie dziecka.
                                  • rikol Re: Patrzac caloscia i czytajac twoje wypowiedzi. 12.06.09, 15:19
                                    Jakkolwiek bys tego nie pragnela, na dziecko, oprocz wychowania, maja rowniez wplyw geny. Oczywiscie, wychowanie jest wazne, ale sklonnosci do pewnych zachowan pozostaja. Spojrz na rodziny biologiczne - zdarza sie, ze rodzina ma kilkoro dzieci i jedno z nich staje sie przestepca, a inne sa porzadne. Zreszta jak ktos ma swoje dzieci, to widzi, jak bardzo sie roznia, mimo ze wychowuja sie w tej samej rodzinie.
                          • leda16 Re: A jednak cos co piszesz 12.06.09, 08:29
                            ale jak dziecko przytrzasnęło palce szufladą to MUSZĘ je utulić i otrzeć łzy.


                            Racja, inaczej mogłoby polecieć ze skargą do Twoich pracodawców i stracilibyście z mężem robotę razem z sutymi pensyjkami :))). Jakiś rok temu prasa, m.in GW pisała o takich "rodzicach" zastępczych, których Wydział Oświaty wypierdzielił z luksusowej willi, bo okradali dzieci zastępcze a tym, co ukradli, faszerowali własne dziecko - miało własne zabawki i osobny pokój, lepszą odzież i jedzenie, podczas gdy inne stłoczyli po kilkoro w jednym pokoju, miały gorszą odzież i jedzenie. Zastępczy tatuś był z zawodu...ślusarzem, oczywiście w chwili przyjmowania zastępczego ojcostwa od pół roku bezrobotnym, mamuśka po LO pracowała przy mopie. Mieli zadłużone mieszkanie kwaterunkowe. Więc w sumie - nic do stracenia, dużo do zyskania za pierdzielenie o miłości do cudzych dzieci ;).
                            • deminiminis Re: A jednak cos co piszesz 12.06.09, 17:11
                              Nie jestem rodziną zastępczą. Mam ukończony kurs, RZ mam nadzieję zostać niebawem.
                              Odnośnie finansów nie będę się wypowiadać, bo większość opinii o finansowaniu
                              dzieci w RZ odbiega od stanu faktycznego bardzo. Samo pytanie "Czy to prawda, że
                              na dziecko się dostaje 3tys?", które usłyszałam kilkakrotnie od osób, które
                              oglądały jakiś program w TV, daje jasny obraz tego jaką "prawdę" przekazują media.
                  • leda16 Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 11.06.09, 19:21
                    deminiminis napisała:



                    >
                    > Nie, nie ma.


                    Ha, wspaniałość mojego życia polega m.in na tym, że nie jesteś moją córką, ani synową nie będziesz ;).

                    >
                    > Skąd masz takie dokładne info o pochodzeniu adoptowanych dzieci?


                    Nie ważne. Natomiast dokładne informacje o pochodzeniu dziecka powinni mieć potencjalni rodzice adopcyjni.


                    >
                    > No jestem zawiedziona. A gdzie po drodze tęgie lanie od czasu do czasu? Chyba,
                    > że zawiera się w "tresurze"?


                    Oczywiście.



                    > Jak chcesz poznać stanowisko ośrodków adopcyjnych odnośnie motywów jakimi
                    > powinni kierować się rodzice adopcyjni to najprościej zadzwonić do jakiegoś OAO


                    Cóż, skoro tych biurew nie interesują potrzeby rodziców adopcyjnych, to tym gorzej dla adoptowanych.
                    > .

                    >
                    > Nie wiesz co znaczy "spełniać się w roli"?
                    > Czerpać radość z posiadania dziecka, dobrze wypełniać obowiązki wobec niego,
                    > mądrze wychowywać, bawić się z nim, poświęcać mu czas, czekać z utęsknieniem na
                    > pierwsze "mama", tulić w płaczu.


                    Czyli normalnie - być dobrym rodzicem.


                    > Dziecko nie jest po prostu, a jeśli jest to szkoda dla niego.


                    Czemu, jest "po krzywu"?


                    Dziecko winno być
                    > owocem miłości dwojga ludzi, dopełnieniem związku.


                    Ale b. często nie jest, bo ideologia sobie a życie sobie.


                    >
                    > IMO właśnie to, że rodzice mają oczekiwania wobec dziecka są powodem konfliktów
                    > w rodzinach.


                    Czyżby Twoja rodzina była bezkonfliktowa a Ty nie miałaś wobec własnych dzieci nawet takich oczekiwań, że spłukają po sobie kupę w klozecie? Rzeczywiście, ja z moimi oczekiwaniami, że dzieci będą prawidłowo zsocjalizowane, pracowite, dobrze się uczące, uczciwe, spokojne, nieuzależnione od wódy i papierochów itd, jestem zapewne jakąś wyrodną matką.





                    >
                    > Ano można "wcisnąć pokrakę", bo wiele małżeństw decyduje się na adopcję dziecka
                    > z deficytami, chorego, upośledzonego, te dzieci także potrzebują miłości.


                    Ale pewnie nic nie robią, żeby te deficyty usunąć, bo gustują w patologii.


                    > Znam wiele dzieci adoptowanych, niektóre mają kilka lat, inne kilkanaście, a
                    > niektórzy maja już swoje rodziny. Ci, którzy są już dorośli kochają swoich
                    > adopcyjnych rodziców, kończą bądź ukończyli szkoły. Są to bardzo wartościowi
                    > ludzie, nie dlatego, że ich rodzice biologiczni to absolwenci wyższych uczelni,
                    > ale dlatego, że rodzice adopcyjni potrafili ich wychować na takie osoby.



                    Ja znam wiele dzieci adoptowanych (już dorosłych) chorych psychicznie, upośledzonych umysłowo, degeneratów, kryminalistów. Jak myslisz, dlaczego?


                    i nie życzę
                    > Ci (a właściwie dzieciom w domach dziecka), żeby kiedykolwiek myśl o
                    > zaadoptowaniu dziecka stała się Twoim udziałem.


                    Na pewno nie będzie :))).
              • rikol Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 15:06
                Kobieto, ty robisz kazanie o moralnosci, jednoczesnie piszac, ze szczeniaka
                mozna zostawic w lesie, jak sie znudzi? Szok. Czyzby milosniczka Rydzyka? Ludzie
                dobrzy dla zwierzat sa dobrzy dla ludzi rowniez.
        • k-57 Re: Czy mozna kocha? adoptowane dziecko? 10.06.09, 04:32
          sankanda napisa?a:

          > znam kobiete, ktora adoptowala mala Wietnamke. byla z mezem w
          > Wietnamie w sprawach biznesowych i wpadla na pomysl zwiedzenia
          > porodowki. tam jest mnostwo kobiet,
          sa same czyli napietnowane, biedne, itp. moja znajoma
          > prosto z mostu powiedziala, ze chce noworodka, dziewczynke czy
          > chlopaka, wszystko jedno. od razu zglosila sie jedna matka, ktora
          > chetnie im dziecko oddala. to mialo miejsce 10 lat temu. moja
          > znajoma jak tylko wziela dziecko w ramiona, poczula sie jak matka.
          > miala wowczas ok. czterdziestki i marne szanse na prokreacje
          > naturalna. okazalo sie , ze dziewczynka ma wrodzona bardzo powazna
          > wade serca, jak co drugie dziecko w rodzinie jej matki.
          dziewczynka zostala przetransportowana do francji
          > specjalnym samolotem i jak tylko bylo mozna, przeprowadzono operacje
          > serca. byla bardzo malutka jak ja operowali.

          No i rosnie, jest
          > rozwydrzona i pyskata ;)

          moja znajoma jest osoba o wielkim
          > sercu, jest to najszlachetniejsza kobieta pod sloncem

          Xxxxxxxxxxxxxxxxxxx

          Piekna histeria. Twoja znajoma z rana poszla po kartofle I kapuste. Zaszla tak sobie na porodowke w wietnamie. Upatrzyla sobie noworodka I ciach go do kosza z kapusta. Kilka lisci z kapusty polozyla na glowe noworodka I dziecinka wygladala jak kapusta pekinska I ciach zabrala ja do samolotu I w te pedy do Warszawy z noworodkiem. Oczywiscie ze kosz z kapusta I noworodkiem zdala na cargo bo tam bylo najlepiej. Jak wyladowali w Warszawie okazalo sie ze noworodek wyzarl z kosza kapuste tylko glaba nie zjadl bo nie mial zebow. Jednym lisciem sie przykryl I wygladal jak Adam w raju. Mowie wam, znam ta histeria. Acha, oczy noworodka byly zezowacie skosne ale w Polsce slipy noworodka sie. Zorbicily.
          Opuszkami dymasz idiotyzmy ktore wskazuja jak bardzo masz zdegenerowana kopule
          • k-57 c.d. wietnamki 10.06.09, 04:59
            No I rosnie to pyskate I knabrne zolte dziecko. Jest rozwydrzone ze siwy dym. Tej przybranej matce tej co ja z wietnamu wywiozla zaklada uzde w jadache, tamta na czterech a dziezko na niej I gna w ta kobyle po ogromniastych pokojach tej znajomej domu. Ta znajoma jest tak ujezdzona przez ta adoptowana ze juz nawet byla na Sluzewcu. Na mete dobiegla trzecia. A ta wietnamka jezdzi do Hanoi widywac swoja matke. Ot, wchodzi tam do domu z bambusa I trzciny. Tam czeka na nia matka. I duzo jej rodzenstwa z wadami serca. I oni po wietnamsku a ta polska wietnamka po polsku tak sie wygadaja ze az raczki ich bola. A ta polska wietnamka tmtych nawet nie forsuje do rozmow bo oni maja wady serca I w kazdej chwili moga umrzec z zadyszki. Ale ta znajoma powiedziala ze pozawozi reszte wietnamskiego rodzenstwa tego duzego noworodka to paryza I tam doktor G ze szpitala msw zrobi I'm operacje serduszek I nawet lapowki nie wezmie. Ta polska wietnamka jest fantastyczna. Jeszcze pare lat I bedzie pisywac na forach GW. Juz jest tak rozpuszczona ze bedzie opuszkowo sapac I kwilic a historiom nie bedzie konca. Juz ja nawet szykuje zolty gumowy ogor. Ta znajoma to cudo a nie czlowiek. Szlachetna. Jest bardzo szlachetna. I kupila sobie miesieczny bilet I dla wietnamskiego zoltka I lataja sobie tam I z powrotem w przerwach na Sluzewcu
            • sankanda Re: c.d. wietnamki 10.06.09, 09:05
              ale w twoim szalenstwie cos jest, totez puszcze opuszki na
              klawiature , bo problem, o ktorym napisalam bardzo ogolnie, wyraznie
              cie zainspirowal i z tego wzgledu wart jest kilku precyzji (na miare
              moich mozliwosci, bo w papierach im nie szperalam i z nimi nie
              mieszkam...)
              • sankanda Re: c.d. wietnamki 10.06.09, 09:06
                za jakas godzinke, poczekasz, gadzino ?
          • sankanda Re: Czy mozna kocha? adoptowane dziecko? 10.06.09, 07:46
            k-57, histOria cie wyraznie przerasta. na szczescie, ani to dziecko
            ani jej rodzice warszawy nie znaja. polskiej mentalnosci tez nie.
            • k-57 Re: Czy mozna 10.06.09, 13:54
              sankanda napisa?a:

              > k-57, histOria cie wyraznie przerasta. na szczescie, ani to dziecko
              > ani jej rodzice warszawy nie znaja. polskiej mentalnosci tez nie.
              Xxxxxxxxxxxxxxx

              Ales mi dowalila. A jaka to polska mentalnosc? A ty kim jestes? Tak mysle se o twojej. Mentalnosci
              • sankanda Re: Czy mozna 10.06.09, 15:33
                ponoc myslenie ma ogromna przyszlosc, mysl dalej, a
                odnajdziesz ...siebie. ja ci zycze, zeby to bylo mile spotkanie.

                dowalilam ? przesadzasz. jak decyduje na dowalenie, to klient na
                kilka dni traci kontakt z rzeczywistoscia, a dlaczego mialabym to
                robic akurat tobie ? bardzo zabawny byl pomysl przesiedlenia
                historii mojej znajomej do polski, a w tym calym szalenstwie - kilka
                trafnych spostrzezen. pierwsze ,na ktore to od razu odpowiedzialam
                (jak sie okazuje- dosadnie) dotyczy kontekstu kulturowego kraju, w
                ktorym adoptowane dziecko ma sie rozwijac i rosnac. w polsce bedzie
                to zoltek z oczami, ktore dobry chirurg mu ewentualnie zaokragli,
                jesli rodzice zaplaca w trosce o harmonijna integracje dzieciaka w
                nowym kraju i spoleczenstwie o szczegolnej wrazliwosci i otwarciu na
                roznorodnosc (innosc). jesli chodzi o francje ( ludzie, o ktorych
                pisze sa francuzami i mieszkaja w paryzu, dziecko bylo operowane we
                francji - jak sam zdazyles zauwazyc) adpopcja wietnamskiego dziecka
                nie jest niczym nadzwyczajnym, niezwyklym czy rzadkim. moja znajoma
                jezdzi do wietnamu (z mezem) bardzo czesto, w sprawach zawodowych i
                przypuszczam, ze mysl o adopcji noworodka zaswitala jej duzo
                wczesniej, stad wizyta na porodowce. dlaczego tak latwo bylo
                zaadoptowac dziecko ? przypuszczam, ze w gre weszly spore pieniadze.
                ona tego nigdy nie powie, ale moge sie zalozyc, ze swoja
                corke ...kupiliiii (nie moge pomijac obecnosci i zaangazowania jej
                meza). operacja rowniez nie byla robiona na koszt panstwa. dziecko
                jezdzi z nimi do wietnamu, odwiedza swoja matke (oczywiscie wie, ze
                to jest jej matka) i reszte rodziny, ktorej warunkji zyciowe bardzo
                sie poprawily, poniewaz moja znajoma o to zadbala i regularnie dba.
                wiec dziecko nie widzi nedzy, ale widzi dziwna rodzine, ktora zyje
                jak koci miot, bez skladu i ladu - inaczej, niz zyja rodziny w
                europie.

                jej matka (czyli moja znajoma) uwaza, ze mala musi znac swoja matke
                biologiczna, ktora zyje i historie swojego pochodzenia (to na temat
                szlachetnosci uczuc tej kobiety. moim skromnym zdaniem...nie kazda
                matka adopcyjna ma tak rozwiniete uczucia wyzsze...).

                Sluzewiec. Powiedzialabym hippodrome de Vincennes, ale to nie moja
                znajoma, raczej jej maz. i po ogromnych pokojach - bingo! wiadomo,
                ze nie po kawalerce ani po stodole.

                no, to by bylo na tyle, sorry jesli pominelam cos waznego, nie
                czytalam ponownie twoich postow.

                jesli cos ci sie nie podoba to wsadz sobie frytke ...do nosa.
        • moon_witch Historia straszna! 10.06.09, 11:09
          szlachetna kobieta? Raczej jak wiekszosc kobiet, ktore stracily
          nadzieje na wlasne dziecko. I podjely decyzje mniejszego zla. Co
          lepsze, byc bez dziecka, czy choc troche cieszyc sie namiastka
          dziecka. Bo to i tak pojdzie w slady swoich rodzicow.

          Geny to nie jest cos co nalezy lekcewazyc. Wielu ludzi to
          robi.

          Dziewczynka pomimo wychowania bedzie cos w sobie miala z
          bezmyslnej, zimnej baby, ktora plodzi chore dzieci! Z powaznymi
          wadami serca. No kto tak robi? To robi, ktos kto ma problemy z
          uczuciami. Bo ktos kto kocha swoje dziecko, nie wyda na swiat
          dziecka z taka wada, zeby patrzec jak powoli sie meczy i umiera. To
          nie czlowiek, nawet nie zwierze, bo zwierze wezmie i zagryzie chore
          szczenieta, aby sie nie meczyly, a w ogole suka nie bierze sie za
          samcow, z ktorymi moze splodzic chore male. I w tym zwierze
          przewyzsza potwornosc ludzka.
          • moon_witch Re: Historia straszna! 10.06.09, 11:22
            I w tym zwierze
            > przewyzsza potwornosc ludzka.
            ..............
            Powinno brzmiec://I w tym zwierze ma wiecej empatii od ludzi.

          • sankanda Re: Historia straszna! 10.06.09, 17:22
            > Dziewczynka pomimo wychowania bedzie cos w sobie miala z
            > bezmyslnej, zimnej baby, ktora plodzi chore dzieci! Z powaznymi
            > wadami


            nie uzyje slowa bezmyslna, bo chyba nie byloby na miejscu...ale
            zimna baba, ktora moze plodzic zimne, wyrachowane i wykastrowane
            emocjonalnie potomstwo to jestes ty.
            a ze zwierze przerasta potwornosc ludzka (no, moze bym nie
            uogolniala) to fakt : kotka potrafi wykarmic krolika, suka wykarmi
            prosiaka.
            • coco-flanell Re: Historia straszna! 16.06.09, 16:14
              sankanda napisała: >
              >
              > nie uzyje slowa bezmyslna, bo chyba nie byloby na miejscu...ale
              > zimna baba, ktora moze plodzic zimne, wyrachowane i wykastrowane
              > emocjonalnie potomstwo to jestes ty.
              > a ze zwierze przerasta potwornosc ludzka (no, moze bym nie
              > uogolniala) to fakt : kotka potrafi wykarmic krolika, suka wykarmi
              > prosiaka.

