Terror butelkowy

16.08.08, 22:33
Tyle już się naczytałam o terrorze laktacyjnym w szpitalach, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie istnieje przypadkiem odwrotne zjawisko.
Czy byłyście namawiane do karmienia butelką? Czy nakarmiono butelką Wasze dziecko bez Waszej wiedzy/ zgody? Czy przekonywano Was, że nie możecie karmić, bo... za mało pokarmu, piersi za małe, dziecko zbyt leniwe, pokarm za chudy, macie zastój itp.?
Ja mam takie doświadczenie: gdy trafiłam do szpitala z niespełna tygodniową córeczką po tym, gdy ta odrzuciła pierś, jedynym wsparciem było zdziwienie, że w ogóle mam pokarm (ściągałam przez 2 dni i karmiłam małą butelką), poza tym lekarka przekonywała mnie, bym się nie nastawiała na karmienie piersią, bo dzieci są różne. Terrorem bym tego nie nazwała, ale na pewno był to brak wsparcia w karmieniu naturalnym i ciągnięcie w kierunku butelki, czyli tego, na czym personel tamtego szpitala po prostu się znał.
Jakie macie doświadczenia?
    • midla Re: Terror butelkowy 17.08.08, 08:40
      Mi się wydawało w szpitalu, że dziecko źle ssie, i kiedy zgłosiłam
      to pediatrze, to za pół godziny przyszła pielęgniarka i bez pytania
      zabrała Kalinkę na dokarmianie.
      Ale następnego dnia na innej zmianie była inna pielęgniarka, i
      pokazała mi jak się karmi. Tylko że dokarmiana Kalinka już piersi
      nie umiała schwytać i długo się męczyłam, zanim to odrobiłyśmy.
    • moofka Re: Terror butelkowy 17.08.08, 09:19
      starszaka dokarmiali w szpitalu bez mojej wiedzy, krecili glowa, ze
      smoczek sobie ze mnie robi i kazali podawac smoka, kazali odstawiac
      kiedy mial 8 tyg i dostal jakiejs nieokreslonej wysypki i podawac
      nutramigen, oczywiscie nie odstawilam, a wysypka zeszla po 3 dniach
      to takie najwczesniejsze, potem to juz nie jestem w stanie sobie
      przypomniec - tyle tego bylo
      pierwsze wzmianki o "za duzy i odstawic" zaczely sie ok 7 miesiaca
      zycia
      to ze strony sluzby zdrowia
      ciotkowo-babciowo-kolezankowych madrosci nie licze

      drugi synio niebawem konczy 9 tygodni, karmie w sumie bez problemow
      od pierwszego dnia
      o dokarmianiu nic nie wiem, mam nadzieje, ze nie dokarmiali jednak,
      ale ja juz matka doswiadczona w karmieniu ani porad ani pomocy w
      szpitalu nie potrzebowalam smile
      ale - jedyną butelke i smoczek uspokajacz jakie mam w domu dostalam
      w szkole rodzenia na spotkaniu z doradca aventa (partner w
      naturalnym karmieniu czy jakos tak - przewrotne troche smile
      dopajac kazala mi polozna juz na wizytach patronazowych - czyli
      jakis tydzien po porodzie
      nie ma pojecia po co, bo mlody moczyl pieluche za pielucha i
      przybieral idealnie
      no i raz juz zdiagnozowali mu "skaze bialkowa" ale na niewiadomoco -
      na wszelki wypadek jesc nic, bo moj pokarm mu szkodzi
      skaza okazala sie byc chyba lekka forma tradziku niemowlecego i po
      tygodniu nie zostalo po niej ani sladu
      trzeba duzo wiary w slusznosc swojego postepowania, zeby przy
      najmniejszym problemie czy watpliwosci nie dac sie zlotym radom i
      nie przejsc na butelke - cudowne remedium na kazdy placz, kolke,
      kroste na tylku, miod w uchu i wypadanie wlosow
      • ja27-09 Re: Terror butelkowy 17.08.08, 11:37
        Dobrze mówisz Moofka, że trzeba być przekonanym do tego co się robi. Jakoś nie
        spotkałam się z terrorem, ale namawianiem tak smile I to raczej ze strony
        znajomych, rodziny. Mam wsparcie w mężu i w pediatrze, więc jakoś sobie radzę.
        Niedawno byłam na usg piersi i do pani doktor mówię, żem karmiąca. Na pytanie
        jak długo już karmię odpowiedziałam, że 8 m-cy. Na co pani doktor: o, to już
        pani kończy, nie? smile) Nie mam zamiaru.
        A koleżance, która dzielnie karmi "już" pół roku, rodzina kazała zanieść mleko
        do labu, żeby zbadali, czy jest wartościowy, bo na pewno ma chudy pokarm i synuś
        się nie najada! Jej wodnisty pokarm był przyczyną płaczu maluszka, wg rodziny. I
        wiecie co? Ona dla świętego spokoju poszła do laboratorium i tam jej
        powiedzieli, że takich badań nie wykonują. Mogła z czystym sumieniem rodzinne
        mądre argumenty odeprzeć.
        • abiela Re: Terror butelkowy 17.08.08, 20:55
          Ja nigdy, mieszkam w NIemczech ale moja bratowa, starannie wybierała szpital do
          porodu. Wybrała przyjazny mały szpital, prywatny, ale przyjmujący pacjentów z
          NFZ, mający opinię naprawdę dobrego. Miała cc i pod razu zaczęło się jej
          wmawianie, źe nie ma pokarmu, że dziecko z głodu płacze, mała została dokarmiona
          bez jej zgody. Nie miała żadnego wsparcia i była załamana. Dopiero w ostatni
          dzień pobytu trafiła przypadkiem na doradcę laktacyjnego, która ja podniosła na
          duchu.
          Dla mnie to niewyobrażalny horror.
          Wogóle nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, że ktoś w szpitalu robi coś z
          dzieckiem, o czym ja nie wiem.
          • anqa_77 Re: Terror butelkowy 18.08.08, 10:26
            U nas też było namawianie, no i zniechęcanie do karmienia (przy pierwszy synku).
            Proponowanie butli...bo te brodawki nie dobre, bo po cc. Akutar, ja im na to
            książki i broszurki o naturalnym karmieniu, czytałam i bazując na szkole
            rodzenia dałam radę smile
            Przy drugim nikt mi nic nie musiał mówić.
    • agusia19-84 Re: Terror butelkowy 18.08.08, 14:41
      > Czy byłyście namawiane do karmienia butelką? - Nie
      > Czy nakarmiono butelką Wasze dziecko bez Waszej wiedzy/ zgody? -
      Nie
      Czy przekonywano Was, że nie możecie karmić, bo...
      > za mało pokarmu, piersi za małe, dziecko zbyt leniwe, pokarm za
      chudy, macie zastój itp.? - Nie

      Moja lekarka jakiś czas temu napominała żebym zaprzestała karmienia,
      ale teraz już dała sobie spokój.
      Moi rodzice coraz częściej sugerują że powinnyśmyy już definitywnie
      skończyć przygodę z karmieniem.
      I rzesze ludzi którzy dowiadując się, że jeszcze karmię ze
      zdziwieniem pytają - czemu tak długo, jak długo jeszcze itp.
      Ogólnie wszyscy powyżsi mnie irytją bo nie mam zamiaru się nikomu
      tłumaczyć co robię, po co to robię i jak długo mam zamiar to ciągnąć.
    • dagmama Re: Terror butelkowy 18.08.08, 15:13
      Po planowanym c.c. nie miałam jeszcze pokarmu (chociaż kazano mi go
      przystawić), więc na noc nakarmiono małego butelką.
      Następnego dnia miałam już pokarm.
      Karmienie piersią było jakieś takie oczywiste i dla mnie i dla
      położnych.

