Gdy sumienie nakazom przeczy

08.10.05, 10:07
O. Tadeusz Bartoś, dominikanin, pisze o sumieniu, autorytecie, św. Tomaszu i
antykoncepcji

W Kościele katolickim w Polsce dominuje wychowanie tradycyjne, oparte na
autorytecie, w dużej mierze autorytarne, wzmocnione jeszcze przez totalitarny
system, w którym ukształtowane zostało kilka pokoleń Polaków. Wychowanie to
prowadzi z reguły do formowania ludzi niesamodzielnych moralnie, dla których
cały autorytet rozstrzygania o złu i dobru jest ulokowany na zewnątrz.
Uniemożliwia to dojrzewanie ludzkiego sumienia, faktycznie bowiem całość
decyzji moralnych zostaje już wcześniej podjęta za człowieka przez
instytucję. W konsekwencji taki rodzaj wychowania etycznego i religijnego
zwalnia z osobistej moralnej odpowiedzialności i czyni niezdolnym do
podejmowania własnych decyzji moralnych. Faktycznie jest więc demoralizacją.
Zagubiliśmy gdzieś własną najlepszą tradycję, zapomnieliśmy o naturze
ludzkiego sumienia i o zasadach jego dojrzewania, tak jak opisywał je Tomasz
z Akwinu - skądinąd wielki autorytet katolicyzmu.

Umieć wybierać

Dla Kościoła katolickiego myśl św. Tomasza, wielkiego dominikanina, teologa i
filozofa z XIII wieku, była przez wieki punktem odniesienia w wielu kwestiach
teologicznych. Jego nauczanie uznawano za probierz autentycznej katolickiej
ortodoksyjności. Do dnia dzisiejszego w dokumentach kościelnych mówi się o
nim m.in. jako o wzorze uprawiania teologii katolickiej: "Kościół słusznie
przedstawiał zawsze św. Tomasza jako mistrza sztuki myślenia i wzór
właściwego uprawiania teologii" (encyklika Fides et ratio). W XX wieku jednak
teologia uległa głębokiemu przekształceniu. Zmiany dokonały się pod wpływem
badań historycznych nad Biblią, które w istotny sposób odmieniły nasze
rozumienie Pisma Świętego. Historia Kościoła, historia teologii prowadziły do
nowego rozumienia Objawienia i nowego pojmowania dogmatów, uwzględniającego
ich historyczny rozwój. Pojawiły się nowe metody filozoficzne, zwłaszcza
fenomenologia i hermeneutyka, które pozwoliły inaczej ujmować i analizować
prawdy wiary. Tak więc zagadnienia teologiczne zaczęły być przedstawiane w
sposób bardziej dostosowany do współczesnej mentalności, wiedzy i
wrażliwości. Dziś nie sposób powiedzieć, że teologia katolicka jest z ducha
tomistyczna czy scholastyczna.

Pozostała jednak dziedzina, w której myśli scholastycznej udało się przetrwać
w stanie prawie nienaruszonym. Jest nią katolicka teologia moralna. Próby
odnowy tego działu teologii nie wniosły znaczących zmian ani co do treści,
ani co do stosowanych metod. Ciągle żywotne są tam tradycyjne, a przez to
uproszczone interpretacje myśli Tomasza. Dotyczy to szczególnie zagadnień
związanych z sumieniem.

Zrozumienie tego, czym jest ludzkie sumienie w ujęciu Tomasza z Akwinu,
stanie się pełniejsze, gdy rozważymy je w świetle kluczowego dla zagadnień
etycznych pytania o to, kto ma prawo decydować o moralności lub niemoralności
jakiegoś postępowania i dlaczego. Różne odpowiedzi prowadzą do odmiennych
koncepcji moralności. Mówiąc najprościej, w grę wchodzą trzy możliwości. O
tym, czy jakieś postępowanie jest dobre lub złe, powinien decydować (1) albo
człowiek sam, niezależnie od kogokolwiek i czegokolwiek, (2) albo ktoś (coś)
poza człowiekiem, (3) albo człowiek w jakimś powiązaniu z tym, co jest poza
nim.

W pierwszym przypadku, który jest oczywiście sytuacją modelowo skrajną, mamy
do czynienia z rodzajem anarchii moralnej, gdzie każdy sam arbitralnie
decyduje o dobru i o złu w każdej dziedzinie.

Drugi skrajny przypadek to sytuacja, kiedy człowiek w ogóle sam nie
uczestniczy w rozstrzyganiu o dobru i złu, lecz ktoś inny decyduje za niego,
a on jedynie przyjmuje instrukcje i pouczenia: cała jego rola sprowadza się
do wiernego wcielenia ich w życie. Ten typ zależności możemy spotkać często.
W naturalny sposób jest obecny w życiu dziecka, w jego relacji do rodziców.
To oni decydują o tym, co jest dobre, a co złe, i jak należy postępować. Małe
dzieci są niezdolne do moralnych wyborów, nie mają bowiem dostatecznie
rozwiniętego sumienia. Zdarza się jednak, że taki brak autonomii moralnej
przedłuża się na okres dojrzewania i dorosłości. Wtedy możemy mówić o
nierozwiniętym sumieniu, które pozostaje niezdolne do własnego działania.

Trzeci przypadek to sytuacja uwzględniająca zarówno autonomię sumienia, jak
jego powiązanie z wartościami pochodzącymi z zewnątrz. Takie jest właśnie
ujęcie Tomasza z Akwinu. Łączy ono w sobie w sposób szczególny autentyczną
moralną samodzielność człowieka z jego równoczesną naturalną zależnością od
prawdy, od tego, co rozpoznaje jako dobre lub złe. Zrozumienie tego
powiązania jest punktem zwrotnym na drodze człowieka ku osobistej dojrzałości
moralnej. Pokazuje ono bowiem, jak ochronić swoją wewnętrzną autonomię, a
równocześnie umieć żyć zobowiązaniami zaciąganymi wobec świata zewnętrznego.

Tomasz definiuje sumienie jako akt rozumu praktycznego. Akt rozumu oznacza
czynność myślenia. Słowo "sumienie" oznacza więc ludzką refleksję nad tym, co
dobre, a co złe. Do takiej refleksji popycha człowieka jakaś wewnętrzna siła,
którą Tomasz nazywa synderezą, a która przemawia do człowieka wewnętrznym
poleceniem: "Czyń dobro, unikaj zła". Zasada ta jest obecna w sposób
nieusuwalny w każdym człowieku bez jakiejkolwiek różnicy. Wszyscy ludzie
wiedzą więc, i jest to dla nich oczywiste, że nie należy czynić zła, lecz
dobro. Ta oczywistość jest nieodparta, nieusuwalna i dlatego w jej świetle
człowiek nie może nie zastanawiać się nad swoim postępowaniem.

Sumienie jest czymś osobistym i indywidualnym. Jest nieudzielne: nikt nie
może nikogo w tym myśleniu o dobru i złu wyręczyć. Dosłownie nikt! Ani
największy autorytet żyjący na ziemi, ani pomniejsze autorytety, ani
aniołowie, ani ludzie, ani nawet Pan Bóg, bo nie po to stwarzał nas wolnymi,
żeby później za nas podejmować decyzje. Każdy dorosły człowiek sam musi
decydować o tym, co dobre i co złe. To dzięki swoim własnym aktom sumienia
uczy się rozpoznawać dobro i podejmować osobiste wybory. W tym kontekście
warto wspomnieć o polemice Tomasza z Awerroesem, średniowiecznym filozofem
arabskim, któremu przypisywano pogląd, że istnieje jeden wspólny dla
wszystkich ludzi umysł. Trochę karykaturalnie można by powiedzieć - w
kontekście sumienia - że ten wspólny umysł pełniłby funkcję jakby "komitetu
centralnego" dostarczającego wszystkim jednej jednolitej wiedzy o tym, co
prawdziwe, i o tym, co dobre. Wystarczyłoby tylko "podłączyć się", aby rzeczy
stały się jasne, proste i oczywiste. Jeśli więc - jak mówi Akwinata - nie
istnieje taki jeden wspólny umysł ludzkości, to każdy człowiek "na własną
rękę", tzn. samodzielnie, musi szukać prawdy o tym, co dobre lub złe. Bóg
stworzył człowieka wolnym i autonomicznym w jego osobistej drodze ku prawdzie.

Oparcie w prawie naturalnym

Autonomia sumienia nie wyklucza bynajmniej jego zależności od zewnętrznych
zasad. Nie jest w żadnym przypadku jakimś relatywizmem. Gdyby bowiem zapytać,
dlaczego mamy wierzyć głosowi własnego sumienia, skąd bierze się jego
wiarygodność, w odpowiedzi należałoby przedstawić Tomaszową koncepcję prawa
naturalnego. Uważa on, że prawo naturalne jest czymś wrodzonym człowiekowi.
Dzięki niemu każdy człowiek ma jakiś naturalny, choć cząstkowy, dostęp do
boskiej prawdy, boskiej mądrości, która kieruje wszystkim. Prawo naturalne
poznaje więc człowiek nie dzięki znajomości jakichś przepisów, ale dzięki
swemu rozumowi poznającemu dobro i zło. W każdym człowieku - możemy dziś
dodać, że bez względu na przynależność do tej czy innej religii, kultury,
cywilizacji - obecne jest jakieś autentyczne zrozumienie światła boskiego.
Choć jest ono zawsze niepełne, wystarcza jednak, by człowiek mógł uczyć się
odróżniać dobro od zła. Sumienie zaś jest jedyną drogą, na której prawda o
dobru i złu dociera do człowieka. Nierzadko bywa to
    • grgkh Gdy sumienie nakazom przeczy (2) 08.10.05, 10:09
      Nierzadko bywa to droga zawiła, lecz innej nie ma! Nie prowadzi ona z
      konieczności na manowce, jako że człowiek ma autentyczny, choć subiektywny,
      tzn. osobisty dostęp do rozumienia tego, czym jest dobro i zło.

      Dlatego właśnie wierność własnemu sumieniu jest dla Tomasza zasadą nadrzędną,
      jest zasadą zasad. Akwinata uważa, że także błędne sumienie wiąże człowieka.
      Pisze tak: "Ten, kto ma błędne sumienie, wierzy, że jest ono prawe (inaczej nie
      popełniałby błędu). Jeśli więc trzyma się tego błędnego sumienia ze względu na
      to, że wierzy w jego prawość, to w rzeczywistości sam w sobie trzyma się
      prawego sumienia, natomiast błędnego sumienia trzyma się jakby akcydentalnie,
      jeśli rzeczywiście sumienie, w którego prawość wierzy, jest faktycznie błędne"
      (Kwestie dyskutowane O prawdzie, kwestia 17, art. 4). Wyjątkowo piękna wydaje
      mi się ta myśl Tomasza. Jednoznacznie chroni ona (w tamtych czasach!) wolność
      człowieka, jego godność, prawo do wewnętrznej autonomii, wierności sobie!
      Oczywiście w epoce Tomasza zasada ta musiała pozostać w dużej mierze tylko ideą
      zapisaną na papierze. Wcielenie w życie wszystkich jej konsekwencji było
      niemożliwe: o wolności sumienia nawet się ludziom nie śniło.

      Wychowanie, które nie pozwala dojrzewać

      Sposób rozumienia sumienia ma istotną wartość, gdy zastanawiamy się nad
      możliwymi koncepcjami wychowania religijnego i moralnego człowieka. Jak każda
      wiedza, tak i wiedza o dobru i złu wymaga ukształtowania i rozwijania w
      człowieku zdolności do jej rozpoznawania. Kształtowanie tych umiejętności jest
      pewnym procesem, którego warunkiem jest wewnętrzna wolność i faktyczne
      podejmowanie w życiu decyzji moralnych. Gdy jednak w toku religijnego
      wychowania tej wolności zabraknie, kiedy zewnętrzne pouczenia stają się słowem
      ostatecznym, którego nie można zakwestionować, a można tylko zapamiętać i
      wcielać w życie, wtedy rozwój staje się niemożliwy: człowiek schodzi z drogi
      poznawania prawdy i uczenia się odróżniania dobra od zła.

      Taki model wychowania, pozbawiający człowieka wewnętrznej autonomii, ujawnia
      się - niekiedy w formie skrajnej - w sakramencie pokuty, a zwłaszcza w praktyce
      spowiedzi. Sposób jej sprawowania powoduje, że zamiast kształtować w ludziach
      osobistą moralną odpowiedzialność, nierzadko - odwrotnie - prowadzi do
      przejęcia przez spowiednika całej odpowiedzialności za ich moralne wybory.
      Refleksja, dialog czy poszukiwanie prawdy o dobru są wykluczone, kiedy ksiądz w
      konfesjonale już z góry wie wszystko, jak ma być. Często niczym wyrocznia bez
      wahania rozstrzyga o tym, co dobre, a co złe. Poucza penitenta, jak ma żyć, co
      robić. Niekiedy tonem nieznoszącym sprzeciwu karci go i upomina, albo i grozi,
      zwłaszcza karą boską, co niestety w niejednym penitencie przez lata buduje
      daleki od ortodoksji obraz Boga jako czyhającego na potknięcia mściwego tyrana.
      Ten rodzaj kontaktu na spowiedzi skłania penitentów do zachowań
      charakterystycznych dla małych dzieci, które, nic nie wiedząc, potrzebują
      pouczenia we wszystkim. Ewentualne wewnętrzne protesty penitent najczęściej sam
      w sobie stłumi, spowiedź przecież ma być momentem okazania uniżenia, pokory i
      cierpliwości. Chowany od maleńkości w ten sposób penitent ze strachem w oczach
      stara się wcielać w życie otrzymane pouczenia. Wydaje mu się, że podejmuje
      pracę duchową, wewnętrzną, że zbliża się do Boga itd. Faktycznie jednak jego
      sumienie zostaje jakby zwolnione z pracy, staje się właściwie zbędne i niekiedy
      przeszkadza, bo może budzić wątpliwości, na przykład co do słuszności
      rozstrzygnięć spowiednika, albo i Kościoła.

      Być może jest to jedna z głównych przyczyn, dla których wielu ludzi w Polsce w
      trakcie procesu dojrzewania osobowości porzuciło i porzuca nadal praktykę
      spowiedzi. Warto też pamiętać, że w innych krajach Europy jest to już od wielu
      lat zjawisko masowe. Dzieje się tak, kiedy ludzie dorośli nie mają szansy być w
      Kościele na sposób ludzi dorosłych.

      Duch pozytywizmu prawnego

      Jestem przekonany, że pochodzące z przepisów religijnych zewnętrzne nakazy
      nigdy nie mogą być wcielane w życie w sposób mechaniczny i przyjmowane
      bezkrytycznie jedynie jako rozkazy do wykonania. Nie może być tak, iż jedyną
      decyzją, jaka pozostaje chrześcijaninowi do podjęcia, jest decyzja
      podporządkowania się nauczaniu kościelnemu. Tego typu podejście
      charakterystyczne jest przecież dla czysto pozytywistycznego rozumienia prawa.
      Nie ma tu miejsca na coś więcej, zwłaszcza na prawo naturalne, broniące
      autonomicznej zdolności człowieka do samodzielnego odróżniania dobra od zła,
      nie ma miejsca na sumienie. Pojęcia te są dla prawa funkcjonującego według
      teorii pozytywistycznej zbędne i obce. Kardynał Ives Congar OP, jeden z
      ważniejszych reformatorów Kościoła z czasów Soboru Watykańskiego II, znakomity
      historyk teologii, w książce-wywiadzie pt. "Rozmowy jesienne" zwrócił uwagę, że
      zagubiono niepowtarzalny charakter prawa w Kościele. Jedną z przyczyn - uważa -
      było opublikowanie w 1917 roku pierwszego kodeksu prawa kanonicznego, który
      zbudowano według wzoru kodeksu napoleońskiego. Prawo to wniosło w życie
      Kościoła całkiem nowego, obcego ducha. W tej samej książce Congar przypomina,
      że istotny wpływ na prawników kościelnych pod koniec XIX wieku miały doktryny
      pozytywistyczne. Dla przykładu w dyskusjach nad zagadnieniem władzy w Kościele
      w czasach Soboru Watykańskiego I inspirowano się Thomasem Hobbesem i Jeanem
      Bodinem!

