lena_ziemkiewicz
22.08.05, 18:33
Dzisiaj się wkurzyłam na kolegów z pracy. Jednemu z nich w lutym urodziły się
bliźniaki-wcześniaki. Oczywiście wszyscy mu współczuli, bo przez pierwsze dwa
miesiące chorowały i nie wiadomo było czy w ogóle przeżyją. Poza tym jedno z
nich ma wadę serca, której do końca nie da się wyleczyć. Ale dzisiaj są dla
nich dobre perspektywy.
Tak się złożyło, że jednej koleżance umarł ojciec i tych dwóch kolegów
zaczeło nawijać o opatrzności, że niezbadane są jej wyroki - tak jakby śmierć
90-letniego schorowanego staruszka była czymś zaskakującym. I ni z tego ni z
owego jeden (katol zatwardziały) do drugiego (raczej nie katol, ale nie
deklaruje się jako ateista) tym oto tekstem: "Ale opatrzność czuwała nad
twoimi dziećmi i wszystko dobrze się skończyło". Na co ten drugi: "Tak, masz
rację". No i szlag mnie trafił. Dzieciaki uratowała nie opatrzność, ale
lekarze. Jak sam ten ojciec bliźniaków się dowiedział, ich uratowanie
kosztowało budżet państwa około 120 tys. zł. Skoro opatrzność nad nimi
czuwała, to dlaczego skazała jedno z nich na trwałą wadę serca? Dlaczego nie
zstąpił naiołe i ich nie uzdrowił tylko musieli to robić przez miesiąc
lekarze za wszystkich pieniądze?