      • fizula Re: Terror butelkowy 19.08.08, 00:10
        Terror butelkowy dotknął mnie osobiście wyłącznie przy najsstarszym
        dziecięciu.
        Dziadkowie:
        -Dziecku żałujecie smoczka? To my kupimy smoczek.
        -Biedne dziecko napić się nie może. Nie sądzisz, że powinniście
        dopajać?
        -Czy nie za często karmisz?
        Moja babcia:
        -Ty chyba za chudy pokarm masz, że tak często karmisz?
        Koleżanka:
        -Nie sądzisz, że za często karmisz i dlatego ulewa Ci dziecko?
        Urodziłam w Szpitalu Przyjaznym Dziecku, którego ordynator
        rzeczywiście pomagał mamom w karmieniu piersią, stąd pod tym
        względem miałam pełne wsparcie.
        Niestety w innych szpitalach (i w powyższym obecnie) panuje w
        wieeelkim stopniu terror butelkowy:
        -karmienie butelką bez wiedzy, zgody matki jest nagminne: miesznką i
        roztworem glukozy;
        -nakarmienie butelką- najprostszym rozwiązaniem płaczu dziecka;
        -straszenie mam, że cokolwiek jedzą, zaszkodzą swojemu dziecku- na
        oddziale jeszcze;
        -nagminne twierdzenie, że jak mama ma za mało pokarmu, to musi
        karmić butelką (generalizując, jest to nieprawda);
    • mruwa9 Re: Terror butelkowy 19.08.08, 09:49
      Podobnie, jak Fizula (przy najstarszym). Jeszcze przed porodem
      zadeklarowalam,ze bede karmic piersia. Niby spotkalam sie ze
      zrozumieniem wlasnej rodzicielki (opinie innych, dalszych
      krewnych/spowinowaconych/znajomych splywaly po mnie jak woda po
      kaczce), ale miedzy wierszami bylo takie: zobaczymy...a jak nei
      bedziesz miala pokarmu? Moja odpowiedz, ze zrobie wszystko, zeby
      miec (wyposazona w wiedze na temat mechanizmu laktacji) i riposty
      mamy: zobaczymy..poczekamy...Bardzo budujace. Mlody byl w ogole
      niezla przyssawa, wisial przy piersi non stop przez ladnych kilka
      miesiecy, w ogole byl bardzo nerwowy i neurotyczny (wczesne objawy
      obecnie zdiagnozowanych zaburzen), wiec komentarze: dalabys mu
      butelke, dalabys mu smoczek..przestalabys dziecko meczyc.. byly na
      poczatku dziennym.
      Drugie dziecko musialam po porodzie dokarmiac mieszanka, istnialy
      ewidentne przeslanki medyczne. Mimo, ze szpital nie mial zadnych
      tytulow ani szyldow o byciu przyjaznym komukolwiek, przed
      dokarmieniem przyszedl neonatolog, zeby mnie przekonac, dlaczego
      dziecko musi byc dokarmiane, a samo dokarmianie odbywalo sie przez
      strzykawke. czyli tak, jak byc powinno.
      Dla odmiany: przy najmlodszym dziecku,gdy pielegniarka opiekujaca
      sie mloda w poradni D dowiedziala sie, ze po ukonczeniu roku nadal
      karmilam, niemal podskoczyla z radosci na krzesle. Byla to tak
      spontaniczna i szczera reakcja, jakby dotyczylo to jej wlasnego
      dziecka. Mile.
      Niemniej po zadnym z porodow nie zaproponowano mi pomocy przy
      karmieniu, ja akurat jej nie potrzebowalam, ale nei wiem, jak sie
      sprawa miala z tymi paniami, ktorym pomoc przydalaby sie.
    • hanti Re: Terror butelkowy 19.08.08, 10:35
      średnio kilka razy dziennie słyszałam w szpitalu, że TAKICH wcześniaków nie
      karmi się piersią.... mieszanki nikt nie podał, bo sama przychodziłam na
      karmienia na OIOM i pilnowałam żeby mała dostawała mój pokarm
    • asia889 Re: Terror butelkowy 19.08.08, 11:19
      Mi prorokowano, że nie pokarmię za długo 3 miesiące max, i to w szpitalu, gdzie
      jest "terror laktacyjny". Mój wynik to ponad 2 lata.
      • monicus Re: Terror butelkowy 19.08.08, 15:00
        ja juz nie raz pisalam o tym, ale powtorze. w slynnej sw zofii ze 3 razy
        proponowano mi mieszanke, mimo, ze slowem sie nie zajaknelam ze chce dokarmic. a
        proponowano zebym sobie odpoczela!!!! jako ze jestem walnieta na punkcie
        karmienia i alergii doprowadzilo mnie to do szalu. a jak patrzylam na inne
        dziewczyny ktore wrecz zacheca sie do dokarmiania!!! przyznam ze je buntowalam,
        a pod koniec wrecz bezczelnie wcinalam sie pielegniarom. ufff zaraz sie nakrecam.
    • basiak36 Re: Terror butelkowy 22.08.08, 23:04
      Mieszkam w UK, od lekarzy i poloznych dostalam tylko pozytywne bardzo wsparcie.
      Tutaj nikt na szczescie nie wmawia matkom ze po planowej czy naglej cc pokarm
      pojawia sie pozniej niz po naturalnym. Mialam nagla cc, bez rozpoczecia akcji
      porodowej, coreczke dostalam do karmienia w niecala godzine po zabiegu, i mialam
      ja przy sobie caly czas, nikt mi nie mowil ze dokarmi bo dziecko wisi na piersi itp.
      Od znajomych slysze czasem pytania 'czy jeszcze karmie'.
    • agmani Re: Terror butelkowy 02.09.08, 12:45
      Tak, a poza tym dzien dobry, bo pierwszy raz na tym forum pisze wink.
      Pierwsze dziecko rodzilam w klinice-molochu (przez cala ciaze sie zarzekalam, ze
      wszedzie, tylko nie tam, ale jak na koniec mialam streptokoka i zatrucie
      ciazowe, a dziecko wg usg przymale, to potulnie poszlam tam, bo to jedyny w moim
      miescie oddzial neonatologiczny). Pomocy przy karmieniu wielkiej nie bylo. Jak
      mnie bolaly brodawki (plaskie), to dostalam smoka z tekstem, ze koniecznie mam
      podac, bo dziecko ma "zbyt duza potrzebe ssania" (poniewaz smoki ssaly wszystkie
      dzieci na oddziale i moja mama, ktora przyszla z wizyta, tez uznala to za
      koniecznosc, podalam). Jak mialam nawal i chcialam odciagnac, to uslyszalam, ze
      nie wolno i co ja chce sobie narobic, z tym tekstem nas wypuscili do domu, a za
      jakies dwa-trzy dni mialam zapalenie piersi
      . Bolalo tak, ze olalam juz
      teksty poloznej, ze od laktatora sie nabawie raka piersi i odciagalam. Dziecko
      ssalo dosc kiepsko, wiec uslyszalam, ze wielka baba jest (ponad 3,8 sie urodzila
      mimo ze nas straszyli) i nie potrzebuje nadganiac, jak takie male kurczaki.
      Dobra, skoro nie potrzebuje, to nie. Doczekalismy do kontroli u pediatry, ktory
      za to nakazal dokarmianie mieszanka, bo za malo przybrala. Poniewaz mloda w
      wieku 3 tygodni zaczela przesypiac noce, ja zaczelam jej mleko nocne odciagac i
      tym dokarmiac zamiast produktami Nestle. Za tydzien mielismy wizyte rodzinna,
      przyjechala ciocia-medyk, orzekla, ze dziecko za czesto je, wiec mam
      wodniste/slabe/kiepskie/jalowe/cala reszta okreslen mleko, mam dac do
      laboratorium, zeby mi zbadali i dokarmiac. Poniewaz ciocia rozglosila po
      rodzinie, ze mam slabe mleko, zaczely sie telefony, moja mama chciala nawet sama
      zaplacic za laboratorium (ja juz szukajac takowego, natrafilam wreszcie w necie
      na madra uwage, ze mleko musi byc dobre). Ledwo jednak poczulam sie pewniej,
      dostalam kolejnego, masakrycznego zapalenia piersi (przeciez skoro urodzilam, to
      juz nie trzeba bylo leczyc moich streptokokow). Zwijajac sie z bolu zadzwonilam
      do poloznej. Polozna przyjechala dopiero za pare godzin i chciala mi dac
      tabletke na zahamowanie laktacji, ale akurat przyjechal tez moj maz i
      pojechalismy znowu do kliniki. Zapalenia opanowac nie mogli, zrobil sie ropien,
      goraczka pow. 40° , zaczeli walic mi w zyle antybiotyki jeden po drugim (bez
      zrobienia wymazu, o czym wtedy nie myslalam, bo nie myslalam ogolnie o niczym
      oprocz tego, kiedy sie skonczy ten bol). Pan ordynator orzekl oczywiscie, ze
      karmic nie moge, mleko do zlewu. Maz najpierw przywozil moje zamrozone zapasy, a
      jak sie po weekendzie skonczyly, to dziecko na butelke. Ja dostalam tabletki
      hamujace laktacje, ktore przyjelam, ale wtedy bym i arszenik przyjela ;P. Ropien
      mieli mi rano ciac, na szczescie poznym wieczorem zabrala sie za mnie wreszcie
      jakas madra polozna, ja wylam gorzej niz rodzace (podobno duzo gorzej), ale ona
      mi wymasowala jakos tak piers, ze poleciala zielona ropa i nie cieli. Wrocilismy
      wykonczeni do domu. Moja polozna sie w tym czasie na mnie wypiela zupelnie
      (potem sie okazalo, ze pani wlasciwie nie byla polozna, tylko podrobila
      wszystko!), na szczescie zlitowala sie nade mna owa polozna z kliniki i
      probowala mi jakos pomoc. Ja zaczelam z kolei wertowac net, trafilam tez na
      forum z pana Monika i zaczelam walke. Niestety po 2,5 mies. sie poddalam, bo
      hormony zrobily swoje i laktacja na nowo rozbujac sie nie chciala, dziecko tez
      juz ssac nie chcialo (bylam skazana tylko na laktator), a w dodatku mieszkamy tu
      bez zadnej rodziny na miejscu, wiec caly dom byl na mojej glowie.
      O dziwo, jak sie poddalam, szczesliwi byli wszyscy oprocz mnie. Pediatra
      przestal sie czepiac przyrostow, a zaczal chwalic nasze karmienie. Ortopeda tez
      szczesliwy, bo karmiace trudno leczyc. Moj maz szczesliwy, bo uwazal karmienie
      za czysty zywy klopot. Rodzina szczesliwa. Nie mowie juz o rodzinie meza, bo tam
      panuje autentyczny terror antylaktacyjny (skutkiem czego naprawde zadna kobieta
      oprocz mnie nie karmila). Tekstow nie bede juz powtarzac, bo to az wstyd.
      Zreszta jak ktos dociekliwy, to na "karmieniu piersia" jest watek "nawieksze
      glupoty o..." i tam moja tesciowa bryluje ;/. Tak wiec szczesliwi byli wszyscy
      oprocz mnie.
      W nastepnej ciazy sie zawzielam, ze temat karmienia rozgryze. Drugie dziecko
      urodzilam w swietnym, niewielkim, a czesto wyroznianym szpitalu. M.in. po to,
      zeby otrzymac pomoc przy karmieniu. Tyle ze mlody urodzil sie niewydolny
      oddechowo, poszedl do inkubatora pod tlen i pojechal erka do kliniki...tej, w
      ktore rodzilam pierwsza corke. Ja zostalam sama po cesarce (tzn. nie calkiem
      sama, bo dostalismy pokoj rodzinny i chlop byl przy mnie). Dostalam wsparcie,
      tez psychologiczne. Przychodzila od razu pani od laktacji. Przyniesli mi
      laktator, a a juz bylam w stanie, to zaczelam lazic odciagac do pokoju do tego
      sluzacego, juz duzym laktatorem elektrcznym. Szpital organizowal zas transport
      mojego mleka na oiom kliniki dzieciecej, nawet jak byly to porcje ok. 10 ml.