              I po co ta agresja sankandia? Przeciez pare postow wyzej pisalas
              sama,ze kobieta urodzila kolejne dziecko z wada serca. Czy wedlug
              twoich "wysokich morali", rodzenie dzieci z powaznymi chorobami
              zasluguje na szacunek i poparcie? Czy to jest jakas norma tam, gdzie
              mieszkasz?
              Bo tu gdzie ja mieszkam, wiekszosc kobiet balaby sie ryzyka
              urodzenia chorego dziecka, z powazna wada serca. I gdzie rodziny nie
              stac na operacje. Wiec moze wrzuc na luz i zacznij myslec niz
              bezmyslnie obrzucac ludzi cieplym gnojem!
              • sankanda Re: Historia straszna! 16.06.09, 19:47
                cieply gnoj byl reakcja na zimne szczyny osoby, ktora mnie nimi
                uhonorowala. rowniez radze ci ruszyc glowa intensywniej i szerzej.
                sytuacja o ktorej pisalam nie piala miejsca ani w moim ani w twoim
                kraju. z reszta nie bede sie powtarzac, bo nigdy nie pojmiesz tego,
                o czym pisalam. nie mam zadnego celu w nachalnym uswiadamianiu
                ludzi, ktorzy nie sa otwarci na top, co ich nie dotyczy.
              • sankanda Re: Historia straszna! 16.06.09, 19:47
                cieply gnoj byl reakcja na zimne szczyny osoby, ktora mnie nimi
                uhonorowala. rowniez radze ci ruszyc glowa intensywniej i szerzej.
                sytuacja o ktorej pisalam nie piala miejsca ani w moim ani w twoim
                kraju. z reszta nie bede sie powtarzac, bo nigdy nie pojmiesz tego,
                o czym pisalam. nie mam zadnego celu w nachalnym uswiadamianiu
                ludzi, ktorzy nie sa otwarci na to, co ich nie dotyczy.
              • sankanda Re: Historia straszna! 16.06.09, 19:47
                cieply gnoj byl reakcja na zimne szczyny osoby, ktora mnie nimi
                uhonorowala. rowniez radze ci ruszyc glowa intensywniej i szerzej.
                sytuacja o ktorej pisalam nie piala miejsca ani w moim ani w twoim
                kraju. z reszta nie bede sie powtarzac, bo nigdy nie pojmiesz tego,
                o czym pisalam. nie mam zadnego celu w nachalnym uswiadamianiu
                ludzi, ktorzy nie sa otwarci na to, co ich nie dotyczy, ani
                obdarzaniu specjalnym szcunkiem i poparciem osob, ktore zyjac w
                nieszczesciu plodza nieszczescie. nie zrozumialas sensu mojej
                wypowiedzi, nie moj problem, raczej twoj jesli kiedykolwiek
                przyjdzie ci zamieszkac w "innym kraju".
                • komandos_seal Re: Historia straszliwie straszna 17.06.09, 03:50
                  sankanda napisała:

                  > sytuacja o ktorej pisalam nie piala miejsca ani w moim ani w
                  twoim
                  > kraju. z reszta nie bede sie powtarzac, bo nigdy nie pojmiesz
                  tego,
                  > o czym pisalam
                  xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
                  wiesz przyglupiasta bzdziagwo, mam wrazenie ze masz dzyndzel
                  wiekszy niz Ferdka sisior.I ze jajnik zgubilas prymitywna
                  grzywiasta kobylo z orczykiem w zadzie
              • sankanda Re: Historia straszna! 16.06.09, 19:47
                cieply gnoj byl reakcja na zimne szczyny osoby, ktora mnie nimi
                uhonorowala. rowniez radze ci ruszyc glowa intensywniej i szerzej.
                sytuacja o ktorej pisalam nie piala miejsca ani w moim ani w twoim
                kraju. z reszta nie bede sie powtarzac, bo nigdy nie pojmiesz tego,
                o czym pisalam. nie mam zadnego celu w nachalnym uswiadamianiu
                ludzi, ktorzy nie sa otwarci na to, co ich nie dotyczy, ani
                obdarzaniu specjalnym szcunkiem i poparciem osob, ktore zyjac w
                nieszczesciu plodza nieszczescie. nie zrozumialas sensu mojej
                wypowiedzi, nie moj problem, raczej twoj jesli kiedykolwiek
                przyjdzie ci zamieszkac w "innym kraju".
              • sankanda Re: Historia straszna! 16.06.09, 19:47
                cieply gnoj byl reakcja na zimne szczyny osoby, ktora mnie nimi
                uhonorowala. rowniez radze ci ruszyc glowa intensywniej i szerzej.
                sytuacja o ktorej pisalam nie piala miejsca ani w moim ani w twoim
                kraju. z reszta nie bede sie powtarzac, bo nigdy nie pojmiesz tego,
                o czym pisalam. nie mam zadnego celu w nachalnym uswiadamianiu
                ludzi, ktorzy nie sa otwarci na to, co ich nie dotyczy.
                • coco-flanell Reakcja. 16.06.09, 21:59
                  Reakcje masz dosc ostre na swoim wlasnym punkcie. Jak sama
                  komus "punktujesz podwozie", to niby ma byc okej? Pamietaj
                  przyzwalasz sobie, przyzwlasz tez i innym i nie dziw sie jak ktos
                  kiedys zrobi ci intensywniej i szerzej to siano ktore masz w glowie.

                  Tylko please, nie p i e r d o l juz wiecej!
                  • sankanda Re: Reakcja. 16.06.09, 22:43
                    czytalam co napisalas, tchorzliwa malpko :) cieszysz sie ?
                    a teraz posluchaj, prostaczko : w tym tremacie nie napisalas nic pod
                    flanelowym nickiem, wiec zamknij pysk albo pisz na
                    temat, "adwokatko" spod budki z piwem :)))
                    acha, na przyszlosc : moj nick brzmi "sankanda", nie "sankandia".
                    djestes dyslektyczka? przykre.
          • rikol Re: Historia straszna! 12.06.09, 15:30
            a nie pomyslalas, ze po prostu biedna? Prezerwatywy to ci ludzie moze w
            telewizji ogladaja.
    • k-57 [...] 09.06.09, 21:54
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • amor_anieli Re: uswiadomienie amorki 09.06.09, 22:44
        Bratku, toś skrobną.
        • leda16 Re: uswiadomienie amorki 10.06.09, 07:34
          amor_anieli napisała:

          > Bratku, toś skrobną.


          Na dodatek mądrze i sensownie!
          • amor_anieli Re: uswiadomienie amorki 10.06.09, 10:19
            Dwoch na jednego? Nie dam rady:=)
            • sankanda Re: uswiadomienie amorki 10.06.09, 10:23
              -Kto to napisal ?!!!
              -MY !
              -Ilu Was ?
              - RAZ !

              :)))
            • unoescomoes hahahhahaha 13.06.09, 03:07
              amor_anieli napisała:

              > Dwoch na jednego? Nie dam rady:=)

              Nie ma zadnych dwoch,
              leda, moon i ten wulgar 57 to jeden gen. I rodzicow biologicznych"
    • moon_witch Moda na adoptowane dzieci. 10.06.09, 10:35
      Kiedys kupowali sobie luxusowe samochody i inne przyjemnsci, dzis
      kupuja sobie dzieci z biednych krajow. To jest dla madonny czy
      Angeliny jeszcze jeden 'Kick', bo co ona moze sobie na tej
      planecie jeszcze sprawic co napompuje jej glodne ego? Oni maja
      wszystko, o czym mozna pomarzyc. Wiec kupuja sobie zywe zabwaki,
      takie zywe laleczki.Przedluzaja w ten sposb swoje dziecinstwo
      .

      Ja tak sobie mysle, ze jest ogromna roznica pomiedzy dzieckiem
      adoptowanym, a dzieckiem wlasnym.
      Wierze, ze cudze dziecko mozna lubic, nawet bardzo lubic, ale
      czlowiek nigdy nie pokocha tego dziecka, tak jak swojego rodzonego.
      I cala ta historia o 'szlachetnej' milosci do dziecka adoptowanego
      wydaje mi sie byc pieknie ubarwiona i naciagana.
      Przy pierwszych konfliktach i problemach, to cala ta historia z
      adopcja wali sie, jak domek z kart.
      Chocby dlatego ze wiekszosc ludzi, nie zdaje sobie sprawy z faktu,
      jak ciezko jest wychowac wlasne dziecko, a co dopiero cudze.
      Cudze bedzie cudze, innej kobiety, nie moje nie z mojego ciala,
      gdzie dzien po dniu roslo pod serduchem i gdzie w bolach porodowych
      czlowiek wydal na swiat. Gdzie ogarnial swoja wlasna kruszynke.
      Czlowiek jest egoista, zawsze kocha bardziej to co swoje niz cudze.
      Takie jest moje zdanie, oczywiscie posypia sie gromy na moj leb,
      ale wiem cos na ten temat, bo jestem matka i tak jak kocham moje
      dziecko - nigdy nie pokochamm cudzych.
      • sankanda Re: Moda na adoptowane dzieci. 10.06.09, 10:49
        a przypominacie sobie jak Sharon Stone i jej owczesny maz adoptowali
        dziecko ? Swiatowa draka sie zrobila, bo wg meza sharon trzymala
        dziecko do gory nogami i taktowala jak przedmiot.
        • moon_witch Re: Moda na adoptowane dzieci. 10.06.09, 10:58
          Tutaj prasa donosila,ze temu chlopcu chciala wstrzyknac botox
          pod stopy, bo te stopy mu sie pocily! Dlatego chyba przegrala
          prawo rodzicielskie, sad przyznal to prawo jej exmezowi.

          W sumie to szkoda takich dzieci, co one sa winne, ze rozbrykane
          dziwki je rodza! I na taki trudny swiat wydaja.
        • Gość: leln Re: Moda na adoptowane dzieci. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.10.09, 00:25
          Oj kobieto , chyba Cię pogieło !!!Trochę tolerancji i dystansu.
          Ja ma adoptowane dziecko . Adoptowałam je w wieku 1 miesiąca.
          Dzisuiaj ma 11 lat. Nie jest łatwo. Każdy dzień to walka o swoje
          prawa, poczucie bezpieczeństwa, miłości.
          Nauka odpowiedzialniści, korzystanie z przyjemności i być
          szczęśliwym, radosnym.
          Jeśli Kobieto masz swoje biologiczne dziecko to ciesz się z tego i
          dziękuj Bogu,że możesz mieć swoje.
          Mojemu synowi tłumaczę ,( od prawie roku ( że kobieta , która go
          urodziła ,tak bardzo go kochała i wiedziała że jest mądrym chłopcem
          i będzie chciał się uczyć to musi żyć w dobrych warunkach , musi
          być z mamą , która zabezpieczy mu wszystkie jego potrzeby i
          zainteresowania.
          Buntuje się. Chciałby wyegzekwować swoje prawa za wszelką cenę ,
          raniąc nawet matkę mówiąc" zawieź mnie do matki ,która mnie
          urodziła, bo ty jesteś niedobra"
          Co powiedziałby matce biologicznej?
          Nabroił, oszukał , dostał w dupę. Jesteś niedobra, jakbyś mnie
          urodziła to nie biłabyś mnie!( klaps w pupę to dla niego jest bicie)
          Był u kolegi , który dostał porządne lanie , oszukał matkę.
          Wrócił zadowolony, że mama kolegi też lej w pupę.Opowiadał to z tak
          wielką radością! Zauważył,że nie ma żadnej różnicy między nami
          rodzicami.
          Matce bilogicznej może powiedziałby ,że ucieknie jesłi nie pozwoli
          mu grać na komputerze bo nie wywiązał się ze swoich obowiązków, mnie
          powiedział ,żebym zawiozła go do matki ,która go urodziła.
          Czy to nie jest to samo?
          Każde dziecko musi w rodzinie czuć się bezpiecznie, kochane ,
          szanowane i szczęśliwe. Musi znać odpwiedzialność , obowiązki no i
          oczywiście przyjemności.
          Jeśli bdziemy je tylko kochać , to nie wystarczy żeby wyrósł na
          szczęślwego człowieka.
          To taka moja teoria. Co przyniesie życie , nie wiem.
          Może Pani, która ma rodzone dzieci będzie wiedziała???
          Córka będzie lakarzem z własną przychodnią i zarabiała niesamowite
          pieniądze będąc w szczęśliwym związku a Prezesem np baku
          wychowując jednocześnie 2 dzieci ,
          syn mecenas z włsną kancelarią adwokacką z piękną młodą panią np.
          natariusz i 2 ślicznych adoptowanych murzynków.
          Jak w bajce, ale czemu NIE.

      • deminiminis Re: Moda na adoptowane dzieci. 10.06.09, 14:31
        > Ja tak sobie mysle, ze jest ogromna roznica pomiedzy dzieckiem
        > adoptowanym, a dzieckiem wlasnym.

        Różnica jest. dziecko adoptowane przychodzi do rodziny z ogromnym bagażem złych
        doswiadczeń.

        > Wierze, ze cudze dziecko mozna lubic, nawet bardzo lubic, ale
        > czlowiek nigdy nie pokocha tego dziecka, tak jak swojego rodzonego.
        > I cala ta historia o 'szlachetnej' milosci do dziecka adoptowanego
        > wydaje mi sie byc pieknie ubarwiona i naciagana.

        Znasz jakichś rodziców adopcyjnych? Znasz rodzinę adopcyjną? Co 6 dziecko na
        placu zabaw jest adoptowane.

        > Przy pierwszych konfliktach i problemach, to cala ta historia z
        > adopcja wali sie, jak domek z kart.

        A w rodzinach biologicznych? Oddaje się dziecko do dd jak są problemy?

        > Chocby dlatego ze wiekszosc ludzi, nie zdaje sobie sprawy z faktu,
        > jak ciezko jest wychowac wlasne dziecko, a co dopiero cudze.

        Rodziny adopcyjne są przygotowywane do adopcji i często ci ludzie są duzo
        bardziej uświadomieni co znaczy mieć dziecko, niż ludzie, którzy je mają "po
        prostu".

        > Cudze bedzie cudze, innej kobiety, nie moje nie z mojego ciala,
        > gdzie dzien po dniu roslo pod serduchem i gdzie w bolach porodowych
        > czlowiek wydal na swiat. Gdzie ogarnial swoja wlasna kruszynke.

        dzieci adoptowane dla rodziców nie są cudze, one są niczyje, nikt nie zabiera
        matce biologicznej dziecka ze słowami "teraz będzie moje". Adoptuje się dzieci,
        które nie mają rodziny, które mają namiastkę matki w postaci opiekunki w domu
        dziecka i pluszowego misia co wieczór innego.

        > Czlowiek jest egoista, zawsze kocha bardziej to co swoje niz cudze.

        Na szczęście nie egoiści adoptują dzieci. Choć może i tak... jeśli kierują swe
        kroki do OAO z myślą, "chcę mieć dziecko" to dosyć egoistyczna motywacja.

        > Takie jest moje zdanie, oczywiscie posypia sie gromy na moj leb,
        > ale wiem cos na ten temat, bo jestem matka i tak jak kocham moje
        > dziecko - nigdy nie pokochamm cudzych.


        Wygląda na to, że właśnie nie wiesz jak to jest. Nie jesteś dotknięta problemem
        bez/niepłodności, a tacy ludzie najczęściej kierują myśli ku adopcji.
        • leda16 Re: Moda na adoptowane dzieci. 11.06.09, 18:35
          deminiminis napisała:


          >
          > Różnica jest. dziecko adoptowane przychodzi do rodziny z ogromnym bagażem złych
          > doswiadczeń.


          Oraz złych genów i doświadczeń ze złych rodzin. Przychodzi z mikro uszkodzeniami mózgu spowodowanymi od walenia przez tatusia-pijaka w główkę, potrząsania, podduszania żeby było cicho, wyziębienia organizmu, niedożywienia,itp. Są to warunki (zważywszy to, co powszechnie wiadomo - iż mózg się nie regeneruje) sprzyjające późniejszej patologii zachowania, zaburzeń osobowości, niewydolności umysłowej. Obciążenia genetyczne i środowiskowe powodują niższy IQ (w porównaniu z grupą kontrolną dzieci od urodzenia wychowywanych w prawidłowych warunkach, niższą sprawność uczenia się i mniejszą umiejetność przystosowania społecznego. Stąd później, nawet przy wieloletnim pozostawaniu w dobrze funkcjonujacej rodzinie adopcyjnej, często występuje to, o czym pisała moon witch we wcześniejszej wypowiedzi. Słodziutki, rozkoszny aniołek z buzią cherubinka i główką w blond loczkach zamienia się w młodocianego bandziorka. Do wypowiedzi moon witch dorzucę jeszcze liczne przypadki znane zwłaszcza w USA, zabójstw rodziców adopcyjnych przez dzieci adoptowane, znęcania się nad nimi, chorób psychicznych, socjopatii, czynów kryminalnych.


          >
          > Znasz jakichś rodziców adopcyjnych?



          A jakież to ma znaczenie? Gdyby moon witch znała nawet 10-ciu, to i tak uogólnienia w tym zakresie nie przekroczyłyby granicy błędu statystycznego. Zapytaj raczej czy zna wyniki badań naukowych nad losami rodzin adopcyjnych, które z NIEŚWIADOMOŚCI wrąbały się w adopcję dziecka mętów społecznych - przygłupiastych, uzależnionych psychopatycznych itp. Bo zapewniam Cię, że żaden normalny rodzic swojego dziecka do adopcji nie odda. Żadnemu normalnemu rodzicowi sąd nie odbierze też władzy rodzicielskiej! I nie pisz bzdur, że psychiczny i społeczny degenerat wyprodukuje coś lepszego, niż podobnego do siebie degenerata.


