irytator
01.06.13, 14:42
Złapałam ospę wietrzną i niestety mam pewność, że moja córeczka wkrótce też się rozchoruje.
Poszłam do lekarza a on zaczął mnie straszyć, że karmiąc narażam dziecko.
Kompletnie mnie nie przekonał.
Zawsze kiedy chorujemy, to od momentu kiedy ja mam pierwsze objawy choroby, do momentu kiedy córka ma ostatnie, mija 24 godziny, z których przynajmniej kilka jest "przessanych". Do tej pory nie była chora dłużej niż dwie doby do pełnego wyzdrowienia. To tyle z moich doświadczeń w kwestii "bezwartościowośći" mleka matki dla dzieci powyżej roku czy dwóch.
Normalnie Córcia przystawia się już tylko rano i czasem wieczorem po przyjściu do domu.
Nawet nie podejrzewałam, że może to być ospa. Rutynowo, przy pierwszych symptomach mojego osłabienia pozwałam jej na ssanie. Byłam przekona, że jestem na ospę odporna po bardzo lekkim epizodzie w dzieciństwie. Późniejsza długotrwała styczność z osobą zarażającą nie spowodowała u mnie choroby, co upewniło mnie tym przekonaniu.
Lekarz dał mi lek, który przenika do mleka. Zastanawiałam się, czy w ogóle brać te proszki, by nie przerywać ochronnego karmienia. W końcu jednak wzięłam prosząc dziecko by się powstrzymało. I mam mieszane uczucia. Zwłaszcza, że z punktu widzenia mojego leczenia ten lek był podany nieco za późno. Inna sprawa, że ten lek w mniejszej dawce podaje się dzieciom, więc gdy dziecko zachoruje mam w planie znów pozwolić na pierś. Zastanawiam się tylko czy ta przerwa ma sens.