Niby kampania zdrowego żywienia

27.03.13, 23:32
W wielu rzeczach dajemy sobie robić wodę z mózgu.

stressfree.pl/leanwashing-zdrowe-niezdrowe-jedzenie/
    • mad_die Re: Niby kampania zdrowego żywienia 28.03.13, 09:01
      Fizula, wiem, to jest straszne! Na każdym kroku robią nam wodę z mózgu!!

      Tu w NL tez jest taka akcja, 1 listopada, Narodowe Szkolne Śniadanie... Oczywiście szczytny cel ale partnerzy akcji.... No cóż, przemysłowi dość...
      www.schoolontbijt.nl/het-nationaal-schoolontbijt/producten-partners/
      A na śniadanie co?
      mleko krowy - campina
      puchate bułki - z piekarni z supermarketu
      posypka czekoladowa - venz (niby mniej cukru zawiera, ale pewnie dali słodzik albo cos jeszcze gorszego)
      dżem/pasta owocowa (co to owoców nie widział na oczy....) - hero
      margaryna półtłusta.... - blue band
      syrop kanapkowy - frutesse
      serek topiony - eru kids (tego się jeść nie da!)

      A gdzie świeże owoce? Warzywa? Soki? Woda? Pieczywo wartościowe?

      Moja starsza powiedziała, że jeść tego nie będzie wink Zjadła pożywną owsiankę w domu (z płatkami jęczmiennymi, siemieniem lnianym, otrębami, miodem, amarantusem) smile W szkole dziwili się, że takich pyszności jeść nie chciała....

      W przyszłym roku będę bojkotować tę akcję smile
    • agnieszka_i_dzieci Re: Niby kampania zdrowego żywienia 28.03.13, 12:37
      akcja "śniadanie daje moc" była realizowana w szkołach moich dzieci (klasa 1 podstawowa, dwie różne szkoły). Realizowana fajnie, z pomysłem, bez wciskania kitu - dzieci przynosiły z domu chleb (różny, z sugestią, że fajnie jak będzie ciemny / z ziarenkami itp), warzywa, ser itp i wspólnie robili kanapki. Przygotowywali przedstawienia o zdrowym jedzeniu, mieli dzień kiedy w jednej ze szkół spotkali się przedstawiciele szkół z dzielnicy (nie pamiętam czy to w ramach tej akcji czy podobnej) i mieli swoje stoiska z jedzeniem do częstowania (warzywa, owoce, pyszne ciasta np. z dynia i marchewką...).
      Dużo zależy od szkoły realizującej taką akcję.
      Aczkolwiek samo wykorzystywanie nacisku na zdrowie do promowanie niektórych produktów jest rzeczywiście porażające (choćby nutella i danonki). Niestety trzeba wyrobić sobie (i dzieciom) nawyk patrzenia na reklamy przez palce (albo nie patrzenia w ogóle) i częściej czytać skład produktów.
      Swoją drogą pojęcie zdrowego/ niezdrowego jedzenia jest w narodzie ciekawe - np. pani pielęgniarka w szkole córki upatruje się powodu bólu głowy u dziecka w fakcie, ze młoda do szkoły nie dostała kanapki tylko "słodycze" - wafel ryzowy, jogurt do picia, batonik muesli (z dobrze przeczytanym przeze mnie skaldem tongue_out). A Amelka ma migreny stosunkowo często i przykładowa buła z wędlina raczej tego nie zmieni.
      Inna sprawa, że to nie pierwszy przypadek tego typu podejścia z którym się spotykam.
      • froobek Re: Niby kampania zdrowego żywienia 28.03.13, 13:10
        > Niestety trzeba
        > wyrobić sobie (i dzieciom) nawyk patrzenia na reklamy przez palce (albo nie pa
        > trzenia w ogóle) i częściej czytać skład produktów.

        W 90% sprawdza mi się taka reguła: jeśli coś jest reklamowane jako zdrowe jedzenie dla dzieci, w ogóle nie nadaje się dla dzieci (często i dla dorosłych) smile
        • 1.maaika Re: Niby kampania zdrowego żywienia 31.03.13, 14:21
          Ja się zastanawiam, jakie problemy zdrowotne będą dotykać dzieci w ich dorosłym życiu. My, teraz dorośli, jednak odżywialiśmy się do pewnego momentu zdrowo. Zdrowo, bo np. w zimie nie mieliśmy możliwości zjeść świeżego ogórka czy winogron.
          W ogóle zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jest tak, że braki zimowe nadrabiamy sezonem letnim. Wydaje mi się to sensowne, ponieważ pozostaje w zgodzie z naturą. Mamy owoce i warzywa sezonowe i tyle. Marchew, pietruszka itp. można przechowywać, jakieś weki, słoiki. Reszta - latem.
    • froobek Mamy bardziej doświadczone... 03.04.13, 22:48
      ...a rozważnie żywiące - proszę o lekcję savoir-vivre'u...