          Co 6 dziecko na
          > placu zabaw jest adoptowane.


          A skąd ta statystyka, z Twoich fantazji?




          > Rodziny adopcyjne są przygotowywane do adopcji i często ci ludzie są duzo
          > bardziej uświadomieni co znaczy mieć dziecko, niż ludzie, którzy je mają "po
          > prostu".


          Gdy ja pracowałam w Ośrodku Adopcyjnym, rodzice adopcyjni nie mieli prawa do informacji o pochodzeniu dziecka i jego sprawności psychofizycznej ani do wyrażania własnych oczekiwań odnośnie dziecka. Wszelkie deficyty rozwojowe w tym ...ociężałość umysłowa (!) były tłumaczone tzw. "chorobą sierocą", wmawiano im, że takie dziecko po adopcji błyskawicznie "nadrobi" opóźnienia. Pamiętam, że jedna para przyszła do DMD z własnym psychologiem. Psycholog miał ocenić wysokość IQ dziecka, które im dawano. Oczywiście zostali wywaleni za drzwi razem z tym psychologiem, tracąc szansę na adopcję. Może teraz jest lepiej, bo nie ma gorszego dramatu niż nie liczenie się z nadziejami, planami i oczekiwaniami rodziców adopcyjnych wobec adoptowanego dziecka. Adopcja, owszem, ale po badaniach tak dokładnych, jak badania rodziców, adopcja świadoma prognozy rozwojowej dziecka.

          >
          > dzieci adoptowane dla rodziców nie są cudze, one są niczyje,


          I taka postawa może się na nich zemścić prędzej niż myślą :). Żadne dziecko nie jest "niczyje". Dziedziczy czyjeś geny, czyjś potencjał intelektualny i czyjś charakter.



          . Adoptuje się dzieci,
          > które nie mają rodziny,


          Bo tej, którą miały, sąd za bestialstwo wobec niego odebrał prawa rodzicielskie, albo niedorozwinięta uczuciowo matka porzucona przez przypadkowego równie niedorozwiniętego zapładniacza oddała go do przytułku.


          > Na szczęście nie egoiści adoptują dzieci.


          Mylisz się. Każda motywacja jest egoistyczna.


          Choć może i tak... jeśli kierują swe
          > kroki do OAO z myślą, "chcę mieć dziecko" to dosyć egoistyczna motywacja.


          Nie bardziej egoistyczna niż inne. Każde małżeństwo chce mieć dzieci, bo dopiero wówczas można je nazwać rodziną. Ale zwykle rodzice adopcyjni charakteryzują się ponadto ogromnym poczuciem niższości wobec rodziców biologicznych, co może prowadzić do zaburzeń relacji rodzic-dziecko.



          > Wygląda na to, że właśnie nie wiesz jak to jest. Nie jesteś dotknięta problemem
          > bez/niepłodności, a tacy ludzie najczęściej kierują myśli ku adopcji.



          Co nie zmienia faktu, że ta adopcja powinna być ŚWIADOMA i całkowicie pozbawiona tak infantylnej motywacji jak opisywana przez Ciebie.
          • czarny-michu77 Re: Moda na adoptowane dzieci. 11.06.09, 20:49
            czytam cię i tylko utwierdzam sie w przekonaniu, że normalna to ty nie jesteś, a jak wiesz mózg się nie regeneruje więc normalna juz nie będziesz.
            P.S.
            Boga nie ma, więc o swoje miejsce na jakimkolwiek parkingu zatroszcz się sama.
            • moon_witch Re: Moda na adoptowane dzieci. 11.06.09, 23:32
              Wiesz michu, w przeciwienstwie do ciebie, ciebie nigdy nie
              czytalam, ale po twoim wpisie widze, zes jeszcze jedeno chlopie,
              ktoremu ciutke brakuje do matury.
              • camparis Re: Moda na adoptowane dzieci. 12.06.09, 11:07
                Kobieto! Czemu tak atakujesz?
                Nie znasz problemu od strony adopcji, ale wiesz wszystko lepiej.
                Nie znasz rozmówcy, ale wyzywasz!
                Może trochę opanowania? Melisa pomaga!
              • czarny-michu77 Re: Moda na adoptowane dzieci. 12.06.09, 21:27
                Dlaczego wypowiadsza się za kogoś innego? Czyżby leda16 wynajęła sobie adwokata? Ja o niej do niej a nie do Cię więc co Ty mi tu? Ciebie też poczytałem i...reszta jest milczeniem :)
                Może poczytaj "mnie", kto wie, kiedy Tobie się przydam :))))
                A matura, no cóż, jak ładnie poprosisz i opłacisz wszelkie koszta to pokażę Ci świadectwo (w które i tak nie uwierzysz, bo taka już Twa món-łiczowa natura )
      • sankanda Re: Moda na adoptowane dzieci. 10.06.09, 17:16
        moon witch, ja cie rozumiem , tez jestem matka i kocham moje
        dziecko ponad wszystko. tylko widzisz, nie zaszlam w ciaze lekko jak
        jalowka i byl moment (dlugi), ze sama zastanawialam sie nad adopcja.
        jestem pewna, ze kochalabym jak swoje. tzn. wtedy bylam tego pewna.
        znam sporo malzenst, ktore adoptowaly. jest wsrod nich nawet rodzina
        psychologow - psychoanalitykow, ktora adoptowala chlopca z powaznym
        opoznieniem w rozwoju. i kochaja go ...bardzo. i to dziecko
        jest szczesliwe. to widac po jego zachowaniu, po spojrzeniu, po tym
        jak odbiera innych, jak jest nastawiony do ludzi, do szkoly (chodzi
        do normalnej szkoly i coraz lepiej mu idzie). wiec, nawiazujac do
        jednego z twoich postow - geny genami, ale wszystko zalezy od
        srodowiska, w ktorym dziecko sie wychowuje. sa na to dowody. takze
        naukowe, jesli sceptycznie podchodzisz do nieuargumentowanych rozmow.

        Nie kazdy czlowiek jest egoista. To ty jestes egoistka, na szczescie
        zyja na swiecie ludzie ktorzy umieja kochac i maja potrzebe dawania
        tej milosci bez zwiazku z tym co sie dzialo w ich macicy. sa tacy,
        ktorzy wezma zwierze ze schroniska i beda plakac nad plastrem swini
        na talerzu. bo to jest najprostrzy sposob na zyskanie miana "dobrego
        i wrazliwego czlowieka". tylko, ze gleboka prawda jest zupelnie inna.
        • deminiminis Re: Moda na adoptowane dzieci. 10.06.09, 19:22
          > jednego z twoich postow - geny genami, ale wszystko zalezy od
          > srodowiska, w ktorym dziecko sie wychowuje. sa na to dowody. takze
          > naukowe, jesli sceptycznie podchodzisz do nieuargumentowanych rozmow.

          Niestety nie wszystko zależy od środowiska (bo np. skłonność do palenia tytoniu
          dziedziczymy), gdzieś czytałam, że to jest pół na pół, geny i środowisko.
          Bodajże w książce "Geny czy wychowanie" autorka dowodzi, że najważniejszymi
          czynnikami są geny i środowisko rówieśnicze, zdecydowanie mniejszy wpływ na
          kształtowanie jednostki mają rodzice. Co nie znaczy, że należy się poddawać ;)
        • leda16 Re: Moda na adoptowane dzieci. 11.06.09, 18:58
          sankanda napisała:

          >byl moment (dlugi), ze sama zastanawialam sie nad adopcja.
          > jestem pewna, ze kochalabym jak swoje.


          Nic straconego, jeszcze możesz adoptować i kochać. Powodzenia!


          geny genami, ale wszystko zalezy od
          > srodowiska, w ktorym dziecko sie wychowuje. sa na to dowody. takze
          > naukowe, jesli sceptycznie podchodzisz do nieuargumentowanych rozmow.


          A jakież inne mogą być dowody jak nie naukowe? Mimo wszystko trudno dopatrzyć się naukowych podstaw w Twojej bezgranicznej pewności, że masz rację, ponieważ nie cytujesz absolutnie żadnego naukowego źrudła swoich stwierdzeń. Natomiast nauka zwana psychologią twierdzi coś wręcz przeciwnego: nie "wszystko",tylko 1/5
          ostatecznego kształtu dziecka zależy od środowiska. Dowodem na to jest monografia Judith Harris "The Nurture Assumpition - Why Children Turn Out the Way They Do" zawierająca kilkaset pozycji bibliograficznych.


          > Nie kazdy czlowiek jest egoista.


          Każdy. Więc zastanów się lepiej z jakich egoistycznych pobudek wypływała Twoja chęć adopcji, skoro porzuciłaś ten zamysł równo z urodzeniem własnego dziecka.


          sa tacy,
          > ktorzy wezma zwierze ze schroniska i beda plakac nad plastrem swini
          > na talerzu. bo to jest najprostrzy sposob na zyskanie miana "dobrego
          > i wrazliwego czlowieka". tylko, ze gleboka prawda jest zupelnie inna.


          A jaka? My zresztą nie wzięliśmy naszego psa z worka, w którym miał być utopiony po to, żeby zyskać jakieś miano. Prędzej Ty urodziłaś dziecko żeby Twoje małżeństwo zyskało miano rodziny. No i żeby zaspokoić SWOJĄ POTRZEBĘ macierzyństwa.
          • sankanda Re: Moda na adoptowane dzieci. 11.06.09, 20:33
            leda16 napisała:

            >
            > Nic straconego, jeszcze możesz adoptować i kochać. Powodzenia!
            >
            dziekuje bardzo :)


            > > Nie kazdy czlowiek jest egoista.
            >
            odp. ledy (

            Każdy. Więc zastanów się lepiej z jakich egoistycznych pobudek
            wypływała Twoja
            > chęć adopcji, skoro porzuciłaś ten zamysł równo z urodzeniem
            własnego dziecka.
            >

            uwazam, ze mialam bardzo duzo szczescia i wiary. az dziwne, ze nie
            potepiam ludzi, wobec ktorych natura okazala sie kategoryczna,
            prawda ?
            leda, to co piszesz w tym temacie i w innych przerasta ludzkie
            kategorie myslenia. nie bede publicznie fantazjowac na twoj temat i
            nie chce wkraczac na wojenna sciezke z wrazliwa osoba, ktora ukrywa
            sie za parawanem sztywnych przekonan i rownie sztywnie pojetej
            wiedzy podrecznikowej. czuje, ze nie masz innego wyjscia.


          • czarny-michu77 Re: Moda na adoptowane dzieci. 11.06.09, 20:50
            a źródła się pisze przez o z kreseczką, bystrzaku :p
        • moon_witch 'Nie zaszlam w ciaze jak jalowka...' 11.06.09, 23:56
          No sama slodycz. I jalowkom bywa ciezko zajsc w ciaze, jezeli bysio
          genetycznie im nie pasuje.

          Roznimy sie bardzo! Ja gdybym nie mogla miec wlasnych dzieci, nie
          mialaby zadnych. Swiat by sie dla mnie nie skonczyl.Nigdy dla
          zaspokojenia swojego egoizmu, nie adoptowalabym cduzego dziecka bo
          takiego dziecka bym nigdy nie kochala.
          Ani tez skazala siebie sama na samotne macierzynstwo, a moje dzieci
          na zycie bez ojca.

          Wiem male brzdace sa sliczne, lecz... kiedys wyrosna.

          Sankandia, ty masz bardzos specyficzny styl pisania i zapewne twoj
          drobnomiszczanski dosc tepawy, tok myslenia, pasuje w kregach ludzi
          o podobnych systemie wartosci. Lecz mi twoje pisanko zwisa i tak
          nie trafisz do celu, wiec napewno sie nie obrazisz jak ci powiem,
          ze cie wiecej nie bede czytala.
          • sankanda Re: 'Nie zaszlam w ciaze jak jalowka...' 12.06.09, 10:35
            piszesz jak osoba spolecznie nieciekawa. obrazasz mnie, nie wiedzac
            z kim rozmawiasz. moje posty odnosza sie wylacznie do charakteru i
            stylu przkazywanych przez ciebie pseudomysli i pseudopogladow na
            zycie . Skoro uwazasz, ze pies nie rozmnozy sie z kotem i i z tego
            samego wzgledu ty tez nie wezmiesz pod dach obcego, to nie tylko
            swiadczy to o tym, ze jestes przeciwniczka adopcji (do czego masz
            pekne, ludzkie prawo), ale przede wszystkim , ze jestes rozwojowo
            opozniona w stosunku do zwyklej suki, bo ta przynajmniej nie ocenia
            suk, ktore wykarmily zwierzeta innej kategorii).
            moj styl moze ci sie nie podobac, nie ma on nic wspolnego z
            drobnomieszczanstwem. zaloze sie, ze przecietna baba niewiele z
            niego zrozumie. przecietna baba rowniez nie wzniesie sie ponad
            komentarze obrazajace mnie, posty nafaszerowane osobistymi
            ekstrapolacjami, niewybrednymi i wulgarnymi obelgami. ja ciebie nie
            nazwalam idiotka, mimo, ze wyglaszasz poglady, ktore nie swiadcza o
            tobie najlepiej jako o doroslej i normalnie rozwinietej osobie. juz
            sam fakt, ze w poscie wczesniej podajesz iformacje o sobie jako
            dziecku jest intrygujacy. Osoba dorosla , prawidlowo rozwinieta
            emocjonalnie i afektywnie, czyli taka, ktora rodzice wychowywali
            inteligentnie i z miloscia, bo byli ludzmi na poziomie, uzylaby
            czasu przeszlego. akurat znam sie na tym. ty najprawdopodobniej nie.
            wiec zostan sobie tym dzieckiem, ktore moze ma lat 18 (w tym
            przypadku powiem ci tylko, ze smarkulo, wiecej czasu na ciebie
            tracic nie bede, sa specjalisci ktorzy to zrobia bezposrednio jesli
            bedziesz miala taka potrzebe, w przeciwnym razie, zycie nakopie ci
            tak, ze wszystko ci sie w glowce pouklada ). nie martw sie , to nie
            jest choroba i na to sie nie umiera. w tym stanie mozna dozyc nawet
            setki, czego ci z calego serca zycze, tylko prosze, oszczedz sobie
            wulgarnych eksplozji nerwow pod moim adresem, bo wiesz, na mnie to
            robi niewielkie wrazenie, a sama pograzasz sie w stogu siana. czas
            zerwac z nieciekawym dziecinstwem.
          • czarny-michu77 Re: 'Nie zaszlam w ciaze jak jalowka...' 12.06.09, 21:58
            "wiec napewno sie nie obrazisz jak ci powiem,
            > ze cie wiecej nie bede czytala."
            ho,ho,ho, to ja widzę że Tobie to tak na "ostro" idzie. Kto nie odpowiada mónłiczce w poglądach tego czytała nie będzie. Ale sposób, fiu, fiu. Tylko uważaj, bo jeszcze chwila i przestaniesz na forum zaglądać (co zresztą będzie miało swoje pozytywne strony).
            Daje Ci po emocjach a Ty sobie nie radzisz, trudno, takie zycie.
        • rikol Re: Moda na adoptowane dzieci. 12.06.09, 15:44
          Co zlego w braniu zwierzecia ze schroniska czy wegetarianizmie? W czym jestes
          lepsza moralnie od innych, ze smiesz pisac takie rzeczy?
          • sankanda Re: Moda na adoptowane dzieci. 12.06.09, 16:34
            rikol napisała:

            > Co zlego w braniu zwierzecia ze schroniska czy wegetarianizmie? W
            czym jestes
            > lepsza moralnie od innych, ze smiesz pisac takie rzeczy?

            jesli te slowa skierowane sa do mnie, to smiem cie uspokoic. moge ?
            mam w domu adopotowane zwierze ze schroniska i wegetarianka bylam
            przez siedem lat, z tym, ze - smiem sprecyzowac - troche z innych
            wzgledow niz milosc do zwierzat.
            smiem zakonczyc wymiane zdan.
    • bucefal_macedonski Tak, jednakże... 10.06.09, 17:42
      ... tylko miłością adoptowaną.

      Warto więc w przypadku przysposobienia dziecka zaopatrzyć się uprzednio w spory
      zapas cudzego uczucia. Oraz mleka w proszku, jeśli malec jeszcze nie ząbkuje.
    • wichrowe_wzgorza Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 11.06.09, 21:01
      Sprawdz, opinie innych sa opiniami innych - to raz.
      dwa, jesli się p o t r a f i kochać, to można kochac nawet włoczęgę, co dopiero
      dziecko, które się pragnie adoptować ( przystosować) do domowych warunków. A
      bardziej? Nie rozumiem kochania bardziej, bliskośc bardziej - to już brzmi
      inaczej i jest możliwa większa z nierodzonym dzieckiem. Jednak jak pisalam -
      najlepiej to sprawdzić samemu. Wtedy się wie.
      • dekadencja1 Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 00:17
        Myśle, że jest to możliwe. Ale tylko pod warunkiem,że bedzie się
        prawdziwie szanować jego rodziców.
        • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 11:07
          no pewnie, tylko, ze akt adopcji jest na ogol ukrywany przez przed
          dzieckiem, a jego rodzice pracuja nad amnezja. wtedy powstaja
          problemy z adoptowanym dzieckiem. sa przypadki, ze wyksztalcone i
          wychowane jak ksiezniczk/ksiaze adoptowane dzieco alkoholikow (czyli
          wplyw srodowiska adpopcyjnego) w momencie, gdy dowiaduje sie o
          adopcji, zaczyna nienawidziec przybranych rodzicow. dlatego latwo
          jest odpowiedziec pozytywnie na pytanie zawarte w temacie : tak,
          rodzice adpopcyjni kochaja swoje dziecko. tak, adoptowane dziecko
          jest dzieckiem kochanym. ale prawdziwe, istotne pytanie powienno
          brzmiec "czy adpoptowane dziecko powinno wiedziec o tym, ze zostalo
          adoptowane". tutaj jest drzazga.
        • camparis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 11:17
          Jego rodziców? Rodzicami są Ci którzy wychowują. A biologiczni? Pozostają dawcami genów i niczym więcej.