      Jest więc bardzo prawdopodobne, że duch Kościoła jako instytucji nasycony
      został w XIX i XX wieku, zresztą wbrew oficjalnym deklaracjom i intencjom,
      doktryną pozytywizmu prawnego. Prawo obowiązuje, bo zostało nakazane przez
      władzę i wsparte sankcjami: tak twierdził jeden z fundatorów pozytywizmu
      prawnego John Austin (1790-1859). Przy takiej doktrynie prawnej, a może jeszcze
      bardziej przy takiej faktycznej praktyce stosowania prawa, choćby się dużo
      pisało o sumieniu i wiele mówiło o prawie naturalnym, pozostają one pustymi
      ozdobnikami.

      Nie chcę przez to powiedzieć, że pozytywizm prawny jest doktryną, którą
      absolutnie należy odrzucić. Nie widzę nic niestosownego, gdy w ten sposób
      traktuje się kodeks drogowy czy inne kodeksy. Jednak gdy takie podejście do
      prawa staje się sposobem na organizowanie i regulowanie życia wspólnoty
      religijnej, wtedy formalizm i bezduszność łatwo stać się mogą jej wizytówką:
      zewnętrznym obrazem i wewnętrzną praktyką. Być może to wyjaśniałoby częściowo
      fakt, dlaczego Kościół katolicki bywa często postrzegany jako administracyjna
      struktura, zdyscyplinowana organizacja albo sprawnie zarządzana, największa na
      świecie międzynarodowa korporacja, a nie wspólnota wiary. Congar powiedziałby,
      że jest ujmowana jedynie jako societas - społeczność ludzka: ze swoją strukturą
      organizacyjną i władzą, a nie jako ecclesia - zwołanie, czy communio -
      wspólnota, gdzie kapłani są sługami.

      Pozytywistyczna doktryna prawna, zwłaszcza ów imperatywny charakter prawa,
      obecny w praktyce życia kościelnego, może być jednym z istotnych czynników
      kształtowania ludzi o nieautonomicznych sumieniach. Wiadomo przecież, że
      sprawna organizacja nie potrzebuje zbyt wielu ludzi samodzielnie myślących i
      autonomicznych. Raczej wymaga od większości umiejętności podporządkowania się i
      lojalnego wcielania w życie poleceń. W takiej organizacji bowiem nie o
      poszukiwanie prawdy chodzi, ale o "dyscyplinę pracy". Zasada obowiązywania
      sumienia błędnego na pewno nie nadaje się do zastosowania w instytucji, która
      chce sprawnie działać. Sprawność i skuteczność zwyciężają jednakże za cenę
      nierzadko podeptania ludzkiego sumienia.

      Kiedy wszystko rozstrzygnięto z góry

      To, co w Kościele może także przeszkadzać w istotny sposób w rozwoju
      dojrzałości ludzkiego sumienia, to tendencja do formalnego regulowania
      wszystkich aspektów życia jego członków. Tam, gdzie oficjalnie i urzędowo chce
      się rozstrzygać o wartości
      • grgkh Gdy sumienie nakazom przeczy (3) 08.10.05, 10:11
        Tam, gdzie oficjalnie i urzędowo chce się rozstrzygać o wartości każdej
        potencjalnej sytuacji moralnej, osobiste sumienie staje się przeszkodą. I jak w
        dzieciństwie mama mówiła małemu dziecku, co dobre i co jest złe, a dziecko w
        sposób naturalny tego słuchało, tak i w Kościele istnieje tendencja, by
        dorosłym mówić WSZYSTKO, co dobre i co złe. A dzieci Kościoła specjalnie wyboru
        już nie mają. Problemem jest tu owo "wszystko", bo to ono nie pozwala na
        dojrzewanie sumień, nie pozwala na dorastanie, wyklucza samodzielny wybór,
        skoro nie ma już pytań i wątpliwości, a są gotowe na wszystko odpowiedzi.

        W takim klimacie myślący inaczej, samodzielnie, poddawani są naturalnej presji
        społecznej. W sytuacjach drastyczniejszych kończyć się to może bardziej lub
        mniej dotkliwymi karami kościelnymi. Idealnie więc w takim środowisku mają
        szansę funkcjonować ludzie o postawach oportunistycznych, którzy nawet jeśli
        swoje myślą, to się tym głośno nie dzielą. Dla przykładu, duchowny
        niepodzielający opinii Magisterium na temat niedopuszczalności antykoncepcji
        (co nie jest rzadkim przypadkiem) nie ma możliwości ani mówić o tym publicznie,
        bo kwestionowałby nauczanie Kościoła, ani tym bardziej mówić o tym swoim
        penitentom. Obowiązuje go dyscyplina w duchu czystego pozytywizmu prawnego.
        Zobowiązany jest w ten sposób do postępowania wbrew własnemu sumieniu, bo jego
        osobisty pogląd nie ma żadnego znaczenia: może go zachować dla siebie. W
        świeckich firmach i organizacjach człowiek, który nie zgadza się z poglądami
        swoich zwierzchników, może podać się do dymisji. Ta droga jednak jest dla
        duchownego zamknięta. Strukturalnie więc jest on zobowiązany, patrząc od strony
        jego własnego sumienia, do dawania fałszywego świadectwa.

        Życie w cieniu kar

        Sankcje w Kościele, w którym dominuje duch pozytywizmu prawnego, odgrywają rolę
        kluczową: za naruszenie prawa prawodawca przewiduje odpowiednie kary. W
        przeciwieństwie jednak do organizacji świeckich tutaj, oprócz sankcji
        dyscyplinarnych wobec duchownych, Kościół dysponuje bronią subtelniejszą, ale i
        przez to bardziej zatrważającą. Niespełnianie bowiem lub niezgadzanie się ze
        wszystkimi wymaganiami Kościoła wystawia katolika na większe lub mniejsze
        zagrożenie utraty zbawienia. Ostatnio na przykład kardynał Joseph Ratzinger w
        jednej z instrukcji Kongregacji Doktryny Wiary, ogłoszonej latem tego roku,
        napisał, iż ciężko grzeszą (możemy dodać, że mogą pójść do piekła, jeśli się
        wcześniej nie wyspowiadają) ci politycy katoliccy, którzy nie będą aktywnie
        sprzeciwiać się prawu uwzględniającemu istnienie związków homoseksualnych.
        Podając ten przykład, nie chcę wchodzić w kwestie prawne dotyczące osób
        homoseksualnych, chciałbym jedynie zwrócić uwagę, jak szczegółowo poddawane są
        sankcjom prawno-karnym każde zachowania, także polityczne.

        Duch pozytywizmu prawnego ujawniający się w życiu Kościoła nie pozwala na żadną
        dyskusję. Tworzy społeczność religijną, w której władze duchowne kwestionują
        WSZELKĄ różnorodność opinii w kwestiach moralności, która wypływa przecież w
        sposób naturalny z faktu istnienia wielości ludzkich sumień, różnorodności ich
        doświadczeń oraz różnorodności etapów drogi duchowego rozwoju.

