rozwod? jak znalezc sily?

IP: *.starogard.dialup.inetia.pl 31.01.02, 01:06
Jest maz - nie ta sama wrazliwosc, inne widzenie tych samych spraw, zlosc przy kazdej probie porozmawiania -
on sie za kazdym razem czuje atakowany. I jeszcze jego tepy wzrok, i ciagle powracajaca mysl - przeciez ja przy
nim nawet nie tkwie w miejscu - COFAM SIE!! Zadnego poruszenia w srodku. Nuda. Ze ja sama jestem za nia
odpowiedzialna? Cos krzyczy, ze nie prawda.
Bylo wymyslanie, zaskakiwanie, pokazywanie czego oczekuje i wreszcie - mowienie prosto z mostu. I nic -mysle
sobie juz, ze nie warto. Ze szkoda czasu.
On plywa. Kiedy go nie ma mysle sobie - warto sie postarac, dam rade. Kiedy wraca - widze - nie ma szans.

Jest dziecko - tu decyzja zapadla - lepiej dla niego jesli zrobie wszystko, zeby zmienic swoja sytuacje, znajde sily
by samodzielnie, dzielnie i ODPOWIEDZIALNIE podejmowac decyzje. ZYC. Zeby nie miec niezalatwionych spraw
ktore beda sie odbijaly sie na moim stosunku do niego.

I oczywiscie jest tez ten trzeci ktos niosacy nadzieje na nowe zycie. Choc bardziej w tej chwili w
przekonaniach, ze mozna z sensem i swiadomie zyc, wiare (niz we wspolnych planach) z niego sobie czerpie.

I nie najwieksze szanse na prace zapewniajaca jakies rozsadne dochody.
I cala masa lekow o przyszlosc (stopien bezrobocia! sytuacja finansowa kraju chociazby).

I pojawiajaca sie czasem i coraz czaesciej nawet, swiadomosc, ze jak juz poczuje, jak zdecyduje - to ta odwaga
przyniesie mi tyle sil i samozaparcia, ze dam rade.

Tak sobie to czasem wyobrazam. Ale jak wyglada to naprawde?
Jak czuje sie osoba rozwiedziona?
Jak radzi sobie z codziennoscia?
Jak przekonac sie, ze starczy sil?

Bardzo licze na opowiesci i doswiadczenia.
    • fragola Re: rozwod? jak znalezc sily? 31.01.02, 01:27
      Jak radzi sobie osoba rozwiedziona?Nie wiem tego z własnego doświadczenia,ale
      obserwując rozwiedzione kobiety-niezle.Moja mama odeszła od ojca,bo po prostu
      nie układało się małżeństwo.Wiem,że mój ojciec był dobrym człowiekiem,ale
      rozumiem też moją mamę,która odeszła od niego...I poradziła sobie i z
      ostracyzmem otoczenia i przeróżnymi problemami codzienności.Myślę,że kobiety
      podejmując decyzję o rozwodzie mają w sobie siłę(skąd?), by sprostać
      problemom,które się pojawią.
    • ta_mar_ta Re: rozwod? jak znalezc sily? 31.01.02, 20:08
      Weźmy się za ręce, będzie łatwiej :)
      Trzymaj sie Ta_
      • Gość: zulugula Re: rozwod? jak znalezc sily? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 01.02.02, 18:56
        Silka, dasz radę. Ja też dałam. Nie miałam dzieci, byłam sama. Nie potrafiłam
        żyć z nim pod jednym dachem, postanowiłam nie kontynuować czegoś co dla mnie
        nie miało już sensu. W moim życiu nie było nikogo więcej, nie było innego
        mężczyzny który mógłby mi pomóc, podnieść na duchu, przytulić, pogłaskać po
        głowie i powiedzieć - będzie dobrze. Nie było nikogo, musiałam sobie radzić
        sama. Może praca nie była najgorsza, pieniędzy starczało od pierwszego do
        pierwszego. Wyprowadziłam się z domu, wynajęłam mieszzkanie i czekałam... na co
        czekałam... łudziłam się, ze on zrozumie, przypomni sobie jak było nam razem
        cudownie, zrozumie, że to ja jestem najważniejsza w jego życiu a nie ta ....
        trzecia... młoda dziewczyna, która owładnęła jego myśli... ale im dłużej to
        trwało tym moje czekanie nie było już tak intensywne,... zapomniałam, że czekam
        na jego przebudzenie... zaczełam żyć sobą, swoimi potrzebami, swoim życiem,
        swoją pracą, swoimi przyjaciółmi... odświerzyłam stare przyjaźnie, przyjęto
        mnie z radością ... zaczełam rozglądać się wokół, a wtedy świat budził się do
        życia, szła wiosna, świeciło słońce, a ja by zapomnieć, by przestało tak boleć,
        że moje marzenia i plany runeły z dnia na dzień w przepaść, słuchałam muzyki,
        tańczyłam na ulicy w rytm muzyki, która była ze mną 24 h na dobę... cały czas
        muzyka... Zrozumiał, chciał wrócić, nie było już do czego, ... mnie wystarczyły
        4 miesiące by zapomnieć a po 6 poznałam najcudowniejszego człowieka na swiecie
        i to znim chcę budować swoją przyszłość...
        Silka, bądź silna, potrafisz, wszyscy to potrafimy, dasz radę. Mnie po
        opłaceniu mieszzkania, telefonu, miesięcznego biletu starczało tylko na
        jedzenie i jakiś ciuch od czasu do czasu. Ale nagle okazało się że jestem
        lepszym pracownikiem, awansowałam, dostałam podwyżkę i ... było lepiej...

        Pozdrawiam Cię i jeśli masz jakieś pytania to chętnie pomogę, jeśli oczywiście
        będę potrafiła.
        • Gość: pomerank Re: rozwod? jak znalezc sily? IP: *.koszalin.cvx.ppp.tpnet.pl 01.02.02, 19:10
          Zulu, to był naprawdę piękny post. Podziwiam Ciebie, skąd w Tobie tyle siły...
          Chciałabym ją mieć!
          Pozdrawiam ciepło
          pom
          • Gość: Andrzej Re: rozwod? jak znalezc sily? IP: *.unl.edu 01.02.02, 20:23
            Gość portalu: pomerank napisał(a):

            > Zulu, to był naprawdę piękny post. Podziwiam Ciebie, skąd w Tobie tyle siły...
            > Chciałabym ją mieć!
            > Pozdrawiam ciepło
            > pom

            Halo, tu dwukrotny rozwodnik i maz poraz trzeci. Sily na rozwod tkwia w nas
            samych, problem tylko w tym by nie wpasc z deszczu pod rynne. Generalnie
            rzecz biorac, zakladam sie o mojego malego palca u nogi, ze w 9 na 10 przypadkach,
            powodem rozwodu jest mezczyzna. Wiekszosc z nas samcow to nie przystosowane
            do zycia samodzielnego indywidua. Dwa razy o rozwod ja wystepowalem, co nie
            zmienia faktu o moim szalapuctwie.
            A tak na powaznie... rozmawiaj do konca i miej nadzieje, ale szykuj sie do
            rozwodu.
            Pozdr, Andrzej.
    • natascha Re: rozwod? jak znalezc sily? 01.02.02, 22:43
      dla mnie najgorsze bylo podjecie decyzji i pryznanie sie sama przed soba, ze
      przegralam. Nie bylo nikogo innego. Niby wszystko w porzadku, moj maz nie pil,
      nie palil, dobrze zarabial i nigdzie nie chodzil. Nie mialam sie do czego
      przyczepic. Tak na oko i dla obcych. Bylismy na zewnatrz wzorowym malzenstwem.
      Ale mnie brakowalo bliskosci, rozmow, zainteresowania i spontnicznosci. Ale czy
      to moze bc powod do rozwodu? Normalnie nie. I ja to wiedzialam. Rosla we mnie
      agresja i niezadowolenie. Czulam sie jak w pulapce. Postnowilam walczyc.
      Pokazalam mojemu mezowi jak to moze byc. Radosc i przyjazn. I bylo niby dobrze.
      Trwalo jedno lato i tak dlugo, jak dlugo ja sie staralam. Od niego nie
      przychodzilo nic. I musialm sie z tym pogodzic i przyznac sie sama przed soba,
      ze nic nie zwojuje i trzeba sie rozstac. Tak zyc nie moglam. I powiedzialam
      sobie koniec. Milosc minela. I poprosilam o rozwod. maz si wyprowadzil, bez
      jakichkolwiek awantur, pytan, po prostu sie wyprowadzil. A ja ozylam. Moje
      agresje, depresje i niezadowolenie znikly. Mam o wiele mniej pieniedzy i moj
      standard zycia nie jest taki jak byl. Ale to nic. Slucham sobie muzyki jaka
      lubie i niemm poczucia winy, ze slucham muzyki dla sentymentalnych bab.
      Wyjezdzam tak gdzie miie podoba i nie musze patrzec na krzywa mine mojego meza,
      bo jest za goraco. jem co mi smakuje, nie wysluchujac przy tym pogadanek na
      temat szkodliwosci tego, co akurt polykam. Mam nareszcie psa, ktorego tak
      zyczylo sobie dziecko, ale ktory zdaniem tatusia jest niehigieniczny. Raz w
      tygodniu urzadzamy sobie z corka dzien na opak i robimy co nam sie podoba i
      jemy co chcemy zdrowe, czy niezdrowe. Smiejemy sie i zartujemy. I tez sie balam
      jak ja sobie finansowo poradze i z czego bede musiala zrezygnowac.
      Zrezygnowalam z kupowania ciuchow, bo szafy mam i tak pelne. Musze miec
      pieniadze na oplacenie domu i jedzenie dla dziecka. reszta niejest taka wazna.
      Ale nie zyjemy biednie. Pracuje, moj maz lozy na utrzymanie dziecka i musi nam
      wystarczyc. A jak czasem jestesmy na minusie, to zaciskam pasa i wszystko jest
      znowu dobrze. I ja jesem szczesliwa.Nie udalo mi sie moje malzenstwo ale nie
      zwatpilam w siebie i dam sobie rade. I ty dasz sobie rade. Jesli naprawde tego
      chcesz i jestes o tym przekonana. Tylko ni ma nic gorszego jak odchodzenie i
      wracanie. zastanow sie, pomysl o cie czeka i czy dasz rade. a jak dasz rade, to
      do dziela. Pozdrawiam.
      • ta_mar_ta Re: rozwod? jak znalezc sily? 03.02.02, 02:03
        I ja skorzystam z Twoich rad... Dziękuję
        Ta_
      • Gość: *** Re: rozwod? jak znalezc sily? IP: 212.75.99.* 06.02.02, 15:23
        Ech Natasha,