          Mam adoptowaną córkę i uwierz mi - prawie w ogóle o rodzinie biologicznej się nie myśli. Codzienność jest wystarczająco absorbująca.
          • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 11:31
            ja znam kilka takich rodzin i nawet w tej, o ktorej pisalam i w
            ktorej ze wzgledu na ewidente cechy zewnetrzne adpopcja jest aktem
            oczywistym, fakt wychowywania dziecka, ktorego sie nie spolodzilo,
            nie jest filarem wychowawczym, bo tak, jak piszesz codziennosc -
            jest wystraczajaco absorbujaca. jak dla wszystkich rodzicow.
        • wichrowe_wzgorza Można, jeśli umie się kochać 02.10.09, 00:57
          to tak w ogóle

          :)
    • rarely czytaj wiecej plotka i zycie na goraco 12.06.09, 10:52
      • sankanda Re: czytaj wiecej plotka i zycie na goraco 12.06.09, 11:12
        to do kogo ? do mnie ? pewnie, ze czytuje plotka, zwlaszcza jak mi
        ktos rozswietli link na frywolnym forum moda :) dlaczego mam
        unikac "Plotka" ? lubie sie posmiac i pogadac o glupotkach, zupelnie
        mi to nie przeszkadza w innym funkkcjonowaniu. do "zycia na
        goraco" , niestety nie mam dostepu. szkoda, bo to swoista szkola
        zycia... ale rekompensuje to sobie Baska z internetu. NIesamowita
        kobieta. Cwicze juz jej slang - jest boski no i przyda mi sie w
        wymianie zdan z prostakami :) Git majonez, lala, a teraz - wypad !
        tak, tak , si !

    • fakej Owszem, jak dorośnie to nawet od tyłu 12.06.09, 11:48
    • london_in_use Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 13:34
      Moja ciotka adoptowala mala dziewczynke. Dziewczynka miala problemy z mowa, byla
      lekko opozniona w rozwoju, miala tez problemy psychologiczne. Byl wiec i
      logopeda i psycholog dzieciecy i stado terapeutow.

      Kiedy dziewczynka, powiedzmy KArolina, skonczyla 18 lat zdarzylo mi sie mieszkac
      wraz z nia i ciotka przez kilka miesiecy. I nie wiem jak Karolina skonczylaby
      wychowujac sie w domu dziecka, wiem jednak, ze pomimo calego wysilku i pieniedzy
      jakie ciotka wlozyla w wychowanie jej, nie udalo jej sie dac najwazniejszego -
      matczynej milosci. Patrzylam na nie jak bardzo sa sobie obce, jak bardzo nie
      potrafia sie do siebie zblizyc, baly sie nawet kontaktu fizycznego. I ja - w
      podobnym wieku do Karoliny, z moja mama (choc byly i trudne nastoletnie czasy)
      tulimy sie, sciskamy i gadamy doslownie o wszystkim.

      Minelo kilka lat i Karolina wrocila do domu z brzuchem. Nomen omen, po ucieczce
      z domu wraz ze swoim chlopakiem.

      Ciotka wychowuje teraz dwoje dzieci - niedojrzala emocjonalnie i psychicznie
      Karoline i jej synka. Zastanawiam sie jaki bedzie los tego chlopca, skoro jego
      matce ciotka nie potrafila dac milosci.
      • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 13:51
        coz, po prostu zycie, a to czy chodzi adopotowane czy biologiczne
        dziecko nie ma tutaj zadnego znaczenia. to moze sie zdarzyc kaazdej
        rodzinie. przypuszczam, ze twoja ciotka dokladnie tak samo
        postepowalaby ze swoja rodzona corka w momencie gdy ta zaczela by
        rozwijac sie inaczej niz ciotka sobie zaplanowala. a porpos kontaktu
        fizycznego...sa rozne szkoly na ten temat, ale tulenie sie do
        rodzicow i przychodzenie na kolana w wieku 18 lat nie dowodzi
        niczego i nie jest zadnym wyznacznikiem milosci, raczej wyrazem
        niepokoju dorastania, ktory w ten sposob mozna zalagodzic. jedni
        tego potrzebuja ,inni mniej, niektorzy od czasu do czasu. nie ma
        normy. ale jesli klejenie sie do rodzicow nie przechodzi w doroslym
        wieku, to ....tragedia.
      • moon_witch Dobrze patrzaalas? 12.06.09, 18:32
        Ciotka wybrala zapewne calkiem swiadomie, od samego poczatku kalekie
        dziecko? Wiedziala, ze takie dzieci trudno sie chowaja niezaleznie
        od ilosci uczuc, jakie im przekazesz. Moze ciotke zbyt surowo
        oceniasz.
        sam fakt walki o dobro tego dziecka, to cos wiecej niz buziaczki na
        sniadanie. A pozniej przygarniecie jej pod dach, gdy zaszla w ciaze.
        To tez okazanie milosci, bo moglaby przejsc obojetnie, a jednak
        tego nie zrobila. Dlaczego ciotka tak robi, to wie zapewne tylko
        ona. Ale kazdy medal ma dwie strony i druga strona pieknego medalu
        jest, ze rodzice od takich dzieci nigdy sie nie uwolnia. Do konca
        zycia sa skazani nad opieke nad nimi i w tym ukryty jest dobrze
        zakamuflowany wlasny cel- nigdy nie beda sami.
        Sa ludzie, ktorzy boja sie samotnsoci bardziej niz ognia.
        • deminiminis Re: Dobrze patrzaalas? 12.06.09, 18:37
          Skąd w Tobie taka zdolność do oceniania?
          Popatrz w lustro, bo realizm??? Chyba nie bardzo... narcyzm jakoś bliżej. Pani
          Nieomylnaiwszytskowiedząca.
    • gdsta po co komu dziecko? 12.06.09, 13:56
      czy ludzie kochają swoje dzieci? czy odpowiadają sobie na pytanie dlaczego chcą
      mieć dziecko?
      Jesli ktos wie dlaczego chce mieć dziecko i pomyslał co dla dziecka jest ważne
      to nie ma zanczenia czy to jest dziecko wybrane czy urodzone. Bardzo trudno jest
      być rodzicem i bywaja rózne dzieci ale nie wiele ma to wspólnego z tym czy sa
      rodzone czy adoptowane. Ma znaczenie jak przebiegała ciąza - czy urodził się
      kłębek nerwów np; ma znaczenie czy mama tuliła maleństwo czy ganiała jak
      oszalala - wszytsko jedno czy za kasą czy po zabawach; ma znaczenie co dziecko
      widziało w domu wyrachowanie, interesy, pijaństwo czy miłosc rodziców czy chocby
      miłosć samotnej biednej matki; Trudniej wychowywać i kochac dzieci skomplikowane
      ale i trudno kochać dzieci genialne;
      Ja sprawdziłam, że mozna zrobić bardzo duzo dla dziecka wybranego; nie widzę
      różnicy miedzy moimi dziecmi rodzonymi i wybranym - martwię się o ich dorosłe
      zycie identycznie, wnuki traktuję tak samo. Pewnie wolały by zebym była
      cieplejsza albo miała więcej pieniędzy :-) - to wszystko nie jest ważne. Wg mnie
      nie powinno być ani jednego dziecka w domu dziecka - najważniejsze, żeby dzieci
      były kochane jak najwczesniej, bo trzeba bardzo dużo pracy włozyć w naprawianie
      szkód jakie w głowach i sercach dzieci czasem wyrządzaja dorośli.
      Nikt nas nie uwolni od odpowiedzialności za każde dziecko, kóre cierpi przez
      dorosłych więc warto pisać co zrobić zeby dzieci mialy dobrych rodziców.
      To co jest trudne nie jest niemożliwe i może tego się trzymajmy; w tylu domach
      rodzone dzieci nie znajdują porozumienia z rodzicami, ze lepiej patrzeć na
      wszystkie dzieci jednakowo i tak samo się starać, żeby wychować szczęsliwego
      człowieka.
      • sankanda Re: po co komu dziecko? 12.06.09, 14:24
        wszyscy powinni ci podziekowac za pieknie napisana prawde. ja ci
        bardzo dziekuje, te slowa to balsam po lekturze kloacznych
        wypowiedzi.:)
        • gdsta Re: po co komu dziecko? 12.06.09, 15:05
          :-)
          miło mi chociaż nie o to chodziło :-)
          wszytko w zyciu co się zrobi dobrego dla innych tak naprawdę zrobiło się dla siebie;
          teraz też pisałam, żeby ktoś czuł się silniejszy kiedy adoptuje, żeby inni nie
          wątpili w trudny sens kochania wszystkich dzieci; żeby tak powaznej sprawy nie
          rozmienić na dyskusje o tabloidach i bzdetach za 1,50 co rano;
          a wyszło fajnie - nie ukrywam, że bardzo mi miło!
    • agatita82 Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 14:43
      Droga autorko wątku, jakie inne źródła informacji masz na myśli?
      Z gazet? A od kiedy to gazety sa niezaprzeczalnym źródłem prawdy? No
      chyba, że masz jakieś w tyki w domu Madonny... i stąd Twoja teza, że
      zaniedbuje ona rodzoną córkę. Ja bym jednak wszystkie takie źródła
      (medialne) traktowała z przymróżeniam oka.

      amor_anieli napisała:

      Jednak z innych informacji wynika,ze jej
      > rodzone dziecko, córka, ma poważne problemy i jest w kryzysie.
      > Wchodzi w trudny wiek dorastania i w sumie nie wiele matka angażuje
      > się w jej zycie i problemy.

      APEL CYWILNYCH MŁODYCH PAR
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=619&w=94451680
    • biruch Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 15:27
      Powiem tak. Temat przykuł mój wzrok. Nie jest w tym nic dziwnego.
      Przecież jestem od trzech lat ojcem adoptowanego dziecka. Pozwoliłem
      sobie prześledzić wszystkie dotychczasowe posty. Większość
      szczegółowo przeczytać. No i kilka razy złapałem się za głowę.
      Dyskusja nie ma sensu, bo opinie mijają się w sporej odległości i
      nie mają żadnego miejsca styczności. Mimo wszystko spróbuję.

      Czy można kochać adoptowane dziecko? Zgadzam się, że z dyskusji
      należy wyłączyć Madonnę, która prawdopodobnie zapewni swojej
      adoptowanej córce finansowy dobrobyt, ale jej wychowanie przekaże
      dobrze opłacanym opiekunkom. Zresztą pewnie wychowanie swojej
      własnej córki też przekazała opiekunkom, bo tak to się robi na
      szeroko rozumianym Zachodzie. Dlatego podejrzewam, że prościej
      będzie zawęzić dalsze rozważania do naszej polskiej rzeczywistości.

      Czy można pokochać adoptowane dziecko? Nie można. TRZEBA. Bez
      miłości cała operacja zakończy się uczuciową katastrofą. Rodzice
      adopcyjni przechodzą przez długi, skomplikowany kurs w ODO,
      wypełniają całe morze formularzy, przedstawiają opinie z pracy,
      piszą opisowe życiorysy, tworzą genogramy, odrabiają między
      kolejnymi etapami kursu wielostronicowe zadania domowe, uczestniczą
      w warsztatach, mają spotkanie z psychiatrą, kilkugodzinną rozmowę z
      psychologiem, itd., itd., itd. Rodzice adopcyjni potrzebują tego
      czasu, potrzebują spotkań z innymi ludźmi w podobnym położeniu oraz
      z tymi, którzy na adopcję zdecydowali się wcześniej. Chcą poznać ich
      faktyczne przeżycia, dowiedzieć się sukcesach i porażkach.
      Dziesiątki razy zadają sobie pytanie, czy będą potrafli być dobrymi
      rodzicami. Czy zdołają pokochać swoje przyszłe dziecko. Na podstawie
      wszystkich zebranych informacji OAO stara się przydzielić dla nich
      dziecko zgodnie z ich preferencjami, szczegółowo wyspecyfikowanymi w
      podaniu o przyznanie dziecka. Otrzymują dokładną historię dziecka i
      możliwie dużo informacji o jego rodzicach i dziadkach. Mają
      informacje o ewentualnych zdiagnozowanych chorobach. O stopniu
      uzależniania rodziców od alkoholu i papierosów (jeśli jest), itd.
      Rodzice mają prawo odmówić przyjęcia w opiekę zaproponowanego
      dziecka bez podania przyczyny. Nie muszą też podejmować decyzji od
      razu. Mogą najpierw kilka razy spotkać się z dzieckiem. Poczuć ten
      impuls, że to jest właśnie to dziecko. Lub tego impulsu nie poczuć i
      się po prostu wycofać.

      Leda16 stara się być wulgarna i tą wulgarnością przesłania
      elementarny brak wiedzy na temat, na który pisze. Powtarza tylko
      oklepane, stereotypowe, krzywdzące opinie odnośnie rodzin
      adopcyjnych. Aż dziwne, że potrafi je odróżnić od rodzin
      zastępczych, ale tylko po to, aby formułować zupełnie nieuczciwe
      insynuacje na temat tych ostatnich. Rodzice zastępczy dostają
      śmiesznie niskie wynagrodzenie (ponadprzeciętne – bzdura (!)) za
      swój niemały rodzicielski trud wychowania dzieci, do których nie
      mają żadnego umocowania prawnego i które docelowo mają się ponownie
      znaleźć w swoich rodzinach biologicznych. Ten trud jest wart każdych
      pieniędzy. Ale zapewne trudno się zdobyć na wysiłek docenienia
      wyższości rodzin zastępczych i pogotowia opiekuńczego nad domami
      dziecka. Bez względu na to, jak intensywnie w ostatnich latach
      poruszany był temat zastąpienia tradycyjnych domów dziecka właśnie
      rodzinnymi domami dziecka na kształt pogotowia opiekuńczego.

      Deminiminis ma opinie zdecydowanie bardziej wyważone, ale też wiedzę
      na zadany temat zdecydowanie większą, skoro skończyła kurs na
      rodzica zastępczego. Podpisuję się pod jej opiniami obiema rękoma.

      Moon_witch przytacza historię nieudanej historii chłopca przez
      małżeństwo ze Szwecji. Dzieci adopcyjne podobnie jak dzieci
      biologiczne mogą sprawiać problemy. Nie sądzę, że ten chłopiec
      sprawiał problemy właśnie dlatego, że był adoptowany. Ale takie
      historie są bardziej nośne niż opisy sielankowe. Sielanka była w
      opisie straszliwie nudna. Dlatego tak mało jest opisów udanych
      adopcji. Moją uwagę w tej historii przykuł inny szczegół. Fakt, że
      ten chłopiec został poinformowany przez rodziców, że został
      adoptowany dopiero po rozmowie z psychologiem. Na szkoleniach
      adopcyjnych wielokrotnie podkreśla się, żeby nie ukrywać przed
      dziećmi informacji, że są adoptowani. Choćby dlatego, że zawsze
      znajdzie się ktoś nieżyczliwy, kto będzie chciał im ten fakt adopcji
      wypomnieć. Świadomość faktu bycia adoptowanym na pewno ułatwi
      zmierzenie się z taką sytuacją. Wypowiada się też na temat
      cierpliwości. I znów trafia kulą w płot. Cierpliwości w wychowaniu
      dziecka potrzeba bardzo dużo. To czy jest biologiczne, czy
      adoptowane, ma kompletnie drugorzędne znaczenie. Nie można tego
      zrozumieć, jeśli się nie doświadczy cudu zostania rodzicem
      adopcyjnym. Wiem, co mówię, bo przed szkoleniem obsesyjnie bałem się
      właśnie o to, że tej cierpliwości mi zabraknie. Nieraz brakuje, ale
      nigdy nie towarzyszy temu stanowi ducha pragnienie, aby dziecko
      odesłać. Może też dlatego, że nie ma gdzie go odesłać. Bo dziecko
      jest częścią naszego życia. Nie tylko emocjonalnie, ale również
      prawnie. Jesteśmy wpisani w jego akt urodzenia jako rodzice. Ma
      wobec nas wszelkie prawa i obowiązki. Zrzeczenie się adopcji jest
      karkołomnym i skomplikowanym procesem. Może w Szwecji wygląda to
      inaczej. Ale trudno mi uwierzyć w programy ostrzegające przed
      adopcją. Nawet tam. Mówi też o genach. Zapomina o wychowaniu. A
      dopiero te dwa czynniki traktowane razem mogą dać odpowiedź, kim
      będzie nasze dziecko w przyszłości.


