spozniony
14.07.09, 00:42
problem - jak nauczyć się żyć (z kobietą)?
O mnie:
dzieciństwo:
/Miasto ponad 300tysięczne/ Rodzice i sąsiedzi w normie. Koledzy w porządku. Potrafiłem godzinami bawić się sam, byłem cichy i niekonfliktowy. Oczywiście jak każde dziecko całą podstawówkę grałem w piłkę i szusowałem na rowerze.
gimnazjum:
Trafiłem do słabszego gimnazjum i trafiła mi się łatka kujona. Byłem młody i nie potrafiłem się przeciwstawić silniejsze grupce, która obrała mnie za cel żartów, mógłbym to nazwać lekkim znęcaniem psychicznym. Zamknąłem się nieco w sobie i przestałem ufać ludziom. Moje dawniejsze przezwisko "wieczny uśmiech" zmieniło się na "cichy". Stałem się małomówny (co pogłębiała drobna wada wymowy). Czytałem mnóstwo książek. Czułem jakby jedna część mnie szybko dojrzała podczas gdy druga przyhamowała. W gimnazjum byłem u dziewczyn spalony i nawet nie próbowałem.
liceum:
Wybrałem takie LO jakie chciałem. Mój wygląd był w normie. W szkole zachowywałem się wzorowo i dobrze się uczyłem. Klasa była naprawdę zgrana i każdego dnia cieszyłem się, że ją wybrałem. Czułem się dojrzalszy niż reszta kolegów: nie imponowały mi ich osiągnięcia sportowe, rekordy w piciu czy ilości dziewczyn w miesiącu. Raziło mnie, że niektórzy odnoszą się z brakiem szacunku do nauczycieli, wagarują, palą w kiblu itd. Nie kręciły mnie też dyskoteki i domówki. Podejrzewam, że bałem się kompromitacji bo nie umiałem tańczyć, nie umiałem pić i prowadzić ciekawych dysput klubowych. Może bałem się choć na chwilę utraty kontroli nad sobą. Po drugiej klasie mieliśmy wycieczkę i w ramach wycieczki mieliśmy taką zabawę: każdy miał białą kartkę przyczepioną na plecach. Mieliśmy sobie nawzajem powpisywać na plecach po jednym słowie co sądzimy o danym koledze / koleżance. Wszyscy mieli pozytywne śmieszne lub zgryźliwe słowa ("szalona" "stary" "humanistka" "pijak" itd), na mojej kartce było tylko pięć razy "OK"... Byłem postrzegany (prawdopodobnie) jako typ "w porządku, ale zamknięty w sobie chłopak". Byłem zakochany platonicznie w jednej z koleżanek. Nie potrafiłem z nią rozmawiać twarzą w twarz, kolana mi się uginały, może przez 3 lata rozmawiałem z nią łącznie 10minut... Z czasem telefony komórkowe (zwłaszcza smsy) bardzo pomogły i zbliżyliśmy się. Zanim zdążyłem wyznać jej miłość, ona, niczego nieświadoma uprzedziła mnie mówiąc, że jestem jej najlepszym przyjacielem...
studia:
Uczelnia techniczna. Obecnie 4 rok. Na kierunku nie ma dziewczyn. Uczę się bardzo dobrze (stypendium naukowe). Praktyki i praca wakacyjna również nie sprawiała mi żadnego kłopotu. Lubię robić trudne projekty i siedzieć po nocach nad książkami. Z kolegami potrafię prowadzić rzeczowe dyskusje na tematy inżynierskie.
życie prywatne:
Można powiedzieć, że chodziłem z trzema dziewczynami, przy czym za każdym razem już na samym początku coś nie wychodziło. Mam 23 lata i jestem prawiczkiem. Kilka moich cech:
- mój wygląd nie jest ani moim plusem ani minusem.
- jestem typem człowieka który woli działać niż siedzieć i rozmawiać.
- nie potrafię obchodzić się z kobietami, nie rozumiem ich. Mam bardzo małe doświadczenie z płcią przeciwną (brak siostry kuzynek czy koleżanek). Nie potrafię odczytywać wysyłanych bodźców, interpretować ruchów ciała.
- nie jestem lwem salonowym i lepiej czuje się w małym gronie niż w rozentuzjazmowanym tłumie.
- nie umiem i nie lubię dobrze kłamać, zwłaszcza jeśli chodzi o dziewczynę z którą wiążę nadzieje
- z drugiej strony aby nie wyjść na dziwaka opowiadam czasem kolegom wymyślone historie o moich podbojach.
Od około połowy liceum naprawdę bardzo dokucza mi samotność zarówno psychiczna jak i cielesna. Przez kilka lat nie robiłem z tym nic, chyba łudząc się, że samo przejdzie. Nie przeszło.
Jakieś dwa lata temu wziąłem inicjatywę w swoje ręce. Zgodnie z poradami zaufanych osób postanowiłem otworzyć się na ludzi i wychodzić częściej z domu.
Od tamtej pory:
- działałem w stowarzyszeniu przykościelnym
- byłem wolontariuszem
- łaziłem na setki imprez i koncertów hip hopowych, reagge, rockowych, pop, metalowych.
- chodziłem do opery i filharmonii
- chodziłem do teatru a nawet aktywnie się tam udzielałem
- byłem na kursie tańca
- działałem w dyskusyjnym klubie filmowym i w dyskusyjnym klubie książki
- chodziłem na spotkania publiczne spotkania z pisarzami, muzykami i twórcami
- znam chyba wszystkie muzea i przewodniki turystyczne miasta
- działałem w towarzystwie miłośników miasta
- chodziłem na spotkania z politykami, na otwarte wykłady uczelni
- byłem na większości targów w mieście
- uprawiam sport, pływanie, bieganie, rower, koszykówka itd
- także gry intelektualne, scrable, warcaby szachy itd
- nauczyłem się gotować, sprzątać, naprawiać kran i samochód - nauczyłem się samodzielności
- włączałem się w akcje społeczne, zbierałem śmieci w lesie, dawałem free hugs
i naprawdę wiele innych.
Poznałem tysiące osób a o każdym z tych wydarzeń mógłbym mówić godzinami - gdybym tylko umiał i gdybym miał do kogo.
Mam 23 lata. Choć przyszło to z wielkim trudem, do tej pory udało mi się nie zwariować przez ten, otaczający mnie, szklany mur. Pragnę kobiet ale nie wiem dlaczego zawsze jest coś nie tak. Nie zwierzam się nikomu z tego jak bardzo cierpię. Nie wiem, naprawdę nie wiem co robię nie tak. Nie wiem już jak się zmienić, co naprawić... Nie potrafię wierzyć w historie jak ze "Spóźnionych Kochanków" W Whartona. Nie chcę czuć się jak nie-człowiek. Ja chcę prawdziwie żyć.
czekam na waszą szczerą ale surową analizę i dobrą radę.
ps 1 /przepraszam za długość listu/
ps 2 / możecie pisać na e-mail gazetowy/