      Nastepnego dnia po porodzie, pojechalam pierwszy raz do synka. Oczywiscie byl
      juz zaopatrzony w smoka i karmienie z zegarkiem w reku co 4 godziny. Smoka
      zabronilam podawac i siedzialam przy nim cale dni, zeby dostawal moje mleko
      odciagniete, oczywiscie nie co 4 godziny, tylko na zadanie. Szybko mialam
      wystarczajaca ilosc mleka, odciagalam czesto, takze w nocy. I sie okazalo, ze
      jestem jedyna taka kobieta na oddziale, reszta odciaga kilka razy dziennie albo
      i wcale. Po paru dniach synka przeniesli na oddzial "normalny" i wyszedl z
      inkubatora. Ja zamieszkalam wiec z nim na oddziale (na oiomie nie bylo takiej
      mozliwosci, na normalnym matki mogly dostac lozko kolo lozka dziecka, karte do
      szpitalnej kantyny, byl prysznic - zaden luksus, ale zawsze mozliwosc bycia przy
      dziecku, czyli to, co najwazniejsze). I na co sie napatrzylam, to zmutowalo mnie
      do laktacyjne aktywistki! Niechec do karmienia na zadanie (dodatkowa praca,
      przeszkadzaja kawke pic itp.). Ciagle trzeba bylo pilnowac mleka, bo pielegniaki
      probowaly podawac mieszanke, nawet jesli w lodowce bylo mleko matki, klamaly, ze
      mleka juz nie ma, klamaly, ze przeterminowane albo po prostu wylewaly (jedna na
      tym zlapalam i zrobilam gigantyczna awanture). Oczywiscie, co tylko wyszlam,
      dziecko bylo zapychane smokiem, wiec awantura kolejna. Litowaly sie za to nade
      mna, ze tak w nocy wstaje odciagac, skoro moga dac mieszanke. Kiedy z kolei
      mlody byl juz na tyle ok, ze mozna go bylo zaczac przystawiac, to zaczely sie
      awantury z ich strony, bo jak to, wypije z piersi i nie wiadomo ile...i co one
      biedne w akta wpisza. Do tego awantury, ze trzymam dziecko za dlugo przy piersi,
      ze sa pory posilkow i mam karmic o godzinie 16,20, 24 itd. Tak wiec
      wrzeszczelismy na siebie wzajemnie. W koncu dostalam tabelke, wymyslili, zebym
      dziecko rozbierala i wazyla przed kazdym karmieniem i po, to beda liczyc, ile
      tego mojego mleka wypija. Oczywiscie wpisywalam tam cokolwiek, bo inaczej to
      zwariowac by mozna. Tyle ze mialam na oddziale opinie oczywiscie najgorszej,
      niekooperatywnej matki...
      Na razie karmie syna juz 7 miesiecy i mam nadzieje, ze dociagniemy do 2 lat.
      Corka tez sie na nowo nauczyla ssac i czasem sie jej zdarza (co ciekawe,
      poprawily sie jej alergie). A ja jako wariatka atestowana zapisalam sie do La
      Leche Liga ;D.
      przepraszam za ten przydlugi post, to tak tylko w kwestii jakoby w Niemczech
      bylo wszystko pieknie i terroru butelkowego nie bylo...Aha, chlop w miedzyczasie
      zostal zmuszony do lektury i teraz jest fanem karmienia piersia, wiec jak
      tesciowa sie odezwie, to juz on jej przygaduje.
Pełna wersja