      Camparis. Nic dodać, nic ująć. I couldn’t agree more. Myślę
      dokładnie tak samo. Spójność myśli była tak duża, że zacząłem
      podejrzewać, że tekst napisała moja własna żona. Tyle że my
      adoptowaliśmy synka.

      Gdst. Twoje słowa są rzeczywiście jak balsam radujący serducho.
      Dziękuję za nie na koniec tych rozważań.
      • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 17:05
        "Mogą najpierw kilka razy spotkać się z dzieckiem. Poczuć ten
        impuls, że to jest właśnie to dziecko. Lub tego impulsu nie poczuć i
        się po prostu wycofać".

        biruch....a co czuje to dziecko ?

        moje zdanie jest takie : kobieta w piatym miesiacu ciazy ma prawo
        poznac plec przyszlego dziecka i ewentualne malformacje, z ktorych
        czesc mozna operowac in utero. najczestrza malformacja jest tzw.
        zajecza warga, ktorej in utero sie nie operuje, dopiero po jakims
        czasie (nie wiem dokladnie jakim), zalozmy , gdy dziecko ma juz
        kilkanascie miesiecy. mimo postepow w chirurgii,niegdy nie ma
        pewnosci, ze operacji nie trzeba bedzie przeprowadzic kilkakrotnie i
        ze nie pozostawi ona zadnych widocznych dla ludzkiego oka, chociazby
        minimalnych sladow (blizna, lekka dysproporcja itp. lepiej to
        wyglada teraz niz 20 lat temu, ale perfekcji mozna oczekiwac tylkopo
        operacjach na niewielkich malformacjach). wobec tego, wspolczesna
        medycyna proponuje teraputyczne usuniecie ciazy. terapuetyczne,
        slowo kontrowezrsyjne akutrat w tym kontekscie, w kazym razie chodzi
        o legalne usuniecie ciazy 5-6 miesiecznej (francuskie prawo zezwala
        na aborcje bodajze do 12 tygodni). argumentem do wykonania takiego
        zabiegu moze byc rowniez powazny problem genetyczny, np. mongolizm.
        wybor nalezy do rodzicow dziecka. i wyobraz sobie, ze nierzadko
        rodzice decyduja sie na zachowanie ciazy i wydanie dziecka na swiat,
        z pelna swiadomoscie gehenny i zwyczajnych rodzicielskich
        frustracji, z ktorymi pewnego dnia beda skonfrontowani.
        sa ludzie, ktorzy chca perfekcji jako formy przedluzenia swojego
        narcyzmu, ale sa tez ludzie sklonni do poswiecen i z gleboko
        zakorzenionymi wartosciami.
        kiedys rodzice byli postawieni przed faktem dokonanym, teraz moga
        dokonac wyboru.
        mnie to zniesmacza, bo o ile moge zrozumiec strach przed narodzeniem
        dziecka z zespolem downa, to podjecie decyzji o usunieciu plodu z
        zajecza warga tylko dlatego, ze dziecko bedzie "brzydsze" od reszty
        rowniesnikow traci eugenizmem, ktory jest objawem wynaturzenia
        przecietnego umyslu o nadprzecietnych aspiracjach.
        o ile rozumiem pragnienie adopcji dziecka w pelni normalnego, to
        nie rozumiem konfrontacji niezdecydowanych rodzicow, ktorym impuls
        nie zapracowal z potencjalnym synem czy corka. jak sie czuje to
        dziecko ? czy ktos mysli o tym niechcianym dziecku ? o jego
        pierwszej zyciowej traumie, ktora bedzie sie odnawiac przy kazdym
        spotkaniu z przyszla mamusia i tatusiem, ktorzy z n o w go
        odrzucili ?
        ja mam podejscie proste jkak cep : albo sie chce miec dziecko albo
        nie. jesli tak, to bezwarunkowo. na dobre i na zle.



        • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 17:43
          > ja mam podejscie proste jkak cep : albo sie chce miec dziecko albo
          > nie. jesli tak, to bezwarunkowo. na dobre i na zle.

          Amen.
          Idiotycznie, ale wierzyłam, że jak zadzwonią z OAO to będzie to moje dziecko. Czy chłopiec czy dziewczynka, czy będzie miało 10 tygodni czy 10 miesięcy, będę jego mamą, bo ono mnie potrzebuje.
          Napisałam "zdrowe niemowlę" a pod tym kryje się bardzo wiele. Bo np. skaza białkowa to zdrowe czy już choroba? I choć myślałam o różnych chorobach, zaburzeniach, obciązeniach jakie może mieć dziecko to i tak nie "wymyśliłam" tego co usłyszałam w OAO na rozmowie. Miałam obawy wtedy i mam je nadal, bo choć dziecko jest zdrowe to jest obciążone. Nie rozmyślam o tym ani nie doszukuję się objawów, jak będzie trzeba to będziemy się mierzyć z problemem.

          > biruch....a co czuje to dziecko ?

          Nawet nie chcę sobie wyobrażać co czuje to dziecko.
          Jak już zostało tutaj powiedziane RA powinni być jak najdokładniej informowani o wszystkim co dotyczy dziecka. Jednak prawda jest taka, że ośrodki mają niewiele tych informacji poza jakimiś ogólnymi kwestiami, albo zwyczajnie nie informuje się rodziców o stanie faktycznym w nadziei, że "wezmą w ciemno" (sic!) dziecko, że się zakochają od pierwszego wejrzenia itp. To niestety może prowadzić do tragedii dziecka i całej rodziny.
          Trzeba znać swoje ograniczenia na tyle na ile jest to możliwe.
          Nie wiem na co liczą ludzie, którzy po zapoznaniu się z dokumentacją dziecka mimo wszystko jadą się z nim spotkać choć wiedzą, że go nie chcą. Niestety znam parę, która usłyszała, że MB ma schizofrenię, nie chcieli dziecka z takim obciążeniem, ale pojechali je zobaczyć, tylko po to by po kilku dniach zadzwonić, że go nie chcą.
          Znam kilka rodzin, którym były proponowane dzieci zdrowe a na kontakcie okazywało się, że dziecko ma pełnoobjawowy FAS. Kto daje prawo ośrodkom stawiać rodziny i dzieci w takich sytuacjach? To wszystko można "dogadać" wcześniej. Ośrodki są po to, żeby mieć pełny obraz rodziny i jeśli potencjalni rodzice nie chcą przyjąć dziecka chorego to takie ich prawo.
          Bo sytuacje kiedy rodzice czekają na dziecko np. do lat dwóch a proponuje im się czterolatka są w ośrodkach nagminne. bardzo często, zbyt często ludzie decydują się na adopcję i kończy to się tragedią, bo nie każdy jest gotowy na adopcję kilkulatka.

          Poruszona też została kwestia mówienia dziecku o adopcji.
          Uważam, że nie mam w tym temacie wyboru. Wychowywać dziecko w prawdzie o nim samym, o jego pochodzeniu to mój obowiązek.

          Szacunek dla rodziców biologicznych to też bardzo ważna sprawa. Dziecko powinno pokochać w cieniu swoich rodziców biologicznych, żeby siebie kochać w świetle. Nie pokocha ich jeśli ja nie będę o nich mówić z szacunkiem.
        • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 17:51
          gdyym sama znalazla sie w sytuacji ewentualnego przyszelgo rodzica i
          po selekcji (brrr) na podstawie genealogii, zdjec i innych
          informacji o moim przyszlym dziecku zdecydowala sie na spotkanie, to
          nawet, gdyby chemia nie zaoperowala, (bo wiadomo, ze dzieciak w
          takiej sytuacji nie jest w pelni soba) i gdybym sie wycofala to...
          cos by mi we lbie zaswitalo i wrocilabym po to wlasnie dziecko.
          impuls moze sie odezwac pozniej. matka tez sie nie zostaje
          automatycznie wraz z odcieciem pepowiny. to jest caly proces.
          nie znam realiow adopcji, bo nigdy nie rozpoczelismy procedury, ale
          jestem pewna, ze nie przebieralabym jak w warzywniaku.
          • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 17:55
            Sankanda tu się ścierają dwie prawdy.
            Z jednej strony dom dziecka to nie sklep, a dzieci to nie towar w markecie, z
            drugiej dziecko to nie worek ziemniaków, który wkłada się do piwnicy.
            Uwierz mi, że ludzie, którzy odrzucają dziecko często borykają się z poczuciem
            winy do końca życia, tylko dlatego, że jakaś pani z ośrodka postanowiła
            zaryzykować i "podsunęła" im dziecko, którego od początku nie chcieli. Smutne
            to, że ośrodki działają z myślą "a może się uda i zaadoptują", "co z tego, że
            napisali, że nie są gotowi na dziecko chore, przecież jest takie słodkie, jak
            zobaczą to się zdecydują" to horror.
            • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 18:17
              to jest horror, ale z drugiej strony... jest tyle potwornych chorob,
              ktore sa diagnozowane nie u noworodkow, tylko troche pozniej. nie
              znam polskich nazw, ale moze sa zblizone : do takich chorob zalicza
              sie mucoviscidose, ktorej objawy moga pojawic sie bardzo wczesnie,
              ale ktora moze miec bardziej ukryty rozwoj i byc wykryta dopiero,
              gdy dziecko ma np. piec lat... zapalenie opon mozgowych z
              powiklaniami. co wtedy ? pisac zazalenie ? domagac sie zwrotu
              kosztow ? oddac ?
              strach pisac to co pisze, ale biologiczne dziecko moze spotkac cos,
              co sprawi, ze nie bedzie zdrowe. ot, np. rozwali sie na motorze,
              uraz kregoslupa i kalectwo....choroba...
              kazdy zdrowy na umysle czlowiek pragnie zdrowego dziecka, ale nie ma
              wplywu na to co sie stanie...
              • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 18:26
                Inaczej jest zmagać się z chorobą dziecka gdy pojawia się ona nagle, a zupełnie
                inaczej świadomie stać się rodzicem chorego dziecka.
                To nie są pobożne życzenia, ale nikt nie zakłada, że dziecko zdrowe po urodzeniu
                dotknie jakaś nieuleczalna cięzka choroba. A decydując się na dziecko o którym
                wiemy, że jest ciężko chore już na starcie zaczynamy ciężką walkę, jeszcze nie
                pokochaliśmy a już walczymy o dziecko.

                co wtedy ? pisac zazalenie ? domagac sie zwrotu
                > kosztow ? oddac ?
                Ironia?
                A urodzone zdrowe jak się rozchoruje to co? Skargi do położnika? ;)
                • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 18:38
                  fakt, chociaz widzisz, opisana przez mnie historia adopcji malej
                  wietnamki z wada serca moze dowodzic czegos innego. ta kobieta
                  chciala miec dziecko. natychmiast dowiedziala sie, ze jest chore,
                  mogla przeciez zmienic zdanie i wybrac zdrowe. "wiez" z tym chorym
                  trwala niespelna godzine. i zaczela walczyc o dziecko i wygrala, w
                  kazdym razie walke z choroba dziecka. reszta,to zycie, poki co jest
                  ok.
                  ...
                  • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 18:42
                    jak pisałam wcześniej zmagamy się z naszymi ułomnościami różnego rodzaju. Są
                    ludzie, którzy mają w sobie wiele siły, aby adoptować i kochać chore dziecko.
                    Nie bez znaczenia jest też kasa, leczenie, rehabilitacja kosztują. Wiem, że
                    zdecydowałabym się na adopcję dziecka chorego gdybym na starcie miała
                    nieograniczone środki na leczenie.
                    • biruch Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 19:43
                      "biruch, a co czuje to dziecko? ..."

                      Ponieważ poczułem się wezwany do tablicy, mimo przydługiej
                      poprzedniej wypowiedzi, pozwolę sobie na jeszcze kilka słów.
                      Opisałem szczegółowo, jak wygląda procedura adopcyjna, chcąc
                      powalczyć z niektórymi stereotypami i uszczypliwościami, że jakoby
                      rodzice zostają obdarowani dzieckiem, którego nie chcą.

                      Zgadzam się natomiast w pełni, że takie spotkanie może być dla
                      dziecka koszmarem. W naszym przypadku tak nie było. Po pierwsze ów
                      impuls poczuliśmy. Po drugie nasz synek miał wówczas dopiero blisko
                      6 tygodni i odebraliśmy go zgodnie z polskim prawem w najszybszym
                      możliwym terminie. Po trzecie Ośrodki Adopcyjno-Opiekuńcze są bardzo
                      różne. Nie ukrywam, że przed zapisaniem się na kurs adopcyjny
                      zrobiliśmy dość skrupulatny research. Wybraliśmy jeden z lepszych
                      OAO w Polsce, który mieści się w Pile w woj. wielkopolskim. Kto był,
                      ten wie, o czym mówię. Zaangażowanie pracujących tak osób powoduje,
                      że wspomniany przeze mnie, przysłowiowy, "impuls" poczuje chyba
                      każdy. NIe ma to nic wspólnego z "przebieraniem w warzywniaku".
                      Trzeba mieć natomiast świadomość własnych możliwości psycho-
                      fizycznych. Zdecydowaliśmy się na adopcję, ale chcieliśmy, żeby
                      nasze dziecko było zdrowe. Nie uważam, że są to za duże wymagania.
                      Nieraz warto mierzyć zamiary podług sił. Bo to nie są dwutygodniowe
                      wakacje z niezbyt lubianymi znajomymi ani wizyta dalekiej krewnej,
                      która przedłuża się do trzech miesięcy. Tu chodzi o całe życie.
                      Rodzice adopcyjni nie mogą przygotować się do rodzicielstwa 9
                      standardowych miesięcy. Mogą natomiast mieć wpływ na podstawowe
                      cechy swojego dzidziusia. Nie widzę w tym nic złego.

                      Pozdrawiam wszystkich rodziców (w szczególności adopcyjnych)

                      biruch
                • wj_2000 Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 13.06.09, 00:15
                  W całej tej dyskusji nie pojawił się wątek biologiczny.
                  Jesteśmy, niewątpliwie, sporo różni od pozostałych gatunków, ale przecież,
                  oprócz unikalnego rozumu, buzuje w nas też cała ta chemia ukształtowana
                  ewolucyjnie! Bez tej chemii nasi przodkowie nie płodzili by i nie odchowali by
                  całego tego łańcucha naszych prababć, babć, naszej matki, naszych pra pra
                  dziadków, dziadków, wreszcie ojca.
                  Powoływanie się wyłączniena specyficznie ludzkie cechy, na wyrozumowane
                  postawy, a zaniedbanie wątku biologicznego musi prowadzić do sprzeczności, do
                  kłótni, do rozbieżnych poglądów.
                  Kura z kurą się nie spiera czy i jak siedzieć na jajach. Czyż nie byłoby
                  przyjemniej pójść poszukać w jakichś smakowitych robaczków zamiast siedzieć na
                  jajach? Czy to poczucie przyzwoitości każe kurze (przysłowiowej kwoce)
                  dbać o te jaja? Przecież nie!
                  Okazuje się, że po złożeniu jaja na brzuchu kury wydziela się jakiś kwas
                  nieprzyjemnie szczypiący biedną kwokę. Wapienna (zasadowa) skorupka jaja
                  neutralizuje ów kwas likwidując ból. No to kwoka siedzi!
                  Trochę bardziej wyrafinowana jest chemia powodująca iż po wykluciu się piskląt
                  kura (czy inna mama tych gatunków, gdzie bez opieki młode nie przeżyje) zamiast
                  kokietować koguta i się z nim pieprzyć, opiekuje się kurczętami.
                  Nie dalej jak wczoraj oglądałem na kanale National Geographic film o
                  niedźwiedziach. Samiec, któremu w oko wpadnie mamuśka z młodymi, po pierwsze,
                  stara się te młode zamordować.
                  To samo robi lew, gdy pokonawszy starego samca przejmuje jego cały harem.
                  Miłość (czy do dziecka, czy do partnera) to nie tylko wzniosłe "czysto ludzkie"
                  uczucie. To buzujące hormony!!!!
                  W momencie porodu następuje aktywacja i uruchomienie produkcji we krwi
                  oksytocyny, bodajże. Potem, widok dziecka własnego dziecka uruchamia
                  każdorazowo wyrzut hormonu szczęścia. Takich reakcji wrodzonych, rozumem
                  zastąpić się nie da!!!!

                  I tyle miałbym w tym temacie do powiedzenia.
                  • moon_witch No wiec i oto chodzi! 13.06.09, 11:49
                    W momencie porodu następuje aktywacja i uruchomienie produkcji we
                    krwi
                    oksytocyny, bodajże. Potem, widok dziecka własnego dziecka uruchamia
                    każdorazowo wyrzut hormonu szczęścia. Takich reakcji wrodzonych,
                    rozumem
                    zastąpić się nie da!!!!
                    I tyle miałbym w tym temacie do powiedzenia.
                    .....................
                    n/t
                  • kaa.lka Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 13.06.09, 11:55
                    biologicznie;)
                    zatem stojaca na dachu mala mewka draca dziub za matka, moze za
                    ojcem ( nie rozpoznaje) daje przyklad zarlocznego glodu;
                    biologicznie instynktownego.
                    ehh a ja patrze sie na te utrapience(zyjacy wsrod ptastwa tego,
                    wiedza co mam na mysli piszac utrapienie)i widzac owa samotna na tle
                    nieba niebieskiego i slonca slonecznego, czuje za nia, czuje za te
                    ptaszare, tesknote.tesknote za matka (lub za ojcem)takie
                    przeniesienie wiju2000.
                    rzecz wlasnie w tym ,ze mewoluujac ludzie odzwierzece instynkty
                    zamienili w swiadome reakcje na nie.nie?;)


                    peesy
                    na kobiety upadle mowi sie mewki, zdaje sie polsko-nadmorsko? jesli
                    tak,widac to taki instynktowny nomen-omen.
          • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 17:59
            > nawet, gdyby chemia nie zaoperowala, (bo wiadomo, ze dzieciak w
            > takiej sytuacji nie jest w pelni soba)

            Nie jest. I pewnie zostanę zakrzyczana, ale dzieci z domów dziecka są brzydkie,
            "dziobate", bo są niekochane, gdy trafiają do domów rodzinnych kwitną i pięknieją.
            • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 18:19
              moj dzieciak jest dziobaty,bo dojrzewa ale jest kochany ;):)
      • moon_witch Biruch 12.06.09, 18:03
        taki los adopcyjnego rodzica przypadl ci w udziale.
        W dyskusji zabraklo stwierdzenia,ze nie ten rodzic co urodzi, a ten
        co DOBRZE wychowa.
        Jednak... nie bedac dobrym rodzicem biologicznym, czlowiek czesto
        nie wie, jak wyglada ta wiez wlasnie, ze swoim rodzonym dzieckiem.
        Wiez krwi jest wielka wiezia. I tego zaden normalny czlowiek nie
        bagatelizuje.

        Owszem duzo jest ludzi wychowanych przez innych ludzi, gdzie los
        takiej rodziny uklada sie dobrze, ale tez sa rodziny, gdzie uklada
        sie zle. Zle moze ukladac sie tez z wlasnymi rodzicami, na to regul
        nie ma.
        Uwazam,ze w tym watku powinni wypowiada sie ludzie ktorych
        adaptowana jak sprawa wyglada z ich perspektywy. Czy czuli sie
        kochani, tak naprawde?
        • deminiminis Re: Biruch 12.06.09, 18:18
          > W dyskusji zabraklo stwierdzenia,ze nie ten rodzic co urodzi, a ten
          > co DOBRZE wychowa.
          Ja raczej często czytam "Nie ważne kto urodził, ważne kto wychowa", ale to jest
          raczej mydlenie sobie oczu przez RA i wypieranie.

          Chyba nigdy nie będę miała odwagi powiedzieć dziecku, że matka biologiczna nie
          jest matką. Ona coś zaczęła, dała życie i samo to uczyniło ją matką.
      • leda16 Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 23:59
        biruch napisał:

        > jestem od trzech lat ojcem adoptowanego dziecka.


        To króciutko. Zgłoś się za 12 lat.



        >
        > Zresztą pewnie wychowanie swojej
        > własnej córki też przekazała opiekunkom, bo tak to się robi na
        > szeroko rozumianym Zachodzie.


        A w Polsce już od trzeciego roku życia a nawet wcześniej, przekazuje się dziecko na 8-9 godz. źle opłacanym opiekunkom w żłobku lub przedszkolu.


        Rodzice
        > adopcyjni przechodzą przez długi, skomplikowany kurs w ODO,
        > wypełniają całe morze formularzy, przedstawiają opinie z pracy,
        > piszą opisowe życiorysy, tworzą genogramy, odrabiają między
        > kolejnymi etapami kursu wielostronicowe zadania domowe, uczestniczą
        > w warsztatach, mają spotkanie z psychiatrą, kilkugodzinną rozmowę z
        > psychologiem, itd., itd., itd.



        Szkoda, że kandydaci na rodziców biologicznych nie przechodzą takich procedur, a wyrodne matki, jak "lew-konia", które nawet nie kryją swoich ciągotek do duszenia własnych dzieci za nieposłuszeństwo, nie są przymusowo sterylizowane przed zaciążeniem.



        Na podstawie
        > wszystkich zebranych informacji OAO stara się przydzielić dla nich
        > dziecko zgodnie z ich preferencjami, szczegółowo wyspecyfikowanymi w
        > podaniu o przyznanie dziecka. Otrzymują dokładną historię dziecka i
        > możliwie dużo informacji o jego rodzicach i dziadkach. Mają
        > informacje o ewentualnych zdiagnozowanych chorobach. O stopniu
        > uzależniania rodziców od alkoholu i papierosów (jeśli jest), itd.
        > Rodzice mają prawo odmówić przyjęcia w opiekę zaproponowanego
        > dziecka bez podania przyczyny.


        Czyli jednak coś drgnęło w skostniałych biurwach z OA. Chociaż z tego co pisze "deminiminis" wynika, że nadal unika się podawania rodzicom adopcyjnym pełnej informacji o pochodzeniu dziecka, jego deficytach psychomotorycznych, wynikach testów osobowości i inteligencji.



        Poczuć ten
        > impuls, że to jest właśnie to dziecko. Lub tego impulsu nie poczuć i
        > się po prostu wycofać.


        W jednej z najważniejszych decyzji życiowych należy się kierować impulsami, instynktem?! Czyli bezmyślne instynkty górą, to musi być impuls, jak w tej reklamie dezodorantu :). A ja myślałam, że człowiek to istota rozumna...


        >
        > Leda16 stara się być wulgarna i tą wulgarnością przesłania
        > elementarny brak wiedzy na temat, na który pisze.


        Wiem na ten temat daleko więcej niż Ty świeżo upieczony tatusiu adopcyjny, bo zawodowo zetknęłam się z tą branżą zanim Tobie myśl o adopcji w główce zaświtała. Widziałam, jak OA wpychał nieświadomym rodzicom dzieci z głebokimi deficytami poznawczymi i ściemą, że błyskawicznie "nadrobią opóźnienia". A że po 5-ciu latach lądowały w szpitalach psychiatrycznych i szkołach specjalnych to cóż, widać Bóg tak chciał...


        Powtarza tylko
        > oklepane, stereotypowe, krzywdzące opinie odnośnie rodzin
        > adopcyjnych.


        Ach tak, "krzywdzące" jest domaganie się dla rodziców adopcyjnych prawa do PEŁNEJ INFORMACJI O ADOPTOWANYM DZIECKU ;).


        Rodzice zastępczy dostają
        > śmiesznie niskie wynagrodzenie



        Może dla Ciebie nababie, 2500 zł + luksusowo wyposażona i opłacana willa z wyżywieniem i ponad 1800 zł na każde dziecko to "śmiesznie niskie wynagrodzenie". Zwłaszcza w porównaniu ze 150 zł z Funduszu Alimentacyjnego dla dziecka samotnej biologicznej matki!


        za
        > swój niemały rodzicielski trud wychowania dzieci, do których nie
        > mają żadnego umocowania prawnego i które docelowo mają się ponownie
        > znaleźć w swoich rodzinach biologicznych.


        Czyżby ktoś ich zmuszał do tego "trudu"? Ale kasiora jest na pewno ważkim czynnikiem motywacyjnym dla bezrobotnego ślusarza i sprzątaczki po LO.


        Ten trud jest wart każdych
        > pieniędzy. Ale zapewne trudno się zdobyć na wysiłek docenienia
        > wyższości rodzin zastępczych i pogotowia opiekuńczego nad domami
        > dziecka.


        Właśnie w Pogotowiach Opiekuńczych krzewi się bandytyzm, fala, molestowanie i wykorzystywanie seksualne. Ty facet chyba z Księżyca spadłeś, jeśli nie wiesz, co tam się dzieje.



        >
        > Dlatego tak mało jest opisów udanych
        > adopcji.


        Nie dlatego. Dlatego, że realnie jest ich mniej niż nieudanych. Opracowań naukowych dotyczących kilkunastoletnich obserwacji losów dzieci adopcyjnych pochodzących z rodzin patologicznych zapewne Wam na szkoleniach w OA nie serwowano, a szkoda.



        > Nie można tego
        > zrozumieć, jeśli się nie doświadczy cudu zostania rodzicem
        > adopcyjnym.


        Straszliwie musisz być egzaltowany, skoro decyzję paru urzędasów nazywasz cudem :))).


        bałem się
        > właśnie o to, że tej cierpliwości mi zabraknie. Nieraz brakuje, ale
        > nigdy nie towarzyszy temu stanowi ducha pragnienie, aby dziecko
        > odesłać.



        Jeżeli już po trzech latach pragnąłbyś pozbyć się dziecka, to byłby z Ciebie psychopatyczny gnojek, nie ojciec.


        Zrzeczenie się adopcji jest
        > karkołomnym i skomplikowanym procesem.


        A przede wszystkim możliwym dopiero po wielu, wielu latach, nie po 3-ch lub 5-ciu. Tego Ci powiedzieć na szkoleniu zapomnieli?


        Ale trudno mi uwierzyć w programy ostrzegające przed
        > adopcją.



        Bo infantylnie wierzysz, że dziecko przychodzi na świat jako tabula rasa, a Wy miłością zrobicie z niego cudo.


        Mówi też o genach. Zapomina o wychowaniu.


        Nauka nie zapomina. Istnieją longitudinalne badania bliźniat jednojajowych (kilkaset przypadków) wychowanych w różnych środowiskach. Ale przypuszczem, że do nich nie dotrzesz. Przecież wiara nie wymaga takiego wysiłku jak wiedza. Zwłaszcza wiara w to, w co chce się wierzyć...


    • lew_konia Nie ma co dywagować.... 12.06.09, 17:43
      Nie ma co dywagować - jest już od dawna odpowiednie forum dla
      rodziców adopcyjnych, lub czekających na adopcję:

      www.nasz-bocian.pl/modules.php?name=Forums&file=viewforum&f=32
      A tu poczytacie o prawdziwych, a nie wydumanych dylematach i
      problemach - jeśli was to tak nurtuje.
      • deminiminis Re: Nie ma co dywagować.... 12.06.09, 17:50
        Lew_konia
        W "życiu" bociana uczestniczę już kilka lat. Bardzo sobie cenię to co mogę tam
        przeczytać. Historie niektóre są budujące inne podcinają skrzydła, ale...
        Bocian jest specyficznym forum gdzie spotykają się ludzie o podobnych poglądach
        i jednym celu - zostać RA. Utworzyło się tam swojego rodzaju TWA, które gotowe
        jest zakrzyczeć opinie wygłaszane tutaj przez niektóre osoby.
        Warto sobie uzmysłowić, że po świecie chodzą nie tylko osoby pochwalające
        adopcję i wierzą w jej powodzenie, ale też inni, którzy widzą to w czarnych
        barwach. W końcu trzeba dziecko adoptowane nauczyć, żyć z tym, że nie każdy kto
        się dowie, że jest adoptowane popatrzy na nie jak na każde inne czyli
        zwyczajnie, że staną na ich drodze ludzie tacy jak tutaj, którzy będą patrzeć na
        nie jak na przestępcę, alkoholika, ćpuna... degenerata...
        • lew_konia Re: Nie ma co dywagować.... 12.06.09, 18:03
          Na "boćku" sa tez wypowiedzi osób dorosłych, które sa adoptowane.
          Wydaje mi się, że ich wypowiedzi powinny być bardzo pouczające dla
          przyszłych rodziców adopcyjnych.
          Ja mam dwójkę z brzuszka... no i co - też niekiedy mam serdecznie
          dosyć ich zachowań. Gdy czasami powatrzam dziecku kilkanaście razy
          jedna prośbę, a ono nie reaguje - to uwierz, mam ochotę krzyczeć, a
          potem udusić. Ale tego nie robię - bo mam prawo nie akceptować
          zachowań, ale nigdy nie wolno nie akceptować dziecka.

          Trzeba sobie zadać pytanie - czy umiem kochac bez stawiania
          warunków? Czy umiem kochać rozwydrzonego dzieciaka lub nadąsanego
          nastolatka? Czy umiem zaakceptować jego prawo do niepowodzeń?

          Na takie pytania powinni odpowiedzieć sobie wszyscy rodzice.
          • leda16 Re: Nie ma co dywagować.... 12.06.09, 22:53
            Gdy czasami powatrzam dziecku kilkanaście razy
            > jedna prośbę, a ono nie reaguje - to uwierz, mam ochotę krzyczeć, a
            > potem udusić.


            Masz ochotę zabić własne dziecko???!!! Tylko za to, że nie chce Twojej prośby spełnić?! Przerażające zwyrodnienie uczuciowe - to jedyne co mi się nasuwa po przeczytaniu o Twoich szokujących stwierdzeń. Jesteś przykładem kobiety, która NIGDY nie powinna mieć kontaktu z jakimkolwiek dzieckiem.


            Ale tego nie robię - bo mam prawo nie akceptować


            Sratatata - bo wtedy wylądowałabyś na długie lata w pierdlu zboczona macico i przestała udawać kochającą matkę! Normalna matka nie "prosi", ona wydaje polecenie, które dziecko ma obowiązek wykonać. Nie dusi - po prostu daje klapsa.


            > zachowań, ale nigdy nie wolno nie akceptować dziecka.


            Ojojoj, wzruszające :))).
            • czarny-michu77 Re: Nie ma co dywagować.... 12.06.09, 22:57
              wyrwałaś z kontekstu i się czepiasz.
              "Normalna matka nie "prosi", ona wydaje polecen
              > ie, które dziecko ma obowiązek wykonać. Nie dusi - po prostu daje klapsa." - rozumiem, że Ty jesteś "normalną" matką, stosującą takie właśnie metody? Jeśli tak, "to jedyne co mi się nasuwa po pr
              > zeczytaniu o Twoich szokujących stwierdzeń. Jesteś przykładem kobiety, która NI
              > GDY nie powinna mieć kontaktu z jakimkolwiek dzieckiem."
      • biruch Re: Nie ma co dywagować.... 12.06.09, 20:35
        Dokładnie do samo powiedziała moja żona, gdy po powrocie z pracy
        wskazałem jej na dyskusję na tym forum. Przejrzała krótko i
        stwierdziła, że dyskusja jest kompletnie niemerytoryczna, a ludzie
        głównie rzucają w siebie inwektywami z braku innych argumentów i
        innych problemów.
    • hania1410 Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 18:09
      Jestem adoptowanym dzieckiem. Teraz mam własne i kocham moją
      córeczkę tak samo, jak kochała mnie moja adopcyjna mama. Jedyna
      mama. Dała mi całe życie, miłość i w ogóle wszystko. Nigdy nie
      czułam się gorsza, mniej kochana. Nikt nigdy nie będzie mnie kochał
      tak, jak ona. Odeszła w zeszłym roku... Bardzo ją kocham.
      Pozdrawiam
      Hania
      • deminiminis Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 12.06.09, 18:44
        Hania1410
        Dziękuję Ci, w imieniu wszystkich mam adopcyjnych.
    • wlodeusz Kochać można każdego... 12.06.09, 19:39
      Własną żonę po dwudziestu wspólnych latach, kiedy bardziej przypomina już fokę
      niż zapamiętany obraz, a nawet łysego jak kolano i rozdętego brzuchem małżonka.
      Bezzębną babuleńkę i cudze zupełnie dziecko. Pewnie też można. Przeżyte lata i
      napotkane historie, skłaniają mnie jednak do ostrożności. Większość z
      adoptowanych dzieci, z czasem wypina się na przybranych rodzicieli, traktując
      ich wyłącznie jako trampolinę do dalszego życia. W wielu wypadkach jeszcze
      niepełnoletnie, a sfrustrowane świadomością adopcji, uprzykrzają życie tzw.
      rodzicom, doprowadzając do zwrotu do domu dziecka i zrzeczenia się praw
      rodzicielskich. Ja nie wierzę w miłość do obcego dziecka, szczególnie gdy stale
      musimy się za nie rumienić i żałować podjętej decyzji. Własne, rodzone potrafią
      nas doprowadzać do szewskiej pasji, a co dopiero obce?. Czarno widzę.
      • biruch Re: Kochać można każdego... 13.06.09, 00:04
        Czarno widzisz. Bo nie wiesz, o czym mówisz. Kompletnie. Dlatego z
        Twoją wypowiedzią nie da się merytorycznie dyskutować. Daruję więc
        sobie, Tobie i innym osobom na forum. Chociaż bzdury wygłaszasz
        piramidalne. Niesamowite, jaka w ludziach istnieje potrzeba
        wypowiadania się na tematy, na które absolutnie nie mają pojęcia.
        Szok.
        • sankanda Re: Kochać można każdego... 13.06.09, 10:09
          moze ma pojecie, tylko jej umysl przetwarza to na odwrot ;) to tez
          moze byc kwestia genow z poprzednich pokolen...
          • komandos_seal Re: Kochać można każdego... 13.06.09, 22:52
            sankanda napisała:

            > moze ma pojecie, tylko jej umysl przetwarza to na odwrot ;) to
            tez
            > moze byc kwestia genow z poprzednich pokolen...
            xxxxxxxxxxxxxxxx
            ty maszs geny dynozaura przyglupiasta siwa balbino
        • leda16 Re: Kochać można każdego... 14.06.09, 08:14
          biruch napisał:

          > Czarno widzisz. Bo nie wiesz, o czym mówisz. Kompletnie. Dlatego z
          > Twoją wypowiedzią nie da się merytorycznie dyskutować. ... Chociaż bzdury wygłaszasz
          > piramidalne. Niesamowite, jaka w ludziach istnieje potrzeba
          > wypowiadania się na tematy, na które absolutnie nie mają pojęcia.
          >


          Oczywiście, nikt nie ma pojęcia, Ty jeden masz wiedzę, pojęcie. Szkoda, tylko, że żadnych argumantów nie masz :).
    • amor_anieli Malo konkretnych wpisow. 13.06.09, 12:18
      Gdybym wiedziala, ze tyle burzliwych, agresywnych, wypowiedzi
      wzbudzi ten watek, nigdy bym go nie zalozyla. Acha, pare osob pisze
      tutaj calkiem sensownie i na temat.
      Czego nie mozna powiedziec o reszcie.
      Reasumujac mam watpliowsci, czy rodzic rodzi, sie wraz z adopcja i
      cala masa formalnosci i dobrej woli przy adopcji, czasami nie
      zastapi i nie da tego co posiadaja biologiczni rodzice. M.in
      odpornosc psychiczna i sile w wychowaniu swojego bilogicznego
      dziecka. Kolejny potomek jest przedluzeniem zycia, w formie
      biologicznej. Jeszcze jedno wydanie ciebie samego, choc w innej
      wersji.
      Wielu przesadza z ignoracja genetyki, uwazajac, ze samym wychowaniem
      i przykladem wiele mozna zdzialac. A czym takim specjalnym i
      wyrozniajacym sie, jest to wychowanie? Ze co, batow sie nie da,
      rozmawia godzinami, przytula itp.? Dzieci kopiuja zachowanie
      starszych i o tym nalezy pamietac.
      Tlumaczac jezykiem prostym, to podobnie (i nie) ale cos jak z
      komputerem, geny sa jak system operatywny, na ktory ladujesz dany
      program. I nawet twoj najlepszy, najbardziej doskonaly program, nie
      zadziala, jezeli nie idzie w parze z systemem operatywnym komputera.
      To by tlumaczylo, tragedie jakie sie czasami rozgrywaja pod dachem
      domow rodzinnych, gdzie ludzie naprawde porzadni i dobrzy, jednak
      nie daja rady z wychowaniem potomka.
      • deminiminis Re: Malo konkretnych wpisow. 13.06.09, 13:37
        Amor_anieli

        Chwilami wydaje mi się, że osoby, które nie zetknęły się z adopcją myślą, że to
        jest na zasadzie: adoptujemy dziecko, hura! idziemy do ośrodka, super będziemy
        mieli dziecko, ale fajnie!