        Prawo stanowione przez Kościół obowiązuje najczęściej pod karą grzechu
        śmiertelnego. Śmiertelny grzech jednak, gdy traktuje się go poważnie, to
        śmiertelne zagrożenie, a więc ciągłe życie człowieka wierzącego w atmosferze
        ryzyka utraty wiecznego zbawienia. To także nie pozwala na dojrzewanie moralne.
        Zwłaszcza jeśli stawiane wymagania mają termin natychmiastowej wykonalności,
        bez żadnej - chciałoby się powiedzieć - vacatio legis.

        Nie jesteśmy u kresu drogi

        Chęć regulowania przez władze religijne wszystkich aspektów życia, jak można
        się domyślać, płynie z obawy duszpasterzy, że brak ich interwencji doprowadzić
        może do anarchii moralnej, za którą będą po części odpowiedzialni. Jednak
        troska o własny spokój sumienia duszpasterzy nie powinna przesłaniać dobra
        ludzi, którzy potrzebują szacunku dla własnej drogi, wolności w podejmowaniu
        wyborów religijnych i moralnych oraz atmosfery zaufania, w której nie czują się
        traktowani jedynie jako potencjalni przestępcy (w języku religijnym:
        grzesznicy).

        Za takim sposobem wychowania stoi też pewna wizja Kościoła. Jest to idea
        społeczności doskonałej i nieomylnej, w której panuje absolutna jasność co do
        wszelkich zasad. Gdzie wątpliwość nie znajdzie sobie miejsca i gdzie ustalone
        na początku klarowne reguły są (mają być) systematycznie wcielane w życie. To
        jednak jest fikcja, zupełnie nienaturalny rezultat myślenia życzeniowego. W
        takim świecie jest duszno, bardzo duszno. Ryzykujemy, że panować w nim będą
        jedynie pozór, fałsz i wszechogarniające udawanie.

        W czasach Jezusa faryzeusze chcieli, żeby wszyscy Żydzi zachowywali przepisy
        prawa Mojżeszowego tak, jak kapłani w świątyni. I oni sami wszystkie te
        przepisy stosowali: mechanicznie i w całości. Otóż nie zapominajmy, że do dziś
        przymiotnik "faryzejski" nie jest dla chrześcijan komplementem. A historia lubi
        się powtarzać. Także wtedy, gdy wymaga się od ludzi, by spełniło się w ich
        życiu teraz i natychmiast to, co zapisane może być tylko jako cel. Cel jednak
        nie jest początkiem! Potrzebna jest droga. Nie można wymagać od człowieka
        będącego u początku swej drogi, by zachowywał się, jakby był już u kresu,
        wszystko wiedział i wszystko potrafił. Wtedy bowiem nie pozostaje mu nic
        innego, jak albo zacząć udawać, że dotarł już do celu, albo też znienawidzić
        siebie jako istotę niezdolną do dobra. Taka alternatywa jednak jest brakiem
        alternatywy.

        Może więc warto przypomnieć sobie niekiedy o starym, bardzo już starym Tomaszu,
        który w świecie dalekim od ideału, gdzie religia w okropny sposób stopiona była
        z systemem władzy, pisał o ludzkiej wolności, o prawie do błędu i trwania przy
        własnym sumieniu oraz o drodze dojrzewania człowieka do prawdy i dobra.

        O Tadeusz Bartoś, dominikanin, jest doktorem filozofii, zajmuje się myślą św.
        Tomasza z Akwinu
    • grgkh Nie tylko Obirek :) 08.10.05, 10:12
      • 0golone_jajka Pocieszające, że ktoś w kościele MYŚLI /b/t 08.10.05, 10:18


      • grgkh Witczyk kontra Bartoś 08.10.05, 10:23
        Polemika ks. Henryka Witczyka z artykułem o. Tadeusza Bartosia "Gdy sumienie
        nakazom przeczy"

        Człowiek nie jest sam! Jest osobą, do której mówi Bóg: przez "dobry" świat,
        przez Prawo, Proroków i Mądrość. "W tych ostatecznych dniach" mówi przez Syna -
        przez Ewangelię (por. Hbr 1,1). Według Karla Rahnera człowiek to "słuchacz
        Słowa". Dominikanin o. dr Tadeusz Bartoś twierdzi, że sumienie chrześcijan
        (duchownych i świeckich) może, a nawet ma prawo przeczyć nakazom płynącym z
        nauczania Kościoła ("Gdy sumienie nakazom przeczy", "Gazeta",15-16 listopada
        2003). Twierdzi, że możemy tu mieć do czynienia z sumieniem, które wprawdzie
        błądzi, ale obowiązuje. Kościół winien takiego chrześcijanina usprawiedliwić.
        Problem w tym, że twierdzenie to jest efektowną pułapką myślową - i
        egzystencjalną!

        Autor słusznie zwraca uwagę na sumienie jako najważniejszy czynnik w wychowaniu
        chrześcijanina. Jednak zapatrzenie się w autonomię człowieka przesłoniło mu
        bosko-ludzką prawdę o człowieku, jego sumieniu i o Kościele. Zapewnia, że
        prezentuje nietradycyjną i nieuproszczoną naukę św. Tomasza z Akwinu o
        sumieniu. Brakuje mi jednak w jego analizie odniesienia do współczesnych
        mistrzów tomizmu i antropologii. Podana przez o. Bartosia tomistyczna wizja
        sumienia nie wystarcza w Kościele po Soborze Watykańskim II
        (biblijnocentrycznym) i nie uwzględnia personalistycznej antropologii Jana
        Pawła II. W całym artykule mamy jedno - i to błędne - odwołanie do Biblii. A
        człowiek ukazany jest jako wyizolowana jednostka. Do tych uproszczeń dochodzi
        wypaczony obraz Kościoła, prawa kanonicznego, grzechu i spowiedzi!

        Spłaszczone sumienie

        Najpierw o. Bartoś mówi, że sumienie to "czynność myślenia", "akt rozumu
        praktycznego" poznającego prawdę - prawo naturalne, które "jest czymś wrodzonym
        człowiekowi". Sprowadza sumienie chrześcijanina do rozumu kalkulującego o dobru
        i złu. I na tym polega podstawowy błąd o. Bartosia - na pominięciu poznania
        dobra i zła przez wiarę, na braku odniesienia człowieka-osoby do Osoby Boga-
        Miłości, który mówi "jak Człowiek do człowieka" (Jan Paweł II, "Tryptyk
        rzymski").

        Sumienie nie jest refleksją, rozmyślaniem nad tym, co dobre, a co złe, ani
        ludzkim decydowaniem o dobru i złu (jak podkreśla o. Bartoś), lecz jak pisze
        filozof Stanisław Grygiel w książce "Kimże jest człowiek?", "aktem świadomości
        dającej świadectwo Innemu, który jakoś daje o sobie znać w człowieku. Nie
        utożsamia się z rozumem praktycznym. Rozum nie cieszy się ani nie boleje".
        Sumienie jest świadkiem i strażnikiem związku człowieka z Bogiem. Najpierw jest
        ono świadkiem prawdy o człowieku, który pomimo grzechu zachowuje podobieństwo
        do Boga-Miłości. Równocześnie sumienie jest strażnikiem nawołującym swego
        nosiciela do nieustannego umacniania w sobie podobieństwa do Boga.
        Uzasadnieniem nakazów sumienia i ich ostateczną normą jest prawda o Bogu -
        Prawzorze każdej ludzkiej osoby.

        Sumienie jest aktem rozumu świadczącego i wzywającego do wierności prawdzie o
        człowieku - obrazie Boga. Rozum świadczący o związku człowieka z Bogiem w
        istotny sposób różni się od rozumu, który samodzielnie czyta prawo naturalne -
        jak pisze o. Bartoś - i "decyduje", co dobre, a co złe, i sam to "rozróżnia".
        Pierwszy działa wertykalnie i horyzontalnie, drugi tylko horyzontalnie. Poza
        tym, aby rozróżniać (nie świadczyć), potrzebne jest kryterium. Od niego zależy,
        czy człowiek przymierza się do "prawdy" o sobie jako bogu, czy do prawdy o
        sobie jako obrazie Osoby Boga-Miłości.

        Doświadczenie głosu Transcendencji - mówiącego do człowieka niezależnie od jego
        rozumu i woli (to nie znaczy, że w sprzeczności z nimi) - nie pozwala
        spłaszczyć sumienia, a co za tym idzie, człowieka ani do poziomu uświadomionego
        niewolnika, któremu wszystko dyktuje rozum praktyczny, ani do absolutnego
        egoisty, który przed nikim nie odpowiada, jedynie przed swoim rozumem.

        Chrześcijanin słyszy to, co Bóg mówi do niego nie tylko przez prawo naturalne,
        ale nade wszystko przez słowa Biblii, interpretowane nie indywidualistycznie i
        nie tylko metodą historyczno-krytyczną, lecz "w Duchu" i "w Kościele". Do tego
        wzywają i Sobór, i dokumenty Papieskiej Komisji Biblijnej. W artykule o.
        Bartosia Biblia jako źródło prawdy o dobru i złu w ogóle nie istnieje!
        Krytykując kościelne prawo, nie dostrzega podstawowego faktu, że jest ono
        oparte nie tylko na prawie naturalnym, ale także na spisanym słowie Bożym i na
        eklezjologii [nauce o Kościele] Vaticanum II. Kościół, w którym żyje
        chrześcijanin, to coś nieskończenie więcej niż "instytucja", czy communio,
        wspólnota" (jak pisze o. Bartoś), to wspólnota osób, do której Bóg nieustannie
        mówi o dobru i o złu (por. Ap 1-3; Syr 17, 1). Kościół to Ciało, którego Głową
        jest Chrystus; złożone z uczniów, których Nauczycielem jest Duch Prawdy (por.
        Kol 1,18-2, 9).

        Błędne sumienie jak rak

        Gdy chrześcijanin porzuca słowo Boże głoszone w Kościele, łatwo popada w błąd i
        jest winien zła, które czyni. Jedynie człowiek o niepokonalnie - i to bez jego
        winy - błędnym sumieniu jest usprawiedliwiony. Ale zło, które czyni, pozostaje
        złem. Sumienie niepokonalnie błędne lub porzucające usłyszane słowo Boga jest
        bardzo niebezpieczne.

        Ironicznie pisze o. Bartoś: "Zasada obowiązywania sumienia błędnego na pewno
        nie nadaje się do zastosowania w instytucji (Kościele), która chce sprawnie
        działać. Sprawność i skuteczność zwyciężają jednakże za cenę nierzadko
        podeptania ludzkiego sumienia". Pomijam gołosłowność ostatniej konstatacji,
        przypominam jedynie ósme przykazanie Dekalogu. Zasada obowiązywania sumienia
        błędnego ma prawo obywatelstwa w Kościele (!) - ale tylko wtedy, "gdy - pisze
        Andrzej Szostek - nie jestem błędu świadom - czyli pod warunkiem, że
        domniemywam prawdę" ("Wokół godności, miłości i prawdy"). Tak uczy też św.
        Tomasz. Ale w żaden sposób zasada ta nie odnosi się do sytuacji, gdy moje
        sumienie przeczy nauczaniu Kościoła, które zna. A ten właśnie problem stawia o.
        Bartoś i domaga się, aby zasada obowiązywania sumienia błędnego także w tym
        wypadku była stosowana. Gdy moje sumienie przeczy dobrze znanemu mi nauczaniu
        Kościoła, wynikającemu z Prawdy Ewangelii, wówczas - w najlepszym wypadku - mam
        sumienie wątpliwe, a nie niepokonalnie błędne. A z takim sumieniem nie wolno
        działać.

        Każda postać błędu moralnego jest groźna. Stąd żarliwa modlitwa: "Oczyść mnie
        od błędów, które są skryte przede mną" (Ps 19, 13n). Błędne sumienie - jak rak -
        niszczy człowieka. Kościół ukazuje błędne wybory moralne ludzi (sprzeczne już
        nie tylko z Objawieniem, ale i z prawem naturalnym), aby ostrzec społeczeństwa
        przed samozagładą: tak duchową, jak i biologiczną. Dotyczy to także nauczania
        na temat ludzkiej płciowości. Słuszność tych ostrzeżeń potwierdzają choćby
        raporty demografów, z których wynika, że za pół wieku najszybciej będzie
        przybywało na świecie staruszków, ludzi samotnych, a niektóre narody Europy
        zmniejszą się nawet o kilkadziesiąt procent (zob. A. Hołdys, "Żegnaj,
        ciociu", "Gazeta" z 18 listopada 2003, s. 16).

        Sumienie jednostki czy osoby?

        O. Bartoś pisze: "Każdy dorosły człowiek sam musi decydować o tym, co dobre i
        co złe". To jasne! Moje sumienie ("ja", nie "my") rozpoznaje w konkretnej
        sytuacji wołanie o dobro. Sumienie idealne, którego model proponuje o. Bartoś,
        winno działać w oderwaniu od innych, zwłaszcza od wspólnoty kościelnej, bo jest
        przecież "czymś osobistym, indywidualnym", czyli jednostkowym. Tymczasem zdrowe
        sumienie człowieka, który z istoty swej jest osobą, czyli żyje w relacji do
        innych, ma charakter komunionalny [wspólnotowy]. "Dopiero w komunii z innymi, a
        w niej w komunii z Transcendencją, sumienie osoby jest sobą. Prawo wyrażone
        przez rozum musi być mierzone sumieniem, ale sumieniem komunionalnym, a nie
        jednostkowym" - pisze Stanisław Grygiel. Ewa w raju zgrzeszyła, bo w chwili
        kuszenia nie skonfrontowała
      • grgkh Witczyk kontra Obirek (2) 08.10.05, 10:25
        Ewa w raju zgrzeszyła, bo w chwili kuszenia nie skonfrontowała z sumieniem
        Adama swego rozpoznania tego, co dobre, a co złe. Działała w oparciu o sumienie
        jednostkowe, w wewnętrznej autonomii i wierności sobie! W Nowym Testamencie
        działanie sumienia opisuje czasownik syn-oida (współ-poznaję), a po łacinie
        sumienie to współ-wiedza (con-scientia). Sumienie chrześcijanina jest
        komunionalne i eklezjalne!

        Teraz dopiero dobrze widać, na czym polega bezsens w zdaniu o.
        Bartosia: "Zasada obowiązywania sumienia błędnego na pewno nie nadaje się do
        zastosowania w instytucji (Kościele), która chce sprawnie działać", i jak
        osobliwy jest jego zachwyt nad tą zasadą jako gwarancją "wolności człowieka,
        jego godności". Obowiązuje ona i usprawiedliwia, ale tylko wtedy, gdy
        chrześcijanin nie ma możności poznania prawdy w swej wspólnocie wiary, a nie
        wtedy, kiedy ją odrzuca w imię "wewnętrznej autonomii, wierności sobie!", czyli
        w imię indywidualizmu i eklektyzmu moralnego.

