Dodaj do ulubionych

Recepta na szczęście?

02.07.09, 20:23
,,Panujące w społeczeństwie przekonanie, że medykament, który jest oficjalnie
dopuszczony do sprzedaży, nie może szkodzić, jest jednoznacznie błędne’’ -
mówi prof. dr med. W-D Ludwig, przewodniczący niem. Komisji Lekarzy d/s Leków.

Jak wielki wpływ na naszą wiarę w doskonałość różnych leków i medycznych
formułek ma reklama wszelkiej maści wymysłów farmakologicznych, i jak solidnie
zakotwiczona jest w naszej świadomości propaganda tej gałęzi przemysłu,
mówiąca o cudotwórczych walorach jej wyrobów, niech stanowi choćby fakt, że
przeciętny konsument rzadko zagląda do ulotki informacyjnej, dołączonej do
danego preparatu. I dopóki boli nas głowa, a połknięta pigułka zafunkcjonuje,
to jeszcze pół biedy. Ale co dzieje się w przypadku, kiedy tabletka nie tylko
nie pomaga, ale na dodatek może poważnie szkodzić? Jaki jest wtedy sens
zażywania takiego leku? I w końcu: dlaczego stosuje się tego rodzaju
,,medykamenty’’, wmawiając opinii publicznej, że to ,,dla dobra klienta’’?

Z jednej strony mamy,,pacjenta’’, który powie, że w życiu przecież nie
zaglądał do ulotki, bo nie zna się na medycynie i lekarzowi ślepo wierzy, bo,
jak z dziada pradziada wiadomo, to on na rzeczy się zna, a jakby co, to i
instytucje kontrolne gdzieś tam mamy, więc chyba nic złego nam się przydarzyć
nie może... Czy jak? Z drugiej strony mamy lekarza, którego nauczono, że taki
a taki lek działa na to, a inny na tamto i oczywiście przemysł
farmakologiczny, który, jak wynika z coraz częstszych i na szczęście coraz
głośniejszych afer i skandali, bardziej zainteresowany jest poszerzaniem rynku
zbytu, bo to przemysł i na chłopski rozum: produkuje jak najwięcej, żeby jak
najwięcej sprzedawać, bo w końcu o produkcję, zbyt i zysk się rozchodzi.

I tak cierpiący na skutek działań ubocznych pacjent (szczególnie ten z
psychiatrii) będzie krzyczał: oni mnie trują, a przemysł farmakologiczny,
podparty ,,fachową opinią lekarzy’’ odkrzykiwał: nie my go trujemy, to choroba
postępuje... Komu i jak wierzyć, skoro nie ma już zdrowej wiary, gdyż
oszukiwani jesteśmy przez masę sponsorowanych informacji, napływających do nas
z reklam telewizyjnych i stron kolorowych gazet, zachęcających hasłami typu
„weź pigułkę”, a które to informacje dla przeciętnego człowieka stały się już
biblią?

Mniejsza z tym, gdy dotyczy to naszych szamponów, lakierów do włosów czy też
cudownie samo-myśląco-myjących środków czystości. Ale co w sytuacjach, gdy
chodzi o preparaty-medykamenty, które mają nie tylko czyścić nasze ciała od
zarazków, ale obiecują jeszcze, że podobno i nasze dusze?

Nie wyobrażam sobie dobrej pani domu, matki, która bez przeczytania etykietki,
zaczęłaby używać np. domestosu, kreta czy ace do mycia talerzy i wręcz bez
płukania podawała na nich rodzinie codzienne obiady. Dlaczego więc takie
zaniedbanie, jeśli chodzi o podawanie leków psychotropowych, które bez
czytania ,,instrukcji obsługi’’ łykamy nie tylko sami, ale - co najgorsze -
podajemy naszym dzieciom (obojętnie, w jakim wieku)? Wytłumaczenie otrzymamy
zazwyczaj proste: Pan Doktor przepisał! On wie, co robi...

Owszem, może i wie... Ale czy informuje nas o tym, że w przypadku
neuroleptyków (psychotropów) może dochodzić do skutków ubocznych, podobnych do
tych, jakie opisane są w symptomach tzw. choroby psychicznej (np.
,,schizofrenii’’, bo jej w sumie przypisuje się wszystko), którą już zawsze
będzie się ,,klienta’’ etykietować? Nie! W większości przypadków w pośpiechu i
z opuszczonymi oczami wypisana zostaje recepta i pośpiesznie ustalony termin
na odbiór kolejnej, bo przecież 10-ciu innych (wyprodukowanych!) ,,pacjentów’’
już czeka. Jak przemysł, to przemysł... Tylko dla jednych to biznes, a dla
drugich początek cierpienia i uzależnienia, bo to jeszcze jeden ,,walor’’ tego
rodzaju tabletek.