        Nie sądzę, aby jakikolwiek rodzic adopcyjny bagatelizował geny.

        Proces adopcji to proces długotrwały.
        Do adopcji dojrzewają dwie osoby, małżeństwo (sporadycznie są to osoby samotne).
        Każdy o adopcji myśli inaczej, co dla żony jest problemem, mąż ma oswojone i
        odwrotnie, ale każde się boi.
        Do adopcji dojrzewa się kilka lat a czasami wcale się nie podejmie tej decyzji.
        Wiele osób drogę adopcyjną zaczyna z nastawieniem takim jakie prezentuje Wlodeusz.
        Większość (myślę, że wszyscy) mierzą się z problemami, dylematami, pytaniami, z
        których większość pozostanie na długi czas bez odpowiedzi:
        1. Czy pokocham?
        2. Czy to będzie moje dziecko? Skąd będę to wiedzieć?
        3. Kim okażą się jego rodzice biologiczni?
        4. Czy potrafię ich szanować? (jeśli np. okaże się, że MB leżała pijana a OB
        siedzi za kratkami a dziecko z domu zabrała policja)
        5. Czy potrafię zaakceptować dziecko, o którym nic nie będę wiedzieć (poza
        danymi MB), jak bardzo niewiedza wpłynie na nasze życie?
        6. Czy jestem/będę gotowy/wa na spotkanie z RB?
        7. Czy pomogę dziecku w odnalezieniu RB w przyszłości?
        8. Czy będę szanować uczucia dziecka do RB jakiekolwiek one będą?
        9. Czy potrafię pomóc dziecku uporać się z odrzuceniem? Jak bardzo, do jakiego
        stopnia można dziecku w tym pomóc?
        10. Czy RB będą go szukać?
        11. Co będzie jak RB zapuka do drzwi?
        12. Jak bardzo będę matką/ojcem?
        13. Co będzie jeśli dziecko nas nie zaakceptuje?
        14. Co będzie jak dziecko nas odrzuci?
        15. Jaki wpływ mają geny a jaki wpływ my będziemy mieć na dziecko?
        16. Jak mówić dziecku o adopcji?
        17. Jak radzić sobie z chorobą sierocą, jak ją rozpoznać?

        Tych pytań jest jeszcze dużo więcej.
        Z czasem oswajamy się z nimi, krok po kroku przyszły rodzic adopcyjny rozwiewa
        wątpliwości, pojawiają się nowe.
        Po pojawieniu się dziecka w domu niektóre pytania wracają (jaka/jaki będziesz?,
        czy będę wystarczająco dobrą matką/ojcem?)
        Jest też pierwszy sprawdzian: powiedzieć "Jesteś adoptowany/na". Może wydawać
        się to błahe, ale w momencie gdy rodzą się uczucia do dziecka, którego się
        pragnęło, na które się czekało (czasami kilkanaście lat) rodzi się myśl "to
        niemożliwe, że ja cię nie urodziłam, jesteś tak bardzo nasz/nasza" i powiedzenie
        prostych słów do niemowlęcia "Nie urodziłam cię, urodziła cię inna mama/pani"
        jest trudne. Wielu rodziców to bagatelizuje i nie mówi, bo po co? Ano dla
        siebie, oswoić się z tymi słowami, usłyszeć je nie tylko w swojej głowie ale
        głośno wypowiedzieć.
        Dlatego też statystyki są jakie są, na 100% osób, które deklarują w OAO, że
        powiedzą dziecku o adopcji 80%! tego nie robi i w efekcie ukrywa fakt przed
        dzieckiem.
        Jest coś w tym, że jak się nie zacznie mówić od razu to z czasem nie ma
        "odpowiedniego momentu". Dziecko sobie rośnie i w najmniej oczekiwanym momencie
        spada to na nie jak grom z jasnego nieba, bo "życzliwy" się zawsze znajdzie.
        Na początku niewiele się myśli o RB, wiadomości jakie RA ma o dziecku i RB
        gdzieś się "chowa", może to i dobrze, bo daje się tym samym wolną drogę
        rodzącemu się uczuciu. Po czasie wracają myśli o RB, bywa różnie bo i różni są
        RA i różni RB. Są rodziny adopcyjne gdzie rodzice decydują się na kontakt z MB,
        ale to inna bajka.
        Dziecko jest małe i nic nie zakłóca sielanki, przychodzi jednak moment i pytanie
        "A jak mnie rodziłaś?" i pierwsze łzy "Nie chcę żeby mnie rodziła inna mama,
        chcę żebyś ty mnie urodziła". Poza zapewnieniem dziecka, że jest kochane RA
        niewiele może zrobić. Dziecko z adopcją, odrzuceniem zmaga się samo. A rodzice
        adopcyjni cierpią, bo nic tak nie boli jak łzy dziecka, jak ból, którego nie
        możemy ukoić.
        Pomału pojawiają się następne pytania: Jaka ona jest, gdzie ona jest, mogę ją
        zobaczyć, dlaczego nie mogłaś mnie urodzić? Pierwsze bardzo ważne przemyślenia
        dziecka dotyczące jak zaradzić zaistniałej sytuacji: Naprawimy twój brzuch,
        pójdziemy do lekarza, pójdziesz do szpitala i mnie urodzisz, tata kupi nasionka
        i ci da, tamtej mamy nie potrzebujemy etc.
        Przychodzi okres dumy z faktu adopcji "Jestem wybrany/a", "Mama/tata mieli mnie
        zawsze w sercu" "Zgubiłem/łam się i mnie znaleźli" "Mam dwie mamy".
        A po okresie dumy bunt: "Nie jesteś moją mamą/tatą"
        I taka przeplotka.
        Jedno dziecko dojrzeje do miłości adopcyjnej powie "Jesteś moją jedyną mamą" w
        pewien sposób adoptuje swoich rodziców, inne dziecko nie pogodzi się z tym i
        będzie szukać swojego miejsca w życiu, swojej tożsamości, korzeni. (choć korzeni
        raczej będzie szukać każde ja bym szukała)
        W dniu pierwszego kontaktu z dzieckiem nikt nie wie co go czeka to jest niestety
        gdybanie, ważne to nie myśleć życzeniowo "Mnie to nie spotka" "Moje dziecko mnie
        nie odrzuci".
        Pięknie jest gdy rodzice adopcyjni mają siłę i dziecko może zawsze znaleźć w
        nich oparcie, cokolwiek zrobi, jakkolwiek potoczą się losy rodziny adopcyjnej.
        A geny...
        Ponieważ do końca nikt nie wie jacy są RB może to i lepiej się tym nie
        zadręczać? Rodzic biologiczny może sobie myśleć "Mam nadzieję, że nie
        odziedziczy po mnie/ po dziadku/ po babci..." A o czym ma myśleć RA gdy o MB wie
        tylko ile ma lat i jak jej na imię, bo nawet adres w dokumentach nie jest pewny?
        Co ma myśleć jak w ośrodku usłyszy tylko, że urodziła, zostawiła, nie widziała,
        po 6 tygodniach podpisała dokumenty w sądzie? Naprawdę w komfortowej sytuacji są
        ci, którzy wiedzą czy MB ma jakieś inne dzieci i gdzie one są, czy rozwijają się
        prawidłowo, czy chorują, czy MB dbała o ciążę (a są takie co dbają, mimo
        powszechnej opinii, że dzieci do adopcji są z zaniedbanych ciąż).
        Adopcja to temat rzeka, bo adopcji jest tak wiele i każda inna, bo inni ludzie,
        inne dziecko, inna rodzina. Stworzyć z tego jakąś PRAWDĘ O ADOPCJI nie sposób.
        O genach tyle: co o nich myśleć jak się nie ma pojęcia co być może...
        Dziecko jest nadpobudliwe: o to po mamie (adopcyjnej). Ale z niego gaduła: to po
        tacie (adopcyjnym). Lubi buraczki: jak dziadek. Wszystko z przymrużeniem oka, bo
        czego nauczyło się od rodzica adopcyjnego, co jest naśladownictwem a co wynika z
        genów, nie wiem.


        • 0n-l-0na Pytanie brzmialo. 13.06.09, 16:54
          Bardziej mocno i silnie niż swoje własne, rodzone?
          ><
          Na takie pytanie najlepiej odpowiedzialby rodzic, ktoremu udalo sie
          wydac na swiat swoje wlasne dziecko, a oprocz tego posiada dziecko
          adoptowane.Ma zrodlo dla porownan.
          Napewno na to pytanie nie bedzie jednoznacznej odpowiedzi. Jednak
          jest ono dosc konkretne, czy mozna kochac to dziecko wlasne mniej,
          niz te dziecko adoptowane czyli jednak nie swoje bilogiczne?
          Mysle, ze takie tematy odnosza sie zawsze do relacji miedzyludzkich.
          Latwiej bedzie sobie to wyobrazic, jezeli zwroci sie uwage jaki typ
          relacji buduja rodzice z innymi ludzmi, jacy sa jako ludzie?
          Relacje i sytuacje z nimi zwiazane, maja to do siebie, ze lubia sie
          bardzo powtarzac. I tak matka, ktora miala problemy z wlasna matka,
          moze te problemy powtorzyc, we wlasnym zyciu rodzinnym, zarowno w
          relacji ze wlasnym dzieckiem, jak i adoptowanym.

          *Deminiminis, po twoich wpisach, choc wszystkich nie czytalam, widze
          ze temat lezy ci blisko na sercu. Uwazaj jednak abys swoimi uwagami
          nie zdominowala innych uwag i dyskusji nie skonczyla na monologu
          samej ze soba.
        • leda16 Re: Malo konkretnych wpisow. 14.06.09, 09:38
          deminiminis napisała:


          >
          > Nie sądzę, aby jakikolwiek rodzic adopcyjny bagatelizował geny.


          Ale je ignoruje. Czyżby był aż tak zakompleksiony niemożnością posiadania własnego dziecka, tak zdeterminowany aby jej (najczęściej o adopcji decydują kobiety) małżeństwo było takie, jak inne, takie "normalne", takie "dzieciate"? Czy też dochodzi tu do głosu przemożny, niewyżyty instynkt macierzyński? Skądinąd znane są u biologicznych próby "klejenia" rozpadającego się małżeństwa dzieckiem, bądź wręcz łapania mężczyzny na ciążę.


          >
          > Proces adopcji to proces długotrwały.
          > Do adopcji dojrzewają dwie osoby, małżeństwo


          Ojojoj, jakbym wykłady AA czytała. Tamci nie tyle dojrzewają, co trzeźwieją latami. Ale wykładowcy bredni pewnie ci sami.


          >
          > 4. Czy potrafię ich szanować? (jeśli np. okaże się, że MB leżała pijana a OB
          > siedzi za kratkami a dziecko z domu zabrała policja)



          Szanować menty społeczne,socjopatów, kryminalistów, ciężkich infantyli, które mnożą się jak króliki i uciekają od odpowiedzialności za efekty instynktownego ciupciania? Dziewczyno, tu pojawia się mnóstwo bdziągiew (jak je trafnie określa K-57), które nie szanują nawet własnych, normalnych rodziców biologicznych,którzy wiele lat żyły sobie wypruwają, żeby toto wychować, "toksynami" ich nazywają...Ale żeby patologię szanować, zwyrodnienie uczuciowe i moralne szanować?! Matkę, która oddaje do bidula własne dziecko, ojca, który wypina się na swoje obowiązki???



          > 5. Czy potrafię zaakceptować dziecko, o którym nic nie będę wiedzieć (poza
          > danymi MB),...A o czym ma myśleć RA gdy o MB wi
          > e
          > tylko ile ma lat i jak jej na imię, bo nawet adres w dokumentach nie jest pewny
          > ?



          Ooo, a jednak! Czyli z tego wynika, że OA nadal cedzą informacje na temat generacyjnej rodziny dzieci, jak złoto w sicie z piaskiem. A biruch nam tutaj ściemniał: "Otrzymują dokładną historię dziecka i
          możliwie dużo informacji o jego rodzicach i dziadkach. Mają
          informacje o ewentualnych zdiagnozowanych chorobach. O stopniu
          uzależniania rodziców od alkoholu i papierosów (jeśli jest),"



          > 15. Jaki wpływ mają geny a jaki wpływ my będziemy mieć na dziecko?


          No i o tym właśnie potencjalni RA powinni się możliwie DOKŁADNIE wyedukować w OA. Ty możesz nie mieć pojęcia i z Twojej wypowiedzi wynika, że nie masz, jednak biurwy powinny osiagnięcia nauki w branży w której działają znać jak pacierz. A biurwy pewnie nawet po angielsku czytać nie potrafią...Więc pierdzielą o "chorobie sierocej" zamiast o złych genach i niższych możliwościach przystosowawczych dzieci pochodzących z patologii. Dziecko z z.Downa mało kto adoptuje, bo wiedza o jego możliwościach rozwojowych jest powszechnie znana. Wiedza o genetycznych obciążeniach dzieci rodziców ze środowisk patologicznych, zwyrodniałych uczuciowo i moralnie jest wśród rodziców adopcyjnych żadna, w dodatku OA CELOWO utrzymuje ich w nieświadomości, żeby...wskaźniki adopcji rosły. Biurwy są za to chwalone...


          >
          > Z czasem oswajamy się z nimi, krok po kroku przyszły rodzic adopcyjny rozwiewa
          > wątpliwości, pojawiają się nowe.



          Jak musztarda po obiedzie :).



          > niemożliwe, że ja cię nie urodziłam, jesteś tak bardzo nasz/nasza"


          Psychologowie nazywają to ...wyparciem swojej niesprawności prokreacyjnej ;). Tak miło żyć ze świadomością, że jest sie bezpłodnym(ą)? Przecież lepiej to wyprzeć i roić, że moje, JA urodziłam.




          > Dlatego też statystyki są jakie są, na 100% osób, które deklarują w OAO, że
          > powiedzą dziecku o adopcji 80%! tego nie robi i w efekcie ukrywa fakt przed
          > dzieckiem.


          Po prostu mówią to, co biurwy z OA chcą usłyszeć w obawie, że jak będą myśleć samodzielnie, dziecka nie dostaną. W końcu to oni, nie biurwy z OA ponoszą WSZYSTKIE konsekwencje podjetych decyzji.



          Dziecko sobie rośnie i w najmniej oczekiwanym momencie
          > spada to na nie jak grom z jasnego nieba, bo "życzliwy" się zawsze znajdzie.


          Aaa i to jest właśnie sprawdzian tej jego milości do RA ;).




          > A po okresie dumy bunt: "Nie jesteś moją mamą/tatą"
          > I taka przeplotka.


          Ach, to taką "przeplotkę" wciskają Wam OA? Zabawne. Ale jak w okresie dojrzewania adoptowany młodzian pysknie: "nie jesteś moim prawdziwym ojcem, matką, więc nie muszę cię słuchać", to już wiadomo czyje geny się odezwały ;). A raczej brak jakich genów, bo ze zdolnością do uczuć wyższych jest jak z ręką - albo się ją przynosi na świat całkowicie wykształconą, albo rodzi się dziecko z jakimś niewykształconym kikutem ręki. Kikut nigdy nie urośnie do normalnych rozmiarów, chocbyś go "środowiskowo" obcałowywała 10 razy dziennie.


          > Jedno dziecko dojrzeje do miłości adopcyjnej



          Co Ty tak w kółko i bez sensu z tym "dojrzewaniem"?



          > Co ma myśleć jak w ośrodku usłyszy tylko, że urodziła, zostawiła, nie widziała,
          > po 6 tygodniach podpisała dokumenty w sądzie?



