Gość: silk(a)
IP: *.starogard.dialup.inetia.pl
31.01.02, 01:06
Jest maz - nie ta sama wrazliwosc, inne widzenie tych samych spraw, zlosc przy kazdej probie porozmawiania -
on sie za kazdym razem czuje atakowany. I jeszcze jego tepy wzrok, i ciagle powracajaca mysl - przeciez ja przy
nim nawet nie tkwie w miejscu - COFAM SIE!! Zadnego poruszenia w srodku. Nuda. Ze ja sama jestem za nia
odpowiedzialna? Cos krzyczy, ze nie prawda.
Bylo wymyslanie, zaskakiwanie, pokazywanie czego oczekuje i wreszcie - mowienie prosto z mostu. I nic -mysle
sobie juz, ze nie warto. Ze szkoda czasu.
On plywa. Kiedy go nie ma mysle sobie - warto sie postarac, dam rade. Kiedy wraca - widze - nie ma szans.
Jest dziecko - tu decyzja zapadla - lepiej dla niego jesli zrobie wszystko, zeby zmienic swoja sytuacje, znajde sily
by samodzielnie, dzielnie i ODPOWIEDZIALNIE podejmowac decyzje. ZYC. Zeby nie miec niezalatwionych spraw
ktore beda sie odbijaly sie na moim stosunku do niego.
I oczywiscie jest tez ten trzeci ktos niosacy nadzieje na nowe zycie. Choc bardziej w tej chwili w
przekonaniach, ze mozna z sensem i swiadomie zyc, wiare (niz we wspolnych planach) z niego sobie czerpie.
I nie najwieksze szanse na prace zapewniajaca jakies rozsadne dochody.
I cala masa lekow o przyszlosc (stopien bezrobocia! sytuacja finansowa kraju chociazby).
I pojawiajaca sie czasem i coraz czaesciej nawet, swiadomosc, ze jak juz poczuje, jak zdecyduje - to ta odwaga
przyniesie mi tyle sil i samozaparcia, ze dam rade.
Tak sobie to czasem wyobrazam. Ale jak wyglada to naprawde?
Jak czuje sie osoba rozwiedziona?
Jak radzi sobie z codziennoscia?
Jak przekonac sie, ze starczy sil?
Bardzo licze na opowiesci i doswiadczenia.