autumnus666
22.07.09, 15:21
Jestem studentką,od października zaczynam II rok.
Jeszcze do niedawna życie na studiach płynęło mi dość spokojnie.
Dobre oceny,sympatyczne grono znajomych,poczucie,że znalazłam swoje
miejsce na ziemi-pod znakiem takich wrażeń upłynął mi I semestr
studiów.
Z tym II wiązałam jeszcze większe nadzieje - wiedziałam,że będzie on
najciekawszy w karierze studenta tego kierunku ze względu na
przedmioty,które się wtedy pojawią.Z niecierpliwością wyczekiwałam
pierwszych zajęć,wykładów,już wcześniej zabrałam się za zbieranie
notatek i podręczników...
Dopóki nie nadeszły jedne z pierwszych zajęć pod koniec lutego.
Właśnie wtedy spotkałam go na swej drodze pierwszy raz.
Miał może coś ponad trzydziestkę,był przystojny i czarujący.Okazało
się jednak,że to nie żaden nowy kolega.
To był mój nowy ćwiczeniowiec.Miał mieć z nami zajęcia z przedmiotu,
który wydawał mi się już wcześniej interesujący.Pan doktor z kolei
był specjalistą w dziedzinie,w której i ja siedzę od czasów liceum,
więc to był kolejny powód, dla którego od razu zwrócił moją uwagę.
Z początku wydawało mi się,że to tylko zwykła sympatia,nic poza tym.
Po pierwszych ćwiczeniach kursowych jednak zauważyłam w nim kogoś
więcej.Już nie faceta z uczelni,a zwyczajnego faceta.
Olśnił mnie tym,w jaki sposób wykładał,swoją wiedzą,nietuzinkowym
poczuciem humoru z dawką ironii.
Nie przestał mnie interesować sobą również wtedy,kiedy stał się dla
nas wredny i wymagający,a ludzie z roku zaczęli na niego narzekać.
Tyle że z ćwiczen na ćwiczenia byłam coraz bardziej zmęczona.
Stres przed ośmieszeniem przed nim,że coś może podejrzewać,że palnę
coś głupiego(a wierzcie,że na żaden przedmiot tyle nie wkuwałam)-tak
mocno przeżywałam każde nasze spotkanie.
Zwłaszcza konsultacje,kiedy musiałam siedzieć z nim sam na sam w jego
gabinecie,bo wtedy cały czas gapił się mi w oczy,a ja nie potrafiłam
długo wytrzymać jego wzroku.
Zajęcia z nim mam już na szczęście za sobą.Dostałam czwórkę plus do
indeksu i w jakimś sensie mogę się z siebie dumna.
Ale nie do końca.Nie przestałam przecież o nim myśleć.Są wakacje,nie
ma mnie na uczelni,a jednak nie ma dnia,żebym nie pamiętała.
Nie żebym sobie robiła jakieś nadzieje.Jestem dość nieśmiałą osobą,
nie byłam nigdy w stałym związku.
Do tej pory nie zrobiłam nic,żeby zwrócić na siebie uwagę tego
gościa.
Zabrakło mi odwagi,wydawało mi się,że tylko się skompromituję przed
nim i ludźmi z uczelni.Zresztą to światowy facet,a ja jestem zwykłą
dziewczyną,może jedynie bardziej ambitną.
Teraz mam mieszane uczucia co do tego,bo chciałabym go poznać jakoś
bliżej.Tyle że chciałam zrobić to w sposób subtelny,nie nachodzić go
i nie starać się go zainteresować za wszelką cenę.
Niestety nie wiedziałam,jak...:(
Na koniec dodam,że źle się czuję z tym wszystkim.
Rok temu zrobiłam magisterkę z pierwszego kierunku,znalazłam nawet
dobrą pracę.Mimo to zdecydowałam się na drugi kierunek.
Żeby robić w życiu coś,co naprawdę mnie interesuje.
I nie mówię,że moje zdanie o nowych studiach jakoś zmieniło się.Cały
czas traktuję je jednakowo poważnie,dbam o średnią.Poza wspomnianym
przedmiotem nie miałam jakichś nieprzyjemnych sytuacji.
Tylko problem w tym,że moje zauroczenie panem doktorem namieszało mi
nieźle w głowie.
Zraziłam się może nie tyle do studiów,co do uczelni, gdzie
studiuję.Co prawda już nie będe miała zajęć z panem X,ale na pewno
będę widywać na korytarzu,na schodach itp.To mi wystarcza.
Nie mam zamiaru rezygnować ze studiów z tego powodu.
Zastanawiam się za to,jak sobie z tym wszystkim poradzić.Wciąż myślę
o nim,nie wiem,czy mam zapomnieć,czy też nie.
Byłabym wdzięczna,gdybyście coś mi poradzili.Nie mówiłam nikomu,boję
się plotek.
To przecież nie jest takie zwykłe zauroczenie kolegą z roku,a ludzie
wolą oceniać innych niż zrozumieć,że każdemu może się coś takiego
przytrafić.