          Wiać jak najdalej!!! I to samo robić, gdy było parę interwencji lekarskich z powodu bestialskiego pobicia tego dziecka, połamania rąk i nóg, urazów głowy, krwiaków śródczaszkowych, organicznych uszkodzeń mózgu. Wiać, gdy sąd odebrał władzę rodzicielską za znęcanie się, pojenie dzieciaka alkoholem, itp.



          Stworzyć z tego jakąś PRAWDĘ O ADOPCJI nie sposób.



          Sposób, sposób...Wystarczy znać angielski, nie bać się wiedzy, nie kierować się impulsami, tylko WIEDZĄ I ROZUMEM. Ale np. taki "biruch" pisze, że oczekiwanie tych przymiotów u rodziców adopcyjnych to...obrażanie ich :))).



          >
          > Dziecko jest nadpobudliwe: o to po mamie (adopcyjnej). Ale z niego gaduła: to p
          > o
          > tacie (adopcyjnym). Lubi buraczki: jak dziadek. Wszystko z przymrużeniem oka,



          Ooo, bynajmniej. Już UDOWODNIONO, że typ temperamentu, płynność werbalną, IQ, upodobania smakowe, wiele cech osobowości DZIEDZICZY SIĘ PO RODZICACH BIOLOGICZNYCH. Czemuż więc roisz, że tylko wygląd zewnętrzny, chowasz głowę w piasek jak struś i boisz się wiedzieć, że nie tylko?



          nie wiem.



          Bo nie chcesz wiedzieć, jesteś zbyt leniwa, żeby nabywać wiedzę. Łykasz tendencyjne pierdzieliny OA. 3 lata intensywnej nauki angielskiego, 2 lata studiów np. w Bibliotece Jagiellońskiej i "dojrzejesz" dojrzałością jaka Ci jest najbardziej potrzebna - będziesz DOJRZAŁA INTELEKTUALNIE, do adopcji również.


          • deminiminis Re: Malo konkretnych wpisow. 15.06.09, 05:43
            leda16 napisała:

            > Ale je ignoruje.
            Tak, jak pisała już o tym Camparis. Dodam jeszcze, że można ignorować i
            ignorować. Nastawienie do dziecka: ja jestem dobry z matematyki to Ty też
            będziesz, to jakaś wielka pomyłka, a są rodzice adopcyjni, którzy mają zapędy,
            żeby dziecko do siebie upodabniać, na siłę. Wpychają je w jakieś wymyślone przez
            siebie ramy i się męczą z dzieckiem a dziecko z nimi. Co można zrobić to można,
            bo cokolwiek nie napiszesz nie zgodzę się, że KAŻDA próba wychowania dziecka
            adopcyjnego jest skazana na porażkę i cokolwiek byśmy zrobili wyrośnie z niego
            socjopata.

            > Ojojoj, jakbym wykłady AA czytała. Tamci nie tyle dojrzewają, co trzeźwieją lat
            > ami. Ale wykładowcy bredni pewnie ci sami.

            Proces adopcji jest długotrwały, bo trwa całe życie, nie kończy się za drzwiami
            sądu, który orzekł przysposobienie. Co często RA to ignorują. Tu właśnie brakuje
            pracy OAO z rodziną.

            > Szanować menty społeczne,socjopatów, kryminalistów, ciężkich infantyli, które m
            > nożą się jak króliki i uciekają od odpowiedzialności za efekty instynktownego c
            > iupciania? Dziewczyno, tu pojawia się mnóstwo bdziągiew (jak je trafnie określa
            > K-57), które nie szanują nawet własnych, normalnych rodziców biologicznych,któ
            > rzy wiele lat żyły sobie wypruwają, żeby toto wychować, "toksynami" ich nazywaj
            > ą...Ale żeby patologię szanować, zwyrodnienie uczuciowe i moralne szanować?! Ma
            > tkę, która oddaje do bidula własne dziecko, ojca, który wypina się na swoje obo
            > wiązki???

            Tak. Ten ojciec i ta matka je spłodzili, jakkolwiek to się stało ono jest na
            świecie. Jeśli RA chcą rozmawiać z dzieckiem o tym jak się pojawiło w ich życiu
            a będą myśleć o RB jak o totalnych zerach dziecko to wyczuje bezbłędnie
            cokolwiek by powiedzieli. Nie wiem czy ktokolwiek chce, żeby dziecko rosło z
            poczuciem, że samo jest też takim zerem. Ono się dowie kim są RB, tylko niech
            się to nie odbywa w wieku pięciu lat.

            > Ooo, a jednak! Czyli z tego wynika, że OA nadal cedzą informacje na temat gener
            > acyjnej rodziny dzieci, jak złoto w sicie z piaskiem.

            Tak, cedzą jeśli stwierdzają, że będzie trudno dla dziecka znaleźć rodzinę. To
            raz, a dwa... mam wrażenie, że nikomu się nie chce zdobywac informacji dla RA i
            w efekcie mało wiedzą. Cudnie jest jesli MB jeszcze w ciąży podejmuje współpracę
            z OAO i wtedy informacje mogą byc dosyć wyczerpujące, ale takich sytuacji jak na
            lekarstwo. Ośrodek w jednym mieście, szpital w innym a dom dziecka jeszcze gdzie
            indziej, każdy ma jakąś odrobinę informacji, nikt (niewielu) się nie fatyguje
            żeby to zebrać do kupy.
            Kilka info o MB, o ojcu NN, o rodzeństwie jeśli jest (w OAO)
            Trochę więcej info o MB, w jakich warunkach żyje, cokolwiek o jej cechach, o
            dzieciach, które są przy niej, jak się rozwijają, o jej matce, która z nimi
            mieszka, ojciec nadal NN chociaż MB twierdzi, że rodzeństwo też jest jego (w dd
            rozmowa z pracownikiem socjalnym, który po umieszczeniu dziecka w dd
            kilkakrotnie kontaktował się z MB)
            Lawina informacji o MB, od wczesnego dzieciństwa po chwilę obecną, o jej
            dzieciach, ojciec NN (od pracowników RODK)
            Można też się pofatygować do MOPS-u.
            Suche dane personalne MB, i objawienie ojciec jednak ma jakieś imię i
            nazwisko!!!!!! (rozprawa o przysposobienie w sądzie)
            Tak mniej więcej zdobywa się wiedzę o RB.
            Tragiczne.

            > No i o tym właśnie potencjalni RA powinni się możliwie DOKŁADNIE wyedukować w O
            > A. Ty możesz nie mieć pojęcia i z Twojej wypowiedzi wynika, że nie masz, jednak
            > biurwy powinny osiagnięcia nauki w branży w której działają znać jak pacierz.

            Pisałam o tym jak IMO potencjalny RA traktuje sprawę. Pytanie stawia sobie chyba
            każdy na początku, jeden znajdzie (jeśli będzie chciał poszukać) odpowiedź inny
            nie.
            Są OAO gdzie RA są dosyć dokładnie zaznajomieni z kwestią dziedziczenia, jednak
            nadal jest ich niewiele. Ja musiałam szukac sama.
            Nie przesadzaj, żeby uświadomić RA o tym co się dziedziczy a czego nie nie
            trzeba znać biegle angielskiego.

            > Psychologowie nazywają to ...wyparciem swojej niesprawności prokreacyjnej ;). T
            > ak miło żyć ze świadomością, że jest sie bezpłodnym(ą)? Przecież lepiej to wypr
            > zeć i roić, że moje, JA urodziłam.

            IMO ten okres wyparcia (jeśli jest tylko okresem, bo można wypierać całe życie)
            jest potrzebny rodzinie do nawiązania prawidłowych relacji i więzi.
            A czy miło? Tak super jest żyć ze świadomością, że się nie zajdzie jak ma się w
            domu dzieci i więcej się ich mieć nie chce, bo ma się wyprutą macicę, bałagan w
            hormonach, bezużyteczne jajniki czy spermę zerowej jakości ;) Można oszczędzić
            na lateksie ;)

            ponoszą WSZYS
            > TKIE konsekwencje podjetych decyzji.
            również tej o zatajeniu faktu adopcji...

            > Aaa i to jest właśnie sprawdzian tej jego milości do RA ;).
            Może warto mówić dziecku o adopcji i nie trzeba go wtedy wystawiać na taką
            próbę, bo i tak dostatecznie jest "wystawione"?


            > Ach, to taką "przeplotkę" wciskają Wam OA? Zabawne. Ale jak w okresie dojrzewan
            > ia adoptowany młodzian pysknie: "nie jesteś moim prawdziwym ojcem, matką, więc
            > nie muszę cię słuchać", to już wiadomo czyje geny się odezwały ;)

            Życie nam ją serwuje. Zabawne to nie jest.
            Biologiczne też "pysknie", a jak nie to pomyśli, że chciałoby mieć innych
            rodziców. Nie wierzę, że nie. Taka jest istota dojrzewania. Geny? To natura
            właściwa dla wszystkich dzieci.
            A na te słowa, jeśli to jest możliwe, trzeba się przygotować. One bolą to pewne
            i nie ma co się oszukiwać, że się ich nie usłyszy.
            Choćby nie wiem jak cudowne było dziecko i jak wspaniali rodzice to zdanie
            padnie prędzej czy później.

            > Wiać jak najdalej!!!

            Napisz jasno co myślisz o adopcji. Ty chcesz uciekać od porzuconego dziecka,
            ktoś inny nie. Zamknąć się w czterech ścianach i udawać, że nie ma problemu? Że
            domy dziecka to tylko w książkach? A jeśli gdzieś jakiś istnieje to dzieci w nim
            są przegrane i najlepiej wysłać je na bezludną wyspę? A może jakiś bardziej
            drastyczny środek do usuwania z życia społecznego takich małych potencjalnych
            degeneratów?

            > Sposób, sposób...
            Czekam na publikację, chętnie się dowiem jak jest ZAWSZE.


            > Ooo, bynajmniej. Już UDOWODNIONO, że typ temperamentu, płynność werbalną, IQ, u
            > podobania smakowe, wiele cech osobowości DZIEDZICZY SIĘ PO RODZICACH BIOLOGICZN
            > YCH. Czemuż więc roisz, że tylko wygląd zewnętrzny, chowasz głowę w piasek jak
            > struś i boisz się wiedzieć, że nie tylko?

            Mea culpa. Źle dobrane słowa.
            RA nie wie jacy są RB co lubią, jak się zachowują, dlatego tak jak napisałam "z
            przymrużeniem oka" mówi się o tym, że to po kimś tam. Nie wiem czy rosół jest
            ulubiona zupą po matce czy babce, a może lubi bo ja lubię a ono chce być jak
            mama? Dziecko chce być jak rodzic, patrzy na talerz "Nie lubię tego", "A ja
            bardzo", "To ja też".

            Uwierz nie myślę, że tylko niebieskie oczy się dziedziczy. Po pierwsze pisałam
            ogólnie o podejściu RA (mam kontakt z wieloma RA i widzę jak traktują dziecko i
            jego "dobrodziejstwo inwentarza"), cieszę się, że znam RA, które trzeźwo
            podchodzą do tematu, ale jest ich mało, jak już wcześniej była mowa nie bez winy
            są tu OAO.

            Jedna sprawa: nie oceniaj mnie, proszę. Staram się pisać o tym co widzę wśród RA
            nie wszystko o czym piszę jest moim osobistym udziałem, co nie znaczy, że nie
            mam pojęcia o czym jest mowa.
            Możemy wymieniać poglądy, ale jak będziemy traktować się jak idiotów to beze mnie.
            Mam adoptowane dziecko i uważam, że zarówno jak i ono zasługuje na szacunek.
            (bynajmniej nie dlatego, że ja adoptowałam a ono jest adoptowane)
            Kocham je i dla mnie jest wartościowym młodym człowiekiem. Jestem dumna z tego
            (choć moja zasługa w tym niewielka, bo mogę dać tylko wsparcie i nie podcinać
            młodych skrzydeł), że jest w górnych granicach normy jeśli chodzi o rozwój
            intelektualny. Mam nadzieję, że tego nie zaprzepaścimy, że te "złe geny" pozw
          • deminiminis Re: Malo konkretnych wpisow. 15.06.09, 05:49
            się nie zmieściło...

            Mam nadzieję, że te "złe geny" pozwolą dziecku być szczęśliwym i wartościowym
            człowiekiem, to nadzieja... Co pokaże życie to pokaże, cokolwiek się stanie
            będziemy ten ciężki kamień wpychać pod górę...
      • deminiminis Re: Malo konkretnych wpisow. 13.06.09, 13:49
        A tak jeszcze złośliwie...
        Jaka jest różnica między miłością rodzica adopcyjnego do miłości ojca
        biologicznego do dziecka? Przecież ojciec biologiczny nie rodzi, hormony się nie
        odzywają... Hm... pozostaje ślepa wiara, że to dziecko jest z jego plemnika... A
        może ojciec nie kocha? Może NAPRAWDĘ dziecko kocha tylko matka, kobieta, która
        je urodziła? A cała reszta to jakieś nędzne namiastki?
        • k-57 az tak? ya cie krece 13.06.09, 22:05
          deminiminis napisała:

          > Jaka jest różnica między miłością rodzica adopcyjnego do miłości
          ojca
          > biologicznego
          jego plemnika...
          xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
          mowisz jezykiem sugestywnym jakby te adopcyjne posuwali tych
          bioologicznych....
          jadne mi tu historie wynaturzen piszesz...
    • shachar Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 13.06.09, 22:36
      strasznie dlugi watek
      czy cos juz zostalo ustalone, mozna czy nie mozna i czy sa tu w
      ogole jacys rodzice adopcyjni, czy tylko bzdziarze okazjonalni?
      • komandos_seal Re: Czy mozna 13.06.09, 22:38
        shachar napisała:

        > strasznie dlugi watek
        > czy cos juz zostalo ustalone, mozna czy nie mozna i czy sa tu w
        > ogole jacys rodzice adopcyjni, czy tylko bzdziarze okazjonalni?
        xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
        choras czy dopiero masz symptomy kicia?
      • czarny-michu77 Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 13.06.09, 22:41
        Długi to fakt.
        Jak poczytasz to sie dowiesz że są rodzice i dzieci (adopcyjni) oraz kilku bździarzy okazjonalnych (co to zadnej okazji nie przepuszczą)
        • komandos_seal Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 13.06.09, 22:45
          czarny-michu77 napisał:

          > Długi to fakt.
          > Jak poczytasz to sie dowiesz że są rodzice i dzieci (adopcyjni)
          oraz kilku bźdz
          >
          xxxxxxxxxxxxxxxx
          a ty misiek czmus czarny?
          • shachar Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 13.06.09, 22:52
            a Ty czemu foka dwukropka
            • komandos_seal Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 13.06.09, 22:54
              shachar napisała:

              > a Ty czemu foka dwukropka
              xxxxxxxxxxxxxxxxx
              pokochalabys sie z komandosem kicia?
              • shachar Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 13.06.09, 22:56
                ocho, nadjezdza gumowy ogor na me dupsko, to ja spadam.
                • komandos_seal Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 13.06.09, 23:03
                  shachar napisała:

                  > ocho, nadjezdza gumowy ogor na me dupsko, to ja spadam.
                  xxxxxxxxxxx

                  ej...nie zwiewaj kicia.....ale jak juz....dobranoc.....
    • leda16 Re: Nie ma co dywagowa?.... 14.06.09, 08:10
      k-57 napisał:...Szacunek


      Dzięki :). Do łba by mi nie strzeliło udusić jakąkolwiek żywą istotę, no, może komara, ale własne dzieci?! Z tej macicy bije horrendalna agresja, prostactwo, nieczułość, brak wyobraźni i kupa innych zwyrodniałych instynktów. "Bohaterka" dwie żywe laleczki sobie sprawiła, ale czasami zabawa nimi ją mierzi. Rączki i nóżki by pourywała, udusiła albo zapeklowała w beczce po kapuście (jak to robiła inna zwyrodniała producentka aniołków). Ale tego nie zrobi, bo..."ma prawo" :))).
    • kw_iatek Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 16.06.09, 20:54
      Ja bym bardzo kiedyś chciała dziecko adoptowac, ale nie wiem jak to jest z ta
      miłościa napewno je skywdzic nie bede chciała i tak sobie zapalanowałam, ze chce
      miec moje biologiczne dziecko i dopiero jak je 'odchowam' to zaadoptowac i pomoc
      jakiemus, zeby nie było jakiejkolwiek rywalizacji miedzy nimi, zebym nie
      faworyzowała to adobptowane badz nieadoptowane dziecko, dlatego jak wyrosnie to
      biologiczmne tak bedzie miec z 20lat wtedy adoptuje jakiegos malucha:), mysle ze
      mozna je pokochac bardzo mocno i nie czuje sie ze to jest nie twoje dziecko:)
      • sankanda Re: Czy mozna kochać adoptowane dziecko? 16.06.09, 22:52
        bardzo duzo rodzin to robi, moze nie w Polsce, bo w gre wchodza
        wzgledy finansowe. jak z tym sie ludzie uporaja, to i inteligencja
        serca sie pojawi. acha, oczywiscie termin "inteligencja serca"
        zacznie byc znany :)
      • komandos_seal Re: Czy mozna kochać adopt 17.06.09, 03:59
        kw_iatek napisała:
        , ze chc
        > e
        > miec moje biologiczne dziecko

        xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
        chcialabys kicia zebym cie zapylil?
Pełna wersja