Płonąć a nie wypalać się!

05.10.09, 00:26
Zainspirowała mnie do utworzenia tego tematu książka Searsów "Zasypianie bez
płaczu".
Poruszają oni rzadko poruszany temat wypalenia "zawodowego" matek w
kontekście usypiania, nocnych pobudek dzieci.
Właściwie kontekstem dla tego tematu może być jakikolwiek trudny, uciążliwy
element opieki nad dzieckiem, karmienie piersią również. W gruncie rzeczy po
wielu tygodniach, miesiącach, latach opieki nad dzieckiem czy dziećmi każdy
żmudny czy tylko powtarzalny element opieki, pielęgnacji zwyczajnie nudzi się,
nuży, zaczyna budzić wątpliwości, rozterki czy samo poczucie zmęczenia, rodzi
jakieś problemy czy to natury fizycznej czy psychologicznej prędzej czy
później. I generalnie można się tego spodziewać- to jest nieodłączny etap,
element życia.
Jak sobie z tym radzić?
Autorzy głównie wskazują dzielenie się obowiązkami z mężem jako sposób
zapobiegania wypaleniu rodzicielskiemu.
Również przewartościowanie swojego myślenia, przekierowanie go na odległe
bardziej wartościowe cele niż doraźne wygodne, ale mało efektywne krótkotrwałe
cele.
Jakie macie pomysły, by być twórczą, radosną,tryskającą energią jako matka,
ale by nie był to wyłącznie słomiany zapał?
Zacznę dzieląc się własnymi doświadczeniami:
-bez trwania przy Źródle Życia i Mocy, i Miłości czyli bez trwania przy
Panu Jezusie- prędzej czy później się wypalimy
; to jest moja wiara, ale
też żywe doświadczenie, jakie daje trwanie we wspólnocie chrześcijan w
Kościele Katolickim; to Pan Jezus daje mi osobiście siłę, że jako matka po
10-letnich "przejściach" czuję, że są życiowe zadania, z których nie mogę
zrezygnować, że życie jest piękne i ma głęboki sens;
"Moc w słabości się doskonali"- właściwie to nic nie może przeszkodzić w tym,
by Boży ogień w nas płoną, jeśli ufamy Bogu i mamy z Nim łączność.
Czasem próbuję coś o własnych siłach, ale wtedy wypalam się szybko- na
szczęście jako marnotrawna córka zawsze mogę wrócić z powrotem i liczyć na
miłosierne ramiona Ojca. W sumie ten krzyż zmęczenia, własnych upadków- jest
bardzo potrzebny- w gruncie rzeczy jest niezbędny i niedoceniony.
-Tak po ludzku to można sobie pomagać na różny sposób. Np. korzystając
również ze wsparcia
pozamężowskiego: przyjaciół, mam, babć, sąsiadek.
Czasem drobna pomoc, rozmowa, czyjeś zainteresowanie może podtrzymać na duchu,
dodać sił, werwy. Osobiście bardzo nie lubię zachwycania się na forum takim
określeniem jak "wdupiemanie"- że właściwie zgodnie z poprawnością polityczną
tak inni powinni się zachowywać, a my również; nie lubię tego, bo jest to
trochę zachwalanie obojętności; To polskie wtrącanie się w nie swoje sprawy ma
swoje negatywy: np. zajmowanie się naszym karmieniem, gdy tego nie chcemy, ale
ma też swoje plusy: czyli zainteresowanie dobrem drugiego człowieka, podanie
mu ręki nawet gdy nie ma odwagi,siły czy chęci, by o to poprosić; i czasami
jakieś drobna sąsiedzka pomoc, drobny gest życzliwości może wiele pomóc,wnieść
w nasze życie; a w takich zachwalanych zachodnich krajach, gdzie poprawność
polityczna nakazuje milczeć jak grób, generuje, moim zdaniem, zbyt wiele
obojętności, egoizmu, jakiegoś "tumiwisizmu"; no nie wiem, pewnie generalizuję;
-rozwijanie swoich zainteresowań, pasji bez zbytniego oglądania się na
dziecko; nie chodzi mi o to, by nie liczyć się z potrzebami dziecka, o nie;
bardziej o to, by nie zatracać się do tego stopnia w roli matki, żeby potem
mieć z tego tytułu pretensje do dziecka, że przez nie coś straciłyśmy, coś nas
ominęło; nie wiem, jak to wytłumaczyć: gdy się cieszymy maluchem, może to w
nas wykrzesać nowe pokłady energii nie tylko do zajmowania się nim, ale także
do rozwijania swoich zdolności; malarka zaprzyjaźnionej rodziny namalowała
jeden ze swoich obrazów 3 dni po porodzie :o)- taki ciekawy przykład;
-zahartowanie się- wydaje mi się, że gdy za bardzo się myśli o sobie, o
swoim samopoczuciu, swoich problemach, to jakoś nas ogranicza, działa
depresyjnie na dłuższą metę; dobrze jest przejść te utarczki ze sobą, z jednym
dzieckiem, drugim czy kolejnym, z jakimiś problemami- daje to jakiś dystans,
poszerza horyzonty, generuje pomysły na radzenie sobie z codziennością;
-"dając otrzymujemy, umierając rodzimy się do nowego życia"- wydaje się, że
udzielając się innym, możemy na tym stracić- ale to jest pozór; moje
doświadczenie jest takie, że trzeba dawać z siebie- wtedy poszerzamy swoje
serce, zyskujemy o wiele więcej niż gdybyśmy zatrzymały naszą wiedzę, energię
wyłącznie dla siebie, dla wąskiego grona; osobiście bardzo się cieszę z
prowadzenia grupy wsparcia dla mam karmiących piersią- uważam, że bardzo wiele
zyskuję na tym, podobnie cieszę się, że mogę współtworzyć to forum.
Możemy oczywiście też tworzyć i dawać się własnym dzieciom: może pochwalicie
się, co fajnego robicie dla swoich własnych dzieci? Może zainspiruje to inne
mamy? Uważam, że jest tu sporo ciekawych kobiet.
Pozdrawiam serdecznie i czekam na dalszy ciąg Waszych pomysłów, doświadczeń.
    • szczur.w.sosie Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 12:57
      No, bardzo ładnie napisanesmile
      U mnie pomoc i wsparcie męża i rodziny odpada. Reszta jak najbardziej do
      zrealizowaniasmile Zwłaszcza zahartowanie się widzę jako koniecznośćsmile