        Zupełnie jakbym czytała o swoim małżeństwie. Niby wszystko jest jak należy. Mąż
        nie pije, nie bije, nie zdradza. Czego więcej chcieć? A jednak czuję się jak w
        potrzasku. Człowiek, z którym mieszkam pod jednym dachem staje mi się co raz
        bardziej obcy. Nie rozmawiamy ze sobą, bo tak naprawdę nie mamy o czym,
        wymieniamy tylko konieczne w codziennym życiu informacje. Czułość - kiedyś
        cierpiałam z powodu jej braku (mój mąż zwykł się bronić stwierdzeniem "taki już
        po prostu jestem"), dzisiaj już mi nie zależy. Zasypiamy co wieczór każde po
        swojej stronie łóżka, odwróceni do siebie plecami. Dzisiaj już żadne z nas nie
        ma potrzeby, żeby tę drugą osobę przytulić, czy pogłaskać. Ja go nawet lubię,
        ale czasami kiedy leże wieczorem w łóżku (on śpi oczywiście) to chce mi się
        krzyczeć. Mam dopiero 33 lata. Czy tak ma wyglądać kolejnych 40? Ja nie chcę!
        Mamy dwójkę małych dzieci (7 i 3,5). Kochają tatę (mój M jest nauczycielem i
        dużo czasu spędza z nimi), a on zajmuje się nimi bardzo dobrze. Już wiele razy
        myślałam o tym, jak mogłabym zmienić swoją sytuację. I tu zaczynają się schody.
        Nie mam dokąd uciec. Mój mąż jest właścicielem mieszkania, więc to ja
        musiałabym się wyprowadzić. A nie mam dokąd, bo moi rodzice mieszkają baaardzo
        daleko stąd (parę tysięcy kilometrów)i praktycznie jestem "sierotą". Nie
        mogłabym spojrzeć sobie w twarz w lustrze gdybym zostawiła dzieci. A gdybym
        zabrała je do jakiegoś wynajętego mieszkanka, to nie dość, że pogorszyłabym ich
        warunki to jeszcze straciłabym ogromną pomoc w postaci teściowej, której nie
        wielbię (ze wzajemnością), ale, która ogromnie pomaga przy maluchach. Ja
        pracuję od 9,00 do 18,00, więc bez pomocy z jej strony byłabym skazana na
        nianie, a na to (mimo, że zarabiam relatywnie nieźle), przy konieczności
        wynajęcia mieszkania i opłacenia społecznej szkoły synka (mały ma problemy z
        koncentracją i w państwowej szkole zginąłby wśród 35 innych dzieciaków)nie
        byłoby mnie stać. Dodatkowy zgryz. Mój M ze swoją nauczycielską pensją nie
        dość, że nie mógłby "łożyć" na dzieci, to miałby problemy z utrzymaniem siebie
        i mieszkania w którym by został.
        I co tu zrobić? Czy takie prozaiczne sprawy mają przesądzić o przyszłości? Jak
        znaleźć siłę, żeby zmienić coś w swoim życiu. Robię się co raz bardziej
        zgorzkniała. A może to tylko moje fanaberie? Może powinnam się cieszyć tym co
        mam? Harować z uśmiechem na ustach w zamian nie dostając nic oprócz pretensji,
        że zbyt mało "robię w domu", i totalnego braku zainteresowania? Może...
Pełna wersja