        Chrześcijanie "myślący inaczej"

        Pisze o. Bartoś, że "każdy człowiek na własną rękę, tzn. samodzielnie, musi
        szukać prawdy o tym, co dobre lub złe", bo nikt inny tego za niego nie zrobi.
        Owszem, człowiek samodzielnie rozeznaje, co jest dobre, ale zawsze jako osoba.
        Chrześcijanin czyni to w komunii ze wspólnotą Kościoła i w komunii z Bogiem - w
        słowie Bożym. Bez tej komunii jego rozeznawanie (sumienie) jest bardzo "na
        własną (jednostkową) rękę". Łatwo wówczas zwrócić uwagę na "gorszący" fakt, że
        kard. Ratzinger (w imieniu wspólnoty wiary) poddaje sankcjom prawnokarnym "tych
        katolickich polityków, którzy nie będą aktywnie sprzeciwiać się prawu
        uwzględniającemu istnienie związków homoseksualnych". Trudniej natomiast wraz
        ze wspólnotą Kościoła powiedzieć, co na temat tego rodzaju związków mówi słowo
        Boże (por. Pwt 23, 18-19; Rz 1, 27). Użyty w artykule zwrot "myślący inaczej" w
        odniesieniu do chrześcijanina to dziwoląg: "inaczej" niż co? Niż Biblia? A może
        chodzi o jej interpretację po swojemu, "na własną rękę" - nie "w Kościele"?

        O. Bartoś serwuje scholastyczny (tomistyczny?), nie biblijny obraz grzechu i
        jego konsekwencji (kary). Czyżby nie wiedział, że to nie Kościół (kard.
        Ratzinger) "nakłada" na człowieka karę, ale sumienie! Jeżeli kongregacja
        (papież) zabiera głos, mówiąc, jakie działanie jest grzechem ciężkim, to po to,
        by ostrzec chrześcijanina (także tego zajmującego się polityką), jak bardzo -
        przez zaniedbanie ochrony dobra innych - jego własna osoba rozpada się i
        przekreśla swój związek z Osobą Boga i innymi osobami.

        Spowiadam się Bogu i wam

        Czy spowiednik lub przełożony, widząc, że brat w wierze błądzi bądź źle
        rozeznaje dobro (i czyni zło), ma milczeć? Czy spowiednicy depczą ludzkie
        sumienia, gdy widząc je dotknięte chorobą (grzechem ciężkim) lub błędem,
        wnikliwiej badają? Przecież, idąc do spowiedzi, sam poddaję moje sumienie
        osądowi spowiednika, aby umocnił mnie w dobrym, znalazł najlepsze lekarstwo, a
        w razie potrzeby wykazał błąd bądź spętanie mojego sumienia egoizmem lub
        grzechem. Ostatecznie to nie "imperatywne prawo kościelne" ani tym bardziej
        spowiednik rozkazują, lecz - znów zacytujmy Grygiela - "odkryta prawda objawia
        się jako dobro, które imperatywnie przemawia do woli" (dz. cyt., s. 190n).

        W kontekście mocnego akcentowania autonomii ludzkiego sumienia ("wierności
        sobie") w artykule o. Bartosia przypomnijmy słowa św. Pawła: "Sumienie nie
        wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest
        moim sędzią" (1 Kor 4, 4). Spowiednik reprezentuje Pana. Ja sam w oparciu o
        moje sumienie (nawet dobre, a cóż dopiero wątpliwe lub błędne) nie mam
        ostatecznej pewności. Stwierdzenie, że spowiednik "myślący inaczej", niż naucza
        Chrystus żyjący w Kościele, "zobowiązany jest do dawania fałszywego
        świadectwa", jest po prostu nielogiczne. Taki duchowny w ogóle nie ma prawa
        zasiadać w konfesjonale - w imieniu Chrystusa i Kościoła! Jak przyjmował
        święcenia? Bez głębokiej - w sumieniu właśnie! - zgody z jego nauczaniem?
        Potrzebny jest mu wysiłek myśli i nawrócenie. Oto jego istotny problem - nie
        konieczność "składania fałszywego świadectwa"!

        Kształtowanie sumienia

        Prawo moralne jest potrzebne człowiekowi w drodze, a nie dopiero na pewnym
        etapie, u jej kresu. Nie wolno mylić celu człowieka z kresem drogi, jak o.
        Bartoś: "Cel nie jest początkiem! Potrzebna jest droga". Otóż celem człowieka
        jest dobro - tu i teraz. Do tego wzywa go sumienie od początku drogi!

        W Kościele w Polsce potrzebne jest co innego niż ryzykowanie "anarchii
        moralnej", dawanie "miejsca wątpliwościom" i "różnorodności opinii w kwestiach
        moralnych". Rozwijanie więzów osobowej wspólnoty - i z Bogiem, i z
        duszpasterzami, i z innymi wiernymi. Owszem, istnieje "wielość ludzkich
        sumień", ale Głos jest jeden i Osoba Boga-Miłości jest jedna, Chrystus jest
        jeden i Kościół jest jeden. Nie twórzmy w nim - jak mówi ks. abp Józef
        Życiński - kapliczek! Kapłani - rzecz jasna - winni być w Kościele sługami, jak
        apeluje o. Bartoś. Ale sługami Prawdy Ewangelii, a nie mistrzami dwuznaczności.
        Zamiast przyznawać sobie i wiernym prawo do działania według sumienia
        wątpliwego (nie mówiąc o świadomie błędnym), winni pamiętać, że warunki, w
        jakich żyją ludzie, ich słaba wola często ograniczają ich rozumienie źródła i
        sensu danej normy moralnej. Ale sama jej treść jest dla sumienia jasna.
        Chrześcijanin to ktoś, kto codziennie zdobywa się na miłosne posłuszeństwo
        Temu, który nas miłuje (Ap 1, 5; P. Ricoeur, "Myśleć biblijnie"), a od którego
        przykazania ostatecznie pochodzą. Wiedza o naszych ograniczeniach to jednak coś
        innego niż usprawiedliwianie sumienia, które świadomie błądzi i przeczy
        nauczaniu Kościoła. Do ideału nie dorasta się poprzez nieustanne błądzenie,
        lecz poprzez mozolne wspinanie się wzwyż.

        Kościół i spowiedź w krzywym zwierciadle

        Przywołany w artykule obraz Kościoła i spowiedzi jest wypaczony, a na dodatek
        mocno emocjonalny. Rzeczywisty obraz znajdzie czytelnik w ankiecie „Moja
        spowiedź” („Znak”, nr 9 z 1998 r.). Sumienie, które jest otwarte na prawo
        naturalne i na słowo Boga wyjaśniane we wspólnocie wiary, nie przeczy moralnemu
        nauczaniu Kościoła. Problem zaczyna się wtedy, gdy sumienie - zagłuszone
        pokusami, iluzjami lub grzechami - przestaje słuchać Głosu mówiącego w
        Ewangelii i w Kościele, a chrześcijanin żyje bardziej jako indywiduum niż
        osoba. Wówczas jego naturalistyczno-racjonalistycznie spłaszczone „sumienie
        nakazom przeczy” - tym płynącym z prawa naturalnego i z Ewangelii. Sumieniu
        chrześcijanina nie wystarcza to, co mówi mu rozum (ratio) kalkulujący, co w
        danej chwili dobre, a co złe. Koniecznie musi słyszeć, co mówi miłujący go Bóg
        w słowie Objawienia. Potrzebne jest mu poznanie przez wiarę (fides) tego co
        dobre, a co złe. u
        ks. Henryk Witczyk jest biblistą, profesorem KUL
    • grgkh O sumieniu człowieka wolnego (1) 08.10.05, 10:28
      O. Tadeusz Bartoś OP broni swego artykułu "Gdy sumienie nakazom przeczy" przed
      zarzutami ks. Henryka Witczyka

      Nie jesteśmy u kresu historii. Wiele pozostaje nam do odkrycia i zrozumienia z
      prawdy o Bogu i losie człowieka. Nie znamy całej prawdy. Tak widzę świat, o tym
      chcę pamiętać, mówiąc o wierze, sumieniu, poszukiwaniu dobra. Nie jestem pewny,
      czy ten typ myślenia o wierze podziela ksiądz profesor Henryk Witczyk, mój
      szanowny polemista. Drobna różnica na początku sprawia, że na końcu dzieli nas
      już przepaść. Warto więc napisać kilka słów wyjaśnienia.

      Bolączki polskiego katolicyzmu

      W moim artykule "Gdy sumienie nakazom przeczy" zwróciłem uwagę na pewne istotne
      mankamenty wychowania religijnego i etycznego w katolicyzmie polskim. Chciałem
      dać pod rozwagę problem życiowej i moralnej niesamodzielności ludzi, którzy nie
      chcą kierować się własnym sumieniem, ale wolą wcielać doktrynę, którą im ktoś z
      zewnątrz dostarczy - w całości i bez zastanawiania się nad tym, czy jest to
      słuszne, czy nie. W doświadczeniu mojej pracy widzę, jak ważny i zaniedbany
      jest to problem. Niejeden woli, by ktoś inny za niego podejmował decyzje, nie
      chce brać odpowiedzialności, nie ufa sobie, nie ufa swojemu wyczuciu. Boi się!

      Można by powiedzieć za Erichem Frommem, że ucieka od wolności, chowając się za
      parawanem wskazań autorytetów. Oczywiście takie zjawisko nie dotyczy wszystkich
      i zawsze. Jednak obecność takiej tendencji dostrzegam w wychowaniu religijnym w
      Polsce jako wyraźny, a nie marginalny element. Takie było zasadnicze przesłanie
      mojego tekstu "Gdy sumienie nakazom przeczy". W polemice niestety problem ten
      nie został podjęty. Skoncentrowała się ona na krytyce pewnych szczegółów mojej
      wypowiedzi. Trudno podjąć z nimi polemikę, jako że do wygłaszanych tez nie
      dołączono uzasadnień.

      Ludzie są dziś coraz bardziej świadomi swojej autonomii, swoich praw, swojej
      godności. Żyjemy w czasach "rewolucji podmiotów", o czym pisało wielu, a ja
      wspomnę tylko piękną książkę Kazimierza Obuchowskiego "Od przedmiotu do
      podmiotu". Mój szanowny polemista - wydaje się - kwestionuje tę ludzką
      autonomię, owe autentyczne narodziny podmiotowości, nazywając je
      indywidualizmem. A ja chcę ich bronić. Nie widzę powodu, żeby przeganiać czy
      odstraszać podobnymi wypowiedziami od Kościoła ludzi tylko dlatego, że nie mają
      oni skłonności do bezwzględnego podporządkowania się autorytetowi
      przedstawicieli Kościoła. Nie na tym polega wiara.

      Czas już powoli przyzwyczajać się w Kościele polskim do myśli, że ludzie są
      wolni. Kościoły Europy Zachodniej w dużej mierze przeszły już tę lekcję i nas
      ona nie ominie. Czas przestać nazywać ludzi indywidualistami, subiektywistami
      itp. tylko dlatego, że budują oni samodzielnie swoje widzenie świata.
      Arystoteles pisał, że najtrudniej rządzi się ludźmi wolnymi. O wiele łatwiej
      niewolnikami. Powitajmy więc z radością wolnych, którzy przychodzą do Kościoła.
      Już nie pomoże leczenie człowieka z jego wolności przez tłumaczenie mu, że
      zawsze dobrze będzie postępował, jeśli tylko we wszystkim będzie nas słuchał.
      Nowe czasy potrzebują nowego wyrazu wiary. A co paradoksalne, myśl świętego
      Tomasza z Akwinu może być nam dziś jeszcze pomocą w dyskusji.

      Zapomniana Biblia

      Szukając odpowiedzi na pytanie, jak uchronić człowieka przed skrajnością z
      jednej strony moralnej anarchii, a z drugiej totalnego podporządkowania grupie
      religijnej, sięgnąłem do myśli Akwinaty. Istnieją inne koncepcje sumienia, są
      wypowiedzi Biblii na ten temat, nie mogłem jednak pisać o nich wszystkich.
      Szanowny ksiądz profesor zdaje się mieć o to pretensje i cytuje inne ujęcia
      sumienia (np. Stanisława Grygiela). Jednak nie odnosi się merytorycznie do
      mojej interpretacji tekstów Tomasza.

      Tomasz swoją koncepcję sumienia rozwijał na podstawie refleksji filozoficznej i
      nie ma powodu skarżyć się na to, że nie cytował Biblii w tej kwestii. By
      zrozumieć, czym jest sumienie i jak działa, nie potrzeba Objawienia, tak jak
      nie potrzeba go w wielu innych kwestiach dotyczących człowieka (psychologii,
      anatomii itp.). Co więcej, jestem przekonany, iż w przeciwieństwie do prawd
      dogmatycznych naszej wiary nie istnieją prawdy moralne, których człowiek
      zupełnie nie mógłby poznać w sposób naturalny. Nie może być tak, iż do
      zwykłego, przyzwoitego życia potrzeba nadnaturalnej wiedzy. Zachęcam do lektury
      Tomasza z Akwinu, który pisze, że wszystkie przykazania moralne dostępne są
      każdemu człowiekowi, a więc także temu, który nie odwołuje się do Objawienia.
      Nie oznacza to oczywiście, że człowiek w kształtowaniu sumienia nie potrzebuje
      pomocy ("Suma teologii", I-II, q. 100, a. 1).
      • grgkh O sumieniu człowieka wolnego (2) 08.10.05, 10:29
        Sumienie nie jest arbitralne

        Rozum ludzki pytający o prawdę rozstrzyga, czy coś jest prawdą, czy nie, a
        przecież wiadomo, iż nie oznacza to, że wszystko, co sobie człowiek pomyśli,
        musi być od razu prawdą. Podobnie rozum praktyczny rozstrzyga o tym, czy coś
        jest dobre, czy złe, choć przecież nie oznacza to, że cokolwiek sobie
        rozstrzygnie, musi być od razu trafne. Zło jest złem, a dobro jest dobrem.
        Jednak o tym, co jest złe lub dobre, za mnie nikt nie zdecyduje, to ja sam
        muszę takie przekonanie w sobie mieć. I lepiej, żebym miał je sam, a nie
        opierał się tylko na autorytecie. Lepiej, żebym sam czuł i rozumiał, że kraść
        jest źle, a nie zachowywał przykazania "nie kradnij", bo jest to zakazane w
        Biblii albo w Kościele.

        Sumienie ujmowane jako akt rozumu nie wyklucza możliwości poznawania prawd
        moralnych przez wiarę. Wręcz przeciwnie. Także wiara jest aktem rozumu.
        Trzymając się myśli św. Tomasza, największego przecież teologa Kościoła
        rzymskiego, warto przypomnieć, że za św. Augustynem przyjmował on, iż akt wiary
        jest szczególnym aktem myślenia (cum assentione cogitare). W jego teologii
        mówienie o rozumie, czynnościach intelektu itp. nie było bynajmniej dyshonorem.
        Pisał on, że jesteśmy stworzeni na obraz Boga, ponieważ jesteśmy rozumni i
        możemy kierować sobą (intellectuale et per se potestativum). Rozum i wolność to
        najwyższe, najszlachetniejsze części człowieka. Dla księdza profesora Witczyka
        jest to jednak coś spłaszczającego. Wydaje mi się, że szanowny polemista
        dysponuje uproszczoną, ahistoryczną koncepcją rozumu czy rozumności i nie stara
        się dotrzeć do jej znaczenia, jakie miała w pismach Tomasza z Akwinu. Zamiast
        podejść do sformułowań Tomasza historycznie i hermeneutycznie, ksiądz profesor
        podchodzi alergicznie.