    • mad_die Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 13:45
      Piękne!

      U nas mąż odkąd dojrzał do bycia tatą jest dobrze smile Zajęło mu to pół roku plus
      jeszcze trochę docierania się, ale on oporny w kwestiach nauki innych zachowań
      niż te wyniesione z domu wink Ale ja truję, mówię, płaczę, rozmawiam, głaszczę i
      kijem i marchewką i jakoś idzie smile Teraz przy dwójce będzie jazda, ale z
      pewnością damy radę. Na pewno będzie lepszym tatą niż jego własna matka jest mamą...

      Rodzina daleko w PL, znajomi też w innych miastach mieszkają, więc zdani
      jesteśmy na siebie. O tyle nam dobrze, że mamy tu polski kościół i to
      rzeczywiście dużo daje. Ja co prawda ze zmęczenia nie chodzę regularnie (msza
      raz w tygodniu, o 19 tylko), ale mąż się udziela. I widzę, że też mu to na dobre
      wychodzi. Księdza znamy osobiście, tak swojsko jest. I wiara czyni cuda smile

      I rzeczywiście, dystans do siebie i innych rzeczy dobrze robi. Ja odkąd
      przyjęłam zasadę, że przejmuję się tylko tym, na co mam wpływ jakikolwiek, to mi
      lepiej smile I łatwiej. Od razu odeszło mi sporo zmartwień. Nauczyłam się nie
      martwić na zapas, choć to było moje hobby wink