A lekarz dalej milczy, bo przecież, gdyby dostosował się do obowiązującego
prawa i poinformował mniej więcej, jak taki psychotrop zadziała w
rzeczywistości, to przecież nie tylko, że pacjent by uciekł, ale i gabinet by
opustoszał z dnia na dzień. Bo proszę sobie wyobrazić, że wypowiada on
następującą informację w trakcie wypisywania recepty: ,,no... jest taki lek...
przypiszę go, bo wiadomo... pieniądz nie śmierdzi... Pewne jest, że ten lek m.
in. wywoła zmęczenie, spowolni was fizycznie i psychicznie, pojawią się stany
depresyjne i często zaczną się przewijać myśli samobójcze; do tego Parkinson
będzie się intensywnie rozwijał, ale to nie problem, zwali się na ,chorobę’,
którą wymyśliliśmy do działania tegoż lekarstwa; będzie też obniżenie potencji
seksualnej, a właściwie impotencja, pojawią się uszkodzenia wątroby, nerek,
tarczycy, krew będzie miała problem z wyprodukowaniem białych tkanek,
oczywiście pojawią się zakłócenia w rytmie pracy serca, rozstrój hormonalny,
ogólnie będą problemy ze ślinotokiem, koncentracją, temperaturą ciała i takie
tam pierdoły, ale... nie traćmy czasu... lista jest jeszcze długa, a pacjenci
czekają; spadajcie, bo czas, jak wiadomo, to pieniądz... Mogę tylko
zaokrąglić, że i tak jakość życia się wam mocno obniży, właściwie to niewiele
będziecie czuli, a życie nie tylko straci sens, ale i jego długość znacznie
się skróci, a że i tak po kilku tabletkach będziecie uzależnieni, więc... tu
recepta i... do zobaczenia!’’

I tak sami pozbawimy się zdrowego rozsądku, a łykając kilogramami pastylki,
wciąż będziemy oczekiwać cudu, że życie, które sobie gotujemy, lub zgotowali
nam rodzice (którym tak samo zgotował je wciąż rządzący pod innymi nazwami
system), nabierze rozmachu. Na czytanie nie będziemy mieli już ani ochoty, ani
siły, więc nie wyczytamy, że gdzieś tam w badaniach okazało się, że
przeważająca większość lekarzy nie przepisałaby takiego preparatu żadnemu z
członków własnej rodziny.
Drastycznym przykładem na taką manipulację jest tzw. choroba ADHD, wymysł
psychiatrii ostatnich lat. Wystarczy, że dziecko jest energiczne, bardziej
aktywne, wyjątkowo wrażliwe, przez co popada w konflikty i ogólnie nie chce
się skoncentrować na tym, na co ma ochotę wychowawczyni, a już zatrwoży się
,,problemem’’ matkę, która pobiegnie z tym do lekarza. Tam, wierząc jego
słowom, wyda ciężko zarobione pieniądze na ,,pastylki szczęścia’’, które będą
miały zasymilować potomstwo z resztą grupy. Naszą latorośl określi się już
,,fachowo’’, jako dziecko z syndromem ADHD, lekarz nie będzie mówił, jak może
uczyniłby to kilkanaście lat temu, o ewentualnej wybitności i wyjątkowej
inteligencji dziecka, a przedstawi nam owe zachowanie po prostu... jako chorobę.
Dalej dowiemy się, że jeśli natychmiast nie przystąpimy do leczenia i
zaniedbamy ,,ADHD’’, doprowadzimy do odległych konsekwencji społecznych i
ekonomicznych. Usłyszymy, że ludzie z ADHD nie radzą sobie w dorosłym życiu, z
pewnością popadną w konflikt z prawem, będą bardziej podatni na uzależnienia,
uzyskają gorsze wykształcenie, spowodują wypadki drogowe, nierzadko będą
bezrobotni i skazani na opiekę rodziny lub państwa. I w końcu usłyszymy, że
aby uniknąć wszystkich tych negatywnych skutków społeczno-ekonomicznych ADHD,
obciążających całe społeczeństwo, musimy podjąć odpowiednie środki
zapobiegawcze... I tak z inteligentnej latorośli nasze dziecko stanie się już
potencjalnie na całe życie osobą ,,chorą psychicznie’’, niedopasowalnym
,,czymś’’, co poskromić może tylko i wyłącznie kolejny najnowszy wymysł
farmakologiczny. I tu lekarz, jak zwykle z opuszczonymi oczami, wypisze
kolejną receptę na szczęście, a przepisane tabletki nie tylko, że zahamują już
na dobre naturalny rozwój, rozpoczynając nienaturalne zarządzanie chemią
zdrowego organizmu, ale zaczną formowanie nowego, stałego klienta
psychiatrii/farmakologii, jak i nowego ,,chorego’’ ogniwa naszej społeczności,
któr
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka