far_side
30.01.02, 23:53
Hm, głupio nazwany wątek, ale tak się własnie dzisiaj czuję. Więc pouprawiam
sobie tutaj ekshibicjonizm dzisiejszego wieczoru. Smutno mi, bo moi przyjaciele
się ode mnie odsunęli trochę... Problem polega na tym, że oni wszyscy są wolni
a ja, jako jedyna- zajęta. I nie chodzi o to, że mi zazdroszczą, ale- na piwo w
celu podrywu zabrać mnie nie można. Zawsze byliśmy trochę zwariowani, robiliśmy
różne rzeczy, które niekoniecznie mieściły sie w kanonie "zwyczajnego życia". A
mój luby jest taki spokojny, zupełnie do nich nie pasuje. Lubią go, ale nie
jest i nigdy nie będzie jednym z nich, z nas. Ja też do niego nie pasuję
temperamentem, ale na razie mi to nie przeszkadza, chociaż czasami, właśnie jak
dzisiaj, wolałabym być może sama... jeszcze się wyszaleć...?
Najgorsze jest w sumie to, że spotykają się ze sobą i mnie czasami ze sobą nie
zabierają. To znaczy nie jest tak, że cała paczka się zbiera razem a ja jedna
nie. Raczej wychodzą z założenia, że ja pewnie chcę się spotykać ze swoim lubym
i mam ich w nosie a ja lubię ich tak samo jak dawniej. Może nie powinnam? Może
to świadczy o jakiejś niedojrzałości albo braku uczucia do lubego? Ale ja nie
chcę zgłupieć na jego punkcie i zostawić wszyskich w cholerę. Nie wiem, może
powinnam go zostawić czy co? Ale z drugiej strony za bardzo mi na nim zależy. A
z trzeciej strony przykro mi, jak się mnie dyskryminuje, bo kogoś mam. Bez
sensu to wszystko...
No, pomarudziłam sobie. Jak ktos mi chce pisać, że jestem głupia i beznadziejna
to niech sobie łaskawie daruje, ok?