      Z zainteresowań to tak nie bałdzo mam siłę na razie, ale po porodzie, jak już
      zacznę być bardziej mobilna i nie sapać po przejściu 500m, to wezmę się za
      siebie jak dawniej - pilates, joga, rower, kijki. Nawet nie wiecie, jak mi tego
      brakuje! A tymczasem maluje meble do pokoju dzieci i bigos gotuję big_grin hyhy
      • agasobczak Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 16:17
        A mnie zastanawia fakt, że wcześniej (100 lat temu) jakoś trudno było o matkę
        wypaloną? Ciekawi mnie skąd tyle wypelń w naszych czasach? Nie tylko matczynych
        wypaleń...
        • monicus Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 17:06
          bo kiedys matka byla matka i gospodynia. a teraz jest matka gospodynia kobieta
          sukcesu, kochanka, i czym sie da smile
          • szczur.w.sosie Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 17:10
            A jakie są oczekiwania wobec kobiety dzisiaj? Już odpowiedziała właśnie monicus...
            A i zatraciła się rodzina wielopokoleniowa, wsparcie jakiego młodzi i starzy
            udzielali sobie nawzajem - jedni i drudzy byli/czuli się potrzebni sobie
            nawzajem. Dziś jest tu konflikt (widać zwłaszcza na płaszczyźnie wychowania
            dzieci).
            No i to że ludzie porzucili swoje rodzinne strony (miasta, kraje) i na nowej
            ziemi zawsze będą obcy, choćby nie wiem jak dobrze im się wiodło...
            Nie ma przywiązania do miejsca, ludzi, człowiek to taka jednostka bez
            odniesienia do innych jednostek. Inne rzeczy niż relacje z ludźmi stanowią o
            "być"...
        • anaj75 Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 19:42
          Moja prababcia na ten przykład, rocznik 1899 i babcia, rocznik 1923
          uważały, ze dziecko ma wszystko, gdy jest najedzone i ma ubranieuncertain
          A i tak babcia uważa dzieci za uciążliwy obowiązek.
          • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 19:50
            O, a moja prababcia, rocznik ok. 1866, miała 12 dzieci, z czego 5 dożyło dorosłości. Czy nie czuła się czasem wypalona? Nie wiem, w historii rodzinnej zostały liczby, nie ma mowy o uczuciach.
            Myślę, że idealizujemy przeszłość, bo niewiele wiemy.
            A inna moja prababcia witała domowników o poranku świeżo upieczonym ciastem drożdżowym i wyszorowaną podłogą w kuchni.
            Oj nie, z żadną bym się nie zamieniła.
    • basiak36 Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 18:34
      Bez meza nie dalabym rady karmic te dwa lata na zadanie, rowniez w nocy, plus
      praca zawodowa, brak rodziny tutaj na miejscu, starsze dziecko, itp. I
      zastanawia mnie czesto czytajac posty na KP czemu tyle matek jest zdanych na
      siebie. Dlaczego tak czesto pisza ze tatus musi sie wyspac bo pracuje, musi
      odpoczac po pracy. Nie pojmuje tego.
      Moj maz od poczatku zajmuje sie dziecmi wraz ze mna, lula w nocy, uspokaja kiedy
      ja juz mam dosc, etc. I raz on raz ja idziemy niewyspani do pracy, trudno.
      DOdam ze od okolo 2 tygodni moja swiezo upieczona 2 latka przesypia wiekszosc
      nocy, bez zadnej ingerencji z naszej stronysmile
      • szczur.w.sosie Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 22:17
        Basiak - ty nie pojmujesz, ale czasem, jak ktoś doświadczy takiego obciążenia,
        że wszystko spoczywa na nim, to zaczyna się rozumieć, że są takie osoby i też
        taką drogę przechodzą.
        Ja też W UK mieszkam, jeszcze dalej niż Ty, bo do mnie leci się z Pl trzema
        samolotami. Rodzina nie przyleci, bo to za duży wysiłek. A czasem związek nie
        jest idealny, czasem ma się dość, ale nie można nic zrobić. Trzeba żyć i pchać
        ten ciężar. I jeszcze być podporą dla partnera/męża. I nie komu się zwierzyć, z
        kim pogadać. Bo tu jest się samym - dosłownie i w przenośni.
        Czasem wydaje mi się, że już za dużo, że więcej nie dam rady, ale wiem, że inni
        mają gorzej...
        • basiak36 Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 22:43
          szczur.w.sosie napisała:

          > Basiak - ty nie pojmujesz, ale czasem, jak ktoś doświadczy takiego obciążenia,
          > że wszystko spoczywa na nim, to zaczyna się rozumieć, że są takie osoby i też
          > taką drogę przechodzą.

          Nie mowie ze tak nie jest, wiem ze sa rozne sytuacje, bo sama oswiadczylam
          czegos takiego, czegos gdzie myslalam ze sie nie uda juz wyjsc. Pisze ogolnie,
          po wielu lekturach postow na KP. Gdzie matki pisza o wykonczeniu ogolnym i zero
          wzmianki o pomocy taty a jak sie wspomni o tacie, to zwykle jest zmeczony po
          pracy. Bo niestety sama przyznasz ze takie przyzwolenie ogolnie panuje, na ten
          odpoczynek taty ktory chodzi do pracy itp. I w ogole nie mialam na mysli tutaj
          kogos konkretnego, dopiero teraz doczytalam ze pisalas ze sama musisz sobie
          radzic...
          • szczur.w.sosie Re: Płonąć a nie wypalać się! 06.10.09, 10:34
            To przyzwolenie na "nic-nie-robienie" męża po pracy to było też
            charakterystyczne dla epoki naszych rodziców. Żony pracowały na pełny etat, po
            drodze robiły zakupy (kolejki w tamtych czasach...) i w domu sprzątanie,
            podawanie mężowi obiadu, który w zasadzie siadał przed tv (innych rozrywek wtedy
            nie było). Ale czy nasze babcie tak nie wychowały swoich synów? I czy to się nie
            wzięło z tego, że kobieta niegdyś zajmowała się tym domem, pracowała w polu, ale
            była odpowiedzialna za przygotowanie posiłku mężowi? Z tym, że potem kobieta
            poszła pracować poza domem, ale reszta obowiązków pozostała... I czy kobieta nie
            zatraciła tej pierwotnej roli, odkąd ludzie zaczęli się masowo przenosić do
            miast? I tu też z literatury/historii można się dowiedzieć, jak to wyglądało
            szczególnie na terenach mocno zindustrializowanych - kobiety pracujące w
            fabrykach, dzieci zostawione same sobie, ochronki, słynne angielskie (ale w
            Irlandii chyba też) workhouses - które niewiele różniły się od hitlerowskich
            obozów, a wszystko w imię charity. I to początek XXw. Kobiety wyrywające pensję
            (i tak marną) męża zanim przepije.
            To odnośnie tego, że "pan mąż" musi mieć relaks po pracy. Mam nadzieję, że za
            daleko nie odbiegłam od idei wątku, który jest taki
            religijno-filozoficzno-refleksyjny.
            smile
            Ale ad rem - to wypalenie to chyba skutek zagubienia zasad fundamentalnych. Tu
            fizula napisała wprost - religia, konkretnie katolicyzm. Człowiek chce znaleźć
            dopełnienie siebie, ale szuka nie tam, gdzie ono jest. Pięknie pisał o tym śp o.
            prof. Krąpiec. I na dodatek dało się czytać, więc tym bardziej go ceniłamsmile -
            człowiek znajduje odpowiedź na sens swojego życia w czymś transcendentalnym,
            czyli Bogu.
          • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 06.10.09, 13:20
            Ja też widzę to przyzwolenie, ale nie można powiedzieć, żeby to było tylko przyzwolenie ze strony kobiet. Często jest przecież właśnie tak, że kobieta domaga się od męża odciążenia, a on - różnie reaguje, zależy od konkretnego człowieka i związku. W każdym razie w naszym kręgu kulturowym to przyzwolenie jest na szczęście coraz mniejsze.
    • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 20:01
      Dla mnie ważna jest świadomość, że nie będę miała już więcej dzieci, i że to znużenie, przeciążenie z czasem będzie słabnąć. Potem pojawią się inne problemy, i to pewnie wcale nie mniejsze... A potem dzięki błogosławieństwu wybiórczej pamięci będę się dziwiła, czemu te moje córki nie umieją się zorganizować (bo synowej nie będę miała) wink))
      Kolejna ważna sprawa to oczekiwania. Przy drugim dziecku nie oczekuję, że ma przesypiać noce, więc się nie denerwuję tymi pobudkami, nauczyłam się za to karmić przez sen.
      No i podpisuję się oczywiście pod tym, co napisała Fizula, za wyjątkiem punktu trwania przy Jezusie, bo nie jestem chrześcijanką i ta religia mi nie leży. Wolę myśleć o tym, że księżyc w pełni symbolizował kiedyś karmiącą pierś, a droga mleczna - wypływające zeń mleko. O potrójnej bogini (dziewicy, matce, starusze-śmierci), o niedocenianej w najszej kulturze roli kobiecego ciała, kobiecej mocy.
      • agasobczak Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 22:25
        A ja dalej twierdze ze problem raczej tkwi w nas smile samych ... wypalenie jest
        już tylko oznaka ze coś nie gra...A co do tego czy wiemy o przeszłości naszych
        babć czy prababć ... nie każdemu jest dane znać swoje babcie ale jest literatura
        smile tam wiele można znaleźć (szczególnie pamiętniki)

        • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 06.10.09, 10:35
          Aga, i co, żadna nie pisała o tym, co dziś nazywamy wypaleniem?
          Moje prababcie nie pisały pamiętników, nie jestem nawet pewna, czy były piśmienne.
          • agasobczak Re: Płonąć a nie wypalać się! 08.10.09, 15:43
            Mi nie chodzilo o pismienne prababcie ale literature tzw pamietniki inncyh osob
            big_grin Moje tez byly niepismienne smile ale troche znam z opowiesci smile
            • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 08.10.09, 19:22
              > Mi nie chodzilo o pismienne prababcie ale literature tzw pamietniki inncyh osob
              > big_grin

