Gość: kuku
IP: *.chello.pl
05.01.04, 10:51
Mam taki... problem? Sprawę? No w każdym razie dla mnie jest to rzecz
nieoczywista. Znam jedną koleżankę. Niezbyt dobrze, tak grzecznościowo z
pracy. Znam natomiast dośc dobrze jej sytuację towarzyską: mnóstwo
przyjaciół, czas spędzany w klubach, co noc zabawa, rano w pracy - podkrążone
oczy i jej relacje na gorąco. Prowadzi rzeczywiście dość awanturnicze życie
(po alkoholu różnie bywa). No i fajnie. Tylko że zdarzyło się już kilka razy,
że w najmniej spodziewanych momentach (ostatnio - nowy rok godz. 7 rano)
dzwoniła do mnie zrozpaczona, płacząc żeby jej pomóc, bo np. ma doła. Nie
chciała budzic kolegów, bo (!) śpią... Mnie obudziła, ale to detal. Coś tam
jej poradziłam, na ile mogłam. Potem zdzwoniłam, czy wszystko ok. W jak
najlepszym porządku, znów świetnie sie bawiła (z tymi kolegami). To, co jest
dla mnie dziwne: nie znamy sie na tyle, żeby opowiadała mi to, co opowiada, i
żebym oglądała ja w takim stanie, w jakim oglądam. Oczywiście, mogłabym
potraktowac to jako dowód zaufania z jej strony, tak to zreszta traktowałam.
Do czasu, kiedy zorientowałam się, że jestem jej potrzebna tylko do tego -
kiedy w jej zyciu wszystko ok, kompletnie o mnie zapomina, nie kontaktuje się
itp. Nie ma mnie po prostu. Czuje się jak worek na łzy, i powiem szczerze, że
chociaż współczuję jej, kiedy dzwoni w trudnej sytuacji i staram się pomóc,
coraz bardziej mnie to wkurza. No bo gdzie sa wtedy jej cudowni przyjaciele?
Śpią? Co Wy na to, droga psychologio?
pytam na serio