        Już nawet nie tylko Tomasz z Akwinu, ale zdrowy rozsądek buntuje się, gdy
        słyszy stwierdzenie księdza profesora, że "sumienie jako głos Transcendencji
        mówi do człowieka niezależnie od jego rozumu i woli (nie znaczy w
        sprzeczności)". Przekonanie, iż do człowieka docierają jakieś głosy poza
        rozumem i wolą, jest przecież czystym irracjonalizmem. Nawet objawienia i wizje
        mistyczne oraz wielorakie intuicje człowiek uświadamia sobie, a zatem uchwytuje
        swym intelektem. Umysł jest nazwą oznaczającą centralny ośrodek ludzkiej
        świadomości. Tak więc kontakt z drugim człowiekiem, kontakt Boga z człowiekiem,
        jeśli nie ma naruszać ludzkiej godności i wolności, może się dokonywać tylko na
        tej drodze - poprzez wymianę myśli. Wszyscy to bez przerwy robimy, robią tak
        bohaterowie biblijni. Nie ma powodu się tego wypierać. To wcale nas nie
        spłaszcza ani nie spłyca. Przeciwnie, stanowi o naszej godności.

        Sumienie a Magisterium

        W świetle tego wszystkiego warto zastanowić się nad kwestią: czy sumienie może
        popaść w konflikt z nauczaniem Kościoła? Otóż może. Przyjmuje się bowiem w
        Kościele katolickim zasadę, że nie każde na-uczanie ma charakter definitywny
        czy, jak to się mówi, nieomylny. Istnieją prawdy konstytutywne, które zawierają
        Objawienie. Znajdują się one w Piśmie Świętym i tradycji apostolskiej. Prawdy
        te wyraża Kościół, m.in. ogłaszając dogmaty. Natomiast zwyczajne nauczanie
        Kościoła ma za zadanie interpretować Objawienie. Dlatego nie jest ono
        nieomylne. A skoro nie każde nauczanie Kościoła jest nieomylne, to znaczy, że
        czasami może być omylne. Ma ono swój autorytet, jednak trzeba je przyjmować w
        sposób krytyczny. Należy używać własnego sumienia i pytać siebie i innych:
        dlaczego tak jest? Czy aby to jest prawda?

        Już na pierwszych latach studiów w seminariach duchownych uczy się kleryków, że
        sumienie jest normą bliższą, a nauczanie zwyczajne Kościoła normą dalszą i w
        przypadku konfliktu obowiązuje norma bliższa. Gdyby zaś zgodzić się z opinią
        ks. Henryka Witczyka, że konflikt taki z definicji jest niemożliwy, oznaczałoby
        to sytuację zupełnego wyłączenia sumienia.

        Historia Kościoła pokazuje, jak pożyteczne i konieczne jest to rozróżnienie.
        Wystarczy dla przykładu przypomnieć nauczanie Świętego Oficjum, które w 1866 r.
        odpowiadając na pytanie wikariusza apostolskiego w Etiopii, stwierdziło, że
        niewolnictwo jest zgodne z prawem naturalnym. Można też zapoznać się z losem
        pionierów odnowy teologicznej w Kościele katolickim w XX wieku. Założyciel
        szkoły biblijnej w Jerozolimie Marie Joseph Lagrange miał przez wiele lat zakaz
        publikacji, Marie-Dominique Chenu usunięty został z urzędu regensa, musiał
        opuścić Paryż na kilka lat, Yves Congar był skazany na banicję, z zakazami
        nauczania i publikacji (zachęcam do lektury pamiętników Congara). Wszyscy ci
        teologowie byli w konflikcie z ówczesnym Magisterium, bo ich teologiczne
        sumienia mówiły im coś innego aniżeli sumienia przedstawicieli Świętego
        Oficjum. A gdy zmieniły się czasy, dwaj ostatni stali się ważnymi ekspertami
        soborowymi.

        Rozwój teologii, głębsze zrozumienie prawd wiary, dokonuje się właśnie na
        drodze sporu. Teologowie jednak, którzy ujmują w nowy sposób stare prawdy,
        bywają niezrozumiani i piętnowani. Otóż spór taki jest niezbędny dla rozwoju i
        dojrzewania wiary. Pozbawilibyśmy teologię jej życia, gdybyśmy uznali, że
        tradycyjne formuły są zawsze dobre i wystarczy je tylko powtarzać. Teologia
        przestałaby być drogą duchowych poszukiwań człowieka religijnego, który
        pragnie, by stare prawdy zabłysnęły nowym blaskiem.

        Nie pobłądzimy całkiem

        Nie ubolewałbym z tego powodu, że autorytety religijne nie są zawsze nieomylne.
        Nie wydaje mi się to czymś niebezpiecznym dla wiary. Raczej widzę w tym wielką
        zaletę, realistyczne spojrzenie na możliwości człowieka. Choć jesteśmy tylko
        ludźmi, jednak nasza wiara pozwala nam ufać, że pomimo błądzenia, nie
        pobłądzimy całkiem!

        Prawda o Kościele odsłania swe piękno dopiero wtedy, kiedy zobaczymy, że w nim
        to, co ludzkie, nie przestając być ludzkie i ułomne, łączy się z tym, co
        boskie. Niszczymy zaś Kościół, ubóstwiając w nim to, co jest tylko człowiecze -
        wystawiamy go na pośmiewisko i utratę wiarygodności. Deifikacja i sakralizacja
        urzędów kościelnych, sakralizacja duchownych prowadząca do ich przesadnego
        społecznego wyniesienia ponad tzw. lud to łatwy sposób na rozwiązanie kłopotów
        z autorytetem i wiarygodnością. Jednak równocześnie jest to głębokie
        zafałszowanie Ewangelii. Skutek jest opłakany. Wyniesiony do rangi świętości i
        nieomylności duchowny, aby podtrzymać swój image, musi przyjmować w życiu
        szereg strategii opartych na udawaniu. Niestety, zewnętrzni obserwatorzy
        wychwytują to bezbłędnie.

        Święty Paweł świadom był tego, że głoszenie Ewangelii nie może polegać na
        przypisywaniu sobie nieomylności i bezgrzeszności. Tak pisał o tym w drugim
        liście do Koryntian (4,2): "Unikamy postępowania ukrywającego sprawy hańbiące,
        nie uciekamy się do żadnych podstępów ani nie fałszujemy słowa Bożego, lecz
        okazywaniem prawdy przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia
        każdego człowieka".

        Zdecydowanie więc Paweł chce, by prawda Boża ukazała się w życiu Kościoła.
        Warunkiem jednak jest nieukrywanie spraw hańbiących. Trudno bowiem pogodzić
        udawanie z dawaniem świadectwa o boskiej prawdzie. Wspólnota kościelna nie
        powinna więc w swym ludzkim wymiarze podawać się za doskonałą i niepokalaną, bo
        przeczyłaby prawdzie o sobie i o dziele Bożym, które w niej się spełnia.

        O. Tadeusz Bartoś, dominikanin, jest doktorem filozofii, zajmuje się myślą św.
        Tomasza z Akwinu
    • grgkh Mój komentarz 08.10.05, 10:37
      Teksty są bardzo długie i wrzuciłem je tu tylko dlatego, że GW (skąd pochodzą)
      wycięła je już, a uważam, że właśnie takie jak te, powinny pozostać na zawsze
      jako ogólnodostępne. Są wartościowsze niż niejedna księga uznanego filozofa-
      teologa, mielącego słowa w papkę, którą pasterze karmią swoje owieczki. Być
      może dałoby się podważyć coś z prawd Bartosia, ale ich sens jest większy i
      więcej mówi o naszym człowieczeństwie, niż bełkot tych, co się uważają za
      autorytety absolutne.
      • kociak40 Re: Mój komentarz 08.10.05, 12:46
        Często dialog składa się z monologów.
Pełna wersja