              Zrozumiałam o co Ci chodziło i moje pytanie dotyczyło właśnie tej literatury, którą czytałaś.
              Chociaż przypuszczam, że pamiętniki pisały osoby lepiej wykształcone i sytuowane niż moje (i Twoje?) prababcie.
    • 987ania Re: Płonąć a nie wypalać się! 05.10.09, 23:08
      Na pomoc Jezusa nie liczę, od czasu ciąży jakoś nie mam ani czasu ani ochoty ani
      możliwości poświęcania swojemu hobby, czuję się wypalona od dnia narodzin
      dziecka. Przez pierwsze kilka miesięcy brałam antydepresanty, które nieźle
      maskowały zmęczenie i zniechęcenie do wszystkiego a od jakiegoś czasu bez leków
      jestem ale nauczyłam się olewać. Teraz mam nianię i mogę sobie spokojnie pracy
      szukać i mam znowu trochę czasu dla siebie, choć nie wykorzystuję go tak jakbym
      chciała, bo jak się nie zajmuję dzieckiem, to sprzątam. Na szczęście niedługo
      idę do pracy i pewnie tam odpocznę, a jak będę wracać do domu to będę mogła być
      zmęczona. No i na razie myśl o kolejnym dziecku porzuciłam. Wypaliłam się przy
      pierwszym, czego żałuję ale jak widać łaska cudownego szczęścia i macierzyństwa
      nie jest dana każdej kobiecie. I to tak w skrócie trzyma mnie przy życiu, trochę
      chaotycznie ale zmęczona strasznie jestem. Czwarta czwórka wychodzi.
    • kasiale73 Re: Płonąć a nie wypalać się! 06.10.09, 00:47
      piszę pamiętniki od... 20 latsmile. do roczku Leny pisałam nawet dzienniki, ale później już czasowo nie dawałam rady. dzięki temu WIEM, że wszystko mija. i to dobre, którym staram się cieszyc na maksa i to złe, które czasem jest tak złe, że przesłania wszysto. mija straszna pani z matmy, złamane serce, ból po zdradzie, nawet żałoba. pewne rzeczy oczywiście nie do końca, ale po jakimś czasie ból łagodnieje, nie rozszarpuje serca, ani duszy. więc WIEM, że kiedyś w końcu przestanę zmieniac pieluchy, prześpię spokojnie całą noc i będzie w moim życiu taki dzień, że nikt niczego nie będzie ode mnie chciał (tego ostatniego akurat pragnę najbardziej, ale paradoksalnie wiem, że to jakieś straszne jest).
      od niedawna jestem mamą, miewam kryzysy, ale na dzień dzisiejszy nie jestem wypalona jako matka i nawet nie umiem sobie wyobrazic że kiedyś mogłabym byc. może temu, że się nażyłam wcześniej? że macierzyństwo to jest to co chciałam robic na tym etapie?
      co pomaga? Pan Bóg na pewno. wsparcie męża. jakieś tam łapanie chwil dla siebie, tu chwila na forum, tam kilka stron książki. świadomośc, że kiedyś znowu pójdę na basen, albo w góry.
      boję się tylko, że jestem kompletnie wypalona jako pracownik. uwielbiam to co robię od ponad 2 lat, zajmowanie się domem i dziecmi.
      • agasobczak Re: Płonąć a nie wypalać się! 06.10.09, 09:37
        Ja się wypaliłam kompletnie jako pracownik smile ani mi się śni tam wracac.. a
        bardzo lubiłam to co robiłam.
        Teraz moim hobby jest dom i dzieci i inne rzeczy - ksiązki podróze itp
        A wypalenie jest paskudne
    • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 06.10.09, 10:37
      Jeszcze pomyślałam, że aby coś nowego się narodziło, coś starego, dawnego, musi umrzeć. Ten trud nas zmienia i to też boli, czasem możemy nie chcieć porzucić siebie z czasów, zanim miałyśmy dziecko. Bo chociaż to znużenie, zmęczenie minie, to przecież nie wrócimy do życia, jakie wcześniej prowadziłyśmy, ani do starej tożsamości.
      • kasiale73 Re: Płonąć a nie wypalać się! 07.10.09, 00:26
        a ja mam taką koleżankę, która ma odchowane dziecko i właściwie wróciła "do siebie" sprzed kilkunastu lat: imprezy, dyskoteki itp. mnie nie żal "tamtego" życia sprzed dzieci. było mi dobrze, bo nie wiedziałam jak to jest miec dziecko/dzieci. i dziś mi się wydaje, że dopiero teraz żyję naprawdę, moje życie nabrało sensu. jednak w taki dobry sposób, mam ochotę zrobic w życiu coś więcej, rozwijac się itp. śmiac mi się chce jak ta koleżanka właśnie mnie żałuje, że od 2 lat nie robię nic innego tylko zmieniam pieluchy. ja wolę dzisiejszą siebiesmile
        a do swojej starej pracy też nie wrócę, chociaż nie było mi tam źle i byłam dobra w tym co robiłam.
        • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 07.10.09, 12:48
          Tylko czy ta koleżanka naprawdę wróciła do siebie? Przecież nie można ot tak "zapomnieć" kilkunastu lat. Można tylko udawać, że się nie zmieniłam. Przed nami zawsze jest tylko nowe smile
        • basiak36 Re: Płonąć a nie wypalać się! 07.10.09, 14:47
          kasiale73 napisała:

          > a ja mam taką koleżankę, która ma odchowane dziecko i właściwie wróciła "do sie
          > bie" sprzed kilkunastu lat: imprezy, dyskoteki itp.

          Tylko co to znaczy 'odchowane dziecko'? Moj 7 latek nie jest odchowany, bo
          potrzebuje nas jeszcze bardziej, tylko inaczej. Inna jakosc tej opieki i czasu
          spedzanego razem. 12 latek tez nie jest odchowany. I zauwazylam ze to
          przeswiadczenie o 'odchowaniu' czasem wyglada tak ze dziecko jest po prostu
          troche pozostawiane samo sobie...
          • kasiale73 Re: Płonąć a nie wypalać się! 08.10.09, 01:21
            według niej wróciła, ale to taki typ przez całe życie tęskniący za "studenckim życiem", myslący o tym życiu i czekający na odpowiednią chwilę żeby się wyrwac z domowego kieratu i rzucic w wir imprez.
            jej odchowane dziecko ma 16 lat. ale to bardzo mądre stwierdzenie, że czasami takie odchowane dziecko pozostawione jest samo sobie.
            • 987ania Re: Płonąć a nie wypalać się! 08.10.09, 09:05
              To z powodu dziecka nie może iść na imprezę? A jakby latała na szachy to byłaby
              lepszą matką? Jednej moc daje Jezus a drugiej impreza.
    • ila79 Re: Płonąć a nie wypalać się! 07.10.09, 15:09
      A ja mam inny problem niż wypalenie. Przebywanie z moim dzieckiem
      sprawia mi dziką i nieokiełznaną radość. Chciałabym JESZCZE JESZCZE
      i JESZCZE więcej dzieci. Całą gromadę. Na razie mam jedno więc o
      wypaleniu nie ma mowy. Aby się że tak powiem zrealizować potrzebuję:
      1. Stanowczo więcej kasy bo mąż nie wyrabia - muszę iść do pracy, a
      to przekreśla marzenia o kolejnych dzieciach, 2. Trochę spokojnej
      głowy - to już niedługo, bo się wyprowadzamy "na swoje", 3. Chociaż
      jednej osoby oprócz męża na którą mogłabym liczyć wtedy, kiedy tego
      naprawdę potrzebuję - też problem. Nooo to by było na tyle. Daleko
      mi do wypalenia macierzyństwem i do posiłkowania się w tej kwestii
      jakąś duchową ideologią również.
      • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 07.10.09, 16:45
        Ila, u nas też kasy mało, pracuję (ale tylko 20 godzin dziennie plus dojazdy, więc jest OK), no i nie mogę na nikogo liczyć oprócz męża, a i z mężem różnie bywa. I pewnie właśnie stąd teraz, przy drugim dziecku, to wypalenie. Marzyłam o drugim dziecku, a teraz już ZDECYDOWANIE nie chcę trzeciego. I w sumie wiem, że decyzja o drugim dziecku była nierozsądna, wiedziałam o tym od początku, ale nie żałuję. A wypalenie minie...
        • ila79 Re: Płonąć a nie wypalać się! 07.10.09, 19:28
          U nas na razie jest tak "na styk". Wiem, że kolejne dziecko
          równałoby się poważnym kłopotom finansowym i ciągłym wyrzeczeniom.
          Jednak mam nadzieję,że kiedyś (tik tak - to mój bezlitosny zegar
          biologicznysmile) uda się zrealizować to marzenie. Ja rozumiem to
          wypalenie, szczególnie jak się ma więcej dzieci niż jedno...I chyba
          najważniejsze wtedy jest to, żeby się zajmować jakąś pracą poza
          domem.
          • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 08.10.09, 14:13
            I chyba
            > najważniejsze wtedy jest to, żeby się zajmować jakąś pracą poza
            > domem.

            Z jednej strony tak, ale z drugiej to kolejny powód ogólnego zmęczenia materiału...
        • agasobczak Re: Płonąć a nie wypalać się! 08.10.09, 15:41
          20 godzin dziennie plus dojazdy? smile Matko wpsolczuje smile
          • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 08.10.09, 19:20
            > 20 godzin dziennie plus dojazdy? smile Matko wpsolczuje smile

            Czy to ironia?
            Wiesz, moja teściowa zaczynała pranie o 10 wieczorem, a o 1 w nocy chodziła na strych je rozwieszać. Miała dwójkę malutkich dzieci, pracowała i od nikogo pomocy. Gdy mi to opowiedziała, zareagowałam spontanicznie: To była harówa! Na co teść odpowiedział: Normalne życie... (tyle że nie jego).
            Cóż, różne są standardy. Nie zamierzam się licytować.
            • agasobczak Re: Płonąć a nie wypalać się! 10.10.09, 09:44
              To nie miala byc ironia smile myslalam ze sie pomylilas piszac 20 godzin plus
              dojazdy... 20 godzin w pracy poza domem (ja to tak zrozumialam)
              A swoja droga myslicie ze faceci nei pracuja ciezko? smile Dla nich to tez harowa smile
              • jagandra Re: Płonąć a nie wypalać się! 10.10.09, 11:00
                Aaaasmile 20 godzin TYGODNIOWO oczywiście miało być, dopiero zauważyłam błąd.

                > A swoja droga myslicie ze faceci nei pracuja ciezko? smile Dla nich to tez harowa
                > smile

                Myślę, że związek partnerski można poznać po tym, że oboje pracują równie ciężko. W wielu związkach z małymi dziećmi jednak kobiety pracują więcej. No i na pewno zdarzają się takie, w których to faceci pracują ciężej, ale osobiście nie znam takich.
        • basiak36 Re: Płonąć a nie wypalać się! 08.10.09, 19:15
          jagandra napisała:

          > Ila, u nas też kasy mało, pracuję (ale tylko 20 godzin dziennie plus dojazdy, w
          > ięc jest OK), no i nie mogę na nikogo liczyć oprócz męża, a i z mężem różnie by
          > wa. I pewnie właśnie stąd teraz, przy drugim dziecku, to wypalenie

          Ja pracuje 25 godzin tygodniowo, czyli 3 dlugie dni plus dojazdy 3h dziennie.
          Dwojka dzieci, duzy dom do 'ogarniecia', na szczescie maz zaangazowany mocno w
          opieke i dom, mimo dlugich godzin pracy, jak jest w domu, kazda wolna chwile
          spedza z dziecmi.
          Wiem jednak ze trzeciej ciazy juz bym nie chciala (i nie mogla tez ze wzgledow
          zdrowotnych), nie dalabym rady, nie mamy tutaj zadnej rodziny, tyle ze dobrych
          przyjaciol, wiec nie narzekamsmile
    • aniuki Re: Płonąć a nie wypalać się! 09.10.09, 23:48
      nie wiem czy się nie wypalę, dopiero dwójka na koncie
      ale jakoś mi nie doskwiera. mogę usypiać, karmić, dwoje naraz, proszę bardzo. najgorzej z kąpielą, i to zostało rozdzielone między mnie a tatę

      u mnie chyba pomaga: własna pasja + próby realizowania się zawodowego z dziećmi na ręku/przy piersi/spódnicy. jakoś czasem tak jest że te dzieci są "ogarniane" jedną ręką, podczas rozmowy telefonicznej z klientem, czy coś w tym rodzaju. tzn. spadają na chwilę na drugi plan. a potem wracają na pierwszy. taka huśtawka chyba mi pomaga
    • kropkaa Re: Płonąć a nie wypalać się! 10.10.09, 14:00
      Jak na razie nie czuję się wypalona, ale dla mnie, po pracy w
      korporacji, macierzyństwo to wieczne wakacje.
      Jak sobie tylko przypomnę mojego byłego szefa, tę atmosferę, strach,
      mobbing, to cieszę się z każdego spaceru, z każdej śmiesznej i
      filozoficznej myśli mojego kochanego dziecka, które kilkanaście razy
      dziennie mówi, że mnie lubi, a jak wczoraj na pogrzebie Marka
      Edelmana zaszantażowała mnie lodem, to z radości w rękę mnie
      całowaławink
      Poza tym ile ja z tymi dziećmi będę? Za rok mała będzie w
      przedszkolu, z drugim będę krócej, po 2. urodzinach pewnie wrócę do
      pracy. Nie mam właściwie pomocy, zostawienie dziecka, gdy idę do
      lekarza to niezła łamigłówka - komu i gdzie - ostatnio była u mojej
      koleżanki w pracy... Raz nie miałam jej z kim zostawić i była jazda:
      nie chciała zostać z pielęgniarką, nie chciała bajek na laptopie,
      weszła ze mną do ginki, nie interesowało ją, czy w łazience działają
      krany, tylko była asystenką pani doktor... Mało głupawki nie
      dostałam na fotelu, sytauacja jak z Allena.
      Nie rozpatruję mojej obecnej sytuacji jako jakiegoś uwięzienia,
      raczej jako szczęście, że mogę nie pracować. Czas tak szybko leci.
      Mąż, który pracuje i pracuje, nie raz i nie dwa w tygodniu mówi, że
      tak mi zazdrości, że mogę z perełką zostać i chętnie by się zamienił.
      Dla mnie jest to kwestia podejścia, tylko i wyłącznie.
      To trochę tak jak z karmieniem nocnym - można narzekać, że budzi się
      i budzi, a można spojrzeć na to, że buduje sobie mózgwink
      • malgos_30 Re: Płonąć a nie wypalać się! 11.10.09, 14:44
        Podzielam Twoją opinię, kropkaa.
        To tylko kwestia podejścia.
        Nie powiem, że huśtawek nastrojów nie miewam i nie mam gorszych dni, ale w sumie
        ja też odbieram czas macierzyństwa i nie chodzenia "do pracy", jak wakacje. smile
      • kaeira Re: Płonąć a nie wypalać się! 11.10.09, 20:18
        kropkaa napisała:
        > a jak wczoraj na pogrzebie Marka
        > Edelmana zaszantażowała mnie lodem, to z radości w rękę mnie
        > całowaławink

        Ech, szkoda, że nie wiedziałam, że tam będziesz. Partnera szef nie wypuścił z
        pracy (choć zwykle w piątki nie pracuje), a samej iść z małą się jakoś
        psychofizycznie nie czułam na siłach.
    • mania2347 Re: Płonąć a nie wypalać się! 10.10.09, 23:07
      Ależ to napisałaś cudnie smile to chyba to co mnie akurat teraz nurtuje
      najbardziej. Taka trochę walka z samą sobą aby się nie dać wypalić w moim
      przypadku to umiejętność znalezienia ludzi którzy myślą podobnie. Bo w kiepskim
      towarzystwie wszystkiego się odechciewa. Szukam takich ludzi cały czas bo
      właściwie każda z nowo poznanych osób ma inne spojrzenie na macierzyństwo i
      zbieranie ich doświadczeń pomaga być lepszą, ciekawszą mamą. Ja po zajściu w
      ciąże "spłonęłam doszczętnie" jako "JA" teraz jestem inną osobą i codziennie
      uczę się jak być mamą i chyba to sama nauka jest na tyle ciekawa że daje mi tą
      ciekawość czego nauczę się jutro...
    • kejzi-mejzi Re: Płonąć a nie wypalać się! 11.10.09, 21:09
      Ja długo nie mogłam się na dziecko zdecydować, dużo pracowałam, lubiłam święty
      spokój po pracy, bałam się nadmiaru obowiązków i wielkiej odpowiedzialności za
      małego człowieka. Jednak w końcu podjęliśmy z mężem męską decyzję i urodził się
      Witek. Po porodzie miałam depresję, ale gdy minęła zaczęłam odkrywać jakie
      wspaniałe jest macierzyństwo. To, czego się bałam stało się wyzwaniem i każdego
      dnia czuję, że robię coś najważniejszego. Może to kwestia mojego wieku, bo 10
      lat temu jestem pewna, że bym się wypalała przy gotowaniu dziecku zupki, teraz
      płonę.
    • iska76 Re: Płonąć a nie wypalać się! 03.11.09, 19:56
      Piękny post, piękne idee ale jakoś do mnie nie dociera ( może jak
      piszecie to chęć walki z samym sobą). Mam dwójkę dzieci przy
      pierwszym czegoś takiego nie doznawałam a teraz wydaje mi się że
      nawalam na całej lini. Ze strony męża mam pomoc on zajmuje się
      dzieci rano a ja popołudniu wtedy kiedy druga strona idzie do pracy.
      (Mąż wraca kiedy ja już śpie). Więcej pomocy od nikogo nie mamy ,
      dzieci są chorę od połowy września, kasy zaczyna poważnie brakować.
      Dodatkowo dochodzi stres w pracy w związku ze zwolnieniami.
      Przychodze do domu i mam wszystkiego dosyć, trudno mi dostrzec
      uśmiech i radość na twarzach dzieci, nawet na nie "nie patrze". Nie
      mam czasu spokojnie zjeść, pomyśleć, poczuć, do tego dochodzą nocne
      pobudki ssaka. Mam ochotę krzyczeć RATUNKU. Do tego wszystkiego
      dochodzi ogromne poczucie winy że nie mam siły, że inne mają, że
      nie jestem taką matką jak sama bym chciała, pełnej energi pomysłów i
      miłości.

      Odpowidając na te piękne idee na zainteresowania nie mam ani siły
      ani kasy, "Boga staram się szukać ale zazwyczaj ciężko mi to
      idzie", radość z dawania no właśnie gdzieś ją zgubiłam, może macie
      racje że wystarczy zmienić sposób myślenia o sobie -postaram się sad



      P.S. Nie mam depresji, mam dziś zły dzień ale miewam też lepsze smile
      • szczur.w.sosie Re: Płonąć a nie wypalać się! 04.11.09, 09:45
        Oj, nie wszystki mamy mają tą energię... Są też te zmęczone tym
        wszystkim... Sama obserwuję pewną mamę z 3 dzieci, która w miejscach
        zabaw siada z dziećmi i się z nimi bawi, budują coś, rysują. A ja tak
        sobie usiądę i patrzę jak moi się bawią... Czasem się zamyślę i
        stracę starsze z oczu, ale się nie przejumuję bo się znajdzie... Nie
        mam siły na to, na co mają siłę inne mamy. W grupach spotkań mam i
        dzieci jest to samo - nie chodzę bo nawet nie mam siły sprzątać
        porozwlekanych przez moje dziecko zabawek. W domu to co innego - nie
        musze nikogo wpuszczaćwink
        Też nie mam siły, choć robię to co należy... Ale na więcej sił
        brakuje... I to nie fizycznych sił, bo te mam, ale zapału i chęci do
        życia...
        • desse_o Re: Płonąć a nie wypalać się! 04.11.09, 10:11
          Nie wszystkie, nie wszystkie, ale niektóre nie dlatego, że tak się złożyło tylko
          z wyboru.
          mam koleżankę, która ma opiekunkę od 8 do 16 codziennie z wyjątkiem weekendów,
          karmi butelką, pije wino, wychodzi wieczorami na imprezy i jest zadowolona, że
          jej życie się nie zmieniło. Dodam, że nie pracuje, ale jakoś taka "zarobiona"
          jest i na niewiele ma czas. Ta koleżanka dziwi się, że ja taka uwiązana bo
          karmię piersią, bo wieczorami nie wychodzę do klubu, bo nie mam opiekunki, nie
          piję alkoholu... itd.
          To kwestia wyboru i sił wewnętrznych.
          Mnie to co robię teraz sprawia przyjemność, to moja decyzja (choć ta opiekunka
          to przydała by się czasem, ale cóż albo wychowawczy albo opiekunkasmile Są chwile
          zwątpienia i zdenerwowania, przemęczenia, ale potem przychodzi uśmiech dziecka i
          już jest dobrze. Nawet te nocne pobudki są przyjemnością.
Pełna wersja