plo_11
26.08.09, 23:04
Kompletnie nie wiem :(. Mam mętlik w głowie.
Moja Matka wrocila parę dni temu ze szpitala. Nowotwór, krojenie,
złe samopoczucie, mdłości, bóle. Oczekiwanie na wyniki (w zasadzie
wiadomo jakie będą) i życie na "bombie zegarowej". Jak była w
szpitalu to cieszyłam się, że operacja się udala i po prostu żyje.
Teraz zaczyna się dół...
Zastanawiam się czy pojechać (samotnie, tzn. bez rodziny, mieszkamy
dośc daleko od siebie) w odwiedziny. Czy jej to coś pomoże, czy na
parę dni zapomni, nabierze apetytu na cokolwiek, zacznie normalniej
funkcjonować. Podejrzewam oprócz złego sampooczucia spowodowanego
operacją po prostu stres.
Moje wątpliwości wynikają z tego, że nigdy nie byłyśmy w
relacji 'mamuśka-córuchna'. Owszem odwiedzalyśmy (za rzadko, za
rzadko a życie ucieka) sie nawzajem, rozmawiałyśmy przez telefon,
ale pod jednym dachem wytrzymywałyśmy ze sobą może 2-3 dni, potem
zaczynał się konflikt i czesto 'leciały' niemiłe słowa. Ja i ona to
dwa scierające się ze soba charaktery. Gdybym miała jednym słowem
określić charakter mojej Matki to: złośliwa i konfliktowa. Z Ojcem
(bardzo porządnym, dobrym, inteligentnym i zaradnym życiowo
człowiekiem) też od dawien dawna dobrze nie żyła. Wiecznie
niezadowolona z życia, zrzędząca, pesymistycznie nastawiona i
krytykująca wszystko i wszystkich, lącznie z nim. Da się z tym żyć,
przyzwyczaić się, chociaz.. dzieci czyli wnuków trochę mi szkoda, bo
babcia, która ucieka w gotowanie i sprzątanie, i zrzędzenie, że
dzieci brudzą, zamiast pobawić się z wnukami to.. No własnie.
Ale to moja Matka i do tego chora.
Czy w takiej sytuacji pomogę jej swoją wizytą?
Czy takie charaktery najlepiej dochodzą do siebie w samotności czy
jednak w obliczu niewiadomo jakiej przyszłości jednak należy złożyc
Matce wizytę a nuż widelec moja wizyta zadziała terapeutycznie..?