      Z synkami odwiedziłam przedszkolnego kolegę starszego. Z jego mamą fajnie nam się rozmawia, w wielu sprawach nadajemy na tych samych falach. Przed wizytą - robię tak zawsze - zaznaczyłam, że starszy nie powinien jeść nabiału i powiedziałam, że będę wdzięczna jeśli da się go nie częstować produktami z mlekiem. Przyszliśmy i zaczęła się rozmowa o tym, co starszak zje i wypije. Może soczek (Tymbark w kartoniku)? Ja na to szczerze, że jak zobaczy soczek to będzie go chciał, więc jak nie widzi, to wolę dać mu wodę. Może parówkę? Chyba nawet nie okazałam za wielkiego zdziwienia, powiedziałam tylko, że wydaje mi się, że nie będzie chciał, bo podobno w przedszkolu nie jada (tak, tak, takie mamy super przedszkole, parówka to tylko wierzchołek góry lodowej). Tymczasem chłopcy zdążyli się dorwać do stojących na wierzchu herbatników, odpuściłam pytanie o skład, na bezmleczne nie wyglądały. Potem zjedli jakieś tam kanapki w towarzystwie pomidorków koktajlowych. Próbowałam coś tam przebąkiwać, żeby za dużo tych pomidorów nie jadł, ale - i tu dochodzimy do sedna sprawy - poczułam, że może zachowuję się trochę niemiło, bo to najwyraźniej są rzeczy, które ona normalnie ma w domu i w najlepszej wierze daje dziecku, a ja tu chodzę i kwękam, jakby truciznę dała... Więc już zjadł te pomidorki. A ona za chwilę: a może Danonka albo Monte? I tu nie dałam rady, postawiłam oczy w słup i wykrzyknęłam całkowicie spontanicznie: o nie, tylko nie to! big_grin No bo słuchajcie, ja dotąd nie znałam nikogo, kto by dawał takie rzeczy dziecku. Wiem, że ktoś to kupuje, skoro jest w sklepie, ale nie mam wśród znajomych konsumentów takich pasz... Że nie wspomnę, że zapowiedziałam dziecko na diecie nisko nabiałowej... Koleżanka powiedziała: to co oni jadają? Nie chciałam wchodzić w dyskusję, lubię ją, może kiedy indziej coś opowiem, coś podpowiem... Nic już nie powiedziałam, jak poczęstowała starszego babeczkami z serwatką i mlekiem w proszku...

      Dziewczyny, jak Wy się zachowujecie w takich sytuacjach?
      Nie chodzicie do takiego domu?
      Jakoś mocniej określacie, czym dziecko może być częstowane?
      Zamykacie oczy, zaciskacie zęby i dajecie jeść wszystko?
      A może to dziecko ma się z Wami konsultować, co wolno zjeść...?
      Jak to robić, żeby nikomu nie robić przykrości?
      Soczek bym przeżyła, parówkę też. Przeżyłam herbatniki i babeczkę. Ale te "serki"... Ja przesadzam? Mam kiedyś mu pozwolić to zjeść w podobnej sytuacji?
      • aga_mama_zosi Re: Mamy bardziej doświadczone... 04.04.13, 07:38
        Ja od roku (odkąd całą rodziną żywimy się zgodnie z zasadami pięciu przemian) bierzemy jedzenie i picie ze sobą wszędzie gdzie idziemy.
        Jesli ktoś wyciąga np. owoce, serki, jogurciki, ciasteczka niewiadomego pochodzenia to proszę o schowanie. Tłumaczę, że dzieciom jest bardzo trudno nie zjeść takich rzeczy, nie chcę ich pilnować na każdym kroku i wolę, żeby dzieci tego nie widziały. Na niektóre rzeczy, jak ciasta domowe, przymykam oczy czasami.
        Ja zresztą mam bardzo dobre wytłumaczenie dlaczego moje dzieci nie mogą jeść różnych rzeczy - alergia, która im się nasila, kiedy nie pilnyjemy diety. Zazwyczaj taka informacja wystarcza znajomym.
        --
        • froobek Re: Mamy bardziej doświadczone... 04.04.13, 13:46
          Dziękuję. Starszy faktycznie jest na to mleko uczulony. Ja mu w domu daję, zgodnie z zaleceniem alergologa, niewielkie ilości nabiału (głównie dobrej jakości jogurt naturalny), ale ta alergia to poza domem dobre wytłumaczenie, bo w 90% śmieciowego jedzenia jest jakieś mleko. Ale co z młodszym zrobię, jak podrośnie? Może by go jakoś zalergizować...? big_grin

          Myślę, że może jakoś mało dobitnie powiedziałam koleżance o tym nabiale, bo inaczej dlaczego by wyciągała te rzeczy? Przecież nie na złość. Powiem jej jeszcze raz, weźmiemy nasze rzeczy, jakoś będziemy rzeźbić.
          • mad_die Re: Mamy bardziej doświadczone... 04.04.13, 14:31
            Nie no oczywiście, że mów o alergii, czemu od razu nie powiedziałaś otwarcie, dobitnie, jasno, klarownie, z podkreśleniem? wink
            I bierz swoje rzeczy do jedzenia - zdrowe, dla wszystkich, nie tylko dla swoich dzieci.

            Choć w sumie ja nie powinnam się odzywać, bo niby zdrowo odżywiam rodzinę, ale jak gdzieś jesteśmy to już macham ręką na nawyki innych ludzi, świata nie zmienię. Plusem jest tylko to, że moje dzieci u "obcych" nie jedzą prawie wcale wink No dobra, muszą być bardzo głodne żeby zjeść coś ludzkiego... tak to tylko węszą czekoladę... ech to jedyne moje utrapienie, słodycze... makabra... i właśnie od dziś postanowiłam podawać jako słodycz TYLKO gorzką czekoladę, dobrą gorzką czekoladę. Mi tez to wyjdzie na zdrowie, bo po zimie zostało mi duuuuuuuuuużo zapasów.... ech...

          • ichi51e2 Re: Mamy bardziej doświadczone... 22.05.13, 14:50
            Moje dziecko ma alergie na jajko. Kontakt z jajkiem (rowniez fizyczny czyli np dotkniecie tortu z jajami) jest dal niego bardzo niebezpieczny. Oczywiscie glupi jest i wszystko wezmie co sie da... Ale jeszcze glupsza ma babcie co mu np lody dala. Raz. Jak musiala gazowac na pogotowie to sie oduczyla. Zawsze podkreslam ze ma niebezpieczna alergie i zeby nic z jajkiem nie dawac.
      • misior_biorn Re: Mamy bardziej doświadczone... 04.04.13, 15:30
        Hm. Ja nie jestem jakąś purystką żywieniową, staram się, ale też czasem podam jakąś parówkę (z szynki) w domu czy czekoladę na deser. Dlatego "w gościach" pozwalam synkowi jeść raczej wszystko, co podają gospodarze, no chyba, że są to ewidentnie rzeczy nie dla dzieci jak napoje gazowane czy chipsy. Tak jest jednak teraz, jak już jestem prawie pewna, że synek nie ma alergii żywieniowej i nic mu nie będzie jak raz zje trochę więcej cukru czy przetworzonych produktów. Nie wcina tego codziennie.

        Natomiast gdy jeszcze nie byłam pewna, czy syn nie ma alergii, mówiłam jednoznacznie, że tego jeszcze nie je. Z reguły miałam ze sobą jakiś zamiennik (banana, domowe ciastka owsiane, cokolwiek). No i przede wszystkim sama zawsze pytam rodziców dzieci, czy mogę podać daną rzecz - bo może ktoś paluszki które uznaję za w miarę neutralną przekąskę którą raz na miesiąc można podać z okazji "imprezy" uznać za zło wcielone. I ma do tego moim zdaniem prawo. A wiadomo, że dziecko przykro, gdy cos zobaczy a potem mama powie, że nie może. Więc lepiehj takiej sytuacji nie prowokować...
        No a już w sytuacji gdy ktoś mówi, że dziecko ma alergię, to postawienie mu pod nos produktu na które jest uczulone wydaje mi się nietaktem i po prostu poprosiłabym o zabranie.
      • myrtille Froobek 22.05.13, 17:44
        Ja jestem mocno stanowcza w naszych przyzwyczajeniach żywieniowych. Co prawda podstawą tego nie były "moje fanaberie" (jak to niektórzy określają nasz sposób żywienia), ale zdrowotne przesłanki. Amelka na chemii kategorycznie nie mogła jeść surowych owoców, warzyw, kiszonek i oczywiście słodyczy. Nabiału (2 godziny przed i po chemii) też nie.
        W gości rzadko chodzimy, ale jak już zdarzało nam się wyjść gdzieś to zawsze brałam nasze jedzenie, nasze przekąski (orzechy, ziarna), nasze soki (bezcukrowe) albo wodę.
        Przynajmniej byłam pewna, że nie zje czegoś czego nie wolno.
        Właściwie już jest większa swoboda żywieniowa, ale utarło się tak że mamy swoje rzeczy jak gdzieś idziemy.
        Nienawidzę wciskania dzieciakom batoników, tego niepojętego dla mnie zajadania danonków i picia przesłodzonych Kubusiów.
        Nie wiem co będzie jak dzieci będzie trzeba spuścić ze smyczy, ale mam nadzieję, że wyrobione w domu zdrowe nawyki, zaprocentują.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja